Zasada wolności wyborów

0

W XX-wiecznej polskiej doktrynie prawa politycznego utarło się przekonanie, że „kanoniczne”, zgodne z „obowiązującymi w dojrzałych demokracjach standardami”, wybory do parlamentu, względnie niektórych innych instytucji władzy publicznej, powinny mieć co najmniej czteroprzymiotnikową postać, co przekłada się na ich powszechność, tajność, bezpośredniość i równość. W aktualnej konstytucyjnej narracji w odniesieniu do Sejmu katalog ten ulega poszerzeniu o proporcjonalność, dzięki czemu uzyskujemy pięcioprzymiotnikowość. W teoretycznych opracowaniach jest ona ponadto uzupełniana o dodatkową zasadę elekcyjną w postaci wolności. Otaczająca ją półprzeźroczysta zasłona niedomówień czy też niejasności, sprawiająca, iż zasada ta może być różnie rozumiana, skłania do tego, aby się jej krytycznie przyjrzeć.

Wątpliwości wynikają z tego, że wolność jest niezwykle pojemnym pojęciem, które można rozumieć na najrozmaitsze sposoby, w związku z czym napotkamy na różne interpretacje hasła wolnych wyborów, przy czym każda z nich będzie na swój sposób uzasadniona, jako wywodząca się z odmiennego światopoglądu. A zatem np. jeśli staniemy na gruncie propagowanego przez Fryderyka Engelsa określania wolności jako zrozumienia konieczności, to wówczas każda elekcja będzie się jawić jako względnie swobodna, gdyż w ramach ogólnych praw rozwoju dziejowego odzwierciedla, na któryś z możliwych sposobów, stan ekonomiczno-społecznych stosunków w danym miejscu i czasie, które znajdują swój polityczny wyraz w rozwiązaniach zgodnych z interesami klasy panującej. Przy czym w reżimach demokratyczno-liberalnych polityczna wolność, znajdująca swoje odbicie w wyborczych starciach, ma charakter pozorny, gdyż każde rozstrzygnięcie oznacza zwycięstwo „agentów wielkiego kapitału”. Natomiast gdy zostaną oni pokonani i nastaje realny socjalizm, rywalizacja o przedstawicielskie mandaty w systemie pozbawionym opozycji traci sens, gdyż „wolność od ucisku” została już w sporym stopniu osiągnięta i nie warto trwonić jej na jakieś drugorzędne, osłabiające jedność moralno-polityczną, potyczki między wyznającymi oficjalnie ujednolicony program kandydatami.

Z kolei dla anarchisty, względnie libertarianina, łączenie wolności z jakimikolwiek organizowanymi przez zinstytucjonalizowaną władzę przedsięwzięciami jest zasadniczym nieporozumieniem. Trudno żeby było inaczej, skoro zakłada się, że naturalnoprawna swoboda nie może przetrwać kontaktu z etatyzmem każdego rodzaju, będącym fundamentalnym naruszeniem nieskrępowanej ludzkiej kreatywności. Takie podejście do wolności sprawia, że wolne wybory do reprezentujących opresyjną państwowość organów traktuje się jako contradictio in adiecto.

Gdy porzucimy te „skrajnie niebezpieczne filozofie” na rzecz obowiązującej „tyranii poprawności politycznej”, to uznamy, że głoszenie potrzeby przeprowadzania swobodnych wyborów wynika z konieczności realizowania dyrektywy Ducha Historii, efektownie zareklamowanej przez paryski lud, który umieścił Wolność w składzie Rewolucyjnej Trójcy obok Równości i Braterstwa. Oznacza to, że porewolucyjne państwo ma służyć utrwalaniu Wolności, na straży której stoją najlepsi synowie Narodu. Wybrani zostali przez masy na odpowiedzialne stanowiska i funkcje po to, aby nie dopuścić do ponownego zniewolenia. Na reakcyjnej drodze biegnącej w kierunku zniewolenia stawia się solidną barykadę w postaci wolnościowej elekcji, umożliwiającej wyemancypowanemu ludowi nieskrępowane rozstrzyganie o swoich losach, które zostają złożone w ręce wybrańców, jeszcze bardziej – jak się zakłada – niż ich wyborcy przejętych ideą permanentnej walki o zachowanie możliwości swobodnego społeczno-politycznego rozwoju. Wolne wybory mają zatem służyć utrwaleniu i pogłębieniu panowania Wolności, jawiącej się jako nieustannie mitologizowany fundament liberalnego ludowładztwa.

Należałoby zatem oczekiwać, że doktrynalne oraz jurydyczne ujęcia, podlegającej nieuchronnemu ideologicznemu zdogmatyzowaniu, zasady wolności wyborów będą zgodne z intuicyjnym imperatywem wolnego wyboru, maksymalnie rozszerzającym paletę możliwości pozostających do dyspozycji obywatela współuczestniczącego w, przybierającym postać głosowania, masowym Święcie Demokracji. Wizja ta jednakże natychmiast ulega zrelatywizowaniu wskutek tego, że trudno jest objąć nią referenda nie będące wszak wyborami, choć bez specjalnych trudności mieszczące się w ramach „fundamentalnie demokratycznej” czteroprzymiotnikowej formuły. Wynika to z tego, że w swej typowej postaci referenda przyjmują skrajnie zrutynizowaną formę, stawiającą uczestniczących w nich obywateli przed koniecznością dokonania symplicystycznej preferencji jednej z zaledwie dwóch przedstawionych opcji; w przypadku każdego innego zachowania jego skutki będą pozbawione prawnopolitycznej mocy. Schemat ten zasadniczo obowiązuje w każdym ustroju, również w, przedstawianej zgodnie z aktualną Mądrością Etapu jako antywolnościowa, demokracji socjalistycznej.

Nie występuje zatem jakaś odrębna demokratyczno-liberalna odmiana referendum, umożliwiająca głosującym wydostanie się z narzucanego im dualistycznego schematu, przechodzącego do porządku dziennego nad wszelkimi wątpliwościami, jakie mogą się zrodzić wskutek niekoniecznie precyzyjnego sformułowania zinstytucjonalizowanych pytań. Zakłada się bowiem, że dopuszczenie możliwości dawania odpowiedzi nieco bardziej zniuansowanych niż „tak” lub „nie” względnie przeformułowywania zapytań lub dodawania własnych doprowadziłaby do zbytnich komplikacji odnośnie ustalenia oficjalnych rezultatów. W związku z czym „wszelkie dopiski nie mają znaczenia”, którą to dyrektywę trudno jest uznać za przejaw prowolnościowego nastawienia. Okazuje się zatem, że występuje ono w niewielkim zakresie w tej odmianie powszechnych wotowań, jaką są referenda, kanalizujące rygorystycznie Volonté Générale, nie pozwalając jej przez to na swobodną fluktuację, przypominającą tę, jaka miała wystąpić wówczas, gdy gromada ustalała warunki Umowy Społecznej i dowolnie selekcjonowała kandydatów nadających się do sprawowania władzy.

Jeżeli przyjmiemy, że powoływanie piastunów władzy państwowej miało pierwotnie właśnie taką postać, to bez trudu zauważymy, że współczesne odtwarzanie owego Mitu Założycielskiego ludowładczej państwowości jest poddane daleko idącym jurydycznym rygorom, sprawiającym, że jest ono znacznie oddalone od idei „maksimum wolności osiąganego poprzez maksymalizację możliwych wyborów”.[1] W swojej prawnopolitycznie sformalizowanej postaci podlegają wszak wybory konstytucyjnej rutynie, nakazującej w imię zasady kadencyjności, żeby elektorat regularnie, po upłynięciu z góry określonego odcinka czasu, udawał się do urn niezależnie od stopnia zaufania, jakim obdarza swoich przedstawicieli. Taka rygorystyczność zmniejsza znaczenie aktu wyborczego poprzez to, że stwarza u poważnie podchodzących do swoich praw politycznych obywateli psychiczny przymus przewartościowania swoich niegdysiejszych wskazań, mających jedynie tymczasowe znaczenie. Wynika z tego, że wyborcy są pozbawieni możliwości podjęcia ostatecznej decyzji, polegającej na jednorazowym poparciu swojego faworyta, który jako ich reprezentant będzie im służył, póki mu sił i życia wystarczy. Taka swoboda dożywotniej elekcji głowy państwa istniała w I Rzeczypospolitej i jej brak w dzisiejszej postaci polskiej państwowości można uznać za istotne ograniczenie zakresu przysługujących poddanemu czy też obywatelowi politycznych praw.[2]

Jest on – jeśli nie piastuje stanowiska w którymś z naczelnych organów władzy państwowej, upoważnionych do dokonywania rozstrzygnięć skutkujących koniecznością przeprowadzenia ogólnokrajowych wyborów – pozbawiony uprawnienia do współuczestnictwa w wywierającym taki skutek działaniu. Rodzime prawo dopuszcza taką opcję na szczeblu samorządowym – zorganizowane wskutek obywatelskiej aktywności referendum może doprowadzić do obalenia lokalnej władzy, co skutkuje wyborami. Ekstrapolując to rozwiązanie doprowadzilibyśmy do wyposażenia korpusu elekcyjnego w polityczną broń w postaci inicjatywy obywatelskiej prowadzącej, w przypadku zebrania odpowiedniej ilości podpisów, do powszechnego głosowania, służącego odnowieniu oddolnej legitymizacji podmiotu władzy publicznej lub jego części, przy czym należałoby pozostawić władającym istniejące kompetencje odnoszące się do wariantu nadzwyczajnej w dzisiejszych warunkach, dokonywanej poza zasadniczymi terminami, elekcji do podmiotów władzy publicznej. [3] Gdyby połączyć to rozwiązanie ze zniesieniem kadencyjności, to zamiast konieczności nużącego powtarzania w ujednostajnionym rytmie ogólnokrajowych bądź lokalnych wotowań otrzymalibyśmy elastyczną formułę, uzależniającą ich urzeczywistnianie od postawy aktywnej części elektoratu, która pragnie doprowadzić do nowego rozdania na politycznej scenie. Aby uniknąć nadużywania takiej możliwości, można by wprowadzić temporalne ograniczenia wzorowane na tych, jakie – w obowiązującym kształcie modelu ustrojowego – odnoszą się do kadencyjności.

Może ona w restrykcyjny sposób oddziaływać na sferę obywatelskich praw i wolności. Dzieje się tak w tych państwach, gdzie wprowadzono obowiązek partycypacji w elekcyjnym Święcie Demokracji. Takie rozwiązanie jest zgodne z rudymentarną republikańską konstrukcją równoważenia praw obowiązkami, natomiast trudno pogodzić je z demokratyczno-liberalnym postulatem zmniejszania ilości i zakresu krępujących swobodę jednostki wszelkiego rodzaju ograniczeń. [4] Zatem dla wszelkiej maści wolnościowców obligowanie ludzi na drodze jurydycznych regulacji do karnego udziału w wyborczym spektaklu jest horrendum, absolutnie negującym wolnościowy charakter powszechnego głosowania. Niemożliwość pogodzenia zasady wolności wyborów z obowiązkiem uczestniczenia w nich zdaje się być zresztą dość popularnym poglądem, wygłaszanym w spontaniczny sposób przez różnych laików indagowanych przez autora tych słów.

Jak na razie, w przeciwieństwie do licznych, mniej lub bardziej „dojrzałych demokracji”, polski elektorat nie jest zaganiany przez straszak prawnych sankcji do masowego udziału w powszechnych głosowaniach. Nie oznacza to jednak, że jest mu przez instytucjonalne czynniki pozostawiona swoboda w zakresie podjęcia decyzji co do odwiedzenia, lub nie, wyborczego lokalu. Wszak pomimo teoretycznie obowiązującej ciszy wyborczej w dniu ogólnokrajowej elekcji obywatele są bombardowani medialnymi doniesieniami, w których pokazuje się najważniejszych oficjeli w państwie, jak z namaszczeniem korzystają z czynnego prawa wyborczego. W ten dość nachalny sposób wywiera się do ostatniej chwili nacisk na osoby nieprzekonane co do sensowności przedstawicielskiego ludowładztwa, aby zachowały się tak, jak oficjalne autorytety; a ponieważ są one związane z dominującym politycznym układem, to ich lansowanie może oddziaływać na chwiejną część elektoratu, skłonną do podejmowania decyzji wskutek jakiegoś, całkiem „nieracjonalnego”, bodźca, jakim może być np. kolor prezydenckiego krawata lub fason założonych przez premiera okularów.

Tego rodzaju impulsy zdają się mieć spore znaczenie dla rzesz nieszczególnie politycznie uświadomionych wyborców, nakłanianych do tego, aby współdecydować o losach ogółu poprzez odpowiednie wykorzystanie karty do głosowania, interpretowane przez władającą elitę jako legitymizowanie systemu poprzez oddanie ważnego głosu. Zastanawiające jest to, że, pomimo lansowania na aktualnym etapie rozwoju zasady wolności wyborów, uległ zawężeniu obszar zachowań zalecanych na gruncie prawa. Wszak w Polsce Rzeczpospolitej Ludowej wrzucenie do urny czystej karty do głosowania nie powodowało unieważnienia głosu, natomiast dzisiaj, aby uniknąć takiego skutku należy wyraźnie oznaczyć graficznym znakiem preferowaną opcję. Pozbawiono zatem proreżimowo nastawione osoby możliwości wzięcia udziału w plebiscytarnie nacechowanym wotowaniu bez konieczności opowiadania się za którąś ze skłóconych stron, co przecież przez ludzi wsłuchanych w aprobatywną względem politycznej poprawności narrację powinno zostać napiętnowane jako „dyskryminacyjnie nacechowane postępowanie, brzemienne potencjalnym wykluczeniem wszystkich tych, którzy zostali odrzuceni”. Wrażliwy na płynące z mediów głównego nurtu przesłanie człowiek jest skłonny do odczuwania obawy przed spychaniem kogokolwiek na społeczno-polityczny margines, a przecież właśnie do tego skłaniają przepisy, nakłaniające go do ustalania, które siły polityczne powinny być obdarzone społecznym mandatem zaufania.

W ten sposób obdarzona domniemaniem merytorycznego przygotowania klasa polityczna podzieliła się ciężarem ustalania osobowego składu „wyższych eszelonów władzy” z masami szarych obywateli, dając im możliwość wyboru wyłącznie spośród wcześniej przesianych kandydatów. Owa preselekcja jest szczególnie ewidentna w elekcjach uwzględniających zasadę proporcjonalności, gdyż taki ich charakter sprawia, że stadność przenika zarówno czynne, jak i bierne prawo wyborcze. Wymóg zgłaszania komisjom wyborczym wieloosobowych list z umieszczonymi na nich pretendentami do zbiorowych ciał przedstawicielskich sprawia, że prawo do swobodnego, zindywidualizowanego kandydowania ulega anihilacji. Przekształca się w zjawisko, jakie wypada zaliczyć do kategorii zbiorowych uprawnień, niemożliwych do urzeczywistnienia bez wspólnego wysiłku. Tym samym unieważnia się de facto konstrukcję wolnego mandatariusza, mimo iż w oficjalnej doktrynie wciąż oddaje się jej rytualne hołdy. Konieczność „grania w drużynie” sprawia, że zaprzysięgły, uparcie przywiązany do „nieśmiertelnej idei wolnościowej”, indywidualista musi zrezygnować z ubiegania się o krzesło w ogólnokrajowej, względnie lokalnej legislaturze, i oddać pole partyjnym machinom, służącym przywódcom stronnictw do tego, aby dyscyplinować zarówno członków, jak i obdarzonych zaufaniem (bo „wpuszczonych na listy”) sympatyków, zmuszanych – jeśli chcą uzyskać mandat– do akceptowania w całości odgórnie narzucanych programów.

Zatem w rzeczywistości jest on, podobnie jak jego odpowiednik z czasów I RP, związany, przy czym wówczas, w „erze przedproporcjonalnej”, mógł negocjować z liczebnie ograniczonym elektoratem warunki swego wyboru na modłę obowiązujących na wolnym rynku reguł. Wyparowują one jednak, gdy hołduje się dogmatowi „stosunkowego głosowania”. Uniemożliwia on elektorowi obdarzenie wyłącznym zaufaniem zindywidualizowanego wybrańca, ponieważ oddany na niego głos może w rzeczywistości przyczynić się do tego, że fotel w prawodawczym ciele przypadnie komuś innemu z listy. Taka opcja sprawia, że intencja wyborców jest narażona na poważne zniekształcenie. Co bardziej świadomi spośród nich są w takim stanie rzeczy wystawieni na pokusę „grzechu absencjonizmu”[5], popełnianego być może właśnie z tego powodu, że nie mogą w ekskluzywny sposób poprzeć wyodrębnionego instytucjonalnie z rzeszy pozostałych, jedynie słusznego w ich zsubiektywizowanym odczuciu, kandydata.

Artur Ławniczak

Obraz: jeden z czterech malunków z serii „The Humours of an Election” Williama Gortha, przedstawiających wybory członka parlamentu w hrabstwie Oxfordshire w 1754 r.

PRZYPISY

[1] W. Wencel, Piekło Houllebecqa, „Gość Niedzielny” 2015, nr 6, s, 74.

[2] Również Cesarz był wybierany dożywotnio, z tym, że w tym przypadku krąg elektorów został ograniczony do kilkuosobowego, a następnie kilkunastoosobowego kolegium. Takie rozwiązanie wciąż obowiązuje w Kościele katolickim, gdzie osoba papieża jest ustalana dzięki kardynalskiemu wotowaniu. Niegdyś biskupa Rzymu obierał ogół wiernych jego diecezji, ale z czasem, choćby z uwagi na przyrost demograficzny, dokonała się arystokratyzacja elekcyjnego podmiotu, idąca w parze ze zwyczajowym zacieśnieniem kręgu kandydatów do członków kolegium kardynalskiego. Pomimo to na prawnopozytywnym gruncie wciąż obowiązuje rozwiązanie, polegające na tym, że Sługą Sług Bożych może zostać każdy dorosły i ochrzczony mężczyzna. Teoretycznie zatem, jeśli chodzi o swobodę, rozumianą jako możliwość dokonania wyboru spośród mnogich wariantów, to ta, którą dysponują kardynałowie na obszarze wyboru religijno-politycznego przywódcy, jest zdecydowanie większa od tej, jaką mają do dyspozycji uczestnicy typowej elekcyjnej procedury w dowolnym demoliberalnym państwie.

[3] Aktualnie, jeśli chodzi o najbardziej reprezentatywny w skali Rzeczypospolitej spośród nich Sejm, to przyspieszone wybory do niego mogą się odbyć wskutek poselskiego lub prezydenckiego rozstrzygnięcia. Wydaje się, że nie ma dogmatycznych przeszkód, jakie uniemożliwiałyby przyznanie takiej kompetencji również premierowi względnie gabinetowi. Ten pierwszy podmiot taką kompetencją dysponuje w ojczyźnie systemu parlamentarno-gabinetowego, dzięki czemu rzadko kiedy Izba Gmin funkcjonuje przez całą kadencję. Skoro zatem w RP zainstalowano wzorowany na albiońskim system rządowy, to w ramach wzmacniania pozycji funkcjonariusza państwowego, mającego z Woli Ludu kierować poczynaniami aparatu administracyjnego, byłoby wskazane przyznać Prezesowi Rady Ministrów swobodę decydowania o terminie parlamentarnej elekcji. Ewentualnie, dla rozproszenia obaw przed nadmierną monokratyzacją, obdarzyć taką kompetencją cały rząd, którego kolegialność bardziej odpowiada republikańskiej aksjologii.

[4] Postulat ograniczania ograniczeń można uznać za ostrożniejszą formę entuzjastycznie malowanego na paryskich murach podczas pamiętnego Maja 1968 r. efektownego hasła „zakazuje się zakazywać”. Gdyby rozwinąć je do formuły „zakazuje się zakazywać i nakazywać” to otrzymalibyśmy doprecyzowany slogan, który zdaje się dobrze oddawać anarchistyczne, względnie libertariańskie, przesłanie, atakujące każdą państwowość w imię zmitologizowanej Wolności, traktowanej jako Najwyższa Wartość, podlegająca bezustannemu naruszaniu przez żarłocznego hobbesowskiego Lewiatana. W tej optyce jedynym obowiązkiem odnoszącym się do konstytucyjnego Dobra Wspólnego jest konieczność jego bojkotowania w możliwie szerokim zakresie, rozszerzająca ideę obywatelskiego nieposłuszeństwa w ten sposób, że zostaje ono wymierzone nie tylko we władzę, lecz także w państwo jako byt odmawiający uciśnionym mieszkańcom wolności wyswobodzenia się z jego opiekuńczo-opresyjnych objęć, legitymizując ten przebrzydły ucisk „wyborczą szopką”. Fundamentalny antypaństwowiec być może wziąłby udział jedynie w głosowaniu odnośnie likwidacji republiki czy monarchii, w jakiej przyszło mu żyć, ale jak na razie nie zanosi się na zorganizowanie gdziekolwiek takiego przedsięwzięcia.

[5] Na razie nie występuje on w oficjalnym rejestrze piętnowanych przez Kościół poczynań, ale powtarzające się na masową skalę przy okazji kolejnych powszechnych głosowań żarliwe apele do wiernych, wygłaszane przez głęboko przejętych ideą aggiornamento duchownych, zachęcają do użycia tego określenia. Uprawiana w wielu świątyniach proelekcyjna agitacja nie dość, że narusza ciszę wyborczą, to sprawia, iż przykazanie „pamiętaj, abyś dzień święty święcił” jawi się w innym świetle niż niegdyś, ponieważ klerykalne poparcie dla Święta Demokracji wspiera nowoczesną ideologię „prawoczłowieczą”, przyczyniając się do tego, że w umysłach wielu maluczkich zajmuje ona miejsce chrześcijaństwa. Charakterystyczne jest to, że im bardziej liberalnie jego nakazy są traktowane przez „owianych Duchem Vaticanum Secundum” księży, tym gorliwiej podchodzą oni do demoliberalnych kanonów. Trudno zresztą specjalnie im się dziwić, skoro nawet konserwatywny Stefan Wyszyński namawiał w 1957 r. katolików, aby po mszy udali się do „ludowładczych kapliczek” i głosowali bez skreśleń. Wszak udział w „Doniosłym Akcie Wyborczym” jest świeckim odpowiednikiem przyjmowania wraz z innymi katolikami Sakramentu Komunii. Wierzący obywatel poprzez swój udział w obu tych wspólnotowych rytuałach przyczynia się do konstytucyjnie pożądanej kooperacji pomiędzy Stolicą Apostolską a RP. Może bez ponoszenia prawnokanonicznych względnie prawnopaństwowych konsekwencji uchylić się od zalecanych zachowań, ale zgodnie z eklezjalną czy też republikańską dogmatyką takie postępowanie jest niesłuszne jako naznaczone piętnem „wzgardliwego stosunku do kolektywu”, którego porządni członkowie nie odwracają się od legitymizujących system działań. Wolnomyślicielskie podejście do nich skutkuje obniżeniem mszalnej oraz wyborczej frekwencji, co jest traktowane jako anarchizacja społeczno-politycznego Porządku, rozpadającego się wówczas, gdy Wolność coraz powszechniej jest traktowana jako bezkonkurencyjny Absolut. Każda władza musi się obawiać tego, że jego nadmierne stężenie doprowadzi do niszczycielskich skutków. Z tego względu „elekcyjny absencjonizm” jest w wielu państwach oficjalnie zwalczany, tak samo jak niegdyś podważające sensowność sformalizowanych eklezjalnych obrządków herezje.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułI wojna światowa między historią a polityką – rewizje, kontrowersje, nowe interpretacje (część 1)
Następny artykuł„W niemieckich mediach działa autocenzura”. Rozmowa z Tomaszem Gabisiem
Dr hab. Artur Ławniczak, adiunkt w Katedrze Prawa Konstytucyjnego na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. Opublikował książki: "Finansowanie partii politycznych" (2001), "Prawowitość aktualnej postaci państwa polskiego" (2007), "Ustroje polityczne państw latynoamerykańskich" (2008), "Istota władzy państwowej i jej formy" (2010), "Monarchiczne i republikańskie głowy państwa w Europie" (2011), "Losowanie w sferze publicznej. Między wróżeniem a głosowaniem (2012)". Przetłumaczył z języka francuskiego i opracował "Elementarz antyamerykański" (1994) autorstwa Roberta Steuckersa, Arnolda Hautbois, Xaviera Marchanda i in.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ