I wojna światowa między historią a polityką – rewizje, kontrowersje, nowe interpretacje (część 1)

1
Spis treści

Część I

Wstęp
100 lat po „wojnie powszechnej za wolność ludów”
Winowajca pilnie poszukiwany
Historia wojny napisana w Wersalu
Niemiecka „kampania niewinności”
Fritz Fischer broni Wersalu i atakuje cesarstwo niemieckie
Atak Fritza Fischera (i Rudolfa Augsteina) na Rzeszę Niemiecką jako element walki o „nowe demokratyczne Niemcy”
Kanclerz Theobald von Bethmann-Hollweg „Adolfem Hitlerem 1914 roku“
Od Arminiusza przez Lutra, Bismarcka i Bethamnna-Hollwega do Hitlera, czyli Niemcy na historycznych manowcach
Początek niemieckiej ofensywy przeciwko Wersalowi (Schmidt, Rose, Canis, Spraul)

Część II

Anglosasi sprzymierzeńcami Niemców w ofensywie przeciwko Wersalowi (Fay, Barnes, Cochrane, Calleo, Fergusson i inni)
Australijczycy uderzają z lewej flanki (Douglas Newton, Christopher Clark)
Amerykanin uderza z prawej flanki (Sean McMeekin)
Niemiecki strzał z „Grubej Berty” (Herfried Münkler)
Niemcy kontynuują ostrzał Wersalu (Fenske, Friedrich, Leonhard)
Końcowy ostrzał Wersalu przez Niemców (Post, Roewer, Bandulet, Scheil)

Część III

Zwycięstwo propagandy
Zwyciężone Niemcy opuszczają ławę oskarżonych
Anglosasi wychodzą z cienia
Marsz nowego paradygmatu
Nowy paradygmat dla historii wojen XX wieku

*****

Część I

Wstęp

Poniższy tekst ma charakter wyłącznie sprawozdawczy, informacyjny, przeglądowo-kompilatorski i nie rości sobie żadnych pretensji do stawiania jakichś nowych czy oryginalnych tez na temat wybuchu I wojny światowej. Powstał m.in. dlatego, że w Polsce, mijająca w roku 2014 setna rocznica wybuchu Wielkiej Wojny, nie wywołała wzmożonego ani nawet większego niż zwykle zainteresowania tym doniosłym dla historii Europy i świata wydarzeniem, a tym bardziej nie wzbudziły u nas zaciekawienia jej nowe ujęcia i interpretacje, które pojawiły się w Niemczech i w krajach anglosaskich. Nie jest to specjalnie zaskakujące, ponieważ Polska nie była politycznym podmiotem tej wojny, polscy żołnierze walczyli w mundurach armii ścierających się mocarstw, stąd też nie mogła ona zająć takiego miejsca w naszej pamięci historycznej jakie zajęła w pamięci tychże mocarstw. Ponadto– jak to już niejednokrotnie zauważono – I wojna światowa traktowana jest w Polsce jako „wojna powszechna za wolność ludów”, która otworzyła nam „drogę do niepodległości, a zatem wydarzenie we wszystkich aspektach (wybuch, przebieg i skutki) dla nas korzystne. Jej oficjalnie ustanowiona w Wersalu wersja odpowiada tej „niepodległościowej” narracji, która jest tak silna, że w jej ramach mogła się pojawić propozycja wystawienia w Warszawie pomnika Gawryło Prinicpowi. Jest to propozycja logiczna, wszak serbski zamachowiec zabijając arcyksięcia Ferdynanda i jego żonę „wywołał wojnę”, dzięki której Polska odzyskała niepodległość. Rzecz prosta, ta historyczna „teleologika” nie może się zatrzymać na postaci serbskiego terrorysty; zgodnie z nią powinny pojawić się w Warszawie pomniki rozmaitych osobistości tamtej epoki, o których sądzi się, że przyczyniły się do wybuchu, tak szczęśliwej dla nas – Polaków, wojny: cesarza Wilhelma II Hohenzollerna, kanclerza Bethmanna-Hollwega, feldmarszałka Moltkego czy głównego austriackiego „jastrzębia” szefa sztabu generalnego feldmarszałka Franza Conrada von Hötzendorfa, który – zakochany w zamężnej damie – koniecznie chciał wojny z Serbią, aby szybko rozprawić się z tym „gównianym państewkiem” i wrócić do stolicy w glorii zwycięskiego wodza, co pozwoliłoby mu przetrwać z honorem towarzyski skandal.

Pozostawiając na boku pomnik wdzięczności dla Gawriło Principa wypada wyrazić (intelektualny) żal, że Polsce prowadzone w Niemczech i krajach anglosaskich debaty na temat przyczyn wybuchu i przebiegu I wojny światowej nie odbijają się nawet cichym echem; nie odbijały się też w latach 20. i 30. XX w., o czym świadczy fakt, że chyba żadna z ważniejszych książek opublikowanych w ostatnich latach a przedstawiających odmienną niż ustalona w Wersalu wersję przyczyn i przebiegu wojny nie została przełożona i wydana w Polsce. Wszechwładna narracja „niepodległościowa” mając oczywiście swoje polityczne uzasadnienie, ma jednak zarazem fatalne skutki dla życia umysłowego: blokuje bardziej swobodne i intelektualnie płodniejsze podejście do problematyki tamtej wojny, więzi nasze myślenie o historii XX wieku w mitach i stereotypach, narzuca jednostronność, nie pozwalającą przeniknąć celów i motywów realnej polityki prowadzonej przez wszystkie uczestniczące w wojnie mocarstwa. A jak wie o tym nawet dziecko, „fałszywa historia jest nauczycielką fałszywej polityki”.

100 lat po „wojnie powszechnej za wolność ludów”

W sierpniu 1914 r. prezydent USA Theodore Roosevelt widział na horyzoncie zbliżające się do Europy „great black tornado” – rzeczywiście nadeszło i szalało cztery lata; amerykański historyk i dyplomata George F. Kennan, określił I wojnę światową jako „prakatastrofę” XX wieku, jako wydarzenie zasadnicze dla „klęski i zmierzchu zachodniej cywilizacji”. Była to wedle Fritza Sterna pierwsza katastrofa xx wieku, katastrofa, która zrodziła wszystkie następne. „Pierwsza eksplozja”, pisała Hannah Arendt o 1 sierpnia 1914 roku, „była jakby początkiem reakcji łańcuchowej, której do dziś nie można przerwać… Niczego, co wydarzyło się od I wojny światowej, nie udało się naprawić, żadnemu z nieszczęść, nawet II wojnie, nie umieliśmy zapobiec. Każde wydarzenie miało jakość katastrofy, i każda z tych katastrof była ostateczna”. Wojna kosztowała 20 milionów zabitych, 21 milionów rannych, przyniosła niesłychany wzrost poziomu przemocy na całym świecie, zmieniła oblicze Europy i świata. Była pierwszą demokratyczną wojna totalną i globalną. Stanowiła wstrząs, punkt zwrotny współczesnej historii; cztery zniszczone cesarstwa, powstanie nowego ładu międzynarodowego, który był tak kruchy, że przetrwał jedynie kilkanaście lat; jej kontynuacją była II wojna światowa. Nic zatem dziwnego, że na ten temat napisano już tysiące książek i artykułów, a setna rocznica wybuchu „apokalipsy” przyniosła kolejne publikacje, zwłaszcza w Niemczech, które w 2010 roku przestały spłacać ostatnią ratę kontrybucji ( reparacji) nałożonych na nie w Wersalu.

U naszych zachodnich sąsiadów, już w 2004 r. w 90 rocznicę wybuchu wojny odnotowano wzmożone zainteresowanie publiczności tą problematyką, co przejawiło się wieloma wystawami i rosnącą liczbą publikacji – wydano między in. monumentalną encyklopedię I wojny światowej (Enzyklopädie Erster Weltkrieg, red. G.Hirschfeld, G.Krumeich, I.Renz Paderborn, 1004 s.). Natomiast setna rocznica przyniosła niespotykaną od lat falę książek, artykułów prasowych, debat medialnych, sympozjów i wystaw, wywołała spory o interpretację wydarzeń sprzed 100 lat, które nie utraciły nic ze swej fascynującej siły. Pojawiła się potrzeba empirycznie ufundowanego, całościowego przedstawienia tej wojny, jej przyczyn, przebiegu i skutków. W pewnym sensie Niemcy zaczęli na nowo odkrywać I wojnę światową.

Spośród licznych publikacji, które ukazały się w 2013 i w 2014 roku w Niemczech (w mniejszym zakresie w Austrii) wymieńmy przykładowo Der Erste Weltkrieg – Eine europäische Katastrophe pod redakcją francuskiej pary autorów Bruno Cabanesa i Anne Duménil, w której historycy z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Irlandii i USA analizują wszystkie aspekty wojny – polityczne, wojskowe, społeczne, psychologiczne, obyczajowe, a nawet kulinarne, oraz Der Erste Weltkrieg 1914-1918. Der deutsche Aufmarsch in ein kriegerisches Jahrhundert (red. Markus Pöhlmann, Harald Potempa, Thomas Vogel) wydaną przez Centrum Historii Wojskowości i Nauk Społecznych Bundeswehry w Poczdamie, w której 30 autorów zajmuje się głównie aspektami wojskowymi wojny. W książce Verdun 1916: Urschlacht des Jahrhunderts Olaf Jessen rekonstruuje dzień po dniu 300 dni bitwy. Szczegółowo analizowane są różne odcinki frontów Wielkiej Wojny jak Alpy (Hans-Joachim Löwer, Udo Bernhart, Die Alpenfront einst und jetzt: Auf den Spuren des Gebirgskrieges 1915-1918), Tyrol (Michael Forcher, Tirol und der Erste Weltkrieg. Ereignisse, Hintergründe, Schicksale) czy Dolomity (Uwe Nettelbeck, Der Dolomitenkrieg). Czołowy austriacki historyk wojskowości Manfried Rauchensteiner opublikował rozszerzone wydanie swojego klasycznego dzieła Der Tod des Doppeladlers. Österreich-Ungarn und der Erste Weltkrieg ; teraz pod tytułem Der Erste Weltkrieg und das Ende der Habsburgermonarchie 1914–1918 – dzieło fundamentalne, jeśli chodzi o udział w wojnie Austro-Węgier.

Po raz kolejny analizuje się wojenne zaangażowanie intelektualistów, pisarzy, kompozytorów, malarzy, uczonych – jedni z nich zgłaszali się jako ochotnicy na front, inni piórem walczyli o „Sprawę” swojego narodu (Ernst Piper, Nacht über Europa), oraz bada się (nie po raz pierwszy) związek pomiędzy wewnętrzną sytuacją społeczno-polityczną a wybuchem wojny (Heiner Karuscheit, Deutschland 1914. Vom Klassenkompromiss zum Krieg). To, co działo się w Niemczech w okresie wojny (polityka, kultura, społeczeństwo, propaganda wojenna etc.) przedstawili Gerhard Hirschfeld i Gerd Krumeich w książce Deutschland im Ersten Weltkrieg. Krumeich, będący czołowym znawcą historii I wojny światowej w Niemczech, opublikował ponadto książkę Juli 1914. Eine Bilanz, w której drobiazgowo opisał wydarzenia z lipca 1914 roku.

Oprócz tych, przykładowo wymienionych tu, książek (jak i wielu niewymienionych), na półkach księgarskich w Niemczech pojawiły się ponadto publikacje, których autorzy starają się spojrzeć na wojnę całościowo, w szerokim kontekście historyczno-politycznym i dotykają bardziej „wybuchowych” kwestii jak przyczyny wojny i odpowiedzialności („winy”) za jej wywołanie. Oprócz Niemiec tego typu próby pojawiły się w świecie anglosaskim, natomiast nic nie wiadomo, żeby podjęli je historycy rosyjscy czy francuscy.

Winowajca pilnie poszukiwany

Praktycznie wraz z momentem rozpoczęcia I wojny światowej wojujące strony zaczynają prowadzić odpowiednią propagandę i starają się nadać toczącym się wydarzeniom własną interpretację. Na przykład premier Wielkiej Brytanii H. H. Asquith już we wrześniu 1914 wiedział: „Kto jest odpowiedzialny za niewypowiedziane cierpienia, ku którym zmierza świat? Jedno mocarstwo jest odpowiedzialne, jedno jedyne, i tym mocarstwem są Niemcy”. W przemówieniu wygłoszonym 14 grudnia 1917 r. jego następca Lloyd George, mając na myśli Rzeszę Niemiecką, oświadczył: „W dziejach świata często istniały państwa przestępcze. Mamy dziś do czynienia z jednym z nich”. Alianci w odpowiedzi z 12 stycznia 1917 r. udzielonej na notę pokojową Wilsona z 21 grudnia 1916 r. użyli sformułowania: „atak, za który są odpowiedzialne państwa centralne”. Inny przykład to modlitwa wygłoszona na posiedzeniu amerykańskiego Kongresu 10 stycznia 1918 r. przez grupę kongresmenów pod przewodnictwem Billy A.Sunday`a, który znany był z powiedzenia: „Jeśli odwrócisz piekło do góry nogami, znajdziesz wytłoczony na spodzie napis «Made in Germany»”. Kongresmeni modlili się tymi oto słowy:

Wszechmocny Boże, Nasz Niebieski Ojcze! Ty wiesz o Panie, że stoimy w walce na śmierć i życie przeciw jednemu z najbardziej nikczemnych, krwiożerczych, chciwych, grzesznych, podłych narodów świata, jakie kiedykolwiek pohańbiły karty historii. Ty wiesz Panie, że Niemcy z ludzkich oczu wycisnęły dość łez, by napełnić nimi nowy ocean; że przelały dość krwi, aby poczerwieniały od niej wszystkie fale tego oceanu; że z serc mężczyzn, kobiet i dzieci wycisnęły dość krzyków i jęków, aby zbudować z nich nowy łańcuch górski (…). Prosimy Cię, obnaż swoje potężne ramię i uderz w tę ogromna watahę wygłodniałych, wilczych Hunów, którym ze szponów cieknie krew i flegma. Błagamy Cię, spraw, żeby gwiazdy, wiatry i fale walczyły przeciwko nim. A kiedy wszystko minie, odsłonimy nasze głowy i wzniesiemy nasze twarze ku niebu. Bądź pochwalon na wieki, przez Jezusa Chrystusa. Amen.

Propagandowa wojna o jednoznaczne i ostateczne ustalenie winy za „wywołanie wojny” i zidentyfikowanie „agresora”, trwa nadal po tym, jak już ucichły działa. Ustalona przez propagandę wojenną wersja wydarzeń i ich interpretacja są kontynuowane przez zwycięzców. Pragną oni stworzyć i „uwiecznić” w prawno-politycznych dokumentach określony obraz historii. Ta zapoczątkowana w propagandzie wojennej i kontynuowana po zakończeniu wojny tendencja do znalezienia i napiętnowania głównego lub wręcz jedynego, sprawcy i winowajcy, była całkowitym ewenementem w historii politycznej ostatnich kilku wieków. Przed 1914 r. nikt nie zrozumiałby pojęcia „wina za wywołanie wojny“, nie stawiano pytań o „winę” za wywołanie wojny stuletniej, wojny trzydziestoletniej, wojny rosyjsko-japońskiej 1904/1905 itd. Do 1918 r. kwestia „winy” nie była umieszczana w traktatach pokojowych.

Na gruncie klasycznego prawa międzynarodowego (Jus Publicum Europaeum) kwestii „kto zawinił” nie można było z zasady postawić, wykluczało ono „rozgrzebywanie” przyczyn wojny i karanie zwyciężonych. W odniesieniu do zakończonych wojen akceptowano w Europie zasadę „tabula rasa”, obowiązywała klauzula amnestii czy „puszczenia w niepamięć” tak, aby przeszłe wojny nie stały się przedmiotem teraźniejszej i przyszłej polityki. Grubą kreską „zapomnienia fundującego pokój“ oddzielano wojnę od pokoju.

Konferencja w Wersalu jest pod tym względem momentem przełomowym. Pokazywał to już sam sposób „zawierania pokoju” odbiegający od dotychczasowych europejskich obyczajów dyplomatyczno-politycznych. Od samego początku zwycięzcy zastosowali nacisk psychologiczny wobec delegacji niemieckiej: we Francji pociąg wiozący ją do Wersalu celowo skierowano przez tereny najbardziej zniszczone w okresie wojny; zwalniał on specjalnie, aby delegaci mogli dokładnie przyjrzeć się „spowodowanym przez siebie” zniszczeniom. Delegację niemiecką umieszczono w „Hotel des Reservoirs”, gdzie miała czekać na postanowienia konferencji pokojowej pod „ochroną” policji. W hotelu tym, mającym dawno za sobą czasy świetności, komfort był raczej niski, ponadto, choć wiosna należała do chłodnych, nie działało ogrzewanie. Park wokół hotelu otoczony był płotem z drutem kolczastym. Delegaci byli izolowani od świata zewnętrznego, nie mogli kontaktować się z politykami innych krajów; jeśli chcieli wyjść na zakupy do miasta, to pod eskortą. Ponad tydzień czekali na zaproszenie do hotelu „Trianon Palace”. 7 maja 1919 r. zaproszenie nadeszło. Członkowie delegacji niemieckiej musieli przez dłuższy czas czekać przed drzwiami do sali, w której oczekiwali ich delegaci „państw sprzymierzonych i stowarzyszonych”, siedzący przy jednym stole w półokręgu zajmując pozycję oskarżycieli. Przed nimi ustawiono stół dla delegacji niemieckiej (prasa francuska pisała, że jest to „ława oskarżonych”). Przekazano jej tekst postanowień w języku francuskim i angielskim oświadczając, że nie będzie żadnych ustnych rokowań, wszystkie uwagi delegacja może zgłaszać pisemnie, w języku francuskim i angielskim (po raz pierwszy w układzie międzynarodowym obowiązywały języki tylko jednej strony). Delegacja niemiecka musiała sama przetłumaczyć tekst postanowień.

Czymś bezprecedensowym w historii europejskiej dyplomacji był fakt, że na konferencję pokojową nie zaproszono żadnego przedstawiciela strony zwyciężonej, że delegacja niemiecka nie uczestniczyła jako równorzędny partner w obradach (Niemcy były jedynie przedmiotem a nie podmiotem postanowień i ustaleń podjętych na konferencji), choć przecież negocjacje o pokoju, ba, nowym porządku międzynarodowym, powinny się z natury rzeczy toczyć – jak to było do tej pory – pomiędzy stronami prowadzącymi wojnę (obawiano się zapewne, że minister spraw zagranicznych Niemiec Ulrich hrabia von Brockdorff-Rantzau odegra rolę taką jak Talleyrand na Kongresie Wiedeńskim).

Nie było dotąd w historii przykładu, żeby, obejmujące tak szeroki zakres spraw, „negocjacje” prowadzono wyłącznie poprzez wymianę pisemnych not i memorandów, i do tego w bardzo krótkich terminach. Delegacja niemiecka mogła jedynie sformułować pisemnie kontr-propozycje do przygotowanych wcześniej postanowień. Jedynie dwukrotnie nastąpiło bezpośrednie oficjalne spotkanie pomiędzy stroną aliancką a niemiecką – przy przekazaniu tekstu postanowień konferencji i przy podpisaniu układu, które zainscenizowano jako wielki demokratyczny show.

Postępowanie zwycięskiej koalicji, która nie chciała „ze względów moralnych” usiąść przy jednym stole rokowań z byłym wrogiem, było logiczną konsekwencją uznania strony niemieckiej za „winowajcę”, a zatem za stronę „niższą moralnie”, z którą się nie pertraktuje – zwycięzca nie traktował zwyciężonego jako równorzędnego, w sensie moralno-politycznym, kontrahenta i partnera. Znalazło to swój wyraz w odrzuceniu przez aliantów wniosku Niemiec o natychmiastowe przyjęcie do Ligi Narodów, uzasadnione tym, że jest rzeczą „niemożliwą, aby wolne narody świata zasiadły do stołu w równoprawnej wspólnocie z tymi, od których wycierpiały tyle ciężkiego bezprawia”. Niemcy, nie należące do „wolnych narodów świata” okazały się – w przeciwieństwie do Haiti i Liberii – niegodne członkostwa nowej organizacji. Stan tego „prawno-moralnego poniżenia” trwa w pewnej mierze po dziś dzień, co symbolizuje fakt, że pamiątkowa tablica w „Salle Clemenceau“ hotelu „Trianon Palace” przypominająca przekazanie postanowień konferencji wersalskiej delegacji niemieckiej, nie wymienia jej członków po nazwisku – w przeciwieństwie do reprezentantów strony zwycięskiej. Widocznie uznano, że niemieccy delegaci nie zasługują na upamiętnienie i powinni pozostać anonimowi. Wystarczy porównać Wersal z Kongresem Wiedeńskim, zwołanym po wielkiej rewolucji i trwającej 25 lat wojnie, aby zobaczyć różnice: jego pełnoprawnymi uczestnikami byli pokonani Francuzi, którzy – choć wyłączeni w pierwszym okresie z obrad „wielkiej czwórki” – brali jak wszyscy inni udział w rozmowach, rokowaniach, obiadach i balach. Nikt ich o nic nie oskarżał. Język francuski, czyli język zwyciężonych był językiem dyplomacji, i większość uczestników kongresu nim się posługiwała. Wspomnieć tu należy, że w okresie przed podpisaniem układu pokojowego w Brześciu Litewskim toczyły się normalne, ustne i pisemne, rokowania. Pertraktacje pomiędzy niemieckimi (i austriackimi) generałami i arystokratami a rosyjskimi bolszewikami (po jednej stronie Ottokar Theobald Otto Maria Graf Czernin von und zu Chudenitz i feldmarszałek Prinz Leopold Maximilian Joseph Maria Arnulf von Bayern, po drugiej – Joffe i Trocki) przebiegały w formach typowych dla kultury europejskiej i dawnej dyplomacji – obie delegacje jadały przy jednym stole i część czasu wolnego spędzały razem.

Konferencja wersalska pokazuje zanik sztuki zawierania pokoju, jaki spowodowała demokratyzacja i totalizacja wojny, która zakończyła erę wojen gabinetowych. Była nie zakończeniem wojny, lecz jej kontynuacją innymi środkami. Zwycięskiej stronie chodziło o to, aby wróg zidentyfikowany w okresie trwania wojny jako „winny jej rozpętania”, pozostał nim także po jej zakończeniu. Ponadto miał być także winny „barbarzyńskiego” i „przestępczego” prowadzenia wojny. Teoretycznie można sobie wyobrazić, że strona „winna rozpętania wojny”, jest niewinna gdy chodzi o sposoby i metody prowadzenia wojny, zaś strona niewinna wywołaniu wojny popełnia w jej trakcie największe zbrodnie wojenne. Jednak ze względów propagandowych i politycznych obie te „winy” muszą występować łącznie u jednej ze stron (zwyciężonej). Obie tworzą całość – ten winny za wojnę, jest zarazem winny stosowania „przestępczych” metod jej prowadzenia.

Skąd brała się tak przemożna potrzeba ustalenia i utrwalenia zwyciężonego w roli „winowajcy”, który do tego był „przestępcą”, prowadzącym „barbarzyńską” wojnę? Po pierwsze wojna od początku była – w sensie propagandowym – moralną, ideologiczną i quasi-religijną krucjatą przeciwko Złu, walką „przebitych rąk Chrystusa” przeciwko „opancerzonej pięści” Niemców jak ogłosili najwyżsi dostojnicy kościelni w Anglii – arcybiskup Cantenbury i lord-biskup Londynu. W erze demokratycznej potrzebna była mobilizacja tzw. opinii publicznej. Propaganda skierowana do szerokich mas miała je skłonić do akceptacji i poparcia wysiłku wojennego. Skuteczne mogło być tylko przedstawienie wojny jako starcia Dobra ze Złem, ponieważ jedynie głębokie przekonanie o nikczemności wroga i moralnej słuszności i sprawiedliwości wojny prowadzonej przez własny rząd, w której masy muszą brać udział i na rzecz której muszą ponosić ofiary, może je natchnąć duchem bojowym. Dlatego propagandowa histeria jest nieodłącznym składnikiem pierwszej „demokratycznej wojny totalnej” jaką była I wojna światowa.

Politycy strony zwycięskiej nie mogą przejść do porządku dziennego nad polityczno-psychologicznymi mechanizmami uruchomionymi w czasie tej prawdziwej „wojny ludów” i muszą propagandę wojenną kontynuować w okresie pokoju, ponieważ gdyby jej zaprzeczyli, podważyliby własną wiarygodność. W Wersalu radzili demokratyczni przywódcy, zdający sobie sprawę, że ich postępowanie i podjęte tam decyzje mogą zaważyć na ich losie politycznym, stąd też można je interpretować jako element, szeroko pojętej, kampanii wyborczej (inaczej było w przypadku uczestników Kongresu Wiedeńskiego, którzy nie musieli liczyć się z osądem tzw. demokratycznej opinii publicznej). Dlatego w Wersalu „rokowań pokojowych” nie prowadziły dwie równorzędne pod względem moralno-prawno-politycznym strony, ale zwycięzcy „wojny sprawiedliwej”, ba, „świętej wojny”, odbywali sąd nad zwyciężonymi „winowajcami”, oczekującymi na wyrok; pertraktowały nie równoprawne państwa, ale „czyści moralnie” osądzali i wydawali wyrok na „łajdaków” i „przestępców”. Przez cztery lata propaganda wojenna przedstawiała wroga jako wcielenie niemal absolutnego zła; nie był to tylko wróg polityczny, ale wręcz „wróg ludzkości”. Z kimś takim nie można usiąść do stołu rokowań, można go jedynie oskarżyć, osądzić i ukarać. Jak oświadczył premier Francji Clemenceau 7 maja 1919 r. przed wręczeniem delegacji niemieckiej tekstu postanowień konferencji: „Nadeszła godzina rozrachunku”.

Wszystkie wojujące strony głosiły, że toczą „słuszną” wojnę „narodowej samoobrony” zaś wroga oskarżały o „napaść”. Po zakończeniu wojny zwycięzcy mogą utrzymać tę opinią w stosunku do samych siebie – „jesteśmy ofiarami niewinnie napadniętymi” – natomiast zwyciężony staje się godnym potępienia „agresorem”. Skoro „My” reprezentujemy Dobro, to „Wy” automatycznie reprezentujecie Zło, skoro „My” prowadzimy „wojnę sprawiedliwą”, to „Wy – „niesprawiedliwą”, skoro „My” chcemy zawsze pokoju a nigdy wojny, to znaczy, że „Wy” nigdy nie chcecie pokoju a zawsze wojny itd. Przy takim podziale ról zwycięska strona traktuje pokonanych nie jako po prostu słabszych pod względem militarnym, ale także jako niższych moralnie. Doktryna o niemieckiej winie za wywołanie wojny, podbudowywała w państwach zwycięskich postawę: my zawsze byliśmy ci Dobrzy, zawsze prowadziliśmy wojny sprawiedliwe. W ten sposób tezą, że zguba zawsze przychodziła tylko od Niemców, legitymizowała inne tradycje geopolitycznej przemocy.

Po drugie, pojawiła się konieczność moralnego oraz politycznego uzasadnienia i usprawiedliwienia post factum wojennego wysiłku, ogromnych strat materialnych i milionów ofiar przewyższających te znane z poprzednich wojen (uczynić sensownym to, co wielu jawiło się jako bezsensowne). Ponieważ wojna otworzyła taką otchłań okrucieństwa, zniszczenia i śmierci, której w chwili wybuchu konfliktu nikt się spodziewał, niezbędny stał się moralny „rozrachunek” – znalezienie winowajcy i usprawiedliwienie poświęceń, koniecznych dla odniesienia zwycięstwa nad „Złem”, które „zagrażało światu”.

Po trzecie, chodziło o stworzenie prawnej podstawy do nałożenia na pokonanych wielkich kontrybucji. Przypomnieć tu należy, że jeszcze na początku I wojny światowej w prawie międzynarodowym nie istniał zakaz czy potępienie wojny, także wojny zaczepnej, która była legalna i prawowita według ówczesnego prawa międzynarodowego. Klasyczne pojęcie wojny interpretowało ją jako obustronnie usprawiedliwiony i wynikający z suwerenności państwowej pojedynek wraz z jego ograniczeniami i prawem innych do neutralności. Każde państwo mocą swojej suwerenności było w każdym momencie uprawnione do tego, aby prowadzić wojnę (ius ad bellum); wojnę uznawano za racjonalny i moralny (ostateczny) środek polityki suwerennych państw, którym przysługiwało także „prawo podboju” ( odrzucenie tych zasad w Wersalu oznaczało zainaugurowanie ery po-klasycznego prawa międzynarodowego). Nawet więc gdyby głównym czy jedynym „agresorem” były Niemcy, to nie złamałyby prawa międzynarodowego; z prawnego punktu widzenia wiosną 1919 roku nie było podstaw, aby przeforsować roszczenia i sankcje wykraczające poza wcześniejszą praktykę klasycznego prawa zwycięzcy do odszkodowania za wojnę. I takie podstawy trzeba było stworzyć. Patrząc szerzej, chodziło o napiętnowanie zwyciężonych jako „winnych”, aby móc wymierzyć im „karę” za „przestępstwo”, czyli o skonstruowanie moralno-prawnego uzasadnienia dla postanowień konferencji wersalskiej. Dlatego wojna musiała być nie tylko przegrana, ale i zawiniona a działania i metody jej prowadzenia przez zwyciężonych przedstawione jako szczególnie okrutne i łamiące wszystkie ludzkie prawa i obyczaje.

Historia wojny napisana w Wersalu

Po zakończeniu wojny zwycięzcy kreują, odpowiadający ich interesom i polityczno-propagandowym potrzebom obraz historii (prehistorii wojny i historii jej przebiegu), w której role są odpowiednio rozdzielone, oraz utrwalają go w oficjalnych wypowiedziach polityków (np. rząd brytyjski w nocie z 7 marca 1919 r. stwierdził, że „według opinii rządów sprzymierzonych odpowiedzialność Niemiec za wojnę została dawno bez żadnych wątpliwości ustalona”) oraz w aktach i dokumentach polityczno-dyplomatyczno-prawnych.

W przemówieniu otwierającym konferencję pokojową w Wersalu 18 stycznia 1919 r. prezydent Raymond Poincaré powiedział, że żaden z narodów na niej reprezentowanych nie ma najdrobniejszego udziału w przestępstwie, które doprowadziło do niespotykanego dotąd nieszczęścia – oczywistą rzeczą było, że to Niemcy prowadziły „przestępczą wojnę”. Zwycięzcy byli zgodni co do tego, że to Niemcy są wyłącznymi winowajcami, i tak należy to zapisać na kartach historii. 25 stycznia 1919 powołali do życia komisję ds. ustalenia odpowiedzialności inicjatorów wojny i kar, jakie miały zostać na nich nałożone. Komisja przedłożyła 29 marca 1919 r. raport, w którym zawarła następujące wnioski: wojna została z premedytacją zaplanowana przez państwa centralne i ich sojuszników – Turcję i Bułgarię, i jest wynikiem działań, które popełnione zostały umyślnie, z zamiarem, żeby stała się nieunikniona. Państwa centralne działały wspólnie w, z góry przyjętym celu, aby móc użyć konfliktu serbsko-austriackiego jako sposobu na rozpętanie wojny światowej; Niemcy, w porozumieniu z Austro-Węgrami, torpedowały liczne propozycje mediacji ze strony państw Ententy i zniweczyły ich ponawiane wysiłki dla zapobieżenia wojnie.

Zasadnicze dokumenty ustalające obraz historii to: preambuła do postanowień konferencji wersalskiej, artykuły 228-231 tychże postanowień oraz ultimatum strony alianckiej z 16 czerwca 1919 r. łącznie z tzw. Mantelnote. Wszystkie je można potraktować łącznie.

W preambule do postanowień konferencji wersalskiej określono winowajców i sformułowano bezpośrednie przyczyny wojny: „ Mocarstwa sprzymierzone i stowarzyszone również życzą sobie, by wojna, w którą zostały kolejno pośrednio lub bezpośrednio wciągnięte, i która bierze początek w wypowiedzeniu wojny, przesłanym 28 lipca 1914 r. przez Austro-Węgry – Serbii, w wypowiedzeniach wojny, przesłanych przez Niemcy 1 sierpnia – Rosji i 3 sierpnia 1914 r. – Francji, oraz w inwazji Belgii, ustąpiła miejsce stałemu, sprawiedliwemu i trwałemu Pokojowi”.

Artykuł 231 postanowień miał następujące brzmienie: „Rządy sprzymierzone i stowarzyszone oświadczają, zaś Niemcy przyznają, że Niemcy i ich sprzymierzeńcy, jako sprawcy, są odpowiedzialni za wszystkie szkody i straty, poniesione przez Rządy sprzymierzone i stowarzyszone oraz przez ich obywateli na skutek wojny, która została im narzucona przez napaść ze strony Niemiec i ich sprzymierzeńców”. W artykule celowo nie użyto słowa „liability”, ponieważ odnosiłoby się to odpowiedzialności prawno-finansowej (nim. Haftung), lecz „responsibility”, czyli odpowiedzialności także w szerokim moralno-politycznym sensie (niem. Verantwortlichkeit). Artykuł 231 był zarówno przez polityków krajów Ententy, jak i przez polityków niemieckich interpretowany jako przypisanie Niemcom wyłącznej „winy” za wywołanie wojny. Artykuł 227 obciążał osobistą odpowiedzialnością cesarza Rzeszy Niemieckiej Wilhelma II Hohenzollerna: „Mocarstwa sprzymierzone i stowarzyszone stawiają w stan publicznego oskarżenia Wilhelma II Hohenzollerna, byłego cesarza Niemiec, o najwyższą obrazę moralności międzynarodowej i świętej powagi traktatów. (…) Zostanie ustanowiony specjalny Trybunał dla osądzenia oskarżonego, który będzie miał zapewnione istotne gwarancje prawa obrony. Trybunał będzie się składał z 5 sędziów, mianowanych przez każde z 5 następujących mocarstw, a mianowicie: Stany Zjednoczone Ameryki, Wielka Brytania, Francja, Włochy i Japonia. (…) Mocarstwa sprzymierzone i stowarzyszone zwrócą się do Rządu holenderskiego z prośbą o wydanie dawnego cesarza w ich ręce dla osądzenia”.

Uznanie cesarza Wilhelma II za przestępcę wojennego i domaganie się jego osądzenia, będące realizacją popularnego w czasie wojny hasła „Hang the Kaiser!”, oznaczało zerwanie z europejską tradycją klasycznego prawa międzynarodowego mówiącą, że wojna jest relacją między dwoma państwami i prowadzona jest przez państwa, a nie przez pojedynczych ludzi, także nie osobiście przez głowy państw. Dodatkowo 7 lutego 1920 r. strona niemiecka otrzymała listę „niemieckich przestępców wojennych”, którzy także mieli zostać osądzeni przez międzynarodowy trybunał – sąd zwycięzców nad zwyciężonymi w sensie dosłownym. Lista podlegających ekstradycji zawierała nazwiska prawie 900 osób, w tym praktycznie całej czołówki niemieckich polityków i wojskowych bezpośrednio odpowiedzialnych za działania państwa niemieckiego. Znaleźli się na niej m.in. Kronprinz Wilhelm Hohenzollern, kilku rządzących książąt, którzy w czasie wojny byli dowódcami, b. kanclerz Bethmann-Hollweg, feldmarszałkowie von Hindenburg i von Mackensen, generałowie von Ludendorff, von Gallwitz i von Bülow, admirał Tirpitz. Celem tych pokazowych procesów, do których ostatecznie nie doszło, było sądowe i prawne zacementowanie „winy” pokonanych Niemiec i propagandowe podbudowanie przyjętej wersji historii ( zgodnie z zasadą res iudicata – „sprawę już osądzoną uważa się za prawdę”). Cesarz i członkowie najwyższego kierownictwa państwowego i wojskowego Rzeszy Niemieckiej na karty historii mieli wejść jako „winni rozpętania wojny” i „przestępcy wojenni”.

16 czerwca 1919 r. zwycięska koalicja wystosowała ultimatum do rządu niemieckiego z żądaniem ustosunkowania się doń w terminie pięciu dni. Zawierało ono odpowiedź na kontr-propozycje niemieckie wobec postanowień konferencji wersalskiej oraz tzw. Mantelnote. Oba te dokumenty są najpełniejszym rozwinięciem i uzasadnieniem „winy” Niemiec, przedstawiają w skrócie „prehistorię” wojny oraz ich cele wojenne, identyfikują korzenie „agresywności” Niemiec tkwiące m.in. w wewnętrznych stosunkach politycznych, potępiają sposób prowadzenia przez nie wojny i niemieckie zbrodnie wojenne oraz prezentują autowizerunek członków Ententy.

Jeśli chodzi o „winę za wywołanie wojny”, to w dokumentach tych czytamy, że:

bezpośrednią przyczyną wojny była decyzja, podjęta z rozmysłem przez osoby odpowiedzialne za niemiecką politykę w Berlinie oraz przez ich sojuszników w Wiedniu i Budapeszcie, aby rozwiązanie kwestii europejskiej narzucić narodom Europy pod groźbą wojną. Gdyby inne mocarstwa temu się sprzeciwiały, Niemcy chciały zmusić je do tego poprzez natychmiastowe wypowiedzenie wojny. Seria wydarzeń, które latem 1914 r. doprowadziły do wybuchu wojny, została zaplanowana i wykonana przez ludzi dzierżących najwyższą władzę w Wiedniu, Budapeszcie i Berlinie;

– Niemcy, będąc przygotowane do wojny, zachęciły zależnego od siebie sojusznika do wypowiedzenia wojny Serbii w ciągu 48 godzin;

– Niemcy przeciwstawiły się wielkiemu nurtowi demokratycznego postępu i międzynarodowej przyjaźni na całym świecie. Były główną podporą autokracji w Europie. I w końcu, widząc, że inaczej nie zrealizują swoich celów, zaplanowały i rozpoczęły wojnę, która spowodowała rzezie i okaleczenie milionów ludzi i spustoszenie Europy od jednego krańca po drugi;

– Niemcy nie chciały porozumienia, to one rozpętały wojnę światową, do której jedynie one spośród wszystkich narodów były w pełni uzbrojone i przygotowane.

Dowiadujemy się dalej, że, zanim Niemcy wszczęły wojnę, przywódcy polityczni tego państwa zamiast krzewić przyjaźń siali stale nieufność i wrogość pomiędzy wszystkimi swoimi sąsiadami i prowokowali kryzysy międzynarodowe. W czasie kilku ostatnich dziesięcioleci Niemcy prowadziły politykę, nakierowaną na sianie zazdrości, nienawiści i niezgody pomiędzy narodami, ażeby zaspokoić swoją egoistyczną żądzę władzy. Niemcy były pionierem stosowania zasady siły i przemocy, zwodzenia, intryg i okrucieństwa w stosunkach międzynarodowych, stworzyły system szpiegostwa i intryg pozwalający im na wywoływanie niepokojów i buntów na sąsiedzkich terytoriach, a nawet na tajne przygotowania do ofensywy, aby móc je w odpowiednim momencie tym pewniej i łatwiej rozgromić. Zbroiły się na potęgę, aby tyranizować swoich sąsiadów grożąc im wojną. Groźbami użycia przemocy utrzymywali Europę w stanie wrzenia, a kiedy zobaczyli, że ich sąsiedzi są zdecydowani stawić opór ich zuchwałym planom, postanowili ustanowić swoją hegemonię przemocą.

Źródeł polityki Niemiec należy, według autorów przytaczanych dokumentów, szukać w „systemie pruskim”. Wybuchu wojny nie powinno sprowadzać się do jednej nagłej decyzji podjętej w chwili głębokiego kryzysu. Była logicznym wynikiem polityki, którą od dziesięcioleci prowadziły Niemcy pod wpływem Prus. Całą historię Prus charakteryzuje duch dominacji, agresji i wojny. „Zahipnotyzowany sukcesem, z jakim Bismarck, podążając śladami Fryderyka Wielkiego, obrabował sąsiadów Prus oraz krwią i żelazem wykuł jedność Niemiec, naród niemiecki prawie bez zastrzeżeń podporządkował się po 1871 r. wpływowi i przywództwu jego pruskiej władzy”.

W Niemczech uczono poddanych, że siła jest prawem. Cała organizacja państwa była nastawiona na agresję i wojnę. Zmobilizowano wszystkie środki, którymi dysponowano – uniwersytety, prasę, ambonę, całą maszynerię państwową, aby głosić ewangelię nienawiści i przemocy i aby w odpowiedniej chwili naród niemiecki odpowiedział na wezwanie. Duch pruski pragnie zdobycia najwyższej i autokratycznej władzy; przywódcy Niemiec obawiali się, że narastająca fala demokracji może zniweczyć ich plany zapanowania nad światem, dlatego wszystkie wysiłki skierowali ku temu, by jednym ciosem złamać wszelki opór, wtrącając Europę w wojnę światową. Ich celem wojennym był podbój, panowanie i dyktat, dominacja i hegemonia w Europie, osiągnięcie pozycji absolutnego władcy na wschodzie i na zachodzie. Rządzący Niemcami, wierni pruskiej tradycji, chcieli panować nad ujarzmioną Europą i tyranizować ją tak samo jak tyranizowali własny kraj.

W trakcie wojny Niemcy zanegowały niezmienne podstawy moralności i kultury, mianowicie wierność zawartym układom i przyjętym zobowiązaniom. Są odpowiedzialne za zbrodnie przeciwko ludzkości i prawu międzynarodowemu, są wrogiem pokoju, sprawiedliwości i równości we własnym państwie i, w niemniejszym stopniu, wrogiem wolności, sprawiedliwości i równości w stosunkach z zagranicą; są rzecznikiem przemocy, buty i tyranii. Prawie cały świat sprzymierzył się, aby zniweczyć niemiecki plan podboju i hegemonii.

Niemcy ponoszą odpowiedzialność nie tylko za to, że chcieli wojny i ją rozpętali, w równym stopniu odpowiedzialni są za brutalny i nieludzki sposób jej prowadzenia. Są tymi, którzy z prymitywną brutalnością tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci uprowadzili w niewolę do obcego kraju. W stosunku do jeńców wojennych pozwolili sobie na takie ich traktowanie, „przed którym cofnęłyby się ludy na najniższym stopniu cywilizacji”. Postępowanie Niemiec jest prawie bezprzykładne w dziejach ludzkości. Zdaniem sojuszników i państw stowarzyszonych „wojna, która wybuchła 1 sierpnia 1914 r., była największą zbrodnią przeciwko ludzkości i przeciwko wolności narodów, jaką kiedykolwiek popełnił świadomie naród uważający się za cywilizowany”. Na Niemcach spoczywa straszliwa odpowiedzialność za to, że co najmniej siedem milionów zmarłych jest pogrzebanych w Europie; ponad dwadzieścia milionów żywych swoimi ranami i cierpieniami zaświadcza o tym, że Niemcy na drodze wojny wojnę pragnęli zaspokoić swoje umiłowanie tyranii.

Pojawia się także teza o winie zbiorowej narodu niemieckiego; stwierdzano, że „zarówno w czasie całej wojny, jak i przed wojną naród niemiecki i jego reprezentanci [posłowie-TG] byli za wojną”. Głosowali za kredytami wojennymi, rozpisali subskrypcje obligacji wojennych, słuchali wszystkich rozkazów swojego rządu, niezależnie od tego, jak nie byłyby brutalne; ponoszą więc współodpowiedzialność za politykę rządu, który, gdyby tylko chcieli, mogli obalić w każdej chwili. Gdyby ta polityka rządu niemieckiego się powiodła, naród niemiecki oklaskiwałby ją z takim samym entuzjazmem, z jakim powitał wybuch wojny. Dlatego nie może teraz utrzymywać, że – ponieważ po przegranej wojnie wymienił swoich rządzących – domaga się sprawiedliwości, unikając w ten sposób skutków swoich działań wojennych.

W przytoczonych dokumentach zwycięzcy przedstawiają się jako przeciwieństwo Niemców. Bronili się tylko przed niemiecką agresją, walczyli z bezprawiem i zagrożeniem ze strony Niemiec, stanęli w obronie wolności a przeciwko despotyzmowi. Reprezentują najwyższe i niezmienne zasady polityki międzynarodowej, międzynarodowej moralności i kultury, świętości traktatów i podstawowych zasada sprawiedliwości. Angielska blokada morska była prawomocnym i uznanym środkiem prowadzenia wojny; jeśli zastosowano blokadę o szczególnie ostrych rygorach, to było to spowodowane przestępczym charakterem wojny rozpoczętej przez Niemcy i barbarzyńskimi metodami jej prowadzenia.

Wszystkie przytaczane wyżej dokumenty (będące w tej mierze kontynuacją propagandy wojennej) po pierwsze zawierały sformułowania oznaczające kryminalizację narodu i państwa niemieckiego jako „przestępców“, agresorów, wrogów pokoju na świecie i pokojowej współpracy narodów, oraz potępienie historii narodu niemieckiego, ustroju i stosunków wewnętrznych w Niemczech. Po drugie ustalały – zanim jeszcze zdążyli się wypowiedzieć na ten temat historycy – pewną wersję historii obejmującą określenie dalszych i bezpośrednich przyczyn wojny, wskazanie „winnych” jej wybuchu oraz przypisanie stronie zwyciężonej „barbarzyńskiego” sposobu jej prowadzenia. Politycy antycypowali wyniki badań historycznych, wydali etyczną ocenę zanim historycy ustalili fakty, przyczyny, powody i zależności. Ogłosili jako prawdę historyczną swoją prawdę polityczną, nie wymagajacą ani żmudnych poszukiwań w archiwach, ani naukowych dociekań.

Niemiecka „kampania niewinności”

Co dość oczywiste, w Niemczech od samego początku odrzucano oskarżenie, że to Niemcy z premedytacją i świadomie przygotowywały i rozpętały wojnę światową jako wojnę napastniczą i zaborczą i prowadziły ją w szczególnie okrutny sposób. Nie uznawano ani wyłącznej winy (Alleinschuld), ani nawet głównej winy (Hauptschuld) Niemiec. Już podczas przekazywania 7 maja 1919 r. delegacji niemieckiej w Wersalu postanowień konferencji przewodniczący delegacji, minister spraw zagranicznych Niemiec Ulrich hrabia von Brockdorff-Rantzau odrzucił oskarżenia zwycięzców. Odczytując stanowisko Rzeszy Niemieckiej, uczynił to na siedząco, aby podkreślić, że nie występuje jako oskarżony (zanim wziął do ręki napisaną przez zwycięzców „księgę pokoju”, ostentacyjnie wciągnął czarne rękawiczki). W swojej wypowiedzi Brockdorff-Rantzau stwierdził m.in. „znamy moc nienawiści, w obliczu której tutaj stoimy, słyszeliśmy namiętne żądanie, że zwycięzcy jednocześnie każą nam zapłacić jako pokonanym i chcą ukarać jako winnych. Żąda się od nas, żebyśmy przyznali, że wyłącznie my jesteśmy winowajcami. Takie przyznanie się byłoby w moich ustach kłamstwem. Dalecy jesteśmy od tego, żeby zrzucać z Niemiec jakakolwiek odpowiedzialność za to, że doszło do tej wojny światowej i że tak była prowadzona. Postawa byłego rządu niemieckiego na haskich konferencjach pokojowych, jego działania i zaniechania w tragicznych dwunastu dniach lipcowych mogły przyczynić się do nieszczęścia, ale zdecydowanie kwestionujemy, że to wyłącznie Niemcy, których naród był przekonany, że toczy wojnę obronną, obciążone są winą”. Mówiąc o przyczynach wojny minister wskazywał na dziesięciolecia poprzedzające zamordowanie arcyksięcia Ferdynanda pełne kryzysów i konfliktów pomiędzy mocarstwami, a za bezpośrednią przyczynę uznał rosyjską mobilizację. Na oskarżenia o zbrodnie wojenne odpowiedział wskazując na blokadę morską trwającą jeszcze po zawieszeniu broni i jej ofiary wśród cywilnej: „o tym pomyślcie Panowie, kiedy mówicie o winie i pokucie”. Zaapelował o powołanie neutralnej komisji dla zbadania przyczyn wojny: „Miarę winy wszystkich uczestników może ustalić tylko bezstronne dochodzenie, neutralna komisja, przed którą do głosu dojdą wszystkie główne postaci tragedii, i dla której otwarte zostaną wszystkie archiwa. Domagaliśmy się takiego badania i powtarzamy nasze żądanie”. Brockdorff-Rantzau powtórzył w Wersalu to, co w styczniu 1919 r. powiedział przedstawicielom prasy zagranicznej w Berlinie: „Niemcy są w najwyższym stopniu zainteresowane także odkryciem winy za wojnę. Nowy niemiecki rząd zaproponował już, aby powołać neutralną komisję, aby tę kwestię zbadała na możliwie najszerszej podstawie: zaproponowano, żeby dla jej dochodzenia były otwarte wszystkie akta i tajne archiwa na świecie. Uważamy, że tylko tak można uzyskać obiektywny obraz wydarzeń, które w 1914 r. doprowadziły do wybuchu walk”. Strona niemiecka wielokrotnie apelowała, aby artykuł 231 zastąpić artykułem o powołaniu międzynarodowej neutralnej komisji śledczej dla wyjaśnienia wszystkich wydarzeń i procesów, które doprowadziły do wybuchu wojny, a także dla zbadania wszystkich przypadków naruszeń prawa międzynarodowego i wojennego w trakcie wojny. Niestety, komisja taka nigdy nie powstała.

Zarówno elita polityczna wszystkich barw ideologicznych (z wyjątkiem komunistów, części tzw. niezależnych socjalistów i lewicowych pacyfistów), jak i szerokie kręgi społeczne uważały oskarżenia z Wersalu za upokarzające ich kłamstwo i zniesławienie, za atak na godność narodową a ich odparcie za patriotyczny obowiązek i wymóg racji stanu. Panował w tej kwestii ponadpartyjny konsens. Było to całkowicie zrozumiałe psychologicznie, gdyż o ile można było pogodzić się z sankcjami, aneksjami, kontrybucjami i innymi ciężarami i ograniczeniami narzuconymi przez silniejszych zwycięzców, to było czymś niesłychanie trudnym zaakceptować wysunięte przez nich oskarżenie o winie za wywołanie wojny, które nałożenie owych ciężarów i ograniczeń miało uczynić aktem wyższej sprawiedliwości, naznaczając jednocześnie Niemców piętnem moralnej niegodziwości, do której sami musieli się pod naciskiem zwycięzców przyznać. Oburzenie i sprzeciw są znacznie bardziej intensywne, kiedy słabszy dostrzega, że silniejszy swoje cele polityczne, realizowane dzięki fizycznej przewadze, maskuje jako cele moralne, obciążając winą pokonanego i zmuszając go, żeby wziął ją na siebie.

„Kłamstwo o winie za wojnę” (Kriegsschuldlüge) zwalczano w Niemczech nie tylko ze względów „godnościowych”, ale także z oczywistych powodów politycznych – dążono wszak do rewizji postanowień konferencji wersalskiej, których moralno-prawno-polityczny fundament stanowiła właśnie teza o „winie” Niemiec, co wyraził w marcu 1921 r. Lloyd George: „Dla aliantów niemiecka odpowiedzialność za wojnę ma zasadnicze znaczenie, jest fundamentem, na którym wzniesiono budowlę Wersalu. Jeśli to się odrzuci lub z tego zrezygnuje, układ się zawali (…)”. Celem Niemców było więc podważenie „moralnej podstawy” postanowień wersalskich. Obalenie oskarżenia stało się zadaniem polityki zagranicznej. Ponieważ zwycięzcy instrumentalizowali politycznie „winę” Niemiec, to zwyciężeni jako politycznego instrumentu używali swojej „niewinności”. Na „kampanię winy” prowadzoną przez zwycięzców odpowiedzieli „kampanią niewinności”.

Udowodnienie „niewinności” stało się elementem oficjalnej i pół-oficjalnej polityki historycznej. W grudniu 1919 r. w rządzie socjaldemokratycznego kanclerza Gustava Bauera powstał w MSZ specjalny referat ds. winy za wywołanie wojny, publikowano akta i dokumenty na temat jej wybuchu. W sumie MSZ opublikował 91 tomów akt w tym 54-tomowy zbiór dokumentów pod tytułem Die große Politik der Europäischen Kabinette (1922-1927), Hermann Lutz, który pracował w we wspomnianym wyżej referacie, sporządził ekspertyzę dla komisji Reichstagu badającej przyczyny wybuchu wojny i klęski Niemiec, która ukazała się drukiem w 1930 pt. Die europäische Politik in der Julikrise 1914. W 1921 z inspiracji MSZ powstał Centralny Ośrodek Badania Przyczyn Wojny (Zentralstelle für die Erforschung der Kriegsursachen), kierował nim były oficer sztabu generalnego major Alfred von Wegerer, który w 1923 r. założył także prywatne towarzystwo Gesellschaft fur Erforschung der Kriegsursachen. W 1923 r. powstało czasopismo poświęcone wyłącznie naukowemu sporowi z zarzutem wywołania wojny – miesięcznik „Die Kriegsschuldfrage. Berliner Monatshefte für internationale Aufklärung“. Jego redaktorem był od 1929 r. wspomniany major Alfred von Wegerer. W okresie międzywojennym pismo stanowiło najważniejsze forum debaty i informacji w kwestii przyczyn wojny.

W niemiecką „kampanię niewinności” zaangażowane były osoby zasiadające na najwyższych stanowiskach państwowych, w tym prezydent Paul von Hindenburg, który 18 września 1927 r. podczas uroczystego odsłonięcia pomnika w Tannenbergu oświadczył: „Oskarżenie, że Niemcy są winne tej wojnie, odrzucamy, odrzuca je jednomyślnie naród niemiecki wszystkich warstw! Nie zawiść, nienawiść czy żądza podboju wcisnęły nam broń do ręki. Wojna była nas ostatecznym, związanym z najcięższymi ofiarami, środkiem zachowania swoich praw w obliczu świata pełnego wrogów. Z czystym sercem wyruszyliśmy by bronić ojczyzny i czystymi rękoma niemiecka armia używała miecza”.

Na płaszczyźnie politycznej „kampania niewinności” zakończyła się 30 stycznia 1937 r., kiedy to kanclerz i prezydent Adolf Hitler z okazji rocznicy przejęcia władzy wycofał podpis Niemiec pod artykułem o winie za wojnę – żadne z mocarstw zwycięskich nie zaprotestowało oficjalnie przeciwko wypowiedzeniu tego artykułu. Jako ciekawostkę przytoczmy fakt, że w Mein Kampf Hitler, choć inicjatywę wywołania wojny dostrzegał u rządów państw Ententy, to jednocześnie zauważał winą po stronie rządu niemieckiego, którą było dążenie do zachowania za wszelką cenę pokoju na świecie, co było poważnym błędem w obliczu determinacji wrogów Niemiec. Dlatego – uważał przyszły kanclerz – nadmiernie pokojowy rząd niemiecki, stale przegapiając najkorzystniejsze momenty do zaatakowania wroga, stał się ostatecznie ofiarą światowej koalicji.

W okresie międzywojennym powstała w Niemczech ogromna literatura na temat przyczyn wojny autorstwa zarówno profesjonalnych historyków, jak i pisarzy politycznych i publicystów. Wymienić tu można Karla Helffericha, który w 1919 r. opublikował trzytomową pracę na temat wojny światowej: Der Weltkrieg in drei Bänden ( t.1, Die Vorgeschichte des Weltkrieges, t.2 Vom Kriegsausbruch bis zum uneingeschränkten U-Bootkrieg, t.3 Vom Eingreifen Amerikas bis zum Zusammenbruch), Hermanna Lutza analizującego politykę brytyjską – Lord Grey und der Weltkrieg, ein Schlüssel zum Verständnis der britischen amtlichen Aktenpublikation über den Kriegsausbruch 1914 (1927) czy Alfreda von Wegerera autora Widerlegung der Versailler Kriegsschuldthese (1928) oraz Der Ausbruch des Weltkrieges 1914 (1939). Jedną z ciekawszych pozycji jest wydana w 1920 r. praca profesora geografii na Wyższej Szkole Handlowej w Berlinie Georga Wegenera na temat geopolitycznych uwarunkowań wojny: Die geographischen Ursachen des Weltkrieges. Ein Beitrag zur Schuldfrage.

Przy ocenie ówcześnie publikowanych prac na temat przyczyn i okoliczności wybuchu I wojny światowej, z których wiele reprezentowało wąskie spojrzenie na wydarzenia i decyzje podejmowane podczas kryzysu lipcowego, lub ograniczało się do przedstawienia wojny z punktu widzenia historii wojskowości, uwzględnić należy fakt, że – jak pisaliśmy wyżej – badania historyczne odbywały się pod ogromnym ciśnieniem politycznym, stanowiły element politycznego protestu i „były w swej genezie kontynuacją wojny innymi środkami” (Theodor Schieder). Fakt, że spór o przeszłość był jednocześnie sporem politycznym o kształt teraźniejszości i przyszłości, nadawał mu niesłychanej intensywności. Debata o kwestiach historycznych była debatą w najwyższym stopniu uwikłaną w aktualną politykę, co utrudniało lub wręcz uniemożliwiało bardziej swobodne, rzeczowe, obiektywne i wielostronne podejście do tematu. Powszechne poczucie, że Niemcy zostały niesprawiedliwie oskarżone w Wersalu, powodowało przyjęcie postawy obronnej, skłaniało do poruszania się w ramach „hiperpatriotycznego” dyskursu i blokowało możliwość konstruktywnego „przepracowania“ przez historiografię klęski 1918 r., sprzyjając akceptacji prostej wersji lansowanej przez Naczelne Dowództwo Armii (OHL): w 1914 r. zostaliśmy okrążeni i napadnięci, więc musieliśmy się bohatersko bronić.

Fritz Fischer broni Wersalu i atakuje Cesarstwo Niemieckie

W okresie międzywojennym praktycznie wszyscy – z wyjątkiem niektórych osób ze środowisk lewicowych i pacyfistycznych – historycy niemieccy – choć mogli się różnić w poszczególnych kwestiach – nie zgadzali się z tezą o, z góry zamierzonym i zaplanowanym, ataku mocarstw centralnych na sąsiadów, stanowczo odrzucali obsadzenie Rzeszy Niemieckiej w roli głównego lub wręcz jedynego „winowajcy”. We wczesnej RFN przedwojenny konsens wśród historyków został utrzymany, oczywiście z pewnymi modyfikacjami. Jako nadrzędny paradygmat wyjaśniający przyjęto pogląd Davida Lloyd George`a wyrażony w jego War Memoirs z 1934 r., że żaden z czołowych mężów stanu ówczesnej epoki nie chciał tak naprawdę wojny a na pewno nie o takich rozmiarach – narody Europy ześliznęły się do „wrzącego kotła wojny” wskutek przymusów wynikających z logiki polityki mocarstwowej i systemu sojuszy.

Na początku lat 50. XX w. kwestia przyczyn wybuchu I wojny światowej była przedmiotem obrad wspólnej niemiecko-francuskiej komisji historycznej, na której czele stali Pierre Renouvine z Sorbony i Gerhard Ritter, przewodniczący Związku Historyków Niemieckich. We wrześniu 1951 r. komisja ogłosiła wnioski w sprawie wybuchu I wojny. Według niej dokumenty historyczne „nie pozwalają przypisać któremuś rządowi lub narodowi w 1914 r. celowego pragnienia wywołania wojny europejskiej. Nieufność osiągnęła punkt kulminacyjny i koła kierownicze opanowane były przez myśl, że wojna jest nieunikniona. Każdy sądził, że druga strona szykuje się do ataku. (…) Rząd niemiecki w 1914 r. nie dążył do rozpętania europejskiej wojny, w pierwszej kolejności był związany zobowiązaniami sojuszniczymi wobec Austro-Węgier. (…) W rządzie niemieckim dominowało przekonanie, że, podobnie jak w roku 1908/1909, możliwa będzie lokalizacja konfliktu z Serbią, wszelako był gotów, jeśli będzie to konieczne, wziąć na siebie ryzyko europejskiej wojny”. Było to dyplomatyczne rozwiązanie sporu, korzystne dla pojednania francusko-niemieckiego i dla idei jedności europejskiej. Konsens w sprawie przyczyn wybuchu wojny wydawał się nienaruszony. Aż nadszedł rok 1959 a wraz nim pierwsza próba jego złamania podjęta przez, mało wcześniej znanego, historyka Fritza Fischera (1908–1999), który w tymże roku opublikował na łamach czasopisma „Historische Zeitschrift“ artykuł Deutsche Kriegsziele. Revolutionierung und Separatfrieden im Osten 1914-1918. W okresie Republiki Weimarskiej Fischer działał w środowiskach radykalnej nacjonalistycznej prawicy, w 1933 wstąpił do SA, w 1937 r. do NSDAP. Habilitował się w 1939 r., w 1942 r. otrzymał profesurę w hamburskim Reichsinstitut für die Geschichte des neuen Deutschlands, będącym czołowym instytutem historycznym narodowego socjalizmu. Kierował nim jego protektor, najważniejszy „historyk w ruchu narodowosocjalistycznym”, Walter Frank. Światopoglądowo Fischer był bliski narodowemu socjalizmowi, wygłaszał też wykłady krytyczne wobec Żydów. Wiosną 1947 r. otrzymał posadę na uniwersytecie w Hamburgu. Swoją narodowosocjalistyczną przeszłość ukrywał.

Po artykule w „Historische Zeitschrift” przyszły kolejne, aż wreszcie w 1961 r. ukazała się książka Fischera Griff nach der Weltmacht. Die Kriegszielpolitik des kaiserlichen Deutschland 1914/1918, w której wywodził on, że decydująca część winy za wywołanie wojny leży po stronie Rzeszy Niemieckiej. Nota bene na mocy historycznej koincydencji, w tym samym roku, w którym ukazała się Griff nach der Weltmach, pisarz Joachim Fernau opublikował książkę Róże dla Apolla, której rozdział o wojnie peloponeskiej (431–404 p. Chr.) zaczyna się lakonicznym zdaniem: „Ponieważ Niemcy jeszcze wtedy nie istniały, trudno powiedzieć, kto poniósł winę za jej wywołanie“.

Tezy przedstawione w Griff nach der Weltmacht Fischer rozwijał i zaostrzał w kolejnych książkach: Weltmacht oder Niedergang. Deutschland im Ersten Weltkrieg ( 1965 ), Krieg der Illusionen. Die deutsche Politik von 1911 bis 1914 (1969), Der erste Weltkrieg und das deutsche Geschichtsbild. Beiträge zur Bewältigung eines historischen Tabus (1977), Bündnis der Eliten. Zur Kontinuität der Machtstrukturen in Deutschland 1871–1945 ( 1979), Juli 1914. Wir sind nicht hineingeschlittert (1983), Hitler war kein Betriebsunfall. Aufsätze ( 1992). Radykalizacja Fischera miała swoje źródło z jednej strony w ostrości polemik i ataków ze strony jego oponentów, zmuszającej do zdecydowanej reakcji, a z drugiej mieściła się w jego ogólnej strategii – nie mógł od razu frontalnie zaatakować konsensu, zatem zaczął od oskarżenia Rzeszy Niemieckiej o bardzo znaczący udział w wywołaniu wojny, następnie radykalizował tę tezę obarczając Berlin decydującą i wyłączną odpowiedzialnością za wybuch wojny.

Fischer, któremu władze NRD udostępniły znajdujące się w Poczdamie akta i dokumenty, zwrócone przez ZSRR, a dotyczące planów i celów wojennych kanclerza Theobalda von Bethmanna-Hollwega, powrócił do „prawdy politycznej” ustalonej przez zwycięzców w Wersalu, że to prusko-niemiecki militaryzm ze swoim dążeniem do zdobycia statusu światowego mocarstwa był głównym sprawcą wojny i że decydująca część historycznej odpowiedzialności za jej wybuch spoczywa na Rzeszy Niemieckiej. W swoich następnych publikacjach Fischer poszedł jeszcze dalej, dowodząc, że w lipcu 1914 roku wola wojny leżała wyłącznie po stronie niemieckiej i że niemieckie kierownictwo polityczne i wojskowe z pełną świadomością tego, co robi wykorzystało serbski kryzys, aby wywołać wojnę i w ten sposób osiągnąć zmianę kontynentalnego układu sił na swoją korzyść.

Według Fischera, przypisującego cesarstwu niemieckiemu typowe złe cechy jak agresywność, imperializm, militaryzm, ekspansjonizm itp., polityczno-wojskowe kierownictwo Rzeszy Niemieckiej chciało, aprobowało i zgodnie z tym zaplanowało, sprowokowało i wywołało kontynentalną wojnę z Rosją i Francją. Rozpętało agresywną wojnę dla osiągnięcia dalekosiężnych, imperialistycznych celów – całkowitej hegemonii w Europie i dominującej roli w polityce światowej. Fischer starał się dowieść, że już w latach 1911-1912 cesarz i jego generałowie obrali kurs na wywołanie wielkiej europejskiej wojny w celu osiągnięcia pozycji światowego mocarstwa, z premedytacją wykorzystali sytuację, jaka powstała po zamachu w Sarajewie, aby rozpętać wojnę światową, której celem było podbicie i podporządkowanie sobie Europy. Elity niemieckie miały od początku aneksjonistyczne „cele wojenne“, dążyły agresywnie do imperialistycznego poszerzenia swojej strefy panowania; za wojnę odpowiada więc niemiecka „wola wojny” i niemieckie „parcie ku hegemonii”. Niemiecka elita chciała ustanowić niemieckie imperium obejmujące Polskę, Austrię, Bałkany, Francję, Belgię, Holandię i Skandynawię.

Fischer konstruował ponadto ciągłość niemieckiej historii i kultury politycznej „od Bismarcka do Hitlera“ polegającą na „niczym niesprowokowanej agresywności“ elit, które, powodowane wyłącznie żądzą władzy, atakowały i podbijały wszystkich dookoła. Pragnął udowodnić ciągłość celów wojennych z 1914 i 1939 r., jakimi były wielkie podboje dla osiągnięcia pozycji potęgi światowej. W tym ujęciu cesarstwo stało się prekursorem reżimu narodowosocjalistycznego, hitlerowska Rzesza bezpośrednią kontynuacją Rzeszy wilhelmińskiej, pierwsza wojna światowa uwerturą drugiej.

Wystąpienie Fischera zapoczątkowało pierwszy, kluczowy dla wczesnej RFN, spór historyków (Fischer-Kontroverse), który sam stał się już niejednokrotnie przedmiotem badań historycznych i politologicznych. Zwolennicy Fischera rekrutowali się głównie z lewicy, zaś oponenci przeważnie z konserwatywnej centroprawicy. Czołowymi adwersarzami Fischera byli znani historycy Gerhard Ritter (w przeciwieństwie do Fischera przeciwnik narodowego socjalizmu, aresztowany po zamachu na Hitlera w lipcu 1944 r.) i Egmont Zechlin, a poza tym Heinz Gollwitzer, Karl-Dietrich Erdmann, Golo Mann, Michael Freund, Andreas Hillgruber, Hans Herzfeld, Erwin Hölzle, Werner Conze. Sformułowali oni zarówno wiele szczegółowych kontr-argumentów wobec tez Fischera, jak i zarzutów natury metodologicznej. Krytykowali go za to, że jest bardziej prokuratorem niż historykiem, selektywnie podchodzi do materiału historycznego, brakuje mu metody i kryterium umożliwiającego porównywanie działań różnych podmiotów politycznych. Golo Mann uważał, że książka Fischera jest z gruntu błędna, brak w niej bardzo istotnych fragmentów rzeczywistości, które należy zrozumieć i opisać.

Zasadniczy zarzut kierowany pod adresem Fischera był taki, że przy analizowaniu sytuacji międzynarodowej, w której uczestniczy wielu aktorów politycznych, koncentruje się wyłącznie na jednym z nich – Niemczech, które aktywnie dążą do realizacji swoich celów, podczas gdy inne rządy pozornie biernie czekają na nadciągającą burzę. Historyk Michael Freund w 1964 r. na łamach gazety „Frankfurter Allgemeine Zeitung” napisał: „Każdy czyn można pojąć tylko według czynu, na który odpowiada, każdego męża stanu można ocenić według jego adwersarzy. Ale Fischer za nic ma porównania. U niego Rzesza Niemiecka i Bethmann-Hollweg grają w widmową partię szachów, grają na szachownicy, na której widoczne są tylko białe figury i dlatego widać na niej tylko ustawiczne atakowanie, wdzieranie się w niewinną ciemność. Na ekranie Fischera widzimy upiorne szpony Rzeszy, sięgające po władzę nad światem, w anonimową pustkę”.

Rzecz prosta, narracja Fischera nie zdołała przekonać poważnych historyków niemieckich, nie akceptujących jego metody polegającej na analizowaniu wyłącznie działań strony niemieckiej, tak jakby tylko Berlin był aktywny i agresywny a inni pasywni i jedynie reagujący obronnie. Niemniej jednak wywarł on znaczący wpływ na młodsze pokolenie historyków, zwłaszcza, że jego poglądy historyczne były upowszechniane przez media. Spór ciągnął się z coraz mniejszym natężeniem przez kilkanaście lat. Jeszcze do końca lat 60. i potem do głosu dochodzą przedstawiciele tradycyjnej szkoły historiografii niemieckiej zajmujący się okresem 1870–1914, jednak nurt reprezentowany przez Fischera stale się umacniał, a w latach 70. stopniowo ugruntował swoją przewagę; uczniowie i zwolennicy Fischera stają się najsilniejszą frakcją w grupie historyków zajmujących się I wojną światową. Wraz z przejmowaniem kontroli na edukacją, kulturą i mediami przez pokolenie 68, interpretacja roli Niemiec czy to w wersji mocnej (jedyny „winowajca”), czy to w wersji „light” (główny lub wyłączny „winowajca”) przesącza się – z pewnymi modyfikacjami, uzupełnieniami i relatywizacjami – do dyskursu publicznego. Fischer pozostaje na placu boju jako wpływowy, niekwestionowany autorytet, zaś racje i argumenty jego oponentów jak Ritter, Hölzle czy Freund zostają zepchnięte w niepamięć. Nikt już nie kwestionuje decydującego wkładu Niemiec w wybuch wojny, aczkolwiek w ramach tego nadrzędnego „paradygmatu winy” możliwe były i są różne stanowiska. Stary konsens został obalony, żeby mógł zapanować nowy.

Atak Fritza Fischera (i Rudolfa Augsteina) na Rzeszę Niemiecką jako element walki o „nowe demokratyczne Niemcy”

 „Spór wokół Fischera”, w którym brali udział nie tylko profesjonalni historycy, debatujący na łamach fachowych czasopism, ale także publicyści i dziennikarze z masowych mediów, którzy zgodnie z zasadami obowiązującymi w tej sferze wyostrzali i upraszczali argumentacje i różnice, rozgrywał się w określonym kontekście polityczno-kulturalnym. W pracy z 2009 r. niemiecki badacz „sporu wokół Fischera” Mark Rüdiger podkreśla, że toczono go nie tylko w małym elitarnym kręgu historyków, lecz bardzo szybko ogarnął on całe spektrum massmedialnej sfery publicznej, co wskazuje na jego szerszy społeczno-polityczny wymiar.

Tezy głoszone przez hamburskiego historyka, uderzając w dotychczasowy obraz historii, miały w jego zamiarzeniach przynieść w Niemczech zmiany polityczno-kulturalne. Do tego dochodziły, zdaniem niektórych jego krytyków, motywy osobiste: nadgorliwość w obwinianiu własnego państwa i narodu wynikać miała u Fischera z potrzeby ekspiacji i zadośćuczynienia za własne uwikłanie w politykę poprzedniego reżimu, co w pewnej mierze potwierdził zwolennik Fischera historyk Hans-Ulrich Wehler, interpretujący jego działalność jako rodzaj moralnego oczyszczenia. Tenże Wehler poinformował, że Fischer zwierzył mu się, iż pragnie wnieść wkład w powstanie „lepszych Niemiec”.

Podobne cele stawiali sobie przedstawiciele młodszego pokolenia historyków, dla którego tezy Fischera stały się bronią w walce ze „starymi” o władzę interpretowania historii (hegemonię interpretacyjną), jak również (jedno z drugim jest ściśle powiązane) o posady i wpływy na uniwersytetach – uczestnicy tamtych wydarzeń wspominają, że na zjazdach młodzi historycy występowali niczym mówcy na wiecach partyjnych. To właśnie w tamtym czasie zaczęło się konstytuować pokolenie 68, które w imię „rozrachunku z przeszłością” wystąpiło przeciwko pokoleniu wojennemu. Spór wokół Fischera był fragmentem szerszej walki kulturalno-politycznej, której kulminacją był rok 1968 r. i wybór na kanclerza w 1969 r. socjalisty Willy Brandta. Poglądy Fischera wpisywały się w „ducha czasu” i mogły być wykorzystane jako element strategii politycznej.

Wiosną 1964 r. kiedy zbliżała się 50 rocznica wybuchu pierwszej wojny światowej ( a zarazem 25 rocznica wybuchu drugiej), tygodnik „Der Spiegel” drukował we fragmentach – zanim jeszcze znalazła się w księgarniach– bestsellerową książkę Barbary Tuchman Sierpniowe salwy (tytuł niem. August 1914) zapewniając jej odpowiednią reklamę i podwyższając sprzedaż (jej krytycy uważają, że jest to „marna powieść historyczna oparta w wielu miejscach na tezach anglosaskiej propagandy wojennej”). Wkrótce potem „Spiegel” przedrukował pierwsze rozdziały książki Fischera, udostępniając jego tezy szerszej publiczności i wywołując debatę medialną.

Ówczesny asystent Fischera Immanuel Geiß pisał, że jego książki stanowią „naruszenie wielkiego narodowego tabu Niemców“. Redaktor naczelny tygodnika „Der Spiegel” Rudolf Augstein pragnął – dumny z tego, że „kala własne gniazdo” – aby to „naruszenie tabu” stało się szeroko znane, aby poglądy Fischera były miną podłożoną pod „czyste sumienie Niemców”. Augstein dążył do maksymalnej polaryzacji i intensyfikacji sporu, pragnął podnieść emocjonalną temperaturę debaty, medialnie zinstrumentalizować tezy Fischera dla swoich celów: podważenia dominującego „narodowo-afirmatywnego” obrazu historii Niemiec poprzez zakwestionowanie wielkiej narracji historycznej o I wojnie światowej oraz upowszechnienie przekonania o ciągłości pomiędzy I i II wojną światową (Augstein: „Obie wojny światowe były niemieckimi wojnami o hegemonię w Europie, o pierwsze miejsce w świecie”). Zatem w sporze wokół Fischera i w medialnym wykorzystaniu jego tez, chodziło przede wszystkim o pewne zadanie wychowawcze w ramach narodowej pedagogiki społeczno-politycznej, której celem była zmiana historycznej (samo)świadomości i tożsamości Niemców. Jak zauważył jeden z publicystów, nastąpić miała „uniwersalizacja narodowej samokrytyki jako centralnego zadania historii najnowszej”. Modna stała się historia pisana w duchu „narodowej skruchy“. W pewnym stopniu taktyka Augsteina oznaczała powrót do koncepcji z okresu 1918-1933 głoszonych przez część lewicy np. przez założone w listopadzie 1918 r. lewicowo-liberalne czasopismo „Die Weltbühne”, które głosiło, iż uznanie winy za wywołanie wojny osłabi niemiecki militaryzm, zapobiegnie nowej wojnie, jest warunkiem sukcesu demokracji etc.

Nagłośniony medialnie „spór wokół Fischera” należy umieścić w szerszym kontekście politycznym, stanowił on bowiem składnik procesów prowadzących do kulturalno-polityczno-ideologicznych zmian w RFN. Nie jest dziełem przypadku, że spór rozpoczął się w 1959 r. od opublikowania tekstu Fischera na temat „celów wojennych” Rzeszy Niemieckiej a swoją kulminację osiągnął w roku 1964. Właśnie na przełomie lat 50. i 60. zaczyna się drugi etap walki o nową mentalność polityczną i nową świadomość historyczną Niemców, tak aby dostosować ją do wymogów powojennego układu sił. Zainicjowana po 1945 r. przez zwycięzców „reedukacja” Niemców miała teraz wydać dojrzałe owoce. Dekada 1958-1968 była w tym kontekście kluczowa. To w 1958 r. zorganizowano w Niemczech pierwsze „Marsze wielkanocne” jako kampanię na rzecz rozbrojenia i demokracji oraz sprzeciwu wobec militaryzmu i wojny (to również tworzyło odpowiedni klimat dla debaty o I wojnie światowej)

W grudniu 1958 r. powołano do życia Centralne Biuro ds. Badania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu (Zentrale Stelle der Landesjustizverwaltungen zur Aufklärung nationalsozialistischer Verbrechen). Był początek procesu „drugiej denazyfikacji” i pierwszej fali „rozrachunku z przeszłością”, który nabiera coraz bardziej „metafizycznego” charakteru stawiając w centrum ładu duchowo-politycznego ideę winy, pokuty, oczyszczenia i zadośćuczynienia. Powstanie Biura poprzedził proces członków Einsatzgruppen w Ulm (1957/58), szeroko relacjonowany w mediach i będący pierwszym dużym procesem przeciwko funkcjonariuszom narodowosocjalistycznej dyktatury toczącym się przed sądem niemieckim. Od końca lat 50. trwają dochodzenia i przygotowania do tzw. procesów oświęcimskich (pierwszy proces odbył się w latach 1963-65). Istotnym wydarzeniem był także proces Adolfa Eichmanna w Jerozolimie (1960-62). Były to procesy wychowawcze (pokazowe) mające narodowi niemieckiemu naocznie zaprezentować winy narodowosocjalistycznej dyktatury Adolfa Hitlera. Wspomnieć należy tu kwestię przedawnienia najcięższych przestępstw z okresu wojny – ponieważ według niemieckiego kodeksu karnego morderstwo ulegało przedawnieniu po 20 latach, przedawniłyby się one w maju 1965 r. Oznaczałoby to, że nie będzie się już ścigać ani wytaczać procesów ludziom podejrzanym o dokonanie zbrodni w czasie wojny. Byłoby to symboliczne i psychologiczne zakończenie II wojny światowej, co z pewnością wywoływałoby niezadowolenie zwycięzców a także pozbawiłoby pedagogikę narodową ważnego elementu. Dlatego też parlament debatujący nad tą kwestią w 1965 r. najpierw przedłużył termin przedawnienia, a pod koniec lat 70. w ogóle je zniósł.

W wigilię Bożego Narodzenia 1959 r. dwaj młodzi członkowie narodowo-radykalnej Deutsche Reichspartei (DRP) wymalowali swastyki i antyżydowskie hasła na kolońskiej synagodze, otwartej kilka miesięcy wcześniej w obecności kanclerza Adenauera; następnie w styczniu 1960 r. odnotowano szereg podobnych aktów politycznego wandalizmu na terenie całej RFN. Szereg poszlak świadczy o tym, że była to prowokacja służb sowieckich (zob. John Barron, KGB. Tajna działalność sowieckich tajnych agentów, Warszawa 1990, s.171n). Wydarzenia te wywołały bardzo silne reakcje polityczno-propagandowe w RFN i na świecie, były szeroko komentowane tak w mediach niemieckich, jak i zagranicznych, przede wszystkim europejskich; zakrojoną na szeroką skalę kampanię propagandową prowadzono z Berlina Wschodniego.

W RFN incydenty wywołały lawinę wezwań do zintensyfikowania „rozrachunku z przeszłością” na płaszczyźnie psychologiczno-pedagogicznej; postulowano wówczas m.in. dokonanie odpowiednich zmian w podręcznikach szkolnych, zwiększenie ilości godzin nauki historii, aby uczniowie mogli dokładniej zapoznać się historią Niemiec w okresie narodowego socjalizmu, położenie szczególnego nacisku na martyrologię Żydów itd. Uznano, że najnowsza przeszłość nie została jeszcze „przezwyciężona”, że nie wolno odkreślać jej „grubą kreską”. Teraz dopiero miał się rozpocząć „prawdziwy” rozrachunek z przeszłością, traktowany jako narzędzie zmiany społeczno-politycznej i narzędzie panowania.

Od początku lat 60. pojawiają się dążenia do zmiany świadomości społecznej oraz zmiany paradygmatu w kulturze politycznej RFN. Konserwatywno-liberalno-chrześcijańska i antykomunistyczna republika (dopuszczająca pewne akcenty narodowe) z dwóch pierwszych dziesięcioleci odchodziła stopniowo w przeszłość – rozpoczął się schyłek ery Adenauera w pewnej mierze słusznie oskarżanego przez nowe siły polityczno-kulturalne, że „restauruje” stare Niemcy. Następuje nowe, drugie założenie Republiki Federalnej Niemiec, która w całości przejmuje obraz historii ustanowiony przez zwycięzców, co jest równoznaczne z przesunięciem się całego spektrum polityczno-ideologicznego na lewo. Zaczyna się wówczas proces, który później politolog prof. Klaus Hornung określił jako przejście od wolnościowo-pluralistycznego państwa prawa zaprojektowanego w ustawie zasadniczej z 1949 r. do postępowego antyfaszystowskiego państwa ideologicznego – oznaką tej ewolucji było m.in. znowelizowanie w 1960 r. kodeksu karnego ograniczającego wolność wypowiedzi w kwestiach związanych z reżimem enesdeapowskim i opublikowanie w kwietniu 1962 r. przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych broszury „Doświadczenia z obserwacji i zwalczania tendencji prawicowo-radykalnych i antysemickich w 1961 r.“, zapowiadającej późniejsze raporty publikowane przez Urząd Ochrony Konstytucji (tego typu urzędowej ideologii wcześniej w RFN nie było). Prace Fischera (i debaty wokół nich) były składnikiem i wyrazem wszystkich tych, opisanych wyżej, zjawisk i tendencji. Niezależnie od swojej merytorycznej słuszności czy niesłuszności, miały do spełnienia ważną funkcję w ramach „społeczno-politycznej pedagogiki narodowej” i nasilającego się „rozrachunku z przeszłością” – możliwych na dużą skalę a także skutecznych dzięki ogromnemu wzrostowi nakładów prasy codziennej, w tym masowej prasy ilustrowanej, a przede wszystkim dzięki rozwojowi mediów elektronicznych tj. telewizji.

Potwierdzenie przez Niemców w osobie Fischera wyłącznej (zasadniczej) winy Rzeszy Niemieckiej za wywołanie wojny, miało przekonać naród niemiecki, że postanowienia konferencji wersalskiej były „sprawiedliwe”. Jeśli bowiem Niemcy nie byłyby wyłącznym, czy głównym „winowajcą” I wojny światowej, znaczyłoby to, że Wersal był „niesprawiedliwy”, ergo radykalizacja polityczna, m.in. na tle warunków narzuconych Niemcom w Wersalu, która zakończyła się przejęciem władzy przez narodowych socjalistów, byłaby w jakimś stopniu politycznie uzasadniona i zrozumiała, tak samo jak uzasadnione i zrozumiałe byłyby podjęte przez nich rewizje „niesprawiedliwego dyktatu wersalskiego”. Rzecz prosta Wersal (wraz z towarzyszącą mu likwidacją konstytucyjnego porządku Niemiec ustanowionego w 1871 roku) nie był jedynym czynnikiem wspomnianej radykalizacji politycznej, lecz bez wątpienia osłabiał młodą demokratyczną republikę już od chwili jej narodzin; w rezultacie okazała się ona niezdolna do przetrwania. Nie kto inny jak lewicowo-liberalny polityk Theodor Heuß, w latach 1949–1959 pierwszy prezydent RFN, w książce Hitlers Weg. Eine historisch-politische Studie über den Nationalsozialismus (1932) napisał, że miejscem narodzin ruchu narodowosocjalistycznego nie było Monachium, lecz Wersal. Nawet jeśli sformułowania typu „Hitler – urodzony w Wersalu” są przesadne, to sformułowanie „Hitler – urodzony także w Wersalu” – już nie.

W takim ujęciu „niesprawiedliwy” Wersal stawał się jedną z realnych przyczyn II wojny światowej, co rzucałoby cień na ład polityczny zbudowany przez zwycięzców po 1945 r. i relatywizowałoby skonstruowany przez nich obraz historii. Fischer – obarczając cesarstwo niemieckie decydującą, jeśli nie wyłączną, winą za pierwszą wojnę światową, przedstawioną jako wyraz morderczego dążenia Niemiec do panowania nad światem, jako coś w rodzaju próbnego przedbiegu przed drugą wojną światową – odebrał post factum jakąkolwiek rację historyczną dążeniom do rewizji postanowień konferencji wersalskiej, podejmowanym po 1918 r. Jeśli Niemcy były –jak chciał Fischer – winne, to Wersal był sprawiedliwą odpłatą za rozpętanie wojny, zatem winowajca bez protestu powinien poddać się „karze” i nie podważać „wyroku”.

Dochodziły do tego motywy ideologiczne: winą za katastrofę I wojny światowej obciążono w pierwszym rzędzie reakcyjną, antydemokratyczną elitę, co zakładało automatycznie, że narodowym obowiązkiem każdego Niemca jest potępienie i odrzucenie wszelkich form ideologii antydemokratycznej; jednakże winne miały być także, posądzane o ultranacjonalistyczne nastawienie, masy. Zakładało to z jednej strony potępienie i odrzucenie ideologii nacjonalistycznej (czy też, ogólniej rzecz biorąc, wszystkich szeroko pojętych narodowych i konserwatywnych tradycji politycznych i ideowych), a jednocześnie obciążało „winą” za wybuch wojny cały naród niemiecki.

W tym kontekście warto przypomnieć stanowisko marksistów, którzy Fischera krytykowali, ponieważ (idąc śladami Lenina) interpretowali I wojnę światową jako starcie kilku imperializmów, a nie akcję jednego – niemieckiego – imperializmu. Kładli oni – podobnie zresztą jak Fischer – nacisk raczej na odpowiedzialność kasty rządzącej, stawiającej sobie imperialne cele elity, a nie narodu. Dopiero z czasem, kiedy lewica weszła do głównego nurtu i stała się częścią establishmentu, któremu dla panowania potrzebna jest moralna wyższość nad „winnym” narodem, chłop z Bawarii i robotnik z Hamburga stali się dla niej równie odpowiedzialni za politykę i wojnę, co kanclerze i generałowie (nota bene zgodnie z doktryną demokratyczną, w której wszyscy obywatele płacą za czyny swoich regentów), choć miliony zwyczajnych Niemcy podobnie jak i zwyczajnych Francuzów chciały jedynie (s)pokoju, i miały inne problemy niż te dręczące kasty polityków, wojskowych, przemysłowców i finansistów.

Kanclerz Theobald von Bethmann-Hollweg „Adolfem Hitlerem 1914 roku“

Teza o bezpośredniej ciągłości historycznej pomiędzy polityką cesarstwa a polityką państwa narodowosocjalistycznego, o podobieństwie czy wręcz identyczności podstawowych celów ich polityki zagranicznej i celów wojny, wywoływała oczywiście sprzeciw. Michael Freund z oburzeniem pytał, czy kanclerz Theobald von Bethmann-Hollweg jest teraz Hitlerem 1914 r.? I dokładnie takie wnioski należało wyciągnąć: Theobald von Bethmann-Hollweg był prekursorem Adolfa Hitlera, pragnącego wypełnić z nawiązką jego marzenia i plany, zaś agresywna polityka celów wojennych Drugiej Rzeszy była prefiguracją pozbawionej wszelkich hamulców polityki Trzeciej Rzeszy.

W „sporze wokół Fischera”, debatowano wprawdzie o kanclerzu i cesarzu, ale w głębszej warstwie chodziło o Hitlera. Nie jest przypadkiem, że kulminacja „sporu wokół Fischera“ przypadła na rok 1964, rok „makabrycznej podwójnej rocznicy“ – 50 rocznicy wybuchu pierwszej i 25 rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. W pewnym sensie „spór wokół Fischera” był debatą zastępczą na temat II wojny światowej. Tak naprawdę więc Fischer zainicjował debatę o II wojnie światowej: zapoczątkowując rozrachunek z I wojną światową przygotowywał grunt do prawdziwego, rozrachunku z drugą, czyli tzw. permanentnego przezwyciężania przeszłości, będącego od końca lat 60. podstawą oficjalnej polityki historycznej RFN.

Uznanie w Norymberdze Niemiec za jedynego winowajcę rozpętania II wojny światowej wymagało rzutowania ich „winy” wstecz, do 1914 roku: jeśli ponoszą „winę” za katastrofę nr 2, to muszą ponosić ją także za katastrofę nr 1, która była do niej wstępem. I wojna światowa musiała być pierwszą fazą agresywnego niemieckiego imperializmu, którego drugą, kulminacyjną fazę stanowiła wywołana przez Niemcy II wojna światowa. Trybunał Norymberski uznał narodowosocjalistyczną Rzeszę Niemiecką za winną przestępczej „wojny napastniczej”, zatem winną „wojnie napastniczej” musiała być także cesarska Rzesza Niemiecka. Potępienie celów wojennych Hitlera wymagało potępienia celów wojennych Bethmanna-Hollwega. Skoro Jałta i Poczdam były sprawiedliwe, to i Wersal musiał być sprawiedliwy; jeśli specjalny, stworzony przez zwycięzców międzynarodowy Trybunał Norymberski, w którym przedstawiciele strony zwycięskiej byli jednocześnie prokuratorami i sędziami, sprawiedliwie osądził władców III Rzeszy, to tak samo sprawiedliwie międzynarodowy trybunał zwycięzców osądziłby cesarza Wilhelma i innych polityków i wojskowych II Rzeszy – proces norymberski był więc zarazem zastępczym procesem cesarza, Hindenburga, Bethamnna-Hollwega i innych osobistości II Rzeszy. W świetle tez Fischera wysunięte w 1918 r. żądanie postawienia cesarza-przestępcy przed międzynarodowym trybunałem (retrospektywnie) okazywało się słuszne i uzasadnione.

Zapoczątkowany przez Fischera nowy konsens w kwestii „winy” za wywołanie I wojny światowej był elementem ogólniejszej „teologii historycznej”, legitymizującej ład stworzony przez zwycięzców po 1945 roku jako wyraz sprawiedliwej kary za moralne przewiny narodu niemieckiego i mającej u zwyciężonych wytworzyć przekonanie, że, ukonstytuowane przez zwycięzców po wojnie nowe państwo niemieckie (RFN), rządzone przez, pochodzącą z ich nadania, nową elitę, jest najlepszym ze światów. W tym sensie poglądy Fischera nie miały większej wartości jako historyczna analiza, natomiast pełniły funkcję składnika wielkiej narracji na temat zwyciężonych, którą musieli przejąć od zwycięzców i dalej samodzielnie już podtrzymywać i rozwijać. Miały więc ogromne znaczenie dla pedagogiki społecznej i dalszej reedukacji narodu niemieckiego. Jak oświadczył w 1981 r. politolog Kurt Sonntheimer.: „Ze względów wychowawczych uważam za konieczne podtrzymywanie tezy o prusko-niemieckim cesarstwie i jego strukturach jako prekursorskich wobec Hitlera, i to niezależnie od słuszności tej tezy. Tylko wówczas można będzie kontynuować w Niemczech drogę do demokratyzacji”.

Dowodząc ciągłości pomiędzy Rzeszą wilhelmińską a Rzeszą hitlerowską, łącząc je w jeden „blok winy”, Fischer działał jako eksponent tych sił politycznych i ideologicznych, które przeciwstawiały się próbom nawiązania – taki cel przyświecał Ritterowi czy Freundowi – do zerwanych linii tradycji narodowej sprzed 1933 r. O ile Ritter czy Freund chcieli, aby cesarska II Rzesza była dla RFN pozytywnym punktem odniesienia, o tyle ich przeciwnicy jak Fischer czy Augstein pragnęli uczynić z niej negatywny punkt odniesienia, ponieważ przejawiała mocarstwowe aspiracje, a te po 1945 r. są na zawsze passé, albowiem kończą się Hitlerem (no i zwycięzcy takim aspiracjom raczej nie sprzyjali). Ponadto gdyby wcześniejsze tradycje polityczne i historyczne były „pozytywne”, to, wykreowany na świeckiego Antychrysta, Hitler i jego, reprezentująca „zło absolutne”, Wielkogermańska Rzesza stawały się niezrozumiałymi i niewytłumaczalnymi zjawiskami. „Wina” cesarza, nowy negatywny obraz cesarstwa, kontynuacja II i III Rzeszy były niezbędne, aby Hitler i jego Rzesza w sposób organiczny i naturalny wyłaniały się z historii Niemiec stanowiąc jej kulminację i ostateczne wypełnienie. Obraz historii ustalony przez zwycięzców w Norymberdze (prehistoria wojny i jej przebieg) musiał zgadzać się z tym ustalonym przez zwycięzców w Wersalu.

Od Arminiusza przez Lutra, Bismarcka i Bethamnna-Hollwega do Hitlera, czyli Niemcy na historycznych manowcach

Jeśli to Rzesza Wilhelma II rozpętała I wojnę światową a jej kontynuacją była Rzesza Hitlera, która rozpętała II wojnę światową, to cała historia Niemiec jako państwa narodowego zapoczątkowana powstaniem Prus i zjednoczeniem po 1870 r. była obraniem fałszywej drogi, podążanie którą spowodowało sprowadzenie przez Niemcy na świat straszliwych ofiar i nieszczęść. Ciągłość nowoczesnej historii Niemiec to ciągłość niemieckiej historycznej winy od Fryderyka Wielkiego przez Bismarcka i Bethmanna-Hollwega do Hitlera. Dlatego „nowe Niemcy“ (RFN) do tych historycznych tradycji nie mogą się odwoływać, muszą zejść ze swojej „odrębnej drogi“ (Sonderweg), czyli drogi błędnej, i powrócić na drogę „zachodnią”, która jest właściwa, ponieważ szli nią w pierwszej połowie XX wieku zwycięzcy Niemiec walczący z nimi w obronie wolności i demokracji. Aby pójść „długą drogą na Zachód”, należało odrzucić, odciąć duchowe i kulturalne podstawy „odrębnej drogi”.

Dodajmy, że logika historyczna leżąca u podstaw konstrukcji „odrębnej drogi“ jest nieubłagana: jeśli zjednoczenie Niemiec przez Bismarcka przyniosło światu tyle nieszczęść, to należy pytać jak doszło do zjednoczenia. Było ono dziełem Prus, a zatem historia Prus musi zostać „odrzucona”. Prus nie byłoby bez protestantyzmu, bez Prus zjednoczenia Niemiec, bez zjednoczenia Niemiec I wojny światowej, bez I wojny światowej II wojny światowej, która była jej naturalna kontynuacją itd. Czyli w sumie za Hitlera odpowiada Luter, który na swoje nieszczęście napisał antyżydowski pamflet, a za Lutra to, co było przed Lutrem, a za to, co było przed Lutrem, to, co było jeszcze wcześniej, i tak aż do zarośniętych Germanów w skórach, o których fantazjował któryś z renesansowych pisarzy ukrywający się pod imieniem „Tacyt”. Niemiecka historii od samego początku zmierza ku Hitlerowi. Wspomniany Michael Freund wyrażał przypuszczenie, że Fischer pragnie „brudem Hitlera” obsmarować całą niemiecką historią. Hitler miał być „normą”, zjawiskiem typowym dla historii Niemiec i niemieckości.

Mówiąc inaczej, „odrębną“, czyli fałszywą, drogą szła cała historia narodu niemieckiego, od bitwy w Lesie Teutoburskim (nie wchodzimy w to, czy bitwa ta jest mitem czy też nie) – gdyby Arminiusz nie pokonał rzymskich legionów, gdyby obszary do Łaby stały się częścią Rzymu, nie doszłoby do Hitlera. Na szczęście dla Niemców, w 1945 r. do Łaby doszli Sowieci i Amerykanie, którzy pokonali Hitlera (Arminiusza) i Niemców wyzwolili, za co ci powinni im być dozgonnie wdzięczni. Dawna, „odrębna” i błędna, droga niemieckiej historii zakończyła się w maju 1945 r. Jednocześnie zaczęła się nowa, właściwa i „słuszna” historia Niemiec. Niemcy rozpętały dwie wojny światowe, i obie na szczęście przegrały, dzięki czemu zwycięzcy przynieśli im (na bagnetach) wolność i mogła powstać Republika Federalna Niemiec, najbardziej wolne państwo w historii narodu niemieckiego, w którym mieszkają szczęśliwi ludzie, państwo rządzone przez elitę polityczną cieszącą się zaufaniem zwycięzców, najbardziej predestynowaną do rządzenia ze względu na to, że w stu procentach afirmuje słuszność drogi obranej w maju 1945 r.

Fischer ze swoimi tezami na temat I wojny światowej należał do konstruktorów tej (przedstawionej tu w uproszczonym skrócie) „historiozofii“, która odpowiadała nowej (geo)politycznej sytuacji Niemiec „po klęsce” oraz wartościom demokratycznego państwa partyjnego. Ma ona – co oczywiste – charakter bardziej „teologiczny” niż analityczno-historyczny, co by wyjaśniało dlaczego Fischer, który doktoryzował się z teologii, z takim zapałem budował jej zręby. Jego uczeń historyk Immanuel Geiss podsumowując rezultaty „sporu wokół Fischera” stwierdził w 1972 r., że „przeważający udział Rzeszy Niemieckiej w wybuchu I wojny światowej i ofensywny charakter niemieckich celów wojennych nie są już ani kontrowersyjne, ani kwestionowane”. Według Geissa, ze „sporu wokół Fischera” narodził się „nowy człowiek” „rozsądny Niemiec“, który wyrzeka się wszelkiego rodzaju patriotycznych marzeń o Rzeszy (także zjednoczenia Niemiec), aprobuje koniec niemieckiej polityki mocarstwowej, rozumiejąc, że takie aspiracje doprowadziłyby do trzeciej fazy niemieckiej polityki mocarstwowej, a tym samym do trzeciej, ponownie wychodzącej z Niemiec, wojny światowej. Inny znany historyk Heinrich August Winkler stwierdził w 1986 r.: „W obliczu roli, jaką Niemcy odegrały w powstaniu obu wojen światowych, Europa nie może, i Niemcy także nie powinni już chcieć nowej Rzeszy Niemieckiej, suwerennego państwa narodowego. To jest logika historii, a ta jest według słów Bismarcka dokładniejsza niż pruska Najwyższa Izba Obrachunkowa”. Do ostatecznych konsekwencji doprowadzają tę historyczno-polityczną logikę radykalne lewicowe grupy tzw. anty-Niemców, głoszących hasło „Nigdy więcej Niemiec!” (Nie wieder Deutschland!), którzy wychodzą z założenia, że dopóki Niemcy będą istnieć jako państwo a naród niemiecki jako homogeniczna wspólnota narodowa, dopóty nie zniknie groźba pojawienia się nowego niemieckiego Hitlera i wywołania przez niego wojny światowej.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno: Fischer, jego stronnicy i uczniowie zarzucali Gerhardowi Ritterowi, Michaelowi Freundowi i innym swoim oponentom, że reprezentują postawę „apologetyczną” wobec wersji historii ustalonej przez niemiecki establishment polityczno-naukowy po 1918 r. („kampania niewinności”). Nie zauważali, że sami są „apologetami” wersji historii ustalonej przez polityków strony zwycięskiej, którzy by znać „prawdę” nie potrzebowali żmudnych badań historycznych – znali ją od samego początku, zanim jeszcze historycy zabrali się pracy. Można powiedzieć, że Fischer i fischerowcy samodzielnie doszli do wniosków, do których zwycięzcy bez specjalnego wysiłku doszli prawie pół wieku wcześniej. Fischer udowodnił tym samym, że politycy, których celem nie jest wszak docieranie do prawdy, potrafią – bez dysponowania wszystkimi dokumentami, bez przeprowadzenia badań archiwalnych, bez dostępu do źródeł (oprócz tych, które sami wytworzyli)– samodzielnie dojść do prawidłowych wyników!

Fischer i jego zwolennicy odważnie rewidowali niemiecką historię wiernie podążając za historią napisaną przez zwycięzców. Rudolf Augstein był dumny, że „kala własne gniazdo”, ale kalał je „bolesnymi prawdami” zaczerpniętymi od zwycięzców. Było to zjawisko nonkonformizmu na niższym, a konformizmu na wyższym poziomie. Zapewne dlatego, kiedy szerzej stała znana się wiernopoddańcza postawa Fischera w okresie narodowego socjalizmu, złośliwi zaczęli sugerować, że tak jak był oportunistą wtedy, tak pozostał nim w RFN, dobrze wyczuwając wolę tych, którzy sterowali nowym „duchem czasu”. Zwolennicy Fischera chwalą go za to, że zapoczątkował w Niemczech „historiografię krytyczną”, nie dostrzegając, że była to „historiografia bezkrytyczna” wobec zwycięzców.

Georg Ritter zarzucał Fischerowi, że kiedy mówi o cesarskich Niemczech, nigdy nie mówi „my“ – dystansując się w ten sposób od historii własnego państwa i narodu. Historyk musi jednak pilnie baczyć, aby unikając własnego „my”, nie popaść w „oni”, czyli w nie nasze „my”. To miał zapewne na myśli pisarz Michael Klonovsky, który wyniesienie Fischera przez wydaną w Londynie w 1999 r. Encyclopedia of Historians and Historical Writing do rangi najważniejszego historyka niemieckiego XX wieku, zinterpretował jako „późne podziękowania zwycięzców dla ich niemieckiego pomocnika” – „my” w imieniu którego mówił Fischer, było „my” zwycięzców.

Ujęcie wojny reprezentowane przez Fischera było też ważne w kontekście międzynarodowym, mianowicie – zwrócił na to uwagę Paul Gottfried – usprawiedliwiało przystąpienie USA do wojny po stronie Anglii i Francji, „niewinnie napadniętych” przez niemieckich Hunów. Ówczesna interwencja Wilsona przeciwko Niemcom była używana później jako podstawa moralno-polityczna dla interwencji USA w drugiej wojnie światowej, a następnie dla globalnego interwencjonizmu USA po 1945 r.

Początek niemieckiej ofensywy przeciwko Wersalowi (Schmidt, Rose, Canis, Spraul)

Po wygaśnięciu debaty wokół Fischera książki niemieckich historyków na temat I wojny światowej stały się rzadsze, skupili się bowiem na wszystkich możliwych detalach historii Rzeszy Niemieckiej lat 1933-1945, aż po wnikliwe badanie rodowodu owczarka Adolfa Hitlera. II wojna światowa przesłoniła pierwszą. Pewne ożywienie zainteresowania I wojną światową nastąpiło po 1989 r. w związku z otwarciem archiwów b. NRD i Związku Sowieckiego.

W ostatniej dekadzie w Niemczech zaczynają pojawiać się prace historyczne stopniowo odchodzące od fischerowskiego konsensu poprzednich dziesięcioleci, niejako przygotowujące grunt pod dokonującą się obecnie zmianę paradygmatu w widzeniu prehistorii i przebiegu I wojny światowej. Zaliczyć można do nich także nowe książki i artykuły o czasach przedwojennych, oceniające je o wiele łagodniej niż chciałaby tego „czarna legenda“ tamtej epoki, by wymienić m.in. niemieckie przekłady prac australijskiego historyka wykładającego w Cambridge Christophera Clarka o Prusach i cesarzu Wilhelmie II – Preussen. Aufstieg und Niedergang (2007) (wyd. polskie Prusy. Powstanie i upadek 1600-1947, Warszawa 2010), Wilhelm II. Die Herrschaft des letzten deutschen Kaisers (2008). Clark kwestionuje tezę o pruskiej i wilhelmińskiej „drodze na manowce”, i w ogóle o „odrębnej drodze Niemiec”, Prusy i Rzeszę uznaje za całkowicie normalne europejskie państwa. Clark zrewidował demoniczny obraz cesarza Wilhelma II, którego źródłem jest propaganda anglosaska z czasów I wojny światowej.

Cesarstwo niemieckie zaczyna być traktowane jako samoistny fenomen, a nie jako wstęp do czegoś, czy też etap niemieckiej „odrębnej drogi” wiodącej wiadomo dokąd. Przypomina się, że ówczesną Rzeszę Niemiecką szanowano i podziwiano na świecie. Mówiło się wiele o „ślepym pruskim posłuszeństwie” żołnierzy, ale kary cielesne zniesiono w niemieckiej armii na długo przed innymi narodami. Cesarstwo nie było „mniej demokratyczne” niż inne państwa, parlament był ważną instytucją polityczną, obywatele mieli całkiem duży udział w kształtowaniu spraw państwa i społeczeństwa. swoboda gospodarcza była większa niż dzisiaj, mniej było przepisów i regulacji, podatki niższe niż w innych państwach, zadłużenie państwa niewielkie, administracja nieliczna i nieprzekupna, sprawnie działał system sądowniczy, edukacja stała na dobrym poziomie etc. – kilka książek dowodzących, że źródłem sukcesu Prus i Rzeszy Niemieckiej były: wolność jednostki, gospodarka rynkowa, wolna przedsiębiorczość, niskie opodatkowanie i niskie zadłużenia państwa, opublikował Ehrhardt Bödecker: Preußen und die Wurzeln des Erfolgs (2005) Preußen und die Marktwirtschaft (2006), Preußen – eine humane Bilanz (2010).

W 2002 r. ukazały się dwie prace, których autorzy dokonywali korekty obrazu dyplomatycznych i polityczno-wojskowych posunięć oraz konstelacji w latach poprzedzających wojnę: Friedrich Kießling, Gegen Den Grossen Krieg? Entspannung in den Internationalen Beziehungen 1911-1914, Holger Afflerbach, Der Dreibund. Europäische Großmacht- und Allianzpolitik vor dem Ersten Weltkrieg. W 2003 roku racje Wiednia i jego kalkulacje przedstawił w nowym świetle Günther Kronenbitter w książce „Krieg im Frieden“. Die Führung der k.u.k. Armee und die Großmachtpolitik Österreich-Ungarns 1906-1914. W 2009 r. Stefan Schmidt opublikował książkę na temat polityki zagranicznej Francji w trakcie kryzysu lipcowego (Frankreichs Außenpolitik in der Julikrise 1914. Ein Beitrag zur Geschichte des Ausbruchs des Ersten Weltkrieges). Dowodził w niej, że w trakcie kryzysu lipcowego 1914 r. Francja przyjęła bardzo twardą linię, zwłaszcza podczas spotkania polityków francuskich z rosyjskimi w Petersburgu w drugiej połowie lipca. Francja prowadziła wysoce ryzykowną grę, biorąc w rachubę możliwość wybuchu wojny; nie cofała się przed wywieraniem mocarstwowych presji i demonstrowania siły, za wszelką cenę chciała zachować i umocnić swoją pozycję w systemie międzynarodowym. W 2011 r. Andreas Rose opublikował pracę Zwischen Empire und Kontinent. Britische Außenpolitik vor dem Ersten Weltkrieg, w której pokazywał m.in., że negatywny obraz Niemiec i Niemców był w Anglii propagandowo konstruowany znacznie wcześniej a lansowało go małe, ale wpływowe „Empire Lobby”. Stygmatyzowanie Rzeszy Niemieckiej jako „imperium zła”, służyło mu do tworzenia klimatu zagrożenia, potrzebnego kołom rządzącym, aby w parlamencie przeforsować zwiększenie środków na armię i marynarkę. Rose przypomniał prostą, acz łatwo zapominaną prawdę: ówczesne światowe imperium ze stolicą w Londynie działało w samym centrum polityki światowej, kształtowało stosunki międzynarodowe i globalne, realizując własne interesy i reagując na posunięcia innych państw. To właśnie Wielka Brytania dążyła do rozbicia starego systemu sojuszy europejskich.

Wybitny, wywodzący się z NRD, historyk Konrad Canis jest autorem fundamentalnej, utrzymanej w stylu klasycznej historii dyplomacji, trylogii poświęconej polityce zagranicznej Niemiec w okresie 1870-1914. Canis, którego cechuje solidne, dokładne i gruntowne studiowanie dokumentów oraz przeszukiwanie wielu, także mniejszych, archiwów w celu dotarcia do nowych źródeł, w dwóch pierwszych tomach opisywał politykę zagraniczną ery Bismarcka i lat 1890-1902, zaś w, zatytułowanej Der Weg in den Abgrund. Deutsche Außenpolitik 1902-1914, części trzeciej (ukazała się w 2011 r.), skupił się na, interesującej nas tutaj, dekadzie przedwojennej.

W centrum uwagi Canisa znajduje się polityka sojuszy, logika polityki mocarstw w niebezpiecznym świecie. Szczegółowo rekonstruuje on polityczne tło, kalkulacje, cele i skutki decyzji osób odpowiedzialnych w Niemczech za politykę zagraniczną. Operując kategorią racji stanu interpretuje politykę zagraniczną Niemiec jako walkę europejskiego mocarstwa o samozachowanie, toczoną w kręgu innych mocarstw, z których każde walczy o to samo, czyli o zachowanie i wzmocnienie własnej pozycji międzynarodowej w pełnym zagrożeń świecie, w którym wojna, także wojna zaczepna, uznawana jest za ultima ratio, za prawowity, ostateczny instrument w rękach państwa, którego politykę zagraniczną – zgodnie z klasycznym wzorcem wyjaśniającym – determinuje jego specyficzne geopolityczne położenie. Dlatego błędne jest wyjaśnianie polityki Rzeszy niemiecką „odrębną drogą“ (Sonderweg), należy widzieć ją poprzez „odrębne położenie“ (Sonderlage) geopolityczne i geostrategiczne. Niemcy, położone w centrum kontynentu, miały pół-hegemonialną pozycję, ale zarazem to centralne położenie pomiędzy innymi mocarstwami europejskimi było przyczyną ich geostrategicznej słabości.

Według szkoły Fischera to Niemcy agresywnie rzucają wyzwanie status quo, co wywołuje, niemalże automatyczną, reakcję innych mocarstw broniących swojej zagrożonej pozycji. Canis uważa, że jest to schemat błędny, ponieważ zachodziły wówczas głębokie przesunięcia w całej światowej polityce, których Berlin nie tylko, że nie kontrolował, ale nawet nie miał na nie żadnego wpływu; musiał jednak na nie reagować dokładnie tak samo jak inne państwa. Zdaniem Canisa najważniejszą rolę w tym procesie odegrał Londyn. To przede wszystkim stamtąd wychodziły impulsy wprawiające w ruch dawną konstelację mocarstw po to, aby powstała nowa, skierowana przeciwko najsilniejszemu rywalowi i największemu konkurentowi – Niemcom. Londyn chciał trzymać je w szachu, ograniczyć im możliwość manewru w polityce zagranicznej, izolować politycznie, zamknąć drogę do równoprawnego statusu mocarstwa światowego. Jednocześnie Rosja pozostająca w sojuszu z Francja, przechodziła coraz silniej do polityczno-wojskowej strategii ofensywnej w Europie Południowo-Wschodniej i na granicach Imperium Osmańskiego. U Niemiec z upływem czasu maleje przestrzeń i swoboda geopolitycznego manewru, kurczą się ich możliwości i zmniejsza liczba opcji działania, ich położenie staje się coraz trudniejsze. Dlatego też niemieckie lęki przed okrążeniem i izolacją nie były tylko paranoicznymi urojeniami, ale posiadały racjonalne (geopolityczne) jądro. Niemcy stanęły przed pytaniem, co zrobić dla utrzymania swojej mocarstwowej pozycji i politycznej egzystencji, nawet przy podjęciu ryzyka wojny. Analizując przebieg kryzysu lipcowego 1914 r. i ówczesną politykę niemiecką, Canis zastanawia się, czy kurs na lokalną wojnę, który obrały Austro-Węgry i Niemcy z wkalkulowanym ryzykiem wielkiej wojny, był politycznie i wojskowo dopuszczalny, czy był uzasadniony w sensie racji stanu Rzeszy, jej interesów politycznych i bezpieczeństwa? Jego zdaniem, na takie pytanie należy odpowiedzieć twierdząco. Rządzący robili to, co uważali za w danym momencie za słuszne i co, jak sądzili, muszą zrobić.

Według Canisa nie ma źródeł i dowodów na to, że rządy Bülowa i Bethmanna- Hollwega prowadziły politykę, której celem było ustanowienia pełnej hegemonii Rzeszy w Europie, także w postaci podboju obcych terytoriów, i rzucenie Anglii na kolana. Cele wojny z lata 1914 r. to ograniczona hegemonia w Europie w tradycji bismarckowskiej, osiągnięcie kompromisu z Wielką Brytanią w polityce światowej, i z Rosją na Bałkanach, aby dać Austrii chwilę oddechu. Latem 1914 r. żadne z europejskich mocarstw nie zamierzało toczyć wielkiej wojny, ale wszystkie po kolei wkraczały na wojenną ścieżką: żaden z rządów nie przeciwstawił się wojnie konsekwentnie: „Każdy wierzył, że realizuje własne interesy i że wojna podniesie jego pozycję w koncercie mocarstw“.

Dodajmy jeszcze, że Canis, powracając na płaszczyznę dyplomatyczno-(geo)polityczną, nie podporządkował się dominującemu od lat 70. XX w., w historiografii niemieckiej trendowi, nakazującemu patrzeć na wojnę albo z perspektywy „prostego człowieka”, albo analizować politykę zagraniczną przez pryzmat „polityki wewnętrznej”. Nie zgadza się on z tymi niemieckimi, głównie lewicowymi, historykami jak np. Hans-Ulrich Wehler czy Heiner Karuscheit, interpretującymi wojnę jako strategię rozwiązania wewnętrznych sprzeczności cesarstwa i wskazującymi na siły społeczno-polityczne stojące za zwolennikami wojny; w takim ujęciu polityka zagraniczna cesarstwa determinowana była „socjalimperialistycznie”: nieodpowiedzialna, czująca się zagrożona, elita, działając za pośrednictwem konserwatywnych generałów, „uciekła w wojnę”, aby sukcesami na arenie międzynarodowej i wojennymi tryumfami „przykryć” wewnętrzne sprzeczności polityczne i społeczno-ekonomiczne, ratować niereformowalny, coraz silniej wstrząsany kryzysami, system polityczny, aby zachować władzę i społeczną pozycję. U podłoża wojny leżał więc „manipulatorski” zamysł wewnętrznej stabilizacji systemu. Takiej interpretacji zaprzecza, zdaniem Canisa, fakt, że w porównaniu z latami 90. XIX wieku w Rzeszy panowała większa stabilizacja polityczna – zarówno rewolucyjny zapał socjaldemokratów, jak i konserwatywne plany przewrotu politycznego zeszły na dalszy plan. Zauważyć tu jednak należy, że uwzględnienie czynników polityki wewnętrznej, wewnętrznych konfliktów i rozgrywek politycznych przy rekonstrukcji okoliczności podjęcia przez elity ryzyka wojny, może być jak najbardziej pożyteczne, byleby tylko taką analizę zastosować do wszystkich państw biorących udział w wojnie, a nie tylko do Niemiec.

Zarówno praca Canisa, jak i poprzednio wymienione książki, świadczą o narastającej tendencji, aby używać kilku schematów wyjaśniających, uwzględniać czynniki długo-, średnio- i krótkofalowe, pokazywać dokładniej historyczne zależności i budować pełniejszy obraz procesów podejmowania decyzji w europejskich stolicach. Można powiedzieć, że jest to równoznaczne ze stopniowym odchodzeniem od założeń Fischera i kontynuatorów jego sposobu analizowania wojny. Natomiast Gunter Spraul w wydanej w 2012 r. książce Der Fischer-Komplex, w całości poświęconej genezie i okolicznościom powstania Griff nach der Weltmacht, zaatakował Fischera od innej strony – był pierwszym historykiem, który zadał sobie trud zweryfikowania cytatów i źródeł Fischera. Bowiem co ciekawe, w trakcie „sporu wokół Fischera” nie dyskutowano nad bazą źródłową dzieł hamburskiego historyka, doborem źródeł i obchodzeniem się z nimi czy też jego metodą interpretacyjną. Spraul wykazał, że Fischer wypaczał słowa niemieckich przywódców z 1914 r. a nawet z lat wcześniejszych, niewłaściwie ich cytował lub umieszczał cytaty w zniekształcającym kontekście, cytował zawsze w taki sposób, aby cytat potwierdzał jego z góry założoną tezę. Na przykład przytaczał słowa przyszłego kanclerza Bethmanna-Hollwega z 1903 r., nie podając, że słów tych nie wypowiedział bezpośrednio Bethmann-Hollweg, lecz zanotowała je pewna baronowa w swoim dzienniku jako przytoczenie z rozmowy z osobą trzecią. W inny cytat włożył sformułowanie „to jest silne przekonanie cesarza“, którego w oryginalnym źródle nie było. W słowach cesarza zmienił „powinien” na „musi” a „jeśli to konieczne” na „jeśli to możliwe” – zmiany zawsze zaostrzały wymowę wypowiedzi. W wielu miejscach źródła przytaczane w przypisach jako potwierdzenie interpretacji niemieckiej polityki podanej w tekście głównym okazywały się nic nie mówiące albo w ogóle jej nie potwierdzały. Spraul podważył także i zrelatywizował znaczenie jednego z „kluczowych” dokumentów Fischera tzw. Septemberprogramm (Program wrześniowy) kanclerza Benthama-Hollwega. Według niego Fischer jest de facto epigonem amerykańskiego historyka Bernadotte Everly Schmitta (The Coming of the War 1914, 1930) oraz włoskiego historyka Luigi Albertiniego Le origini della guerra del 1914 (3 tomy, 1942-1943, wyd. angielskie 1953). Spraul zajmuje się także odbiorem książki Fischera: przychylnym – co nie dziwi – za granicą.

(Koniec części pierwszej)

Tomasz Gabiś

(Kliknij i przeczytaj część drugą)

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułZmieniam zdanie o Niemcach
Następny artykułZasada wolności wyborów
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

1 KOMENTARZ

  1. Widzę tu pewną zależność jeśli idzie o kontrybucje i wojnę. Niemcy przestali je płacić w 2010 roku i właściwie od tamtej pory coraz bardziej im odwala, że się posłużę tym słowem. Może pasowałoby nałożyć nowe, a konto nowej wojny, do której swymi ekscesami z imigrantami zdają się nieuchronnie popychać Europę? Trza im śrubkę przykręcić 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ