O demokratycznych wyborach, endecji, Narutowiczu i Niewiadomskim, reformie sali sejmowej i innych politycznych drobiazgach

0

Jest pan za demokracją? Tak, jeżeli nie mam innego wyboru.
Żarko Petan

Odbyły się demokratyczne wybory, przy których, jak stwierdził Mark Twain, wielką pociechą jest to, że z kilku kandydatów tylko jeden może zostać wybrany. W wyborach prezydenckich starło się dwóch kandydatów, ten urzędujący przemawiał i poruszał jak stary, ociężały proboszcz, zaś ten aspirujący do urzędu jak młody, dynamiczny wikary. Wikary wygryzł proboszcza i przejął parafię.

Philip K.Dick uważał, że odejście Nixona po aferze Watergate było wydarzeniem o znaczeniu kosmicznym. Czy odejście z urzędu Bronisława Komorowskiego też ma wymiar kosmiczny? Kto to wie.

Po wyborach prezydenckich odbyły się wybory parlamentarne. Każdy z kandydatów na posła miał znakomity program wyborczy: „Zostać wybranym”. Podsuwali pod nos suwerenowi swoje CV a suweren po głębokim namyśle decydował, komu z nich dać pracę w parlamencie.

*****

Spotkałem się z opinią, że jedynym człowiekiem, który kiedykolwiek przybył do parlamentu w uczciwych zamiarach był Guy Fawkes (rzecz jasna manipulowany przez tajne służby).

*****

Stary obóz rządzący musiał odejść, zastąpił go nowy obóz rządzący. Starzy uważają nowych za uzurpatorów, w pewnym sensie słusznie, bo jak napisał w Dziennikach Andrzej Kijowski: „Partia – każda partia – jest zespołem uzurpatorów”. Nowi uzurpatorzy przegnali więc od władzy starych uzurpatorów. Politycy w demokracji to „majority maximizers”, nowi okazali się tym razem lepsi w tej konkurencji. Nie przypuszczałem, że doczekam „konserwatywnej rewolucji”. Co będzie dalej? Przetasowania, zachwiania, zawirowania, przyspieszenia, poruszenia, wybrzuszenia, zapadnięcia, spady, rozpady, upady, roszady, zwroty, wywroty, kołowroty, wolty, pęknięcia, przesunięcia; falowania i spadania jak śpiewa Kora.

*****

Henry Louis Mencken przekonywał, że każdy przyzwoity obywatel powinien wstydzić się swojego rządu. Może jednak jednego rządu wstydzimy się nieco bardziej a innego nieco mniej? Może to jest prawdziwy wybór w demokracji: wybierz tego, kogo najmniej będziesz się musiał wstydzić!

*****

Spotykam niedawno sąsiada, zagaduję go o pogodę, a on mi mówi: „Dobrze, że tego roku ciepła zima, bo inaczej byśmy musieli takie rachunki za ogrzewanie płacić, że pieniędzy by nam na własny pogrzeb nie starczyło”. I to może być kryterium oceny danego rządu: czy rządzi tak, że obywatelom wystarcza na własny pogrzeb czy też nie wystarcza.

*****

Gaetano Mosca zwracał uwagę na to, że mówiąc, iż wyborcy „wybrali” swoich przedstawicieli, używamy bardzo nieprecyzyjnego języka. Prawda jest bowiem taka, że owi przedstawiciele wybierają sami siebie przy pomocy wyborców. Jeśli takie sformułowanie wydawać by się mogło nazbyt brutalne w odniesieniu do niektórych przypadków, to możemy je złagodzić stwierdzając, że wybrani zostali przez swoich przyjaciół. Republika kolegów i przyjaciół to może najbardziej ludzki ustrój polityczny po upadku monarchii. Niech żyje „republika koleżków”! To byłaby skromna realizacja ideałów republikańskich I RP. Także niesamowita wręcz koteryjność życia polityczno-kulturalnego ma korzenie sięgające daleko w „sarmacko-republikańską” przeszłość. Do tamtych dawnych czasów mógłby nawiązać minister finansów: zamiast „deficyt” budżetowy, niech mówi po staropolsku budżetowa „niedojemka”.

*****

Demokracja jest wtedy, kiedy trzy wilki i jedna owca głosują, co zjeść na obiad, dlatego haseł wyborczych na poważnie nie ma sensu analizować. Jeremiasz Bentham dawno już pisał o politycznej retoryce: patrzysz na literę, znajdujesz nonsens, patrzysz poza literę, nie znajdujesz niczego.

*****

Pamiętam, że w poprzednich demokratycznych wyborach jeden z kandydatów reklamował się jako „człowiek z zasadami”. Ten kandydat z dobrej rodziny pochodził, uczciwość wielka mu z oczu wyzierała, oblicze miał łagodne i miłe – obietnice wyborcze odczytywać z twarzy, tylko z twarzy, nawoływał sytuacjonista Ivan Chtechglov – ale choć bym nie wiem jak się przed tym bronił, to zawsze, kiedy „bilboardowa” twarz wyskakiwała na mnie zza węgła, na myśl przychodził mi aforyzm Nicolása Gómeza Dávili: w demokracji człowiek z zasadami kosztuje nieco więcej. Jakiś lobbysta mówi, dajemy panu tyle i tyle, a ten na to święcie oburzony, no wie pan, ja jestem człowiekiem z zasadami, aaaa, to, co innego, rozumiem, rozumiem, zatem dopisuję jeszcze jedno zero na czeku. Taki zatwardziały reakcjonista jak Dávila miał zresztą dla demokracji cały arsenał złośliwych docinków. Twierdził na przykład, że w demokracji politycy są kondensatorami głupoty. To wcale nie znaczy, że są głupcami (sam znam kilku inteligentnych), oni są kondensatorami otaczającej ich głupoty, a to zupełnie coś innego.

*****

Wedle Rudolfa Goldsteina, budżet państwa jest szkieletem państwa ogołoconym z wszelkich złudnych ideologii. To każe z pewną pobłażliwością przypatrywać się codziennym ideologicznym zapasom w błocie (albo w ksielu).

*****

Zawsze przy okazji wyborów znajdą się malkontenci, jęczący, że frekwencja była za niska. A niesłusznie – dzięki niskiej frekwencji mamy bowiem nieformalną demokracją cenzusową, która zawsze trochę lepiej funkcjonuje niż bezcenzusowa. Wysoka frekwencja oznacza, że lud jest niezadowolony ze swojego położenia. Znaczna część ludu fatyguje się do urn tylko z tego powodu, że jest wkurzona na władzę; kiedy jest zadowolona, woli w ogródku siedzieć i pić piwo. Opinia publiczna wszędzie jest tak samo niezainteresowana. Tak w ogóle to już dawno ktoś zauważył, że każda dobra polityka opiera się na obojętności szerokich kręgów społecznych. Badacze obliczyli, że przeciętny Amerykanin bardziej troszczy się o swój trawnik niż o dług federalny, więcej czasu i uwagi poświęca na wybranie używanego samochodu niż na wybranie kongresmana. W innych krajach jest podobnie.

*****

Najważniejsze, żeby głosować na tych, co najmniej obiecują, bo najmniej rozczarują np. na tych, co obiecują „My będziemy kraść najmniej ze wszystkich” – taka „demokradłcja z ludzką twarzą” to może najlepszy z wariantów demokracji. Osobiście do formy rządów, a tym bardziej do personelu politycznego, przykładam niewielką wagę i za Henrykiem Rzewuskim powtarzam, że rząd jest wypadkiem stanu moralnego towarzystwa, prawo i formy rządowe z obyczajów wypływają a nie na odwrót. Jeśli więc obyczaje i stan moralny się nie zmienią na lepsze, to i zmiana rządów będzie tylko przemalowaniem z wierzchu rudery. Niczym więcej.

Autor Pamiątek Soplicy pewnie by się tylko uśmiechnął albo z politowaniem głową pokiwał słysząc debaty o przewadze tej czy innej ordynacji wyborczej, o nowej konstytucji i nowych instytucjach itd. Wiedział bowiem, że:

  • „Społeczeństwo, nie może otrzymać swoich praw jak tylko pod warunkiem wydoskonalenia moralnego”;
  • „Wolność lub niewola pochodzą z usposobienia moralnego społeczeństwa”;
  • „Ustawy, formy polityczne narodów żadnych żywiołów nie tworzą, lecz wyrażają tylko żywioły już istniejące w ciele społecznym. (…) Stąd wypada oczywisty wniosek, że odmiana rządów nie odmienia bynajmniej stanu narodu”.

*****

We współczesnej masowej demokracji partie coraz bardziej upodobniają się do siebie, i to nie dlatego, że, jak podejrzewają niektórzy, masoneria wszystkim za kulisami ręcznie steruje; po prostu te same firmy reklamowo-piarowskie robią kampanie wyborcze, więc wychodzi podobnie. Poza tym wszystkie partie, szukając większości, idą do centrum; większość zawsze jest w centrum, bo w centrum nie trzeba mieć żadnych poglądów, a większość nie ma żadnych poglądów, masoneria nie jest tu do niczego potrzebna. Poza tym na prawicy zawsze przeceniano siłę masonerii, która była jedynie narzędziem w rękach jezuitów i Watykanu, co już dawno dowiedli protestanccy fundamentaliści.

*****

W obozie zwycięzców wielu już wyciąga swoje organizery, żeby je zapełnić, u innych zaś organizery bielutkie się robią, puściutkie. Zwyciężeni pocieszają się w duchu, że wprawdzie nowa miotła ostro miecie, ale tylko kurz wznieca, i trzymają się biurek, aż im kostki bieleją; wygrani ich po łapach biją, żeby puścili. Dla wielu reprezentantów „ancien regime`u” to prawdziwa mała apokalipsa. Przegrani politycy jeszcze przemawiają na wiecach, ale te przemówienia – że odniosę do nich to, co Raul Vaneigem pisał o przemówieniach La Passionarii – brzmią jak oracje pogrzebowe. Zwycięzcy niechaj zakarbują sobie w pamięci, że, jak ostrzegał niemiecki pisarz Jean Paul (Richter), każdy tron, na który się wspinają, staje się podnóżkiem kolejnego tronu.

*****

Szwajcarski zespól Hazy Osterwald Sextett śpiewał kiedyś piosenkę Winda na górę jest zajęta” (Der Fahrstuhl nach oben ist besetzt, zob. https://www.youtube.com/watch?v=sD0wqQjsZ4I).

„Winda na górę jest zajęta, musicie Państwo zaczekać, możecie wyruszyć w drogę na górę dopiero później (…) Ludzie się tam tłoczą, już więcej na górze się nie zmieści”. Tym, którym spieszno na górę, Hazy Osterwald doradzał cierpliwość. Nowi czekali cierpliwie osiem lat, no i się doczekali, wepchnęli się do windy wyrzucając pierwej pasażerów i hajda na górę. Ale starzy za nic nie chcą wsiąść do windy na dół i tak łatwo się nie poddadzą, wszak mówił Talleyrand, że żadne rozstanie nie jest tak bolesne jak rozstanie z władzą. Oczekiwać, że polityk odda władzę, to tak jakby oczekiwać, że szympans dobrowolnie odda swojego banana.

*****

Wygrać bitwę to nic. Nie być otrutym na uczcie zwycięzców! (Stanisław Jerzy Lec)

Śmierć zwycięzcy: zginął przygnieciony bramą tryumfalną (Wiesław Brudziński)

*****

Obóz rządzący może nawet grać uczciwie, ponieważ, jak zauważył Oskar Wilde, należy zawsze grać uczciwie, kiedy ma się wygrywającą kartę. Na pewno nowy rząd ma jakiś plan. Pamiętajmy jednak, że, jak się sentencjonalnie wyraził Mike Tyson, każdy ma jakiś plan do chwili, kiedy nie dostanie mocnego sierpowego na szczękę. Tyson tylko sparafrazował feldmarszałka Helmuta von Moltkego (starszego): „żaden plan operacyjny nie sięga dalej niż pierwsze spotkanie z głównymi siłami wroga”. Cat-Mackiewicz podśmiewał się z Czechów, którzy wierzyli niezłomnie – nawet wtedy kiedy Czechosłowacja się niemal rozpadała– że prezydent Beneš ma plan, po czym okazało się, że to był aero-plan, którym prezydent udał się na zasłużoną emigrację do Londynu.

Jak na razie obóz rządzący realizuje plan budowy Drugiej Czwartej RP pod hasłem „dobrej zmiany” (czyli wymiany „złych” na „naszych dobrych”). Natomiast słusznie wycofano się z hasła „rewolucji moralnej”, które było niezbyt nośne propagandowo. Wystraszyło elektorat, który sobie wyobraził, iż „rewolucja moralna” ma polegać na tym, że trzeba być punktualnym, pracowitym, oszczędnym, zdyscyplinowanym, nie śmiecić i nie przeklinać na ulicy, mniej wódki pić i inne tego rodzaju wysokie wymagania moralne przestrzegać, a to nie jest najlepszy program dla partii pragnącej maksymalizować głosy.

*****

Mam nadzieję, że partie i inne polityczne bractwa toczyć będą swoje wojenki na teczki, na życiorysy, na prywatne haki, na twarze, a nie na partyjne programy, bo z walki na programy nic dobrego dla narodu nigdy nie wychodzi. Podobno w środowisku tzw. pampersów, z których część ściślej lub luźniej związana jest z obecnym obozem rządzącym, popularne było hasło „Program party – programem narodu”. Wydaje się, że pod tym hasłem zjednoczyć by się mógł cały naród.

*****

Priorytetem nowego rządu powinno być zwalczanie korupcji, ponieważ, jak trafnie zauważył Henry Kissinger, skorumpowani politycy rzucają cień na pozostałe dziesięć procent uczciwych. Podkreślam – zwalczanie a nie zwalczenie, bo to jest niemożliwe. Chodzi o to, czy się ją będzie skuteczniej kontrolować niż poprzednicy.

Znany amerykański pisarz satyryk Patrick Jake O`Rourke, ten co napisał Give War a Chance i inne bestsellerowe pozycje zwrócił uwagę na fakt, że jeśli sprzedawanie i kupowanie podlega ustawom, to pierwszą rzeczą jaką się sprzedaje i kupuje są ustawodawcy. Tymczasem nasz Sejm na polecenie jakichś (sprzedanych? kupionych? A może tylko kretynów?) urzędników z Brukseli, ma uchwalić, czy może już uchwalił, napisaną przez urzędników z Ministerstwa Zdrowia (nazwa orwellowska – powinno się nazywać Ministerstwo Chorób) wyjątkowo idiotyczną (nawet jak na posłów) i zamordystyczną ustawę „antytytoniową”, mającą m.in. „uregulować” sprzedaż i zakup tzw. e-papierosów – wniosek nasuwa się sam. Widać, że plemię zakazywaczy i „control freaks” czy to z „lewicy”, czy z „prawicy” umacnia się coraz bardziej.

*****

Za Pierwszej Czwartej RP spotkałem raz znajomego pisowca i zapytałem go, czy to prawda, że chcą odchudzić administrację, on na to, że jak najbardziej: każdy urzędnik Czwartej RP musi schudnąć z pięć kilo, a urzędnik rekomendowany przez PiS to nawet dziesięć, oczywiście nie od razu, ale w ciągu całej kadencji. To jest realistyczne podejście, które daje pewne podstawy do bardzo ostrożnego optymizmu, że nowa ekipa zepsuje mniej niż poprzednicy. Niepokoi mnie tylko ta dziecinna insurekcyjno-rewolucyjna postawa, widoczna już w okresie Pierwszej Czwartej RP (ówczesna insurekcja – jak wiele innych w naszych poplątanych dziejach – zakończyła się klęską), która czasami zdaje się przeważać nad realizmem politycznym. Na szczęście choć rewolucje i insurekcje wybuchają i zwyciężają, reżimy powstają i upadają, to urzędy pozostają. Ta ciągłość władzy powinna krzepić serce każdego „państwowca”.

*****

Hipolit Korwin-Milewski oceniał, że w rosyjskiej Dumie największym kołem poselskim było KWD, czyli Kuda Wietier Dujet. W innych parlamentach to również bardzo znaczący nieformalny klub parlamentarny, na niego zawsze można liczyć – jest ostoją stabilizacji politycznej.

*****

Zapowiada się, że będzie więcej tzw.pluralizmu w mediach, co pozwoli na wyrobienie sobie dokładniejszych sądów na temat rzeczywistości, która to rzeczywistość jest – jak podejrzewają niektórzy – tymczasowym widzialnym rezultatem walki pomiędzy rywalizującymi gangami medialnych programatorów, menedżerów percepcji, niewidzialnych władców Matrixu. Bogu dzięki, że oni biorą się za łby, bo wówczas wąska szczelina się otwiera i co nieco da się dojrzeć, trzeba tylko umieć czytać “between the lies”.

*****

Liderów i zwolenników Komitetu Obrony Demokracji uprzejmie informuję, że „We Have The Best Democracy Money Can Buy”. Pozwalam sobie także zadedykować im kilka myśli na temat ich ukochanego ustroju:

Tyrania większości manipulowanej przez mniejszość nazywana jest przez nas demokracją (Thomas Fleming)

Demokracja nigdy nie trwała długo. Rychło trwoniła, wyczerpywała i mordowała samą siebie. Nie było dotąd demokracji, która nie popełniłaby samobójstwa (John Adams)

Chociaż jest możliwe, że sprawiedliwość wspomaga demokrację, to niemożliwe jest, żeby demokracja wspierała sprawiedliwość (Fisher Ames)

Demokracja prędzej czy później prowadzi do socjalizmu (Cyryl N. Parkinson)

Tym, co w demokracji ludzie cenią najbardziej, nie są prawa, lecz przywileje (Henry Louis Mencken)

Sadzę, że rodzaj ucisku, który grozi narodom demokratycznym, nie będzie podobny do niczego, co go poprzedzało na świecie (Alexis de Tocqueville)

Nie jestem demokratą, więc ludem nie pogardzam (Georges Sorel)

Demokracja to kult szakali wyznawany przez osły (Henry Louis Mencken)

Nienawidzę demokracji, ponieważ kocham wolność (Johann Jakob Bachofen)

Być rewolucjonistą to służyć wrogowi. Być liberałem to nienawidzić ojczyzny. Współczesna demokracja to orgia zdrajców (Fernando Pessoa)

Prawdziwa demokracja nie jest dobrą demokracją, dobra demokracja nie jest prawdziwą demokracją ( René Gillouin)

Demokracja jest sztuką kierowania cyrkiem z klatki dla małp (Henry Louis Mencken)

Demokracja jest totalitarna już w samym zarodku, ponieważ jej niedoścignionym ideałem jest „w pełni upolityczniony naród”, gdzie każdy obywatel angażuje się politycznie (Erik von Kuehnelt-Leddihn)

*****

Nową władzę polityczni wrogowie oskarżają o chęć wprowadzenia w Polsce zamordyzmu. Zamordyzm najlepiej scharakteryzował Andrzej Kijowski w Dziennikach ( 9 XI 1977): „Trzymaj się za mordę, innym pozwól żyć jak chcą a swój wpływ na nich ogranicz do nauczania ich tego, co praktykujesz wobec samego siebie”. Takiego zamordyzmu jestem gorącym zwolennikiem: niechaj każdy z nas trzyma się za własną mordę a mniej bzdur będzie wypowiadał, co nam wszystkim wyjdzie na dobre.

Jak na razie nowy obóz rządzący ma złą prasę za granicą. Już kanclerz Bismarck, mając na uwadze niemieckie gazety, skonstatował, że prasa to dziwka polityki, zaś u Roberta Antona Wilsona wyczytałem powiedzenie, że każdy redaktor dziennika powinien mieć starszego brata-sutenera, żeby się miał na kim w życiu wzorować. Kiedy w ramach „operacji Mockingbird” amerykańskie służby zaczęły dyskretnie sterować amerykańską prasa, mówiło się, że dziennikarz jest tańszy niż dobra call-girl – można go kupić za kilkaset dolarów miesięcznie. Jednak nie wynośmy się tak moralnie ponad dziennikarzy, ponieważ, jak słusznie zauważył wspomniany Patrick Jake O`Rourke, autor Parlamentu dziwek (tym uroczym sformułowaniem określił Kongres i rząd) w demokracji wszyscy jesteśmy dziwkami. Johannes Gross: „Kupowanie polityków jest staromodne, we współczesnych demokracjach kupuje się wyborców”. Czyli nas.

*****

Niemieccy dziennikarze są najbardziej zażartymi obrońcami demokracji w Polsce, w Europie i na całym świecie. Mniej się natomiast zajmują stosunkami politycznymi we własnym kraju, co nie dziwi, bo pozostają na usługach, liczącego kilkaset osób, wewnętrznego kręgu władzy. Prof. Erwin Scheuch (1928–2003) przedstawiciel tzw. kolońskiej szkoły socjologii sytuującej się w opozycji wobec socjologii spod znaku Jürgena Habermasa i frankfurckiej Teorii Krytycznej, wybitny znawca zjawisk klikowości, klientelizmu, korupcji politycznej w Niemczech, pisał o wewnętrznym kręgu politycznej „wyższej arystokracji”, która wszystkie interesy i kwestie państwowe załatwia we własnym gronie, od swoich popleczników, członków świty czy drużyny żąda bezwzględnej lojalności w zamian ofiarowując im okruchy z pańskiego stołu. Ta wąska, rządząca oligarchia żyje we własnym zamkniętym świecie i nie reaguje na „życzenia społeczeństwa”, a jedynie na przesunięcia wewnątrz własnej grupy. Jest to ponadpartyjna grupa wtajemniczonych, którzy toczą pozorne pojedynki dla rozradowania serc wyborców. W rzeczywistości toczą jedynie, pisał prof. Scheuch, ciche, ale zaciekłe walki o udział w wielkim korycie, które nazywa się „władza”. Krytycyzm niemieckiego socjologa jest zrozumiały, ale kto wie, może pozory demokracji są lepsze niż autentyczna demokracja.

Muszę tu jednak zaznaczyć, że w nowym obozie rządzącym, wśród jego polityków, dziennikarzy i publicystów dostrzegam w kwestiach niemieckich nadmierną emocjonalność a niekiedy można wręcz odnieść wrażenie, że ze złości krew zalewa im oczy. Hrabia Bronisław Trentowski pisał w 1848 r.: „Lękam się, by nienawiść nasza do Niemców, którą podsyca ze swej strony car, nie wzięła góry nad myślą i obowiązkiem prawego Polaka, ażeby nas nie wpędziła w moskiewskie matnie”. W Zagubieni romantycy i inni stwierdzał Wacław Zbyszewski: „ubóstwo naszej literatury o Niemczech, prymitywizm tej literatury ma sobie równych tylko w nonsensach broszurek Hakaty o Polsce i Polakach”.

*****

Urzędnicy z Komisji Europejskiej i inni eurodemokraci też wybrzydzają na nasz nowy rząd. Zawsze kiedy słucham ich patetycznych nawoływań o „więcej integracji europejskiej”, przypomina mi się obserwacja Franza Fanona: „Przywódca, który niedawno krzyczał o «jedności afrykańskiej», myślał przy tym o swojej najbliższej rodzinie”.

Spośród eurodemokratów wygłaszaniem najbardziej głupawych sądów wyróżnili się Niemcy. Jak wiadomo, Niemcy są – zgodnie ze stereotypem– pracowici i pilni. Nieszczęście polega na tym, że pracowici i pilni są także niemieccy głupcy, a połączenie pilności i pracowitości z głupotą jest skrajnie niebezpieczne dla społeczeństwa, zwłaszcza gdy występuje – a jest to przypadek niezwykle częsty – u ludzi mających większą lub mniejszą władzę.

Minister spraw wewnętrznych Herrmann Höcherl (CSU), który w związku z aferą podsłuchową w 1963 r. i zarzutami, że podlegli mu funkcjonariusze Urzędu Ochrony Konstytucję łamali konstytucję oświadczył, iż funkcjonariusze „nie mogą cały dzień biegać z konstytucją pod pachą”. Nic dodać, nić ująć.

*****

Nasza demokracja pilnie wymaga reform. Należy natychmiast znieść zaporowe pięć procent w wyborach sejmowych. Jest to trik całkowicie niedemokratyczny, ba, antydemokratyczny, bo niby dlaczego, dajmy na to, jeden procent suwerena nie ma być reprezentowany w parlamencie? To skandal, jeden procent ciała suwerennego ludu jest pozbawiony swojej reprezentacji. Dlaczego? Jakim prawem? Bo co? Bo parlament byłby rozdrobniony? Skoro suweren sobie życzy, żeby parlament był rozdrobniony, to tak ma być, i basta. Prawem kaduka ogranicza się wolę ludu. Różne skrajne, radykalne i błazeńskie ugrupowania nie mogą wejść do parlamentu i dlatego panuje tam bezbrzeżna szara nuda. Ekscentrycy, radykałowie i wesołkowie nadaliby egzotycznego kolorytu sejmowej bezbarwności i nijakości.

Poza zniesieniem zaporowego progu wyborczego należałoby dokonać innych reform. Zlikwidować senat (ze względu na panującą atmosferę nazywany „sennatem”), bo w tym kształcie jest piątym kołem u wozu, i zmniejszyć liczbę posłów – obiecywał to „ancien regime”, ale słowa nie dotrzymał.

Imć Jan Chyzostom Pasek zaobserwował: „Sejmowali tedy przez całą zimę z wielkim kosztem i z wielkim hałasem, a po staremu nic dobrego nie usejmowali, tylko większą przeciwko sobie zawziętość i egzercerbacyję”. Im ciało mniej liczne, tym niższe koszty i mniejszy hałas, tym mniejsza zawziętość i egzercerbacyja.

Numerem jeden wśród krytyków niemieckiego państwa partyjnego jest prof. Hans Herbert von Arnim (ur.1939), przez wiele lat wykładający na Wyższej Szkole Nauk Administracyjnych w Spirze, autor wielu książek na temat wynagradzania posłów i finansowania partii politycznych, przywilejów klasy rządzącej, gospodarki i administracji opartej na „legitymacji partyjnej”: Korupcja. Sitwy w polityce, administracji i gospodarce, Partie ludowe bez ludu, Z pełnym brzuchem trudniej się rządzi, Państwo jako łup, Państwo bez sług, czyli co obchodzi polityków dobro narodu, System – machinacje władzy. Polskiemu czytelnikowi znany jest z wydanej przez wrocławskie Wektory książki Europejska zmowa. Jak urzędnicy UE sprzedają naszą demokrację.

Prof. von Arnim zgłosił wiele cennych propozycji reform systemu partyjnego. Partie winny mieć taki sam status jak inicjatywy obywatelskie czy stowarzyszenia, i być finansowane wyłącznie ze składek członkowskich i darowizn. Jeden mandat poselski powinien przypadać na określoną liczbę realnie głosujących; jeśli frekwencja wyniesie 50%, to połowa foteli sejmowych powinna być pusta. Co do możliwości wprowadzenia swoich pomysłów w życie, prof. von Arnim jest sceptyczny, ponieważ trudno się spodziewać, że żaby dobrowolnie osuszą bagno, w którym wygodnie sobie żyją.

W ramach poprawy funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości proponuję – za Italo Calvino – powołanie do życia Głównego Urzędu ds. Pojedynków, Pomst i Plam na Honorze, który rozpatrywałby wszystkie sprawy o obrazę, zniesławienie etc. oszczędzając czas prokuratorom i sądom powszechnym.

Wszystkim (i samemu sobie), którzy bez chwili przerwy nawołują do kolejnych reform, zalecam zastanowienie się nad jeszcze jedną myślą Henryka Rzewuskiego: „Prawdziwy chrześcijanin nie pokusi się nigdy postawić siebie za reformatora tego wszystkiego, co jest poza jego osobistością, ale ciągle usiłuje siebie samego zreformować, a tym tylko jest zdolny reformować drugich, czynnością niedoskonałą, niewidomą, ale nieomylną”. Siebie tedy reformujmy, a świat trochę poprawimy. Rób każdy w swoim kółku, co każe Duch Boży, a całość sama się złoży.

Jednak reforma sali posiedzeń naszego Najjaśniejszego Sejmu z pewnością by się przydała. Alexis de Tocqueville w swoich wspomnieniach z okresu, kiedy był parlamentarzystą w owym dziwnym 1848 roku, poczynił trafne obserwacje na temat tego, jak kształt sali posiedzeń parlamentu wpływa na jakość i przebieg obrad. Z dwóch typów sal parlamentarnych typ angielski sprzyja umiarkowaniu i większej rzeczowości, o ile oczywiście w przypadku parlamentu można w ogóle mówić o rzeczowości; natomiast w typie francuskim – tu sala ma kształt amfiteatru – posłowie dopychają się na mównicę, a jak już dojdą, no to muszą przemawiać i to jak najdłużej, żeby im się zwrócił wysiłek, który włożyli w dojście na mównicę. Najbardziej błaha wypowiedź niejako automatycznie nabiera charakteru emocjonalno-agitacyjnych przemówień, duch rewolucyjny wieje nawet przy rozpatrywaniu dwudziestej autopoprawki do poprawki wprowadzonej w autopoprawce do ustawy zmieniającej ustawę o drogach powiatowych. Salę sejmową należy więc w urządzić stylu angielskim, likwidując przy tej sposobności mównicę, żeby nikt nie mógł jej blokować. Na pewno wyjdzie to na dobre Drugiej Czwartej RP.

Tu można się zastanowić, jak się parlamentaryzm zmienił z chwilą, kiedy wprowadzono mikrofony. Czy ktoś może sobie jeszcze wyobrazić sejm bez mikrofonów? No właśnie – takie kwestie są zupełnie pomijane przez politologów.

Historycznie rzecz biorąc sukcesy lewicy może się stąd brały, że lewicowcy mieli głosy donośniejsze i potrafili oponentów przekrzyczeć. W czasie rewolucji francuskiej arystokraci przyzwyczajeni od dzieciństwa mówić spokojnym i opanowanym głosem, ludzie dystyngowani, o manierach wykwintnych, nie mieli szans na wygranie słownych potyczek z jakobinami i inną canaille w typie Dantona, co potrafili ryczeć jak zarzynane woły, bo taki styl oracji wynieśli z hałaśliwych spelunek, gdzie pobierali towarzyską i polityczną edukację.

*****

Cyryl N. Parkinson w swojej Ewolucji myśli politycznej postulował, żeby się zwracać do lekarzy i fizjologów, niechaj zbadają, jak na decyzje rozmaitych ciał politycznych wpływają takie czynniki jak pora dnia, czas trwania obrad, temperatura w sali obrad, rodzaj wentylacji w pomieszczeniu w jakim ciała te obradują itd. Brat Wacława Zbyszewskiego Karol poruszył w swoim Niemcewiczu problem wentylacji: „Zima 89-go roku była niezwykle ostra. W wielkiej sali zamkowej o jednym kominku marznięto jak na Kamczatce, posłowie tupali nogami, zabijali ręce, kichali, prychali, lało im się z nosów. Z powodu mrozów skracano posiedzenia, potem przeniesiono je do innej, mniejszej sali. Najedzeni grochem, schabem i kapustą posłowie wydawali dźwięki nie tylko ustami; raz sługus otwierając z zewnątrz luft do Izby padł bez zmysłów, gazami rażony. Ledwie go docucono”. Jaka była jakość ustaw uchwalanych w tej atmosferze, nietrudno się domyślić.

À propos Parkinsona, ciekawe, że w peerelu wydawano książki tego rasowego brytyjskiego konserwatysty, które więcej są warte niż opasłe tomiszcza o menejdżmencie, pełne wykresów, wzorów, tabel i innej czarnej magii. Jego Ewolucja myśli politycznej powinna być lekturą obowiązkową na politologii, no i Wszystko z naszych pieniędzy, zabawne studium o podatkach traktowanych jako klucz do historii politycznej świata.

Każdy kto zna od środka administrację, ten potwierdzi słuszność jego teorii biurokracji, która narodziła się w czasie wojny. Parkinson służył w sztabie, w sztabie był generał, któremu asystował, to znaczy przeszkadzał, pewien pułkownik. Zaś pułkownikowi asystował, to znaczy przeszkadzał, pewien major, a im wszystkim asystował Parkinson, i wszyscy czterej byli niesłychanie zajęci wygrywaniem wojny. Zdarzyło się pewnego razu, że generał wyjechał służbowo, pułkownik zachorował, major udał się na jakiś kurs. Z każdą osobą pracy ubywało, aż w końcu nic nie było do roboty. Parkinson z niejakim zdumieniem stwierdził, że wszyscy czterej pracowali wyłącznie dla siebie nawzajem, zajmowali się jedynie sami sobą. A obywatele naiwnie sądzą, że administracja zajmuje się ich sprawami. Jest to takie samo złudzenie jak to, że policja zajmuje się łapaniem przestępców, owszem to się czasem zdarza, ale to jest jej zajęcie uboczne.

*****

Wiele, wiele lat temu pracowałem w pewnym urzędzie państwowym na szczeblu wojewódzkim (pracowałem to może za dużo powiedziane) – było to za czasów nieszczęsnej koalicji UW-AWS, wprowadzającej wielkie reformy (co jedna to głupsza). Powiesiłem sobie wówczas na ścianie, wydrukowany dużymi literami, wykład radcy Zihala ze Schodów Strudlhofu na temat „transcendentalnej istoty godności urzędowej”. Koledzy urzędnicy czytali i bardzo im się podobało.

„Administrację państwową – wywodził radca Zihal – należałoby uznać za jedną z najdelikatniejszych i najtrudniejszych dziedzin ludzkiej egzystencji; jeśli mówi się dzisiaj, że urzędy rozpleniają się ponad miarę i powiększają się wszędzie, to już podaje się wątpliwość godność urzędową. Błędem jest – pouczał radca Zihal werkmistrza Pichlera – wszelkie mniemanie, że urząd ma stanowić tylko środek do praktycznego celu lub sam być tym celem; czyste i trzymające się w ramach ścisłej celowości spełnianie naprawdę niezbędnie koniecznych zadań jest ze swej strony znów całkiem przeciwnym pozorowaniem, w wyższym sensie, bo tylko pod taką suknią pielgrzyma może, mówiąc za pozwoleniem, kryć się lśniący puklerz urzędowej godności i najwyższej służby. Ale co odbija się w tym puklerzu? Cele?! To należy uznać za pomyłkę! Odbija się w nim porządek jako taki i miłość do niego, a tym samym też do obowiązujących przepisów, i to bynajmniej nie tylko pod kątem ich celu!”

Moim kolegom urzędnikom, pokrewnym duszom radcy Zihala, bardzo przypadły do gustu jego objaśnienia. Wcześniej nawet przez myśl im nie przemknęło, że działają na rzecz ukrytego, niedostrzegalnego porządku, który jest tajemnicą urzędową, i to ściśle zastrzeżoną tajemnicą transcendentalnej istoty urzędowej godności. W pełni ich przekonywała argumentacja radcy Zihala, że porządkowanie wynika z wyższej zasady, z miłości do porządku jako takiego, nie tylko do jego korzystnych skutków. Z jednym tylko punktem wywodu radcy Zihala żadną miarą nie chcieli się zgodzić, mianowicie, że służba najwyższa żąda zawsze najmniejszej przestrzeni. Upierali się przy tym, że im większe gabinety, im więcej pokoi w wydziale czy departamencie tym lepiej. Uspokoili się, kiedy wyjaśniłem im, że „najmniejsza przestrzeń” to wcale nie znaczy mała przestrzeń, że nie należy interpretować tego dosłownie, lecz w wyższym, symbolicznym sensie. Dla zrównoważenia koncepcji radcy Zihala chciałem powiesić na ścianie wyznanie Ciorana z Zeszytów, że tysiąc razy wolałby gnój wąchać niż wdychać zabójcze biurowe wyziewy, ale ostrożność zwyciężyła. Także cytat z pana Prudhomme o obywatelach, co się zlatują jak trutnie, żeby się tuczyć krwią urzędników, wydał mi się nieodpowiedni. A już „Prawo urzędnika to prawo do bycia korumpowanym” (Bruce Benson) z pewnością poczytane byłoby za gafę albo nawet bezczelną prowokację, więc nawet nie próbowałem.

*****

Kiedy któryś z naszych demokratów wygłasza polityczno-historyczną homilię, to jaki tam topos niechybnie się pojawi, jaki archetypiczny bohater musi, po prostu musi, wyruszyć w drogę ku tragicznej śmierci? Oczywiście prezydent Gabriel Narutowicz, no i ten, którego przeznaczenie rzuciło na drogę jego życia, morderca Eligiusz Niewiadomski, a także, nieodmiennie, endecja, która pchnęła artystę-malarza do politycznego mordu (ciekawe, że nikt z liberalnych demokratów nie ma krzty współczucia dla Niewiadomskiego, który skończył wszak pod kulami plutonu egzekucyjnego, a czyż kara śmierci nie jest – w oczach liberalnego demokraty – ”mordem w majestacie prawa”?)

Osobiście do ruchu narodowego nigdy przekonania większego nie miałem, bo za bardzo schlebiał masom ludowym. W przypadku Narutowicza enedcy wykazali się kompletnym brakiem instynktu państwowego: gdy ich kandydat przepadł, wpadli w regularny amok i wszystko by zrobili, żeby legalny wybór Narutowicza podważyć, co jednak nie znaczy, że to oni włożyli rewolwer w rękę mordercy. Tam jakieś ciemne, do dzisiaj niewyjaśnione sprawy rozgrywały się za kulisami.

Historycy podają, że na grobie Niewiadomskiego młodzież narodowa składała kwiaty. Gloryfikowali zabójcę głowy państwa, może więc sprawiedliwie ponieśli historyczną klęskę. Z własnej winy przegrali a nie przez “Żydów”, „masonów” czy Marszałka. Jan Emil Skiwski pisał, że endecja to nie był obóz polityczny, ale edukacyjno-wychowawczy, dlatego też nigdy nie zdobyła realnej władzy. Dla takiego hiperideowego ugrupowania bardzo istotne są sojusze polityczne na płaszczyźnie międzynarodowej, które zawsze są w pewnej mierze sojuszami ideologicznymi. Skiwski wskazywał na to, że endecja wchodząc w 1939 r. do obozu antyniemieckiego automatycznie znalazła się w jednym obozie z bezbożnym bolszewizmem („żydokomuną”), największym wrogiem religii katolickiej, własności prywatnej, tradycji etc., oraz z antykatolickim anglosaskim protestantyzmem, a zatem z – używając dawnego języka endecji – „żydomasonerią”. Tym samym, zaprzeczyła fundamentalnym zasadom swojej ideologii. W rezultacie utraciła swoją ideową wiarygodność, a jej ideowa tożsamość – z wyjątkiem antygermanizmu – rozmyła się lub wręcz wyparowała. Musiała więc nieuchronnie ulec ideologicznemu rozkładowi i zniknąć z areny politycznej.

Cytowany wyżej Wacław Zbyszewski – powołując się na Cata-Mackiewicza– pisał: „Endecy są u nas tym, czym są Duchobory w Rosji, są kwintesencją narodu, ale tak samo jak Duchobory nigdy nie doszli do rządów w Rosji i zawsze byli uciskani przez cerkiew prawosławną, choć byli esencją prawosławia, tak i u nas endecy nigdy nie dojdą do władzy, zawsze ich jakaś lewica czy jacyś Żydzi wykiwają”.

Miałem kiedyś – było to w drugiej połowie lat 80. zeszłego wieku – kolegę politologa, który prawicą się pasjonował i zawodowo ją badał; każda prawicowa grupka, choćby się składała wyłącznie z prezesa i jego zastępcy, bardzo go interesowała. Pewnego razu zaprosił mnie na spotkanie z dwoma narodowcami z Wybrzeża, oni tacy byli narodowi, że nawet Jędrzeja Giertycha podejrzewali, że jest niemieckim Żydem i masonem. No i tak sobie gawędzimy przy herbacie o różnych ważkich problemach społecznych i politycznych, ja wtedy byłem w fazie ostro wolnościowej, więc nazwisko pewnego amerykańskiego – by użyć ich politycznego slangu – „żydoliberała” padło, no i atmosfera od razu lekko się zmroziła. W końcu przybysze z Wybrzeża postanowili nas rzucić na kolana – do teczki sięgają i z czcią nabożną, niczym relikwię, kładą nam przed oczy książeczkę, a było to dziełko Romana Dmowskiego Kościół, naród i państwo nielegalnie przez nich wydane. Spojrzeliśmy po sobie, w końcu samiśmy jakieś mało czytelne broszury wydawali, żeby naród prawdę poznał, więc co to za rewelacja, ale oni nam uroczyście oznajmiają, że dziełko jest absolutnie wiernym odwzorowaniem wydania przedwojennego, na takim samym papierze, taką samą czcionką, okładka identyczna w stu procentach, po prostu klona wyprodukowali i nam kazali podziwiać; oni chyba klęczniki mieli do czytania Dmowskiego. Pomyśleliśmy sobie, że taki polityczny fetyszyzm całkiem nam nie leży i na tym zakończyła się moja krótka przygoda z ruchem narodowym. Muszę jednak wyraźnie podkreślić, że nigdy nie cierpiałem na endocjofobię. Andrzej Kijowski w Dziennikach zanotował w 1975 r., że Kazimierz Brandys sprzymierzyłby się z samym diabłem, byleby nie dopuścić endecji do władzy – widocznie w hierarchii moralnej Brandysa (i jego środowiska) endek znajdował się szczebel niżej od diabła. Ja natomiast uważam, że, mimo wszystko, endek stoi wyżej niż diabeł.

Ale powróćmy do Narutowicza. Sześć lat przed jego śmiercią od kuli zamachowca, kiedy trwała wielka wojna i narody Europy wykrwawiały się w bratobójczej walce, 21 października 1916 roku w południe, premier Austrii w Austro-Węgrzech hrabia Karl von Stürgkh jak co dzień udał się do hotelu Meißl & Schadn w centrum Wiednia, aby spożyć smaczny i obfity obiad – w cesarstwie austro-węgierskim demokracja była wtedy jeszcze w powijakach i politycy żadnych „body-guardów” dla ochrony przed demosem nie mieli. Nagle obok jego stolika pojawił się jakiś mężczyzna, wprawdzie bez krzyża na piersi, ale z brauningiem w kieszeni. Krzycząc „Precz z absolutyzmem! Chcemy pokoju!”, trzykrotnie wypalił premierowi w głowę, w ten niezbyt przyjemny sposób przerywając mu konsumowanie wykwintnego posiłku.

Któż był tym austriackim Niewiadomskim? Nie kto inny jak socjaldemokratyczny poseł Herr Doktor Friedrich Adler, syn Wiktora Adlera, założyciela i przywódcy austromarksistów, znajomego Władimira Iljicza Lenina. W maju 1917 roku mordercę premiera pana doktora Adlera skazano na karę śmierci zamienioną przez cesarza Karola na 18 lat więzienia a następnie amnestionowano. Adlera-Niewiadomskiego gorąco bronił m.in. znany fizyk Albert Einstein. Zbierał nawet w Zurychu podpisy pod petycją do cesarza o ułaskawienie mordercy, zaofiarował się też, że wystąpi jako świadek obrony na jego procesie. Jeszcze trzy lata przed śmiercią stwierdził, że Austriacy zasługują na dozgonny szacunek za to, że nie pozbawili życia Friedricha Adlera. Nie dali czapy mordercy, i co bystrzejsi obserwatorzy od razu zrozumieli, że dni cesarstwa są policzone. Rządzący chcieli mieć czyste ręce, a jak pisał Żarko Petan, z czystych rąk władza wyślizguje się naprędzej. Okazali słabość, a za słabość wrogowie szybko wystawią ci rachunki.

W mowie wygłoszonej na sali sądowej sprawca ohydnego politycznego mordu wyjaśnił szlachetne motywy swojego czynu – był to protest przeciw wojnie! Lewicowa prasa gloryfikowała mordercę, zrobiła z niego męczennika i więźnia politycznego. Po upadku monarchii Adler-Niewiadomski powrócił tryumfalnie do polityki jako bohater ruchu antywojennego. Spokojnie, jak gdyby nigdy nic, kontynuował działalność publiczną, był redaktorem pisma „Walka”, sekretarzem partii, posłem. W 1925 został sekretarzem generalnym Międzynarodówki Socjalistycznej, po 1938 r. był nieformalnym liderem austriackich socjalistów na emigracji.

W 1979 r. w stulecie urodzin Adlera austriaccy Czerwoni czcili swojego Niewiadomskiego jak bohatera. Pewna dama z socjaldemokratycznego rządu wychwalała go pod niebiosa jako człowieka….wiernego konstytucji. Człowiek, który trzema strzałami w głowę zlikwidował premiera kraju toczącego wojnę, wzorem wierności konstytucji! To po prostu zapiera dech w piersiach. Zaprotestował wówczas Fryderyk von Hayek, który niestety wywarł mniejszy wpływ na życie intelektualne w Austrii niż dwaj panowie Adlerowie. W liście do „Die Presse” autor Konstytucji wolności pytał, że jak to być może, że polityczny morderca jest wychwalany przez członka rządu. Ale tacy już są Czerwoni, ta ich niewiarygodna bezczelność wręcz obezwładnia; zawsze idą w zaparte, bronią swoich do końca. Podłym mordercą może być Niewiadomski, na anatemę zasługują jego gloryfikatorzy, zaś Adler to szlachetny bojownik o wielką sprawę, któremu należy oddawać cześć.

Po 1945 r. Adler-Niewiadomski w austriackiej socjaldemokracji już się nie zmieścił, ponieważ uderzał w niemiecko-narodowe tony, krytykował narzuconą przez zwycięzców koncepcję narodu austriackiego, czyli „trzeciego narodu niemieckiego”, lansowaną po wojnie, podobnie jak w NRD propagowano koncepcje „drugiego narodu niemieckiego”. Oświadczył, że jest to reakcyjna i obrzydliwa utopia i zadeklarował: „gdybym miał wybierać pomiędzy nią a narodem niemieckim, to wybrałbym naród, dla którego Faust Goethego i mowy Lassalle`a nie należą do zagranicznej literatury”. Nota bene jego ojciec w 1918 roku opowiedział się za anschlussem, co w dwadzieścia lat później zostało zrealizowane; wprawdzie troszkę inaczej, niż to sobie Adler senior wymarzył, bo marzył, że w zjednoczonej Rzeszy rządzić będą międzynarodowi socjaliści, a tymczasem do władzy dorwali się narodowi socjaliści, ale zawszeć to jakiś anschluss i jacyś socjaliści. Co ciekawe, Friedrich Adler jako fizyk krytykował teorię względności, czym budzi moją sympatię, gdyż powszechnie obowiązujące teorie zawsze jakieś podejrzane mi się wydają; lubię zasadę, żeby nie przyznawać racji tym, którzy już mają rację.

Czy ktoś sobie wyobraża, żeby w Polsce istniała ulica Eligiusza Niewiadomskiego? Oczywiście nie, nawet jeśli miał on niepodważalne zasługi dla polskiego życia kulturalnego. Tymczasem w Wiedniu spokojnie biegnie sobie ulica Friedrich-Adler-Weg upamiętniająca austriackiego Niewiadomskiego!

*****

Niechaj ostatnie słowo dwóch ostatnich Polaków będzie pełne pogody i szlachetnego optymizmu: kochajmy się bracia i sursum corda (Stanisław Brzozowski)

Tomasz Gabiś

www.tomaszgabis.pl
Napisz do autora na adres: tomasz.gabis@gmail.com

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułRobi się groźnie: zakaz obrotu gotówkowego ante portas
Następny artykułPublicystyka polityczna Jana Emila Skiwskiego, czyli niezłomny Europejczyk na wygnaniu w Caracas marzy o zjednoczonej Europie
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ