Konstytucje, sądy i trybunały

1
Parlament jako strażnik konstytucji w ludowładztwie

Zagadnienie słuszności, prawidłowości, sprawiedliwości czy też właściwego kształtu prawa powstaje wskutek pojawienia się, tworzonych przez ludzi, spisanych norm jurydycznych. Trudno wszak odnieść je do prawa boskiego czy naturalnego, które jawią się jako prastare, oczywiste oraz bezkonkurencyjne a także pozbawione nadrzędnej lub równorzędnej alternatywy, zestawienie z którą mogłoby skłaniać do weryfikacji zawartych w nich rozwiązań. Podobnie ocenić wypada spontanicznie powstające w pomroce dziejów prawo zwyczajowe, utrwalane dzięki międzypokoleniowemu ustnemu przekazowi, który – oparty na założeniu niezmienności tradycyjnych rozwiązań, traktowanych jako nienaruszalny legat – w fundamentalny sposób pomagał grupie społecznej w zachowaniu jej tożsamości, nie narażonej na wynikające z radykalnych ekonomiczno-społecznych przemian wstrząsy, mogące prowadzić do zakwestionowania archaizującego się paradygmatu.

Załamał się on wraz z pojawieniem się prawa pisanego, odnoszonego z czasem coraz częściej i w coraz większym zakresie do władzy, wskutek czego ulegało ono upolitycznieniu, co znalazło swą kulminację w pojawieniu się sformalizowanych konstytucji, traktowanych jako Ius Supremum nowożytnych państwowości. Konstytucjonalizacja porządku jurydycznego przypomniała znany już w starożytnych Atenach problem kompatybilności spisanego Najwyższego Prawa z pozostałymi normami prawnymi, gdyż niezgodność pozakonstytucyjnych regulacji z tymi, jakie zostały umieszczone na „Wierzchołku Hierarchii Źródeł Prawa” jest traktowana jako zjawisko wysoce szkodliwe dla „Wspólnego Dobra” państwowo zorganizowanego społeczeństwa [1]. Winno być ono intensywnie zwalczane w imię zaprowadzania oraz konserwowania rozumowo tworzonego Porządku, upodabniającego konstytucyjną wspólnotę ludzką do doskonałego renesansowo-oświeceniowego ogrodu, wyróżniającego się wspaniałą symetrią uparcie prostych alejek oraz idealnie przystrzyżonych klombów, nakierowanych na „Centralne Miejsce”, bez którego całe założenie utraciłoby swoje estetyczne, propagandowe oraz aksjologiczne znaczenie. W prawnopolitycznym wymiarze odpowiednikiem owego Środka, będącego archimedesowym punktem podparcia całości, jest wyniesiony ponad wszystkie inne dokumenty Akt Prawnonormatywny. Z założenia jest on bezkonkurencyjny, w związku z czym władza powinna dołożyć wszelkich starań, aby troskliwie pielęgnować jego wyjątkowość. Największymi możliwościami naruszenia kreowanego przezeń konstytucyjnego ładu dysponuje ogólnopaństwowa legislatywa, z czego wynika, że należy przede wszystkim zadbać o „ustanowienie procedur pozwalających na badanie aktów parlamentu pod względem ich osadzenia w ramach wyznaczonych przez konstytucję” (L. Garlicki, Polskie prawo konstytucyjne. Zarys wykładu, Warszawa 2014, s.49).

Najprostszym wariantem usystematyzowanych poczynań tego typu jest przeprowadzanie ich przez, niejednokrotnie tożsamą z konstytuantą, legislatywę. Przypadek ten odznacza się największą prostotą, gdyż mamy do czynienia ze skoncentrowaniem – w wariancie maksymalistycznym – w jednym organie funkcji ustrojodawczej, ustawodawczej i kontrolnej. Ten sam organ tworzy zarówno prawo najwyższego rzędu, jak i wykonujące je akty normatywne niższego szczebla, a jednocześnie sprawdza ich konstytucyjność. Oznacza to, że ma on samodzielnie pilnować zgodności z Konstytucją przepisów o randze ustawowej, które, jeśli zakładamy racjonalność i słuszność działalności legislatywy, zasadniczo powinny pozostawać w zgodzie z rozwiązaniami zawartymi w Ustawie Zasadniczej. W rzadkich z natury rzeczy przypadkach niedopatrzeń, skutkujących niekonstytucyjnością ustawowych tekstów, nieprawidłowości te powinny zostać usunięte we własnym zakresie przy wykorzystaniu wewnątrzparlamentarnych mechanizmów. Umożliwiają one walidację wykrytych uchybień bez potrzeby odwoływania się do znajdujących się poza władzą ustawodawczą podmiotów. Ingerencja tychże podmiotów w konstytucyjną materię jest traktowana w tym modelu jako jak całkowicie zbędna i nieuprawniona, gdyż byłaby zamachem na parlamentaryzm, oparty na założeniu zdecydowanej dominacji ogólnopaństwowego ciała prawodawczego nad innymi instytucjami ustrojowymi. Te drugie, skoro istnieją, to widocznie są z jakichś względów użyteczne, ale nie powinny uzurpować sobie prawa do kwestionowania decyzji podjętych przez reprezentantów Ludu, wybranych zgodnie z logiką demokracji przedstawicielskiej po to, aby to właśnie oni, a nie kto inny, działali na prawodawczej niwie, co w naturalny sposób predestynuje ich do odgrywania roli jedynych strażników zinstytucjonalizowanego konstytucjonalizmu. W ludowładczym paradygmacie, którego fundamentem jest dogmat odnawianej w kolejnych ogólnonarodowych elekcjach Umowy Społecznej, prawodawczy monopol legislatywy jest logiczną konsekwencją ustrojowej filozofii, opartej na założeniu konieczności skoncentrowania Volonté Générale w jednym podmiocie, skupiającym w sobie przekazaną mu przez Suwerena „zbiorową mądrość”, mającą dzięki efektowi synergii skutkować podejmowaniem właściwych rozwiązań, które odzwierciedlają „Świętą Wolę Większości”, stanowiącą wszak kamień węgielny klasycznego ludowładztwa.

Podstawą rządów ludu jest – wyrażająca „mądrość etapu” – antropokracja, zmieniająca dowolnie swe rozstrzygnięcia w zależności od cyklicznych wahań nastrojów opinii publicznej, niezbyt skrępowanej tworzonymi przez jej eksponentów jurydycznymi normami, które nie powinny przybierać postaci mieszczącej się w jednym akcie prawnym Konstytucji. Albowiem taki akt ex definitione krępuje poczynania, mniej lub bardziej reformatorsko nastawionej, politycznej elity, której racją istnienia jest w democentrycznym paradygmacie odzwierciedlanie plebejskich zachcianek. W parlamentokracji znajdują one zinstytucjonalizowane ujście w rozstrzygnięciach legislatywy, stanowiącej prawa dla siebie i innych. Istnienie, sformalizowanego w postaci dokumentu, Najwyższego Prawa w ewidentny sposób ogranicza możliwości prawnonormatywnej ekspresji przedstawicieli Zbiorowego Suwerena, którzy nie powinni dopuszczać do tworzenia przez siebie niekonstytucyjnych przepisów.

Zasada ta powinna obowiązywać także wówczas, gdy ciało prawodawcze nie jest tożsame z konstytuantą, choć w takim przypadku wydaje się, że parlamentarzyści mogą przykładać mniejszą wagę do konieczności respektowania pochodzącego od innej instytucji dokumentu. Jednakże w parlamentocentrycznym paradygmacie nie powinno to prowadzić do powierzenia komuś innemu niż demokratom zasiadającym w, namaszczonym przez Naród, ciele ustawodawczym kompetencji ustalania zgodności jurydycznych aktów subkonstytucyjnych z dokumentem, będącym inkarnacją idei „Najwyższego Prawa”. Na jego straży ma stać niezłomnie „Najważniejszy Organ”, któremu skrajnie dogmatycznie rozumiana idea przedstawicielskiej demokracji zabrania dzielić się tym zadaniem z jakimkolwiek zewnętrznym względem siebie bytem, zezwalając co najwyżej na powierzanie go istniejącym już wewnętrznym ciałom lub na tworzenie nowych ciał mających je realizować.

„Obowiązek czuwania nad zgodnością norm ustawowych z konstytucją ciąży nie tylko na parlamencie, ale i na jego organach wewnętrznych – w szczególności komisjach parlamentarnych przygotowujących projekty ustaw pod głosowanie, również na podmiotach uprawnionych do inicjowania projektów ustaw. Niekiedy powołuje się specjalne komisje wewnątrz parlamentu, których zadaniem jest badanie projektów ustaw przedkładanych parlamentowi pod kątem ich zgodności z konstytucją” ( S.Sagan, Prawo konstytucyjne Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 2001, s. 201).

Kontrolerzy suwerennej władzy ludu

Model alternatywny względem czysto parlamentarnej kontroli zgodności prawa z konstytucją nakłada obowiązek podejmowania działań tego rodzaju na inny organ niż legislatywa. Nie znaczy to, że taka instytucja musi być wyraźnie oddzielona od ciała prawodawczego i pozbawiona z nim związków o charakterze personalno-funkcjonalnym. Właśnie tak należałoby scharakteryzować casus istniejącej w okresie Polski Rzeczpospolitej Ludowej zbiorowej głowy państwa. Była nią, stanowiąca emanację Sejmu, Rada Państwa, która w latach 1976-1982 miała czuwać nad zgodnością prawa z Konstytucją. Przyjęcie takiego rozwiązania zdaje się świadczyć o tym, że zwyciężyło przekonanie o potrzebie istnienia innego niż sam prawodawca kontrolera czy też weryfikatora jego poczynań.

Tradycyjnym argumentem na rzecz takiej koncepcji sprawdzania konstytucyjności dzieł wychodzących spod ręki prawo- i ustawodawców jest starorzymska paremia nemo iudex in causa sua, nakazująca unikanie sytuacji, w której oceniany podmiot jest jednocześnie oceniającym, niezależnie od tego, jak wysoka byłaby ranga owego podmiotu. Można nawet dowodzić, że im jest ona wyższa, tym usilniej należy dążyć do tego, żeby to jakiś zewnętrzny obserwator uważnie przypatrywał się podejmowanym przezeń działaniom. W ramach ludowładztwa za taki podmiot wypada uznać ciało prawodawcze, mające zrozumiałe skłonności do przejmowania absolutystycznych roszczeń od monokratów i autokratów, których w europejskich warunkach pokonało, a co za tym idzie w sporym zakresie zajęło na płaszczyźnie prawnopolitycznej opuszczony przez nich obszar. Dlatego prawodawcza praca parlamentu powinna być– jak się uważa – obserwowana i kontrolowana przez czynnik odeń niezależny.

Przyznanie wagi istnieniu w państwie konstytucji sformalizowanej w jednym akcie prawnym, bynajmniej nie musi prowadzić do wniosku, że kwestia konstytucyjności prawa nie pojawia się w państwach, które pozostały na „prekonstytucyjnym etapie rozwoju” i nie ozdobiły swego prawnopolitycznego pejzażu skodyfikowanym „Zbiorem Norm Nadrzędnych”. Z takim stanem rzeczy wciąż mamy do czynienia w Zjednoczonym Królestwie, gdzie konstytucja kojarzona jest z ewoluującym przez wieki ustrojem politycznym, z czego wynika, że jego zmiana jest tożsama ze zmianą konstytucyjnoprawną. Zapobiec jej może, podobnie jak w poprzednio przedstawionym przypadku, parlament, nie akceptując ustrojowo-politycznych nowinek. Natomiast, jeśli zasiadający w nim politycy uznają za właściwe przeforsowanie ustawy modyfikującej stosunki prawnopolityczne, to dojdzie wówczas do naruszenia rozumianej materialnie konstytucji, nie traktowanej w nastawionym na ewolucyjne przemiany wyspiarskim ustroju jako „Nietykalny Fetysz”, otaczany wonią zlaicyzowanych kadzideł przez „Strażników Układu”. Owa fetyszyzowana Konstytucja jest mniej znormatywizowana w państwach, świadomie lub nieświadomie, podążających brytyjską drogą, nie posiadających jej spisanego awataru, którego niezbędność uznali członkowie filadelfijskiego Kongresu, gdy pod koniec XVIII wieku uchwalali obowiązującą do dzisiaj Ustawę Zasadniczą.

Rządy sędziów w USA

Przypadek USA jest szczególnie interesujący, bowiem trzon tamtejszej Ustawy Zasadniczej wciąż obowiązuje w swoim niezmiennym pierwotnym kształcie, uzupełnionym przez wyraźnie wyodrębnione poprawki. Dzięki temu powstał niezmienny Konstytucyjny Legat, nabierający, wynikającej z długiego trwania, samoistnej wartości. Zgodnie z immanentnie zawartym w paradygmacie konstytucjonalizmu przesłaniem, jego prawnopozytywna inkarnacja ma znajdować swoje odzwierciedlenie w prawach niższej rangi. Aksjomat ten stał się niepodważalnym kanonem w, konstytucjonalizujących się na północnoamerykańską modłę, ustrojach politycznoprawnych w Europie i innych częściach świata, co z czasem sprawiło, że rozpowszechniło się w nich zjawisko instytucjonalizacji procedur weryfikujących zgodność z Konstytucją aktów jurydycznych niższego rzędu.

Generalną przesłankę tej proliferacji odnajdziemy w stwierdzeniu, że „zarówno Europa Zachodnia, jak i obóz socjalistyczny, stoi na stanowisku konstytucji pisanej, podobnie zresztą jak i Stany Zjednoczone AP. O ile jednak Stany Zjednoczone AP (…) zabezpieczyły się przed możliwością zmiany konstytucji poprzez ustawy zwykłe, o tyle Europa zachodnia, podobnie jak i obóz socjalistyczny, zabezpieczyły jedynie specjalny tryb zmieniania konstytucji, rezygnując z kontroli konstytucyjnej, przynajmniej do niedawna. Dopiero bowiem po drugiej wojnie światowej niektóre państwa Europy zachodniej (Francja, Włochy, NRF) oraz Jugosławia (1963) wprowadziły do swego ustawodawstwa konstytucyjnego kontrolę konstytucyjności ustaw” (K. Biskupski, Problemy ustrojoznawstwa, Toruń 1968, s. 61). Jest ona jedną z „konsekwencji, jaką mają idee”. Podstawowym skutkiem konstytucjonalizmu jest „wysyp konstytucji”, natomiast za jeden z wtórnych rezultatów konstytucjonalizacji kuli ziemskiej trzeba uznać narodziny, a następnie ponadkontynentalną ekspansję instytucji, mających odpierać „zamachy na cześć i dostojeństwo Dokumentu Prawnego Najwyższej Rangi”. W USA jego szczególna pozycja szybciej się utrwaliła, ewidentnie pomagając świeżemu i szybko ekspandującemu państwu w zachowaniu tożsamości i integralności, co sprawiło, że otoczono Konstytucję szczególną opieką. Natomiast w Europie traktowano ją z mniejszą nabożnością, do czego w znacznej mierze przyczyniały się częste przewroty politycznoprawne, skutkujące zwątpieniem w trwałość konstytucyjnego ładu, kwestionowanego po kolejnych rewolucjach. Po 1945 r. spora część elit Starego Kontynentu uwierzyła wszakże w słuszność zwycięskiego bądź co bądź modelu ustrojowego, opartego na „świetnie trzymającej się Konstytucji”. Uznano zatem, że warto nasilić prokonstytucyjne działania, zintensyfikowane jeszcze wskutek kreacji „owianych konstytucyjnym kadzidłem szczególnych bytów prawnopaństwowych, mających bronić Ustawy Zasadniczej jak niepodległości”.

Nie oznacza to bynajmniej, że mechanicznie przeniesiono obowiązujący w USA schemat usuwania rozbieżności między spisanym „przez ludzi i dla ludzi” Ius Supremum a resztą systemu prawnego, naznaczony jankeską niechęcią do mnożenia bytów ponad konieczność. Nastawienie to znajduje swój wyraz w przekonaniu o zbędności powoływania do życia zinstytucjonalizowanych bytów, których główną racją istnienia byłoby tropienie niekonstytucyjnych dokumentów, skutkujące ich walidacją, likwidującą crimen laese Constitutionis. Za oceanem nie uznano działalności tego rodzaju za na tyle istotną, aby naruszać jednolitość systemu judykacyjnego poprzez tworzenie wyspecjalizowanych organów zajmujących się osądzaniem nie ludzi, lecz prawa. Dlatego też w USA sądownictwo konstytucyjne jako takie, w znaczeniu, jakie jest mu przypisywane w Europie, nie istnieje. Jest to akceptowane zarówno przez communis opinio doctorum, jak i przez osądzających praktyków, zajmujących prominentną pozycję w ustroju politycznym, i nie spotyka się bynajmniej z jakimś oporem ze strony innych segmentów elity władzy. Przekonanie o wyższości prostego systemu sądownictwa jest czymś powszechnym zarówno niegdyś, jak i obecnie.

W Waszyngtonie wciąż hołduje się przekonaniu, że należy możliwie konsekwentnie przestrzegać zasady jurydycznego egalitaryzmu, przejawiającej się zarówno w istnieniu jednakowych przepisów dla wszystkich obywateli, jak i w unikaniu typowego dla feudalnej Europy sądownictwa partykularnego. Rozwiązanie to sprawia, że „kompetencja orzekania o zgodności ustaw z konstytucją przysługuje wszystkim sądom i nie pozostaje skoncentrowana w jednym tylko organie sądowym. Nie tworzy się więc odrębnego sądu (trybunału) konstytucyjnego, a każdy sąd może – w ramach swej właściwości – orzekać o konstytucyjności ustaw” (L. Garlicki, Polskie prawo…, s. 50).

Zgodnie z tym rozumowaniem „zwykli” sędziowie są na tyle wykształceni i rozsądni, że poradzą sobie z dowolną sprawą mogącą znaleźć się w obszarze zainteresowania „trzeciej władzy” wówczas, gdy „przy rozstrzyganiu konkretnej sprawy strony podniosą zarzut niekonstytucyjności ustawy, na podstawie której orzeczenie sądu ma być wydane”. Dzieje się tak nie tylko w USA, ale także w Szwajcarii i Japonii, gdzie funkcję organów kontrolujących zgodność ustaw zwykłych z konstytucją spełniają sądy powszechne, tj. te same, które rozpatrują sprawy karne i cywilne, przy czym orzeczenia ostateczne w sprawach będących przedmiotem naszego zainteresowania należą do Sądu Najwyższego” (S. Sagan, Prawo…, s. 201).

Należy przy tym zaznaczyć, że badaniu mogą podlegać także inne niż ustawy akty prawne, bowiem „zgodnie z amerykańską praktyką i teorią konstytucyjnej kontroli sądowej zostały poddane (…) umowy międzynarodowe, konstytucje stanowe oraz stanowe akty ustawodawcze, wykonawcze i administracyjne”. (R.R. Ludwikowski, Prawo konstytucyjne porównawcze, Toruń 2000, s. 143). Owa amerykańska praktyka jest oceniana raczej wysoko pomimo tego, a może właśnie dlatego, że nad Potomakiem nie stworzono wyodrębnionego sądownictwa konstytucyjnego, ponieważ z założenia unika się tu rozszczepiania tak judykatury, jak władzy wykonawczej, stanowiącej w USA przeciwieństwo typowego dla Europy dualizmu polegającego na wyłanianiu egzekutywy przez legislatywę.

Widocznie w Stanach Zjednoczonych uważa się, że sam proces prawotwórczy nie powinien być zbyt prosty, natomiast oparte na normach jurydycznych działania pozaparlamentarnego aparatu państwowego powinny być znacznie bardziej uproszczone. Pomaga to zarówno Prezydentowi, jak i Sądowi Najwyższemu w rywalizacji o dominację w ramach ustroju politycznego. Przy czym na ustawodawczej niwie prezydenckie weto nie ma bezwzględnego czy też absolutnego charakteru, natomiast wyrokowi SN wypada przyznać taki walor, gdyż ma on charakter ostateczny i legislatura musi się z tym pogodzić. Nigdy nie może być pewna tego, czy jej ustawodawcze rozstrzygnięcia nie zostaną zablokowane przez sądownictwo, z czego można wyciągać wniosek o podległości ciała ustawodawczego judykaturze.

Północnoamerykański model znalazł naśladowców nie tylko na Zachodniej Półkuli oraz w nieamerykańskich, „anglosaskich z ciała i ducha dominiach”. „Wzorce ukształtowane w Stanach Zjednoczonych zostały szybko przyjęte przez niektóre państwa Ameryki Łacińskiej (np. Brazylia, Argentyna, Meksyk), gdzie nałożyły się na romański system prawa. W wielu krajach Commonwealthu (np. Kanada, Australia, Nowa Zelandia) zastąpiły one występujące tam wcześniej formy ochrony konstytucyjności prawa oparte na tradycjach angielskich” (B. Banaszak, Prawo konstytucyjne, Warszawa 2015, s. 85). Model północnoamerykański sensu largo też wywodzi się z angielskich rozwiązań, tyle że zostały one przekształcone czy też zmodyfikowane przez „wychodzących daleko poza mediewalne ograniczenia i śmiało kroczących Oświeceniowym Szlakiem Amerykanów”. Zinstytucjonalizowali oni konstytucjonalizm, co nolens volens pociągnęło za sobą przeformułowanie anglosaskiego paradygmatu sądowego, który został dostosowany do potrzeb wynikających z pojawienia się Ustawy Zasadniczej.

Europa – sądy czy trybunały?

Także na wschód od Atlantyku, „w części państw europejskich, np. w Szwecji, Grecji, Portugalii, Norwegii, Danii, Islandii czy Estonii rozwinęła się (…) sądowa kontrola konstytucyjności ustaw” (W. Kraluk, Trybunał Konstytucyjny, w: A. Szmyt (red.), Leksykon prawa konstytucyjnego. 100 podstawowych pojęć, Warszawa 2010, s. 621). Warto zauważyć, że stricte sądowa weryfikacja zgodności ustaw z konstytucjami stała się czymś typowym dla Skandynawii. Pomimo naturalnych i odwiecznych związków z Niemcami, których literatura i sztuka oraz sposób życia niemieckojęzycznego protestanckiego mieszczaństwa niezwykle silnie oddziałały na Skandynawów, w sferze prawnopolitycznej wzorowali się oni przede wszystkim na Anglosasach. Dlatego też w Europie Północnej przyjęto generalnie taki system sądownictwa jak w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Zauważa to nasz rodzimy konstytucjonalista, gdy orzeka, że „w Europie rozwiązania amerykańskie nie upowszechniły się (z wyjątkiem niektórych krajów skandynawskich)” ( B. Banaszak, Prawo…, s. 85). Być może pominięcie przezeń państw południowoeuropejskich wynika z tego, że funkcjonujące tam modele bardziej odbiegają od waszyngtońskiego wzorca niż te, które odnajdujemy na północy Starego Kontynentu.

W wielu krajach europejskich powstały specyficzne organy, wyróżniające się spośród innych tym, że podstawową racją ich istnienia jest badanie zgodności subkonstytucyjnych norm prawnych z ustawą zasadniczą. „Do pierwszych regulacji konstytucyjnych powołujących do życia różnego rodzaju organy tego typu należały konstytucje Austrii z 1920 r., Hiszpanii z 1931 r., Włoch z 1947 r., Niemiec z 1949 r., Francji z 1958 r.” (W. Kraluk, Trybunał…, s. 621). Instytucje te pojawiły się wskutek rozwoju, czy też pogłębiania się, zjawiska nazwanego w środku Europy Rechtsstaat. Pojęcie to uwypukla przekonanie o kluczowym dla nowożytnego państwa znaczeniu nomokracji, uzyskującej nową jakość wskutek konstytucjonalizacji. Sprawia ona, że pojawia się Najwyższy Akt Normatywny, budzący skojarzenie z monokratycznym Suwerenem, w przedrewolucyjnych czasach obsługiwanym w pierwszej kolejności przez rezydujący się w górnych eszelonach społeczeństwa feudalnego dworski personel, przydający głowie państwa blasku i dbający o to, aby jej majestat nie został narażony na szwank. Wraz z zastąpieniem monarchii przez inny model ustrojowy doszło do zniesienia monarszych dworów lub znacznego ograniczenia ich znaczenia; a ponieważ natura abhorret vacuum, to w siłę urosły podmioty nieco innego rodzaju. W pierwszej kolejności należy zaliczyć do nich parlamenty, „obsługujące” upodmiotowione politycznie masy ludowe, w demokracjach typu socjalistycznego wyniesione ponad inne, obdarzone władztwem niższego rodzaju, struktury państwowe. Jednakże postępująca jurydyzacja stosunków społeczno-politycznych sprawiła, że w licznych zachodnioeuropejskich burżuazyjnych odmianach ludowładztwa legislatywa doczekała się, rosnącego w siłę, poważnego konkurenta w postaci trybunałów, którym powierzono misję stania na straży panowania Konstytucji.

Genezę takiego rozwiązania odnajdziemy w starym modelu przeciwstawiania się przez sędziów poczynaniom innych władz w imię poszanowania fundamentalnych praw. Takie właśnie jest przesłanie znanej historii o sporze między Fryderyku Wielkim a młynarzem z Sans-Souci, który miał rzucić pod adresem króla znamienne sformułowanie: il ya des juges en Berlin. Niezależnie od tego, czy ta sytuacja rzeczywiście miała miejsce, sam fakt rozpowszechniania przez prorządowe ośrodki propagandowe tego rodzaju opowieści świadczy o tym, iż przekonanie o konieczności istnienia sądownictwa chroniącego konstytucję materialną było całkiem żywotne w czasach poprzedzających triumfalny pochód konstytucji spisanych w jednym dokumencie.

W przedrewolucyjnej Francji zapowiedzią powstania gremium zajmującego się zwalczaniem niekonstytucyjnego (w dzisiejszym rozumieniu) prawa był paryski Parlament. Ów szczególny sąd w rzekomo absolutnej monarchii zajmował się m.in. promulgacją tworzonych przez Króla aktów prawnych. Kompetencja owa nie była bynajmniej czysto formalna, bowiem zasiadający w nadsekwańskim trybunale sędziowie mogli odmówić publikacji (!) wykoncypowanego przez monokratę dokumentu, jeśli doszli do wniosku, że jest on niezgodny z Fundamentalnymi Prawami Królestwa Francji, stanowiącymi odpowiednik oraz zapowiedź zinstytucjonalizowanej według dzisiejszej mody Konstytucji. Jeśli panujący uważał, że jego jurydyczne przedsięwzięcie jest zgodne z podstawowymi zasadami ustrojowymi, to w przypadku tego rodzaju sprzeciwu zmuszony był osobiście udać się do siedziby Parlamentu, by samą swoją obecnością skłonić opornych przedstawicieli parlamentarnej władzy sądowniczej do akceptacji monarszej woli.

Polska droga do Trybunału Konstytucyjnego (od oryginalności do imitacji)

Schemat ten, pomimo temporalnej i ideologicznej różnicy, odnajdziemy grosso modo w modelu kontroli konstytucyjności prawa, jaki obowiązywał w ostatnich latach Polski Ludowej i po Okrągłym Stole, zanim nie został odmieniony przez Ustawę Zasadniczą z 1997 r. Gdy piętnaście lat przed tą znamienną datą, w pierwszych tygodniach stanu wojennego poszerzano ówczesne pozytywne Ius Supremum o przepisy zapowiadające stworzenie na rodzimym gruncie Trybunału Konstytucyjnego, to umieszczono go, podobnie jak inne pozaparlamentarne fragmenty zinstytucjonalizowanego ustroju politycznego, w cieniu Sejmu będącego emanacją Narodu oraz Ludu Pracującego Miast i Wsi

Organy tego rodzaju współkonstytuowały w wielu państwach instytucjonalny szkielet burżuazyjnego ludowładztwa, natomiast wśród demokracji socjalistycznego typu posiadaniem w swoim ustroju politycznym sądowniczego organu zajmującego się konstytucyjnością prawa wyróżniała się Jugosławia, co wynikało z tego, że „trybunały (sądy) konstytucyjne istnieją przeważnie w krajach federalnych, w których poszczególne republiki, kraje czy stany posiadają znaczną autonomię w zakresie ustawodawstwa. W tych wypadkach trybunały służą zapewnieniu możliwej jednolitości prawa na całym terytorium federacji, a przynajmniej zapobieganiu sprzeczności ustawodawstwa krajowego z konstytucją i ustawodawstwem federalnym. Jest to także instrument hamujący rozbieżność prawa w poszczególnych krajach związkowych i tym większa staje się jego rola, im dalej sięgają sprzeczne interesy tych krajów, których partykularyzm może zagrozić ogólnym interesom federacji” (K. Gościniak, Czym jest, a czym nie jest Konstytucja PRL, Warszawa 1969, s. 70). W Jugosławii trybunał, podobnie jak inne organy, czerpał inspirację od – personifikującego południowosłowiańską odmianę socjalizmu – marszałka Josipa Broza „Tito”, którego autorytet wynikał z jego heroicznej partyzanckiej przeszłości oraz odważnego przeciwstawienia się Stalinowi, co walnie przyczyniało się do trwania, etnicznie wybitnie niejednolitej, federacji. W przypadku Polski taka postać partykularyzmu jest w dużej mierze neutralizowana dzięki zunifikowanemu kształtowi państwowości, natomiast uzależnienie od ZSRR sprawiało, że skutki antystalinowskiej retoryki Chruszczowa miały niszczący wpływ na przekonanie rządzącej elity co do słuszności obranej drogi. W rezultacie szerzył się najróżniejszej maści rewizjonizm, a „karnawał Solidarności” bezwzględnie obnażył słabość coraz mniej hegemonicznej Partii. Podpisując Porozumienia Gdańskie jej przywództwo zaakceptowało konfrontacyjny w gruncie rzeczy pluralizm, który w innym kształcie objawił się podczas stanu wojennego, kiedy to w Konstytucji pojawił się nowy podmiot dysponujący uprawnieniem do podważania jedynie słusznych do tej pory sejmowych rozstrzygnięć. Sprawiło to, że zasada skoncentrowania „Najwyższej Zbiorowej Mądrości” w sali obrad plenarnych Sejmu straciła swoją magiczną moc, i tym samym możliwa stała się ewolucja ustrojowa w stronę demokratycznego liberalizmu.

Zasada jedności władzy państwowej nakazywała dostrzegać w Sejmie najważniejszy organ w socjalistycznej Rzeczypospolitej, co przejawiało się w tym, że podjęte przezeń rozstrzygnięcia były obdarzone domniemaniem słuszności i niepodważalności. Przekonanie to zostało zrelatywizowane wskutek pojawienia się w polskim pejzażu politycznym wskutek „postępującej dbałości autorytetu ustrojowego o rządy prawa” ( J. Galster, Trybunał Konstytucyjny i Trybunał Stanu, w: J. Galster, E. Mizerski, Z. Witkowski, Nowe uregulowania w polskim prawie konstytucyjnym (1980-1987), Toruń 1989, s. 91) podmiotu, mogącego kwestionować konstytucyjność kreowanych przez legislatywę ustaw. Niemniej jednak, gdy w 1985 r. Trybunał Konstytucyjny zaczął funkcjonować, to jego, krytyczne względem powstałych w parlamencie aktów normatywnych orzeczenia, były poddawane weryfikacji przez Sejm, który mógł postawić na swoim i, podobnie jak niegdyś francuski Król, zmusić sędziów mających odmienne niż władza prawodawcza zdanie, do ugięcia się przed antropokratycznym „Najwyższym Autorytetem” w państwie. Takie rozwiązanie upoważniało do stwierdzenia, że co prawda „przyjęty w polskim systemie prawnym model Trybunału Konstytucyjnego czerpie swe wzory z europejskiego modelu trybunałów, dla którego pierwowzorem stał się austriacki Trybunał Konstytucyjny”, ale „wykorzystanie tych wzorców i doświadczeń nie oznacza bynajmniej mechanicznego ich przeniesienia na grunt polski, wręcz przeciwnie, polski model jest w bardzo wielu rozwiązaniach całkowicie oryginalny, co wynika z dostosowania tego organu do socjalistycznego systemu państwa i prawa” (Z. Czeszejko-Sochacki, Trybunał Konstytucyjny, Warszawa 1987, s. 11).

Wraz z odchodzeniem od tego systemu nasilało się w prawnopolitycznej elicie przekonanie o konieczności jeszcze głębszej jurydyzacji rodzimego ustroju. W ewidentny sposób znalazło ono swój wyraz na kartach Konstytucji z 1997 r., proklamującej ustrojową formułę demokratycznego państwa prawa. Owa nasycona nomokratycznością formuła na obszarze ochrony konstytucyjności prawa znalazła swe potwierdzenie we wzmocnieniu znaczenia TK kosztem Sejmu.[2] Według nowej Ustawy Zasadniczej nie może on już skutecznie kwestionować rozstrzygnięć Trybunału Konstytucyjnego, który uzyskał dzięki temu pozycję „nadustawodawcy” czy też „trzeciej izby legislatywy”, dysponującej niekwestionowalną na konstytucyjnym gruncie władzą oceniania prawidłowości legislacyjnych poczynań parlamentu. Ergo polski model przestał być oryginalny, gdyż ustrojodawca uznał, że należy „wdrażać eurostandardy”, w związku z czym dostosowano rodzimy paradygmat weryfikowania konstytucyjności ustaw do „jedynie słusznego niemieckiego wzorca”.

Konstytucja ponad wszystko

Polega on na tym, że Trybunał ma szczególną pozycję w systemie organów państwowych, co wynika z przyznania Konstytucji niezwykłego wręcz znaczenia i przejawia się w utożsamianiu jej z liberalną demokracją, traktowaną jako ustrój, dla którego nie ma żadnej alternatywy. W oficjalnej narracji Konstytucję przedstawia się jako „Bezcenną Wartość”, zasługującą na nadzwyczajne środki ochronne. Wynika z tego, że ludowładztwo jest ściśle sprzężone z Ustawą Zasadniczą, zaś jej przestrzeganie stanowi „Powinność Najwyższej Rangi”, a zatem organ stojący na straży jej nienaruszalności eo ipso niejako automatycznie uzyskuje taką samą rangę. [3] Manifestuje się ona w tym, że w ramach władzy sądowniczej przyznaje się mu szczególną pozycję, wynikającą z tego, że „powołany został do sądzenia prawa. Jego zadaniem nie jest sądzenie ludzi, ale badanie i osądzanie prawa z punktu widzenia jego zgodności z Konstytucją” (W. Skrzydło, Leksykon wiedzy o państwie i konstytucji, Warszawa 2000, s. 184).

Mamy tu do czynienia z nową jakością w porównaniu z przedkonstytucyjnym okresem w historii prawa, kiedy to było ono w razie potrzeby zmieniane, jak również oceniane krytycznie przez najrozmaitsze mniej lub bardziej sformalizowane gremia, powołujące się na Ius Divinum, Prawo Natury, Sprawiedliwość czy też Prawa Fundamentalne. Są to niewątpliwie dla wielu ludzi pojęcia niezwykle ważne i otaczane głębokim szacunkiem, jednakże ich stosunek do bieżącego prawa pozytywnego jest znacznie mniej sformalizowany niż wtedy, gdy pojawia się w nim, albo też nad nim, skonkretyzowany zbiór jurydycznych norm konstytucyjnych. Tworzą one nową jakość, w związku z czym powstaje, interpretowana w Europie Środkowej jako potrzeba, pokusa wykreowania nie istniejącej do tej pory instytucji państwowej, odpowiadającej na społeczno-prawnopolityczne zamówienie wywołane, radykalną w ocenie zwolenników istnienia Trybunału, zmianą paradygmatu prawa państwowego. Skoro dochodzi w nim do istotnego, traktowanego jako fundamentalny, podziału na Konstytucję i resztę, to wyciąga się z tego wydarzenia wniosek o konieczności odzwierciedlenia tego zróżnicowania w strukturze aparatu władzy państwowej. Winien on – zgodnie z monteskiuszowskim przesłaniem– podlegać fragmentaryzacji, przy czym zaproponowany przez francuskiego myśliciela schemat powinien być modyfikowany, jeśli nakazuje tak „Mądrość Nowego Etapu”. Zakłada ona rosnące znaczenie „Hegemonicznego Aktu Prawnego”, co w przekonaniu progresywnie nastawionych decydentów musi pociągnąć za sobą odpowiednie zmiany w sferze władzy publicznej.

Wzbogacenie jej w licznych państwach o trybunały konstytucyjne prowadzi do zakwestionowania pozycji i autorytetu sądów najwyższych, których oczywista dominacja w judykaturze staje się „pieśnią przeszłości”. Odmówienie im zdolności do oceniania konstytucyjności ustaw można potraktować jako wotum nieufności wobec tradycyjnego wymiaru sprawiedliwości. Według zwolenników tworzenia nowych bytów sądowniczych najwyższej rangi nie jest on w stanie sprostać wyzwaniu stwarzanemu przez potrzebę permanentnej konstytucjonalizacji systemu prawnego, co przedstawiano następująco:

„Z istoty konstytucji jako ustawy zasadniczej wynika, że jest to akt prawny najwyższej rangi. Jego normy są wyposażone w najwyższą moc prawną, a więc zajmują one najwyższe miejsce w hierarchii norm prawnych państwa. Cały zatem system prawa danego państwa musi nie tylko opierać się na konstytucji, ale pozostawać z nią w zgodzie. W tym celu w państwach współczesnych powoływane są organy państwowe, które mają stać na straży nadrzędności konstytucji. Mają one czuwać nad zgodnością prawa stanowionego przez różne organy państwa z normami ustawy zasadniczej” (W. Skrzydło, Leksykon…, s. 55n).

Zastanawiające jest to, że zarówno w powyższym, jak i w wielu innych doktrynalnych tekstach, Konstytucji nie wiąże się tak samo ściśle z prawem państwowym, tak jak czyni się to z jego normatywnymi przejawami niższej niż ona rangi. Świadomie bądź podświadomie uwypukla się w ten sposób jej szczególny, nie tylko jurydyczny charakter. Konstytucja jest nie tylko aktem prawnym, ale i czymś znacznie większym, z lubością otaczanym przez konstytucjonalistów aurą szczególności i wyjątkowości – staje się dla profanów jakimś niemalże mistycznym czy też magicznym fenomenem, reprezentowanym przez ubranych w powłóczyście dostojne szaty celebransów, wypowiadających z wnętrza swojego trybunalskiego Przybytku namaszczone formuły, oszałamiające prostaczków mniej więcej tak samo, jak łacińskie frazy recytowane niegdyś przez kapłanów. Wszak prawo ma sakralne korzenie, a Konstytucja to zeświecczony Dekalog, co sprawia, że ludzie zawodowo zajmujący się uprawianiem kultu Najwyższego Prawa naśladują eklezjalne celebrowanie Świętej Księgi.

Trybunały tryumfują

Podjęta w Europie próba sprostania konsekwencjom permanentnej, pełzającej konstytucjonalizacji systemu prawnego spowodowała, że nowo wykreowana część władzy sądowniczej znalazła się poza wymiarem sprawiedliwości. Jego ranga została w ten sposób nieco zdeprecjonowana, ponieważ współtworzące go podmioty nie zostały uznane za kompetentne do wypełniania – uznanego za fundamentalne – zadania weryfikacji konstytucyjnego charakteru aktów prawnych o niższej od Ustawy Zasadniczej randze.

Nadanie szczególnego znaczenia nietradycyjnym organom sądowniczym w radykalny sposób zmieniło paradygmat sądownictwa, co nie mogło pozostać bez wpływu na cały system zinstytucjonalizowanej władzy państwowej, opisany np. w hołdującym północnoamerykańskiej regule checks and balances art. 10 naszej Konstytucji, sugerującym istnienie trudnych do przekroczenia przeszkód między poszczególnymi częściami doktrynalnie rozczłonkowanej władzy. Owo zalecenie nie jest jednak jakoś szczególnie skrupulatnie realizowane, skoro niektórzy sędziowie TK mają w swoim życiorysie parlamentarne epizody, a na dodatek znajdują się w składzie Trybunału wskutek głosowania w Sejmie, co wybitnie sprzyja nasyceniu funkcjonowania władzy sędziowskiej międzypartyjną rywalizacją. Może to skłaniać do zastanowienia się, czy „trybunalizacja” władzy sądowniczej nie zmniejsza czasami zakresu jej niezależności od bieżących fluktuacji politycznych.

Chociaż od 1920 r., kiedy to w Czechosłowacji oraz Austrii powstały pionierskie trybunały konstytucyjne, owe fluktuacje były czymś stałym, to instytucja ta przetrwała i się wzmocniła w wielu krajach świata. Wykazuje sporą zdolność adaptacyjną, potrafiąc dostosować się do społeczno-politycznego klimatu panujacego w danym kraju. Podczas gdy w pierwotnej wersji mamy do czynienia z modelem, charakteryzowanym „jako system kontroli scentralizowanej i abstrakcyjnej”, to obecnie posiada ona „zarówno cechy kontroli scentralizowanej i zdecentralizowanej oraz abstrakcyjnej i konkretnej”.

Przejawia się to w, zdającej się uzyskiwać coraz większą popularność, instytucji skargi konstytucyjnej. Polega ona na tym, że „Trybunał rozpatruje skargi indywidualne osób, których prawa zostały pogwałcone przez działania organów publicznych” (R.R. Ludwikowski, Prawo…, s. 144n).Taki modus operandi sprawia, że w państwach, gdzie instytucja ta została wprowadzona do porządku prawnego, a więc także w Polsce, trybunały upodobniły się do sądów rozpatrujących sprawy przedłożone im przez ludzi uważających się za pokrzywdzonych, co dostarcza poważnego argumentu na rzecz opinii, że trybunały z założenia mają quasi-sądowy charakter i trudno na podstawie sposobu ich funkcjonowania zbudować jakiś zupełnie odrębny jakościowo paradygmat. Pogląd ten jest wzmacniany przez, dość nagminnie używane, określenie „sądownictwo konstytucyjne”. Jest ono stosowane także w odniesieniu do niemieckiego modelu, „powszechnie uważanego we współczesnej burżuazyjnej teorii […] za najczystszy, najbardziej rozwinięty i najbardziej dopracowany w szczegółach” (J. Blahož, Ústavní soudnictví v kapitalistických státech, w: J. Blahož (red.), Státní právo kapitalistických zemí, Praha 1985, s. 209).

W takim razie sądowość będzie nieuchronnie wyzierać z instytucji wzorowanych na rozwiązaniach niemieckich takich jak nasz rodzimy Trybunał Konstytucyjny, a także innych, nieco bardziej oddalonych od tego wzorca. Za przykład można podać jego włoski odpowiednik, nie bez przyczyny nazwany Sądem Konstytucyjnym (Corte Costituzionale). Składa się on z 15 członków, przy czym pięciu spośród nich mianuje Prezydent, pięciu zebrany na wspólnym posiedzeniu parlament, a kolejnych pięciu najwyższa instytucja klasycznej judykatury (Sąd Najwyższy) oraz podmiot zajmujący podobną pozycję w obrębie sądownictwa administracyjnego. Wynika z tego, że kontrolą konstytucyjności prawa w Republice Włoskiej zajmuje się organ konstytuowany w personalnym wymiarze przez wszystkie trzy klasyczne władze, przy czym partycypacja w tym procesie bardziej tradycyjnego sądownictwa stanowi istotny argument na rzecz tezy, iż każdy organ będący derywatem klasycznego wzorca władzy judykacyjnej właśnie do niej się upodabnia, co nie dziwi o tyle, że natura sądzenia pozostaje zasadniczo niezmienna nawet wówczas, gdy przestajemy sądzić konkretnych, pojedynczych ludzi a sądzimy prawo.

Republika Francuska – trzecia droga pomiędzy USA i RFN

Alternatywny tak wobec północnoamerykańskiego jak niemieckiego schemat badania zgodności prawa niższego rzędu z konstytucyjnym Ius Supremum przyjęto w, lubiącej akcentować swoją odrębność, Francji. W tamtejszym systemie konstytucyjnym rolę spełnianą gdzie indziej przez sądy najwyższe lub trybunały konstytucyjne odgrywa Rada Konstytucyjna. Wyraża się w tym „typowe dla tradycyjnej doktryny francuskiej (…) podejście”, którego dominacja sprawia, „że sądy (powszechne i administracyjne) nie mogą badać konstytucyjności ustaw” (L. Garlicki, Polskie prawo…, s. 49). Najwidoczniej uważa się, że sędziowie są zbyt mało przeniknięci, czy choćby owiani, rozsławioną przez J.J. Rousseau „Wolą Powszechną”. Ich władztwo ma wtórny charakter – skoro stanowią oni dopiero trzecią w kolejności władzę, a zatem nie powinni korygować lub recenzować poczynań tych, których władztwo ma wyższą rangę.

Instytucja Rady Konstytucyjnej pojawiła się w 1958 r. i ocenia się ją jako „ewoluującą w kierunku typowego sądu konstytucyjnego” (L. Garlicki, Polskie prawo…, s. 51), niemniej jednak, przynajmniej na razie, nim nie jest. Zwraca uwagę mieszany sposób wyznaczania członków Rady, gdyż w 1/3 są oni nominowani przez Prezydenta Republiki, w 1/3 przez Przewodniczącego Senatu i w 1/3 przez Przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego. Oprócz tego w gremium tym zasiadają byli prezydenci. Zajmują się oni sprawdzaniem konstytucyjności praw organicznych oraz uchwalonych, lecz nie promulgowanych ustaw.

Należy podkreślić oddzielenie tego organu od sądownictwa. Należące do trzeciej władzy organy wyraźnie odróżniają się swoim charakterem od Rady Konstytucyjnej i nie dysponują kompetencją wszczynania postępowań w rodzaju tych, które ona prowadzi. Ponieważ dotyczą one dokumentów, jakie nie nabrały jeszcze prawnej mocy, można przyjąć, że mamy do czynienia z prawodawczą działalnością sensu largo, pomagającą parlamentowi w tworzeniu konstytucyjnych aktów prawnych. Z tego względu Rada jest niejednokrotnie traktowana raczej jako byt związany z legislatywą niż z judykaturą – „Rada jest w istocie zewnętrznym organem parlamentu, uzupełniającym jego proces ustawodawczy” (R.R. Ludwikowski, Prawo…, s. 150). Inaczej rzecz nazywając, dostrzega się w niej emanację najwyższego sądownictwa politycznego, jako że sposób działania jest zbliżony do takiego, jaki stosują sędziowie, natomiast sposób powoływania członków tego gremium jest wybitnie upolityczniony, co wiąże się z tym, że zajmują się oni sprawami o wysokim stężeniu pierwiastka politycznego takimi jak ocena prawidłowości przebiegu wyborów prezydenckich i parlamentarnych jak również referendów oraz badanie naruszania przez parlamentarzystów zasady incompatibilitas (zob. M. Duverger, Institutions politiques et droit constitutionnel, Paris 1966, s. 640-649).

Podsumowanie

Sądowa kontrola zgodności prawa z Konstytucją może występować w postaci mniej lub bardziej odpowiadającej tej idei, charakteryzującej się tym, że nie jest łatwo zupełnie się jej pozbyć, jeśli uznamy, że kwestia kompatybilności między aktami prawno-normatywnymi niższej od Konstytucji rangi a jakimś, często z nią utożsamianym, Prawem Najwyższym, jest czymś, co powinna mieć na uwadze władza. Może ona występować w postaci stricte sądowej [4], ale nie musi. Z sądem sensu largo będziemy mieć do czynienia wtedy, gdy konstytucyjnością prawa parają się instytucje nie zajmujące się wymiarem sprawiedliwości. Są nimi sądy czy też trybunały konstytucyjne. Nie posiadają co prawda wszystkich cech klasycznego organu osądzającego przekroczenia prawa przez jednostki, lecz nie można im odmówić posiadania cech wspólnych z „prawdziwym sądem” – mają ich więcej niż z jakimś innym sformalizowanym podmiotem prawa państwowego.

Do trzeciej grupy podmiotów badających, kiedyś bądź współcześnie, konstytucyjność prawa należą organy będące parlamentami lub z nimi genetycznie związane. W doktrynie zalicza się je zazwyczaj do innych niż sądy rodzajów władzy, niemniej jednak istnieje między nimi pewne iunctim. Wszak w trakcie swojego wielowiekowego historycznego rozwoju legislatywy wykształciły się z ludowych zgromadzeń, służących m.in. do tego, aby mógł odbyć się sąd gromady. Z czasem uprawnienie to zostało zawłaszczone przez króla i powoływane przez niego oraz związane z instytucją curia regis gremia, będące protoplastami sądów najwyższych, trybunałów konstytucyjnych, ale z drugiej strony także wyższych izb parlamentów. Wynika z tego, że ciała ustawodawcze mają typowe dla wymiaru sprawiedliwości uprawnienia, skoro np. polskie Zgromadzenie Narodowe może oskarżać głowę państwa, a czymś typowym dla niższych izb legislatywy w wielu krajach jest dysponowanie kompetencją uchwalania wotum nieufności wobec premiera, w czym nie jest specjalnie trudno dopatrzeć się osądzania, bo przecież mamy do czynienia z orzekaniem o politycznych przewinach. Z kolei Rada Państwa dysponowała prawem łaski, co stanowi ewidentny refleks niegdysiejszego osądzania przez patrymonialnego monarchę. Z czasem jego uprawnienia zostały przejęte przez jednoosobowe (prezydent) oraz kolektywne organy (parlament uchwalający amnestię). W przypadku tych drugich mamy do czynienia z pewnymi ogólnymi regułami postępowania, służącymi do tego, aby we właściwy sposób ocenić, czyli osądzić jakąś materię. A zatem sądowość występuje także w organach, które zgodnie z konstytucyjną dogmatyką nie są zaliczane do władzy sądowniczej, z czego wynika, że nie będące sądami czy też trybunałami zinstytucjonalizowane wieloosobowe podmioty zajmujące się badaniem konstytucyjności prawa sensu largissimo współkonstytuują władzę sądowniczą. Ergo każdy system badania zgodności prawa z Konstytucją ma w sobie judykacyjne pierwiastki, gdyż muszą one występować we wszelkich prawnopolitycznych przedsięwzięciach niezależnie od tego, w jakiej części – dogmatycznie przez Monteskiusza rozbitej – władzy państwowej są one podejmowane.

Artur Ławniczak

Obraz: J. J. Grandville „Sędziowie

PRZYPISY

[1] Bierze się to stąd, że działający na różnych poziomach władania prawodawcy nie zawsze pamiętają o tym, iż „przestrzeganie (i stosowanie) konstytucji jest obowiązkiem każdego organu władzy publicznej oraz każdego innego podmiotu” (L. Garlicki, Polskie prawo…, s. 49). Powstaje pytanie, czy jest to najważniejszy obowiązek, a jeśli nie, to czy można zrezygnować ze starań o kultywowanie konstytucyjności na rzecz działań podejmowanych w imię jakiejś wyższej wartości. Taki pogląd wyraził w 2015 r. poseł Kornel Morawiecki, gdy stwierdził, że „Dobro Narodu jest ponad prawem”, parafrazując w ten sposób starorzymską maksymę salus populi suprema lex esto. Można ją interpretować w ten sposób, że ponad konkretnymi ustawami istnieje jakieś „Nadprawo”, dozwalające czasami na łamanie niezgodnych z nim przepisów. Jeśli uznamy, że również Konstytucja znajduje się poniżej niego, to także ona powinna być naruszana wówczas, gdy jej stosowanie wywiera szkodliwe skutki. Dzisiaj pogląd posła Morawieckiego jest traktowany jako heretycki, jednakże już wiele razy w rozmaitych państwach „burzyciele ładu konstytucyjnego” obalali ustrój i na jego miejsce ustanawiali alternatywny, a oficjalna „Historia przyznała im rację”. Zdaje się to potwierdzać istnienie jakiegoś „Ponadkonstytucyjnego Porządku”, do którego dążą, niekoniecznie mieszczący się w konstytucyjnym gorsecie, bojownicy o szczęście ludzkości.

[2] Pewien czas temu pisałem, że Trybunał jest „aktywnym członem systemu władzy państwowej, w ramach której jego pozycja, widziana zarówno w perspektywie rozwiązań konstytucyjnych, jak i kształtujących poglądy społeczeństwa przekazów medialnych, silnie wzmocniła się w porównaniu ze schyłkowym okresem Polski Ludowej, gdy zaczynał on swą działalność, nakierowaną na wzmocnienie znaczenia nomokracji w rodzimym ustroju politycznym” (zob. A. Ławniczak, Pozycja ustrojowa władzy sądowniczej w Konstytucji RP, w: M. Jabłoński / S. Jarosz-Żukowska (red.), Konstytucyjny model władzy sądowniczej w Polsce – wybrane problemy, Wrocław 2013, s. 25n). Powstałe po wyborach parlamentarnych, jakie odbyły się w 2015 r., zamieszanie wokół Trybunału Konstytucyjnego pokazało, że nie każda większość sejmowa skłonna jest do automatycznego uznawania autorytetu TK, który niewątpliwie ucierpiał wskutek wygłaszanych z trybuny sejmowej ataków pod jego adresem, dowodzących tego, że w imię ludowładztwa można ostro krytykować zinstytucjonalizowaną emanację idei panowania Prawa. Wśród tych głosów najdalej idące domagają się całkowitej likwidacji „zadufanego w sobie Aeropagu”, z czego jednoznacznie wynika, iż jego los jest niepewny. Gdyby okazało się, że zostanie zrealizowany „najczarniejszy scenariusz” i w przyszłości Trybunał przestanie funkcjonować, bynajmniej nie będzie oznaczać, że problem kontroli konstytucyjności prawa przestanie istnieć, będzie ona jedynie egzekwowana w inny sposób.

[3] Niemiecki Trybunał Konstytucyjny nie jest jedyną instytucją zajmującą się odpieraniem wymierzonych w Najwyższe Prawo ataków. Oprócz niego istnieje wszak służba bezpieczeństwa, czyli Urząd Ochrony Konstytucji, którego nazwa mówi sama za siebie, przy czym w jego wypadku dość ewidentnie jest ona rozumiana jako synonim, nacechowanego przede wszystkim przez dogłebną konstytucjonalizację, ustroju politycznego Niemiec.

[4] Jest ona ciągle czymś dosyć egzotycznym dla kontynentalnych Europejczyków nieprzyzwyczajonych do „sędziowskiego szarogęszenia się”. Takie właśnie wrażenie odnosimy, gdy czytamy, że „sądy w państwach współczesnych nie posiadają na ogół żadnych uprawnień, ani w zakresie ustawodawstwa, ani egzekutywy (…) sądownictwo konstytucyjne, sprawowane przez sądy zwykłe, tak jak to ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, nie jest formą często spotykaną” (A. Mycielski, Zarys nauki prawa państwowego, cz. I, Ogólna, Wrocław 1960, s. 194n). Ten rozdźwięk między Eurazją a Ameryką powstał wskutek daleko posuniętej jurydyzacji społeczno-politycznej rzeczywistości USA, co powoduje, że podobno wciąż jeszcze „na jednej ulicy w Chicago mieszka więcej adwokatów niż w całej Japonii”. Nie bez znaczenia dla rozwoju „wszechogarniającego północnoamerykańskiego pieniactwa” jest zapewne intensywna lektura szczególnie popularnego w anglosaskim Nowym Świecie Starego Testamentu, zawierającego wszak Księgę Sędziów, przepełnioną ich bohaterskimi wyczynami, co buduje w świadomości przeciętnego Jankesa wizerunek mądrego i czcigodnego następcy, niestroniącego od rozstrzygania międzyludzkich konfliktów, Salomona, zdolnego do rozwikłania każdego jurydycznego węzła gordyjskiego. Ludzie otoczeni taką aurą są według zamorskiej opinii publicznej jak najbardziej kompetentni do tego, aby stać na straży Konstytucji, a zatem owo zadanie spoczywa na barkach, dostojnie wyglądających w swych staroświeckich szatach, następcach uczonych w Piśmie.

Uwaga redakcji Nowej Debaty:

Jako dobre uzupełnienie opublikowanego wyżej artykułu dr. Artura Ławniczaka polecamy przedrukowany w ostatnim numerze krakowskiego „Zdania” (2016 nr1-2) znakomity tekst wybitnego przedstawiciela polskiego marksizmu Jarosława Ładosza (1924-1997) „Sąd kasujący ustawy i dyktujący parlamentowi ich wykładnię”. Po raz pierwszy opublikowany został w czasopiśmie Stowarzyszenia Marksistów Polskich „Opinie krytyczne. Pismo lewicy” (1995 nr 1) (dostępny w sieci TUTAJ). Lektura tekstu Ładosza przekonuje, że, jak to już dawno zauważył Carl Schmitt, intelektualna prawica może odnieść pewne korzyści poznawcze obcując z myślą poważnych, niezależnych marksistów, natomiast niczego ciekawego nie dowie się od przedstawicieli „demokratyczno-liberalnego centrum”, którzy potrafią jedynie powtarzać w kółko te same, oklepane formułki o „rządach prawa”, „trójpodziale władz” etc. etc.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułO kobiecej doli, czyli po co Natasza jedzie do Europy
Następny artykułSpisek – parapolityka – system. Zarys analizy paranoiczno-krytycznej [*]
Dr hab. Artur Ławniczak, adiunkt w Katedrze Prawa Konstytucyjnego na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. Opublikował książki: "Finansowanie partii politycznych" (2001), "Prawowitość aktualnej postaci państwa polskiego" (2007), "Ustroje polityczne państw latynoamerykańskich" (2008), "Istota władzy państwowej i jej formy" (2010), "Monarchiczne i republikańskie głowy państwa w Europie" (2011), "Losowanie w sferze publicznej. Między wróżeniem a głosowaniem (2012)". Przetłumaczył z języka francuskiego i opracował "Elementarz antyamerykański" (1994) autorstwa Roberta Steuckersa, Arnolda Hautbois, Xaviera Marchanda i in.

1 KOMENTARZ

  1. Tekst jest interesujący, choć wydaje mi się, że adresowany do raczej wąskiej grupy „konstytucjonalistów”. Trochę brak mi odpowiedzi na dwa pytania.
    (1). rozumiejąc, ze model amerykański zakładający „równomądrość” wszystkich sedziów jest nie do przyjęcia i akceptując zasadę, iz każdy organ winien mieć swego kontrolera (różnie rozumianego, ale zawsze z tzw. elity) popaść możemy w problemy podobne do antynomii (v. np. antynomia Russela) w matematyce lub w błędne koło w relacji kontrolowany-kontroler. Byc może czegoś nie zrozumiałem, ale wydaje mi się, że problem ten został (dlaczego?) pominięty.
    (2) W tekście nie widac opisu żadnych „technicznych” aspektów funkcjonowania instytucji legislacyjnych i relacji miedzy nimi. Nie widać tez żadnych odniesień do języka artykułowania przepisów prawa, co – jak się wydaje – w naszych konkretnych warunkach takie mało istotne nie było.
    W sume dobry i potrzebny tekst przybliżajacy sporo waznych kwestii. Może warto byłoby sporządzic jakąs jego wersje „light” adresowana do szerszego grona czytelników.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ