Święto państwa, które nie powstało

0

12 czerwca, jak co roku, obchodzono w Rosji Dzień Rosji – w 1990 r. w tym właśnie dniu została przyjęta Deklaracja o suwerenności Federacji Rosyjskiej. Obchody tej uroczystości, zarówno w bieżącym roku, jak i w latach poprzednich, trudno jednak nazwać masowym, ogólnonarodowym zrywem. Większość Rosjan po prostu cieszy się z jeszcze jednego dnia wolnego od pracy.

O święcie przypominają jedynie oficjalne ceremonie takie jak wręczenie nagród państwowych. Sama władza również nie nadaje większego znaczenia obchodom. Dla porównania Dzień Zwycięstwa, obchodzony 9 maja, świętuje się zdecydowanie huczniej, chociaż żyjących uczestników II wojny światowej pozostało już niewielu. Z kolei przyjęcie Deklaracji o państwowej suwerenności FR, które nastąpiło jeszcze za życia obecnego pokolenia, nie budzi w Rosji szczególnych emocji.

Można w tym dostrzec kolosalną różnicę między Rosją a innymi krajami. Praktycznie wszędzie dzień niepodległości (lub uzyskania suwerenności) uważa się za najważniejsze święto państwowe. Natomiast w Rosji datę tę, według danych Centrum im. J. Lewady, jest w stanie wskazać jedynie 34 procent Rosjan. Co jest zatem przyczyną tego, graniczącego z zapomnieniem, braku zainteresowania tym świętem?

Aby móc odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się w czasie do roku 1990, gdy Rosja ogłosiła suwerenność. Borys Jelcyn nie był wówczas jeszcze prezydentem, dopiero co został przewodniczącym pierwszego wybranego w wolnych wyborach rosyjskiego parlamentu (Zjazd Deputowanych Ludowych).

Przyjęcie Deklaracji było koniecznością wynikającą z dążeń Rosji (wtedy jeszcze RFSRR) do reform i uniezależnienia się od „radzieckich” – w większości twardogłowych i konserwatywnych – urzędników.

Jednakże ogłoszenie przez Rosję suwerenności niosło ze sobą niespotykaną wcześniej polityczną dwuznaczność. Jak wiadomo za granicą „Rosją” nazywano cały Związek Radziecki. A tu nagle Rosja pojawia się jako nowy byt polityczny, przy czym w dużej mierze opozycyjnie nastawiony wobec polityki kremlowskiego imperium.

Owe rozdwojenie dotyczyło również postrzegania ogłoszonej suwerenności przez Rosjan. Początkowo dzień ten otrzymał nieoficjalną, ludową nazwę „Dzień niezależności Rosji”. Wielu pytało przy tym ironiczne: „Od kogo staliśmy się niezależni? Sami od siebie?”. Jednakże za tą ironią skrywał się bardzo poważny problem, którego do dziś nie doczekał się rozwiązania. A jego brak stał się jedną z przyczyn ewolucji postradzieckiej Rosji w kierunku neoimperialnym.

Nowe państwo czy stare imperium?

Niemalże w tym samym czasie co Rosja swoje deklaracje o suwerenności ogłosiły również pozostałe republiki ZSRR. Jednak różnica polegała na tym, że one naprawdę dążyły do przekształcenia się w nowe, niezależne państwa. Nawet jeśli deklarowały „odzyskanie niezależności”, tak jak kraje bałtyckie, to faktycznie tworzyły one nowe byty państwowe.

Jelcynowska władza również lubiła mówić o „nowej Rosji”. Tymczasem już w pierwszych latach zaczęła się ona upodobniać się do starego, przedrewolucyjnego imperium. Momentem kluczowym było rozwiązanie w 1993 r. tego samego Zjazdu Deputowanych Ludowych, który trzy lata wcześniej przyjął deklarację o suwerenności Rosji. Niedługo później przyjęto nową konstytucję Federacji Rosyjskiej, dającą prezydentowi nieograniczoną, niemal carską władzę.

Jeszcze w 1990 r. Jelcyn obiecał suwerenność wszystkim rosyjskim regionom, w czym można było dopatrywać się dążeń do zbudowania nowej federacji, lecz już w 1994 r. rozpoczął on typowo imperialną, kolonialną wojnę przeciwko Czeczenii. Odradzało się w Rosji wiele cech charakterystycznych dl rosyjskiego imperium, jak również jego symbolika. Jako herb przywrócono dwugłowego orła z koronami, parlament nazwano jak za czasów carskich – Dumą Państwową. Mimo że ustawa zasadnicza wprowadzała „państwo świeckie”, w rzeczywistości Cerkiew Prawosławna uzyskała dominującą pozycję i zaczęła aktywnie wpływać na ideologię państwową.

Odbudowę imperium zakończyła epoka Putina. Dzisiejsza Rosja już oficjalnie uważana jest za bezpośrednie przedłużenie Imperium Rosyjskiego i Związku Radzieckiego. W tej sytuacji sam sens „Deklaracji o suwerenności” z 1990 r. został całkowicie utracony. „Nowego kraju” nie udało się zbudować…

Przypadek Sołżenicyna

Już w 1973 r. możliwość zarysowanej wyżej ewolucji Rosji przepowiedział Aleksander Sołżenicyn w artykule „Skrucha i samoograniczenie”. Krytykował on wówczas powstającą ideologię „nacjonalizmu-bolszewizmu”, zgodnie z którą „Naród rosyjski ze swoimi wartościami jest najbardziej szlachetny na świecie; jego historia zarówno ta dawna, jak i najnowsza nie jest niczym splamiona, niedopuszczalnym jest zarzucanie czegokolwiek caratowi, czy bolszewizmowi; nigdy nie było narodowych błędów i grzechów ani do XVII wieku ani później; nigdy nie splamiliśmy naszej moralności, dlatego nie odczuwamy potrzeby samodoskonalenia”.

Obecna władza kremlowska nie deklaruje tej ideologii tak otwarcie, lecz w rzeczywistości ją wyznaje. Putin w swoich wystąpieniach chętnie nawiązuje do „świetności” rosyjskiej historii, zarówno carskiej, jak i radzieckiej.

Zresztą i sam Sołżenicyn w ostatnich latach życia przeszedł paradoksalną ewolucję względem idei, które kiedyś sam krytykował. W 1990 r. proponował, by „obudować” Rosję, przyłączając do niej Ukrainę, Białoruś, i północny Kazachstan. Nie przeszkadzało pisarzowi to, że taki scenariusz doprowadziłby do krwawych wojen na wzór jugosłowiańskich. A już pod sam koniec życia pochwalił on nawet Putina za „odrodzenie Rosji, co w przypadku dysydenta, wojującego z KGB, było dość dziwne.

Doktryna Miedińskiego

Jako element doktryny państwowej wspomniane wyżej poglądy znalazły odbicie w „doktrynie Miedińskiego” – nazwanej tak od nazwiska rosyjskiego ministra kultury. W 2015 r. sformułował on „tezy pojednania narodowego”, spośród których najważniejszym było „uznanie ciągłości historycznego rozwoju państwa od Imperium Rosyjskiego przez ZSRR aż po Rosję współczesną”.

Tym samym historia imperialna stała się fundamentem rosyjskiej ideologii państwowej. Przez „narodowe pojednanie” Miediński rozumie połączenie interesów „białego” i „czerwonego” imperium. Chociaż w nowej doktrynie wspomina się zarówno ofiary caratu, jak i radzieckiego totalitaryzmu, to pod względem znaczenia zdecydowanie ustępują one miejsca „zwycięstwom” i „osiągnięciom” obu okresów.

Dlatego też nie dziwi fakt, że zwycięstwo w II wojnie światowej świętuje się tym szumniej, im dalej odchodzi ona w przeszłość. Szczególnie mocno podkreśla się wiodącą rolę Rosjan w pogromie nazizmu, pomniejszając udział innych narodów. W szczególności dotyczy to zachodnich sojuszników (USA i Wielkiej Brytanii), którzy w najnowszej rosyjskiej propagandzie coraz wyraźniej jawią się jako „geopolityczni przeciwnicy”.

Pomimo głośno deklarowanego „antyfaszyzmu”, tzw. doktryna Miedińskiego w rzeczywistości odtwarza wiele typowych faszystowskich zasad, takich jak kult zwycięstw imperialnych i ekspansji. Znamienny jest fakt, że koncepcja ta była ogłoszona podczas rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie, gdy Rosja rozpoczęła okupację Krymu – a wydawać by się mogło, że od czasu II wojny światowej Europa zdążyła już zapomnieć o zbrojnych aneksjach. Agresywna ideologia tzw. „rosyjskiego świata” również przypomina nazistowskie hasła „zjednoczenia wszystkich Niemców w jednym państwie”. Oczywistym jest, że ta imperialna doktryna będzie w przyszłości źródłem konfliktów między Rosją a jej sąsiadami.

Po Rosji?

Jednym z głośnych wydarzeń literackich 2016 r. była publikacja powieści Po Rosji autorstwa Fiodora Kraszeninnikowa, pisarza z Jekaterynburga. Książka cieszy się dużą popularnością w Internecie, ale raczej nigdy nie uzyska oficjalnego uznania. Autor kreśli w niej dość niewygodną dla władzy wizję przyszłości – wielka Rosja dzieli los Związku Radzieckiego, który się rozpadł.

Jednak nie jest to tylko fantazja literacka. Można, na przykład, przeprowadzić paralelę z ostatnimi latami ZSRR, który podobnie jak współczesna Rosja uzależniony był od „petrodolarów”. Gdy ceny na ropę spadły, wraz z nimi runęła nieefektywna, przestarzała gospodarka radziecka. Na początku 2000 r. pomimo ponownego wzrostu cen ropy w Rosji nie zmodernizowano gospodarki, odnotowano jedynie niesłychany wzrost korupcji. Jednocześnie urzędnicy państwowi przykrywają swoje miliardowe majątki „patriotycznymi” frazesami.

Dzisiaj rosyjskie regiony nie mają nawet formalnej samodzielności, jaką cieszyły się republiki ZSRR. Putinowski reżim „władzy wertykalnej” sprawia wrażenie stabilnego, lecz w rzeczywistości konstrukcja ta jest nietrwała, ponieważ stawia po przeciwnych stronach barykady władzę i obywateli. W miarę narastania kryzysu w rosyjskich regionach można spodziewać się masowych protestów, jednak w odróżnieniu od rozpadu ZSRR będą one miały nie tyle narodowe, co ekonomiczne podłoże. Chociaż większość rosyjskich surowców wydobywana i produkowana jest w regionach, system finansowy i podatkowy pozostaje ściśle scentralizowany. Mówiąc wprost, większość pieniędzy zostaje w Moskwie, a mieszkańcy regionów raczej nie będą długo znosić tej imperialnej hipercentralizacji.

W przeciwieństwie do autora powieści Po Rosji nie zamierzamy precyzyjnie przewidywać przyszłości. Spodziewamy się jedynie, że po nowym przewrocie historycznym samo słowo „Rosja” może faktycznie zniknąć, tak jak zniknęły w swoim czasie takie nazwy jak „Imperium Rzymskie”, „Bizancjum”, „Niemiecka Rzesza”…Wszystko dlatego, że, niestety, po 1990 r. Federacji Rosyjskiej nie udało odrodzić się jako nowe, nowoczesne państwo. Samo określenie „Rosja” zmusiło jej mieszkańców do myślenia imperialnymi kategoriami przeszłości. Z tego względu dzisiejszy konflikt Kremla z Zachodem nie jest jakimś nadzwyczajnym przypadkiem, stanowi raczej kontynuację wielowiekowej tradycji imperialnej.

Wadim Sztiepa

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ