Drobne polemiki z Piotrem Zychowiczem, Elżbietą Janicką i Henrykiem Markiewiczem

0

Omawiając książkę Volkera Koopa Werwolf. Ostatni zaciąg Hitlera („Do Rzeczy”, nr 9, 2016) Piotr Zychowicz stwierdza: „Podstawową metodą naukową jest porównywanie. Dlatego zawsze zżymam się, gdy słyszę, że coś jest «nieporównywalne» lub że czegoś «nie wolno porównywać»! To absurd. Porównywać nie tylko wolno, ale trzeba”.

Uściślijmy powyższą opinię: we współczesnej kulturze polityczno-historycznej „zakaz porównywania” bierze się stąd, że „zakazujący” obawiają się, iż jeśli porównuje się np. jakieś dwa zjawiska historyczne, to może to doprowadzić do ich „zrównania”. Publiczność mogłaby dojść do wniosku, że są one identyczne lub bardzo do siebie podobne, co mogłoby rzucić cień na jedno z tych zjawisk uważane – w przeciwieństwie do drugiego – za dobre. Porównywanie mogłoby też pozbawić dane zjawisko przyznanego mu na mocy politycznej decyzji statusu absolutnej wyjątkowości, wyrażającej się w tym, że jest ono „z niczym nieporównywalne”. Zatem choć z racjonalnego (naukowego) punktu widzenia „zakaz porównywania” jest rzeczywiście absurdalny i oznacza po prostu zakaz myślenia, to z politycznego punktu widzenia jest jak najbardziej uzasadniony, ponieważ status absolutnej wyjątkowości przekłada się dodatnio na status moralny i polityczny grupy, której to zjawisko (np. prześladowania) dotknęło.

Jako przedmiot porównania Zychowicz wybrał: „zachowania narodów, które znalazły się w podobnej sytuacji”:

Weźmy Niemców i Polaków oraz ich reakcję na przegranie wojny. Gdy Polacy przegrali w 1939 r., natychmiast rzucili się do wielkiego konspirowania. Stworzyli olbrzymią liczbę organizacji podziemnych, które dokonały olbrzymiej liczby aktów sabotażu. Przez całą okupację stawiali opór najeźdźcy. A Niemcy? Otóż Niemcy postąpili dokładnie odwrotnie. Kapitulacja w maju 1945 r. zakończyła ich walkę. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły tysiące fanatyków z SS, którzy zapowiadali walkę do ostatniej kropli krwi. A żołnierze Wehrmachtu po prostu rozeszli się do domów. Nie było mowy o żadnej konspiracji, o żadnej partyzantce.

Porównujemy po to, aby zauważyć podobieństwa i różnice oraz żeby odpowiedzieć skąd się one wzięły – w tym przypadku, dlaczego Polacy postąpili tak, a Niemcy inaczej. Zychowicz stwierdza podobieństwo, a nawet identyczność sytuacji („przegrana wojna”) i odmienność zachowań, ale nie daje odpowiedzi na pytanie, skąd ta odmienność reakcji się brała. Problem jednak nie w tym, że Zychowicz nie daje odpowiedzi, bo przecież nie musi, ale w tym, że popełnia kardynalny błąd już na samym wstępie zakładając, że naród polski i naród niemiecki znalazły się w podobnej sytuacji „przegranej wojny”. Domaga się „porównywania”, a jednocześnie wcale nie porównuje tych sytuacji zadowalając się prostą konstatacją: my „przegraliśmy wojnę”, oni też „przegrali wojnę”, jednak my zorganizowaliśmy zbrojne podziemie, a oni nie. Nie zauważa, że podobieństwo jest pozorne.

My Polacy przegraliśmy wprawdzie wojnę z Niemcami we wrześniu 1939 r., ale wojna europejska i światowa trwały nadal, do 1945 r. Polskie organizacje podziemne jak Armia Krajowa stanowiły oddziałki wojskowe wchodzące w skład światowej koalicji walczącej z Rzeszą Niemiecką, mające kąsać wroga i służyć jako instrument propagandowo-polityczny np. dokonując zamachów wywołujących terror okupanta wykorzystywany następnie jako materiał przydatny propagandowo. Armia Krajowa otrzymywała polityczne, materialne, propagandowe i moralne wsparcie od aliantów, u których boku walczyła o zwycięstwo nad Niemcami Hitlera. Działał polski rząd emigracyjny w Londynie kierujący oddziałami AK i dbający o miejsce Polski w światowej koalicji antyhitlerowskiej.

Zatem konspiracja w Polsce po wrześniu 1939. r. była konspiracją wojenną, natomiast konspiracja w Niemczech po maju 1945 r. byłaby konspiracją powojenną. Jest to fundamentalna różnica, której – co zdumiewające – Zychowicz nie dostrzega. Niemieckie organizacje podziemne działałyby wszak w warunkach jakie nastąpiły zakończeniu wojny, w całkowitej izolacji politycznej na płaszczyźnie międzynarodowej, walczyłyby z przeciwnikiem, który odniósł totalne zwycięstwo i „zaprowadził pokój” – sytuacja zupełnie niepodobna do tej z 1939 r. Wówczas rząd polski na uchodźstwie oraz organizacje podziemne toczyły walkę w nadziei na pokonanie wroga okupującego Polskę a nadzieja ta nie była płonna, ponieważ ich sojusznikami były Wielka Brytania, Związek Sowiecki i Stany Zjednoczone. Ba, po stronie Armii Krajowej walczył cały świat. Przypomnijmy, że 3 września 1939 roku wojnę Niemcom wypowiedziały Australia, Nowa Zelandia i Indie, 6 września – Unia Południowoafrykańska, 10 września – Kanada. W 1941 roku wojnę Niemcom wypowiedziały Filipiny, Chiny, Kuba, Republika Dominikany, Kostaryka, Gwatemala i Nikaragua, Salwador, Haiti, Honduras, Panama, w 1942 roku – Meksyk, Brazylia, Irak, w 1943 roku – Włochy, Kolumbia, Boliwia, Kolumbia, Iran, Abisynia, w 1944 roku – San Marino, Liberia, Rumunia, Bułgaria, Finlandia, Węgry; w 1945 roku – Ekwador, Paragwaj, Peru, Chile, Urugwaj, Wenezuela, Turcja, Egipt, Syria, Liban, Arabia Saudyjska, Finlandia, Argentyna.

Uczestnictwo polskiego podziemia zbrojnego w tak szerokiej koalicji walczącej z naszym okupantem stwarzało racjonalne podstaw jego działalności. Niemieckie podziemie zbrojne byłoby w diametralnie odmiennej sytuacji – o co walczyć mieli totalnie zwyciężeni b. żołnierze Wehrmachtu, Waffen-SS czy SS, (którzy zresztą w różnych miejscach, zwłaszcza na froncie wschodnim rzeczywiście bili się z Armią Czerwoną „do ostatniej kropli krwi”), po ostatecznym zakończeniu wojny, samotni, pozbawieni jakichkolwiek sojuszników i jakiegokolwiek zewnętrznego wsparcia? Gdybyż jeszcze powstał jakiś niemiecki rząd na uchodźstwie! No, ale skoro dosłownie cały świat walczył przeciwko Rzeszy Niemieckiej, to raczej trudno przypuszczać, żeby któreś z państw np. Gwatemala zechciało na swoim terytorium gościć niemiecki rząd na uchodźstwie z admirałem Karlem Dönitzem na czele.

Powtórzmy: polska konspiracja po 1939 roku miała polityczny sens, ponieważ wojna z Niemcami, czyli z naszym okupantem, toczyła się nadal na wszystkich kontynentach, natomiast niemiecka konspiracja żadnego takiego sensu nie miała, ponieważ wojna została przez Niemcy nieodwołalnie przegrana i na świecie „nastał pokój”. Fakt, ze okupacja Niemiec (aby nie komplikować obrazu odnoszę się tylko do zachodniej strefy okupacyjnej) była okupacją powojenną, a nie wojenną tak jak w Polsce wyjaśnia, dlaczego w Niemczech nie było ruchu oporu. Niemcy realistycznie dokonali wyboru „opcji amerykańskiej”, przy czym wola kolaboracji występowała po obu stronach, zwycięzcy tworzyli kolaboracyjne organy władzy, a i wśród pokonanych nie brakowało chętnych do współpracy z okupantem – byli wśród nich znaczący politycy jak Adenauer (chadecja) i Schumacher (SPD) odsunięci od wcześniej od władzy, jak również w pewnym zakresie przedstawiciele poprzedniej elity politycznej.

Co działo się w Niemczech w ciągu pięciu lat (1945-1950) okupacji w odpowiadającym okresowi 1939-1944 w Polsce? Kolaboracyjne partie polityczne zaczęły się organizować już jesienią 1945 r., bardzo szybko rozpoczęły działalność organy kolaboracyjnej administracji państwowej i samorządowej; utworzono kraje związkowe, rządzone przez kolaboracyjne władze. Wznowiły działalność kolaboracyjne związki zawodowe i rozmaite organizacje społeczne, Kościoły i inne organizacje wyznaniowe. Na nowo otwarto szkoły wszystkich szczebli, szkoły wyższe, uniwersytety, na które poszli także młodzi żołnierze Wehrmachtu. Powstawały kolaboracyjne wydawnictwa i prasa, pod okiem okupantów zaczęło się tworzyć życie literackie i kulturalne – w 1947 r. okupant zezwolił na powstanie, słynnej potem, grupy literackiej Gruppe 47 (w 1941 r. żadna polska grupa literacka działać legalnie nie mogła). Młody Günter Grass służył w Waffen-SS, ale już w 1948 r. (polski okupacyjny rok 1942) rozpoczął studia na Akademii Sztuk Pięknych w Düsseldorfie. Z pewnością było to bardziej sensowne niż bieganie z karabinem po lesie, które być może byłoby jakimś interesującym zajęciem w przypadku, gdyby ASP w Düsseldorfie nie wznowiła działalności już w 1946 r. Zatem za pójściem w ślady b. akowca nie przemawiało literalnie nic.

Żołnierze i oficerowie Wehrmachtu „rozeszli się do domów” (no, może nie wszyscy, bo 3,15 mln pozostało wszak w niewoli sowieckiej, z czego 1,11 nigdy nie powróciło do ojczyzny), ale niektórzy z nich budowali zręby kolaboracyjnej armii niemieckiej. Nie dla wszystkich ta droga była otwarta, dlatego część wybrała karierę w gospodarce np. b. SS-Untersturmführer Hanns Martin Schleyer najpierw przebywał w niewoli, więc nie mógł walczyć z okupantem, potem okupant zezwolił mu na pracę na stanowisku referenta w kolaboracyjnej Izbie Handlowo-Przemysłowej w Baden Baden, następnie ów „fanatyczny esesman” przeszedł do kolaboracyjnego koncernu Daimler Benz AG, którego został wybitnym menedżerem. Zauważmy też, że kiedy po dwóch latach od zajęcia Niemiec okupant przyjął kurs antysowiecki i antykomunistyczny, fanatyczni esesmani i oficerowie Wehrmachtu łatwo mogli dla swojej kolaboracji znaleźć wspólną z okupantem podstawę ideologiczno-polityczną – wszak to oni już od 1941 r. walczyli z „sowieckim i komunistycznym potworem”, przeto teraz, kiedy okupant zrozumiał, że racja była ich stronie, mogli z czystym sumieniem z nim kolaborować, by znowu – tym razem u boku US-Army – „ bronić Europy” przed bolszewikami.

Kolaboracja w Niemczech miała więc masowy charakter, a im szerszy zakres kolaboracji, tym mniejsze szanse powstania organizacji podziemnych, nie mających do dyspozycji – tak jak to było w Polsce – dużego rezerwuaru młodych mężczyzn zdolnych i gotowych do walki zbrojnej. Pięć lat okupacji w Niemczech to okres otwierania się coraz większych możliwości robienia kariery w gospodarce, zakładania własnych przedsiębiorstw, ułożenia sobie normalnego życia zawodowego i rodzinnego, powrót do przedwojennych zajęć i zawodów itd. Proces poszerzającego się stale obszaru legalnej działalności politycznej i społecznej zwieńczony został w 1949 r. powstaniem, satelickiego wprawdzie i częściowo nadal okupowanego, ale jednak własnego, państwa. RFN była mimo wszystko państwem niemieckim i ojczyzną Niemców.

Nic zatem dziwnego, że „reakcje na przegranie wojny” były zgoła odmienne – a były takie, ponieważ w innej sytuacji znaleźli się Polacy po 1939 r. a w innej Niemcy po 1945 r. Pięć lat okupacji w Niemczech po ostatecznym zakończeniu wojny i nastaniu światowego pokoju to okres stopniowej normalizacji politycznej, natomiast lata po 1939 r. w Polsce to czas coraz bardziej rozszerzającej się i radykalizującej wojny światowej.

Zychowicz pyta retorycznie, czy ktoś słyszał o choćby jednej spektakularnej akcji niemieckiego ruchu oporu po 1945 roku ? O likwidacji jakiegoś ważnego kolaboranta, wysadzeniu w powietrze alianckich koszar czy zamachu na amerykańskiego urzędnika? Zadający takie pytanie musi – jeśli ma ono spowodować, abyśmy dostrzegli wcześniej niezauważone zależności – zakładać, że w ogóle istniały przesłanki czy warunki dla takich działań. Zychowicz najpierw dwa odmienne stany rzeczy potraktował, błędnie, jako tożsame, a następnie zadał czytelnikowi zagadkę, dlaczego konsekwencje tych stanów są odmienne. Tymczasem żadnej zagadki tu nie ma, to po prostu autor Obłędu 44 wyszedł z błędnego założenia. I całe porównywanie na nic.

Sensowniejsze byłoby porównanie zachowania Niemców i Polaków po 1945 r. Także tutaj podobieństwo zachowań jest widoczne i nie przeczy temu walka zbrojna tzw. żołnierzy wyklętych. Odmienność reakcji na powojenną okupację jest pozorna, ponieważ po rozbiciu lub (samo)likwidacji wielkich organizacji konspiracyjnych typu AK zawsze pozostaje jakaś „resztkówka”, która istnieje i działa jeszcze przez jakiś czas w podziemiu, choćby siłą organizacyjnej i emocjonalnej inercji, stanowiąc pogłos przeszłości, po czym zostaje rozbita przez, całkowicie panującego nad sytuacją, nowego okupanta lub wygasa samoistnie pozbawiona bazy społecznej – znakomita większość ludności przystosowuje się do nowych warunków wybierając bierną lub (rzadziej) czynną kolaborację.

*****

O książce Heike B. Görtemaker Ewa Braun. Na dworze Führera („Uważam Rze” nr 17/18, 2012) Zychowicz pisał że „obala ona mit Ewy Braun jako słodkiej idiotki, która piła w kółko szampana i nie zdawała sobie sprawy z tego, co się wokół niej dzieje. Wprost przeciwnie momentami Braun wydaje się lepiej rozumieć wydarzenia międzynarodowe niż Hitler”. Jako dowód na przenikliwość polityczną Ewy Braun Zychowicz przytacza fakt, że „gdy we wrześniu 1939 roku po ataku na Polskę cały naród niemiecki wpadł w euforię, ona gorzko płakała”. Kto wie gdyby to Ewa Braun została kanclerką Rzeszy Niemieckiej zamiast Adolfa Hitlera, albo miała na niego większy wpływ, to losy państwa i narodu niemieckiego potoczyłyby się korzystniej. Jednakże na co innego należy zwrócić uwagę. Otóż twierdzenie Zychowicza, że po ataku na Polskę we wrześniu 1939 roku „cały naród niemiecki wpadł w euforię” jest całkowicie fałszywe. Żadnej euforii nie było, wręcz przeciwnie wszystkie relacje świadków, wszystkie dzienniki, pamiętniki, źródła, raporty tajnych służ monitorujących nastroje społeczne itd. mówią jednoznacznie, że panowało raczej przygnębienie, dominowały obawy i lęki. Opisując ówczesny stan społeczeństwa niemieckiego używa się takich słów jak apatia, głęboki niepokój, obojętność, przygnębienie, lęk przed wojną niepewność, niezadowolenie, zniechęcenie.

Wielu niemieckich i zagranicznych obserwatorów dostrzegało wśród przeciętnych Niemców dość szeroko rozpowszechnioną awersję do wojny. Karl Wahl, gauleiter NSDAP w Szwabii, przebywający w pierwszych dniach wojny w różnych miejscach Rzeszy, tak streszczał swoje wrażenia: „żadnego entuzjazmu, żadnej radości, żadnych wiwatów. Wszędzie, gdzie byłem, panuje przygnębiający spokój, by nie powiedzieć przygnębienie. Cały naród niemiecki zdaje się być sparaliżowany przestrachem, który czyni go niezdolnym ani do oklasków, ani do okazywania niezadowolenia”. W tym samym duchu utrzymana jest relacja przeciwnika reżimu, komunisty Jakoba Zorna, który 1 września w pracy, w knajpach, widział jedynie rozczarowanie, konsternację, apatyczne pogodzenie się z losem.

Podobne obserwacje poczynił amerykański pisarz, dziennikarz, korespondent wojenny William L. Shirer, mieszkający w latach 1934–41 r. w Berlinie (zob. Berlin Diary).

3 września 1939 r. Shirer na Wilhelmplatz w Berlinie widział przy ulicznym głośniku ok. 250 osób słuchających informacji o wypowiedzeniu Niemcom wojny przez Anglię: „po zakończeniu komunikatu, nie było nawet mamrotania pod nosem. Stali tam nieporuszeni. Jak ogłuszeni. Ludzie nie pojmowali jeszcze, że Hitler wprowadził ich do wojny światowej”. W innym miejscu pisze Shirer: „żadnego entuzjazmu, żadnych okrzyków hurra, żadnych wiwatów, żadnego sypania kwiatów, żadnej gorączki wojennej, żadnej histerii wojennej. Nawet nienawiści do Anglików i Francuzów”. Dlatego w pierwszych dniach września władze zrezygnowały z organizowania masowych demonstracji i wywoływania sztucznego urzędowego entuzjazmu, ponieważ groziło to tym, że partia nie trafi w nastroje mas. Oficjalna propaganda utrzymana była w tonacji molowej.

Należy brać pod uwagę, że szerokie poparcie społeczne Hitler zawdzięczał przede wszystkim temu, iż jego skuteczna, pełna sukcesów, polityka siły i rewizji Wersalu obywała się do września 1939 r. bez jednego wystrzału. Wśród ludności niemieckiej wojna nie była popularna, ludzie pamiętali bowiem bardzo dobrze wielką wojnę, która zakończyła się ledwo 20 lat temu; panował strach, że obecna znowu będzie trwała latami, jak tamta. Nastroje poprawiły się wprawdzie po szybkim zwycięstwie nad Polską, ale wynikało to przede wszystkim z nadziei na zawarcie pokoju z Francją i Anglią i zakończenia wojny. Shirer zanotował: „Niemcy chcieliby po zajęciu Polski końca wojny”, „Ludzie tutaj z pewnością chcą pokoju”. 20 września Shirer zapisał: „Wszyscy Niemcy, z którymi dzisiaj rozmawiałem, niezłomnie wierzą, że w ciągu miesiąca osiągnięty zostanie pokój”.

W książce Marlis Steinert poświęconej analizie nastrojów i postaw ludności niemieckiej w czasie wojny – Hitlers Krieg und die Deutschen. Stimmung und Haltung der deutschen Bevölkerung im Zweiten Weltkrieg, Institut Universitaire de Hautes Etudes Internationales Genf, Düsseldorf 1970) – czytamy: „Trzecia Rzesza jedynie rzadko była całkowicie jednomyślnie popierana przez naród, opinie były o wiele mniej zuniformizowane. Niemcy nie byli ani żądni agresji, ani entuzjastycznie nastawieni do wojny, raczej zrezygnowani, pełni obaw przed wojną i tęsknoty za pokojem”.

W każdym razie płacząca Ewa Braun w o wiele większym stopniu niż się to Zychowiczowi zdawało, wyrażała uczucia Niemców, których kanclerz Hitler – podobnie jak prezydent Roosevelt Amerykanów – solennie zapewniał o swojej miłości do pokoju.

Nasuwa się pytanie, dlaczego Zychowicz tak bardzo mija się z prawdą historyczną? Wydaje się iż jego aparat poznawczy (podobnie jak dużej części polskiej inteligencji) nastawiony jest tak, aby narodowi niemieckiemu automatycznie, zawsze i wszędzie, przypisywać wszystko, co złe, głupie, zbrodnicze. Jest to nic innego jak przejaw tak krytykowanego przez Józefa Mackiewicza „polrealizmu”. W jednym ze swoich tekstów pisze Mackiewicz, że w 1915 r. po zajęciu Wilna Niemcy otworzyli pierwsze od stu lat szkoły polskie: „W «pamiętnikach» etc. drobiazg ten jest opuszczony, zapewne ze względów stylistycznych. «Niemcy» należą w naszej literaturze patriotycznej do pojęć «ujemnych»; natomiast «szkoła polska» do pojęć pozytywnych. Nie rymują się więc stylistycznie z czasownikiem «otwarli», rymując doskonale z czasownikiem «zamknęli» (J. Mackiewicz, Frazy ze scenariusza: „Mój przyjaciel Pawełek” [w:] Fakty, przyroda i ludzie, Londyn 1993, s.381). Zychowiczowi „Niemcy” rymują się doskonale ze zdaniem „euforycznie przywitali wojnę”, a nie rymują się ze zdaniem „byli przygnębieni wybuchem wojny”. W ramach polrealizmu w stosunku do Niemców (niezależnie od epoki) nie obowiązują zasady rzeczowości, uważności i dokładności. Np. kolega Zychowicza z tej samej gazety Piotr Gociek polecając w rubryce „Nowości książkowe” wydane ostatnio Dzienniki Alfreda Rosenberga, zrobił odkrycie, że autor Mitu XX wieku był twórcą określenia „Lebensraum”. Rosenberg (ur.1893) miał osiem lat, kiedy Friedrich Ratzel opublikował swoją pracę Der Lebensraum. Ale to przecież wszystko jedno: ten na R i ten na R. Inny przykład: polski tłumacz jednej z książek Erika von Kuehnelt-Leddihna jego opinię, że „Hitler był anglofilem”, przełożył jako „Hitler był anglofobem”. Widocznie to mu się lepiej „rymowało”.

*****

Możliwe, że Zychowicz nieświadomie na wrzesień 1939 r. nakłada sierpień 1914 r., kiedy to w Niemczech panowała „wojenna euforia” a na ulicach odbywały się masowe demonstracje. Wypada jednak i w tym przypadku nieco zrelatywizować obraz powszechnego „prowojennego entuzjazmu“ z sierpnia 1914 r. utrwalony na fotografiach prasowych przedstawiających rozentuzjazmowane tłumy na ulicach wielkich miast uczestniczące w „hurrapatriotycznych“ manifestacjach (antywojennych demonstracji organizowanych przez lewicę nie pokazywano).

Entuzjazm ten, wywołany m.in. państwową propagandą mówiącą o „narodowej wojnie obronnej” (w mowie wygłoszonej z balkony Zamku Berlińskiego cesarz mówił: „Wciskają nam miecz do ręki”, „zmusza się nas do sprawiedliwej obrony”) i porównującą ją z wojnami wyzwoleńczymi przeciwko Napoleonowi sprzed 100 lat, wcale nie był aż tak masowy i ogarnął głównie kręgi mieszczańsko-inteligenckie (gimnazjaliści, studenci) w dużych miastach, reprezentantów pokolenia nie znającego wojny z własnego doświadczenia – od ostatniej wojny jaką toczyli Niemcy w 1870 r. minęły 44 lata (wojna z Polską w 1939 r. miała miejsce zaledwie 20 lat po zakończeniu I wojny światowej, która pozostawała w żywej pamięci narodu niemieckiego). Robotnicy byli o wiele bardziej sceptyczni, zaś chłopi jeszcze bardziej niż robotnicy. Wśród ludu mało było wyczuwalnej prowojennej euforii, dominowało zatroskanie o przyszłość. Jeden z duchownych z berlińskiej dzielnicy robotniczej Moabit pisał w raporcie, że lud myśli bardzo realistycznie, ludziom ciężko na duszy, wycofują z kont oszczędności, robią zapasy.

W prasie reprodukowano, odpowiednio obrobione dla celów propagandy, zdjęcia tłumów na ulicach, aby wywoływać nastrój „jedności moralno-politycznej narodu”, wytworzyć na płaszczyźnie symbolicznej „wspólnotę narodową”, przekonać, że obywatele entuzjastycznie akceptują wojnę, budować front poparcia dla cesarza i rządu. Strategia propagandowa polegała na maksymalnym rozdymaniu „wojennej euforii”. Mit “sierpnia 1914” obalił Jeffrey Verhey w książce The Spirit of 1914: Militarism, Myth, and Mobilization in Germany (2000). W wydanej w 2014 r. książce Sommer 1914. Zwischen Begeisterung und Angst – wie Deutsche den Kriegsbeginn erlebten Tillmann Bendikowski z perspektywy ludzi różnych zawodów i warstw społecznych pokazuje, że ów prowojenny entuzjazm z początku wojny stanowił tylko jeden z wielu składników społecznych emocji obok obaw, niepokojów, lęków, smutku, dezorientacji, a nawet paniki. Lato 1914 r. było w Niemczech porą skrajnie różnych, ambiwalentnych, gwałtownie zmieniających się, niekiedy nieobliczalnych, reakcji.

*****

Swoją ostatnią książkę Zychowicz zatytułował Żydzi. Opowieści niepoprawne politycznie. Tytuł trochę na wyrost, ponieważ określenie „politycznie niepoprawne” trochę już zużyte i zbanalizowane jako element reklamy niespecjalnie chwyta, a ponadto zdarzało się Zychowiczowi podejmować o wiele bardziej „niebezpieczne tematy”. Zamieścił był on kiedyś w „Rzeczpospolitej“ (19 marca 2012) tekst zatytułowany „Hess został uduszony?“, w którym zajął się niewyjaśnionymi do końca okolicznościami śmierci wiceprezesa NSDAP Rudolfa Hessa, który, według oficjalnej wersji, popełnił samobójstwo. Natomiast według Zychowicza Hess mógł zostać uduszony. Jest to pogląd rzadki, ale mający swoich zwolenników jak choćby podpułkownika Eugene K. Birda, od 1964 do 1972 komendanta więzienia Spandau, autora książki The Loneliest Man in the World: The Inside Story of the 30-year Imprisonment of Rudolf Hess (London 1974), który oświadczył: „Wiem ze stuprocentową pewnością, że był to mord”. Podobnie uważa mieszkający od 1966 roku w Niemczech Tunezyjczyk Abdallah Melaouhi, od 1982 r. do końca pielęgniarz Hessa. Sporządzona przezeń po francusku i przetłumaczona na niemiecki relacja z pracy w więzieniu Spandau zatytułowana jest „Patrzyłem w oczy jego mordercom”. Ostatnie lata życia i śmierć Rudolfa Hessa. Przedstawił w niej – ze swojej subiektywnej perspektywy – okoliczności śmierci Hessa (zob. też The Independent)

Poproszony przez Zychowicza o komentarz znany brytyjski historyk Norman Davies powiedział: „To był stary, schorowany człowiek, który cierpiał na demencję. Czy on naprawdę mógł wyrządzić jakąś poważną krzywdę Wielkiej Brytanii? To wcale nie Londyn zdecydował o tym, że tak długo siedział w więzieniu. Jego wypuszczenie blokowali Sowieci“. Wprawdzie Hess miał 93 lata, 46 lat przebywał za kratami, zatem bez wątpienia siły fizyczne i umysłowe go opuszczały, ale z pewnością nie cierpiał na demencję (stanowczo zaprzecza temu Abdallah Melaouhi).

Szkoda, że Zychowicz nie przycisnął Daviesa do muru, przypominając mu, że na kilka miesięcy przed śmiercią Hessa w sierpniu 1987 r., media niemieckie m.in. tygodnik „Der Spiegel” doniosły – powołując się na informacje pochodzące z kręgów dyplomatycznych w Moskwie – iż Michaił Gorbaczow rozważa wyrażenie zgody na zwolnienie Hessa z więzienia Spandau (zob. Läßt Gorbatschow Heß frei?). Abdallah Melaouhi pisze, że już w maju 1986 r. od rosyjskich strażników dowiedział się, iż rząd sowiecki zamierza pozytywnie rozpatrzyć prośbę więźnia nr 7 o zwolnienie; bezzwłocznie poinformował o tym swojego podopiecznego.

Hess miał zatem pełne prawo żywić nadzieję, że wyjdzie z więzienia i ostatnie lata życia spędzi w domu, na łonie rodziny, spoglądając z bujanego fotela na krajobraz ukochanych stron ojczystych. W takiej sytuacji popełnianie samobójstwa było psychologicznie mało prawdopodobne, co tylko wzmacnia argumentację Zychowicza. Melaouhi relacjonuje swoja rozmowę z Hessem, który miał mu powiedzieć, że byłby szczęśliwy, gdyby Brytyjczycy opublikowali wszystkie dotyczące go dokumenty, jeśli jednak nie zostaną opublikowane a Rosjanie zdecydują się go zwolnić, to będzie to dla niego oznaczać wyrok śmierci.

Davies argumentuje, że Brytyjczycy nie mieli interesu w usuwaniu Hessa: „Czy on naprawdę mógł wyrządzić jakąś poważną krzywdę Wielkiej Brytanii?” Mógł, jak najbardziej. Gdyby Brytyjczycy utracili nad nim kontrolę, Hess mógłby przecież opowiedzieć (napisać) swoją wersję historii lotu i towarzyszących mu okoliczności – być może dowiedzielibyśmy się, czy rzeczywiście został przez Brytyjczyków zwabiony w pułapkę, jakie naprawdę propozycje im złożył etc. Niewykluczone więc, że – jak przypuszcza Zychowicz – Brytyjczycy chcieli mu zamknąć usta na zawsze. Cóż, „wyższy interes państwowy”, „racja stanu” itp.

*****

Mała glosa do książki Zychowicza Pakt Piłsudski-Lenin, w której ma on pretensje do Marszałka, że nie pomógł Denikinowi zgnieść bolszewików. Michael Kellog w książce Rosyjskie źródła nazizmu (Poznań 2015) podaje, że niemiecki dyplomata Max Erwin von Scheubner-Richter (zginął podczas puczu monachijskiego) domagał się w 1918 r., aby wojska niemieckie kontynuowały natarcie na Piotrogród, ówczesną stolicę Sowietów, jednakże dowództwo armii niemieckiej odrzuciło jego apele – w tym czasie toczyły się pertraktacje w Brześciu Litewskim. W 1923 r. na łamach „Völkischer Beobachter” Scheubner-Richter dowodził, że zaniechanie w 1918 r. przez niemieckie naczelne dowództwo natarcia na Piotrogród, by położyć kres „bolszewickiemu widmu”, pozwoliło Czerwonym umocnić swoją władzę w Rosji i doprowadziło w listopadzie 1918 r. do wybuchu socjalistycznej rewolucji w Niemczech. Scheubner-Richter podkreślał, że pomimo jego rad, aby zdobyć Piotrogród i ustanowić w nim „przyjazny wobec nas rosyjski rząd narodowy”, niemieckie dowództwo pod naciskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Reichstagu zgodziło się na „szaleństwo”, jakim były pertraktacje w Brześciu Litewskim. Także Alfred Rosenberg pisał na łamach „Völkischer Beobachter” w 1921 r., że armia niemiecka powinna iść na Piotrogród i zniszczyć bolszewizm. Według Rosenberga Judenicz i Wrangel byli wspierani przez Wielką Brytanię i Francję tylko do momentu, w którym udawało się im zdobyć przewagę nad Armią Czerwoną. Wrangel – pisał Rosenberg – został pozostawiony na lodzie przez Francuzów podobnie jak Judenicz przez Anglików. A Denikin przez Piłsudskiego – dodaje Zychowicz. W końcu na jaw wyjdzie straszna tajemnica: socjalistyczny eksperyment w Rosji cieszył się poparciem, życzliwością, przychylnością lub co najmniej brakiem zainteresowania całego świata, a Piłsudski był tylko jednym z wielu „probolszewickich” polityków.

*****

Jako prawicowy syjonista Zychowicz wiele uwagi poświęca sprawom żydowskim. W jednym numerów „Historia Do Rzeczy” rozmawiał z żydowskim autorem Eli Gatem, autorem tekstu „The Warsaw Ghetto Myth” (wywiad przedrukowany w książce Żydzi), którego bulwersujące tezy rozpropagował w 2013 r. izraelski dziennik „Haaretz”. Gat obala mit, że powstanie w getcie trwało blisko miesiąc. W rzeczywistości prawdziwa walka trwała jeden dzień, czyli tak długo jak – według Zychowicza– trwało powstanie warszawskie. Mityczne bunkry nie były żadnymi twierdzami, tylko zwykłymi kryjówkami. Mit powstania stworzono, aby dostarczyć Izraelczykom bohaterów mogących służyć jako wzór do naśladowania.

„Haaretz” to pod względem ideowym odpowiednik naszej „Gazety Wyborczej”, która, choć co do powstania warszawskiego mogłaby się zgodzić z Zychowiczem, to jednak poglądów Gata na powstanie w getcie raczej nie podziela. Przypuszczam też, że Elżbieta Janicka, starająca się w książce Festung Warschau podważyć „apologetyczny mit polskiego państwa podziemnego”, nie przyłączyłaby się do Eli Gata podważającego „apologetyczny mit żydowskiego państwa podziemnego”. Cóż, nie od dziś wiadomo, że najprościej przychodzi nam burzenie cudzych mitów, do naszych mitów jesteśmy głęboko przywiązani i bardzo nie lubimy, kiedy ktoś przy nich majstruje. Natomiast Zychowicz jest konsekwentny i intelektualnie uczciwy: nie stosuje podwójnych standardów, lecz krytykuje i odmitologizowuje zarówno powstanie warszawskie, jak i powstanie w getcie.

W książce Janickiej (pisałem o niej tutaj) zainteresowała mnie kwestia, czy istniał związek pomiędzy niemiecką kampanią propagandową wokół zbrodni katyńskiej a likwidacją getta i powstaniem w getcie warszawskim. Janicka pisze: „19 kwietnia 2009 roku – w 66. rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim – na Skwerze Matki Sybiraczki, pod pomnikiem, miała miejsce symboliczna rekonstrukcja egzekucji katyńskiej: zwieńczenie Katyńskiego Marszu Cieni. Przejmujące widowisko. Przejmujące podwójnie, jeśli zważyć, co ma Katyń do powstania w getcie”. Właśnie, co ma? Nie jest całkiem jasne, co właściwie autorka ma na myśli. Swoją opinię uściśliła w rozmowie zamieszczonej w 75. numerze „Notesu na 6 tygodni”. Powiedziała w niej co następuje: „Istnienie masowych grobów w Katyniu zostało odkryte jesienią 1941 r., po ataku III Rzeszy na ZSRR. Jednakże z początku odkrycie to nie miało dla Niemców znaczenia. Przypomnieli sobie o nim w okresie planowania likwidacji getta warszawskiego w ramach ostatniej fazy przemysłowej eksterminacji Żydów polskich” (http://www.old.funbec.eu/teksty.php?id=193) [podkreślenie moje – TG]

Sformułowanie „przypomnieli sobie o masowych grobach w Katyniu w okresie planowania likwidacji getta warszawskiego”, zakłada, że istnieje jakiś związek przyczynowo-skutkowy, tzn., że planując likwidację getta postanowili swoją akcję „przykryć”, rozkręcając wokół zbrodni katyńskiej akcję propagandową z wyraźnym ostrzem antyżydowskim. Jest to teza trudna do udowodnienia, ponieważ musiałyby istnieć jakieś źródła mówiące o tym jak przebiegał proces „przypomnienia sobie”, kto, kiedy, gdzie i jak „sobie przypomniał”, Musiałyby istnieć ślady koordynowania działań różnych instancji i służb państwowych, świadectwa wspólnych ustaleń pomiędzy czynnikami wojskowymi na wschodzie, Ministerstwem Propagandy oraz czynnikami policyjno-wojskowo-administracyjnymi planującymi i przeprowadzającymi ostateczną likwidację warszawskiego getta. Żadnych takich dokumentów na ten temat dotychczas nie ujawniono.

Zapoznanie się, choćby pobieżne, z chronologią wydarzeń pokazuje, że sprawy dotyczące getta toczyły się własnym torem, czynniki niemieckie już jesienią 1942 r. były poirytowane, że przedłużająca się likwidacją getta; w październiku 1942 r. podjęto decyzję o przyspieszeniu przeniesienia produkcji do obozów koncentracyjnych, ale sprawy się przeciągały, potem zapadła decyzja, że getto ma być zlikwidowane do połowy stycznia 1943 r., 16 lutego zapadła kolejna decyzja o przesunięciu operacji. Wszystko to nie ma najmniejszego związku z chronologią i sekwencją wydarzeń związanych ze sprawami wokół odkrycia zbrodni katyńskiej. Zresztą getto zostało już w zasadzie zlikwidowane, prawie całą ludność deportowano, pozostało tylko około 50 tys. ludzi. Skoro wcześniej Niemcy żadnej propagandowej osłony nie uważali za potrzebną, to dlaczego mieliby jej potrzebować w kwietniu? Przed kim chcieli coś „zakryć”, skoro 4/5 deportacji i likwidacji getta już się dokonało?

Kampania propagandowa w sprawie zbrodni katyńskiej, która objęła cały obszar znajdujący się pod kontrolą lub pod politycznym wpływem Rzeszy, miała swoją własną logikę. Podyktowana była ogólną sytuacją wojenną i miała na celu osiągnięcie określonych ważnych celów politycznych i geopolitycznych. Należy ją rozpatrywać w tym szerokim kontekście – klęska pod Stalingradem, wzmożone bombardowania miast niemieckich, zapowiedź na spotkaniu w Casablance (styczeń 1943) prowadzenia wobec Niemiec polityki bezwarunkowej kapitulacji. W pogarszającej się sytuacji geostrategicznej Rzeszy chodziło o wykorzystanie zbrodni katyńskiej dla celów wewnętrznych – wywołanie u ludności strachu przed bolszewickmi „oprawcami z Katynia” i jej mobilizację do jeszcze większego wysiłku wojennego; adresatem byli także żołnierze, którym chciano uświadomić, co ich czeka jeśli wpadną w ręce wroga. „Katyń” miał symbolizować Niemcy i świat po zwycięstwie bolszewików. Ponadto, ponieważ media koalicji antyniemieckiej cały czas oskarżały Niemców o rozmaite zbrodnie, pragnęli oni – co oczywiste –wykorzystać Katyń jako propagandową przeciwwagę dla tych oskarżeń.

Choć sprawy te są powszechnie znane, przypomnijmy garść faktów dotyczących propagandowego wykorzystania zbrodni katyńskiej. Pod koniec marca 1943 r. lekarz medycyny sądowej i lekarz sztabowy z Grupy Armii Środek SS-Sturmbannführer Gerhard Buhtz nakazał rozkopanie miejsc, gdzie jak sądzono znajdowały się zwłoki, i jako pierwszy rozpoznał, że chodzi o masowe groby z setkami zwłok pomordowanych mężczyzn. Kiedy dokładnie informacja o tym – najpierw krążąca wśród instancji wojskowych – dotarła do Berlina nie jest całkiem jasne, ale gdzieś na początku kwietnia W każdym razie Goebbels dowiedział się o tym 8 kwietnia 1943 r. gdyż następnej nocy podyktował swojemu sekretarzowi, że w pobliżu Smoleńska bolszewicy po prostu „rozwalili” 10 000 jeńców i pochowali w masowych grobach; Goebbels pisał też, że bolszewicy starali się, aby znikły ślady ich haniebnego czynu. Zdaniem ministra egzekucje w Katyniu są świadectwem „przerażającego spustoszenia ludzkiej duszy”.

Następnego dnia minister udał się w podróż służbową do Essen i Monachium, zostawiając wytyczne swoim współpracownikom, którzy przekazywali informacje gazetom krajów neutralnych. Po czterech dniach Goebbels wrócił do stolicy i uzyskał pozwolenie do kanclerza Hitlera na nagłośnienie sprawy w Niemczech. Jak wiadomo, podstawowym celem Goebbelsa było włączenie sprawy Katynia do propagandy antybolszewickiej, wprowadzenie rozdźwięków w koalicji antyhitlerowskiej i naruszenie jej spójności.

Widać z tego jasno, że niemiecka akcja propagandowa w kwestii Katynia szła własnym torem i nie miała nic wspólnego z tym, co działo się w Warszawie w związku z likwidacją getta. Z punktu widzenia kierownictwa politycznego w Berlinie, rozgrywającego kartę katyńską na wysokim politycznym poziomie kwestia likwidacji getta i powstania w getcie było lokalnym, niewiele znaczącym epizodem. 14 kwietnia Goebbels zapisał w dzienniku, że będzie można użyć mordu w „antybolszewickiej propagandzie w wielkim stylu”; minister cieszył się, że „będziemy żyć z tego kilka tygodni”. Trzy dni później notuje, że sprawą Katynia rozwija się w gigantyczną aferę polityczną, która będzie miała szerokie reperkusje, i wykorzysta się ją w każdy możliwy sposób. W kolejnych dniach minister za ogromny sukces swojej propagandy uznaje zerwanie stosunków dyplomatycznych pomiędzy polskim rządem emigracyjnym a Związkiem Sowieckim, cieszy się, że zbrodnia katyńska stała się najważniejszym tematem wszystkich międzynarodowych dyskusji i że udało się sprawę Katynia przekształcić w wysoce polityczną kwestię. 29 kwietnia notuje, że polsko-sowiecki konflikt wokół Katynia ciągle jest w centrum uwagi, i że rzadko od początku wojny jakaś sprawa wywołała tak wielką publiczną dyskusję.

Dopiero 1 maja Goebbels zanotował w dzienniku: „Raporty z terenów okupowanych nie przynoszą nic sensacyjnie nowego. Godne uwagi są tylko nadzwyczaj ostre walki w Warszawie pomiędzy naszą policją, a częściowo nawet naszym Wehrmachtem a zrewoltowanymi Żydami. Żydom rzeczywiście udało się postawić getto w stan obrony. Niestety, posiadają po części dobrą broń niemiecką, przede wszystkim karabiny maszynowe. Bóg jeden wie, jak wpadła w ich ręce”.

Mimo iż przywoływany przez Janicką Tomasz Szarota uważa, że chodziło tutaj o zbieżność wyłącznie przypadkową („podjęta przez Niemców decyzja definitywnego unicestwienia warszawskiego getta zbiegła się w czasie z kampanią propagandową związaną z Katyniem”), upiera się ona przy tezie o nieprzypadkowej zbieżności pomiędzy nagłośnieniem zbrodni katyńskiej a likwidacją getta. Gdyby przyjąć logikę Janickiej, wówczas Niemcy, gdyby postanowili zlikwidować getto w listopadzie 1942 r., to by sobie już w listopadzie „przypomnieli” o Katyniu, zaś gdyby ze względów politycznych czy logistycznych przesunęli termin likwidacji o pół roku, to wtedy „przypomnieliby” sobie o Katyniu nie w kwietniu, a w październiku 1943 r.

Tezę, a właściwie hipotezę Janickiej uważam nie tyle za fałszywą – musiałbym znać „prawdę”, a skoro jej nie znam, więc nie będę wyrokować – co za wysoce nieprawdopodobną. Z chronologii i logiki wydarzeń wynika, że kwietniowa propaganda wokół zbrodni katyńskiej toczyła się niezależnie od tego, co działo się w Warszawie. Jednakże kwestia ewentualnego związku pomiędzy wydarzeniami w Warszawie a propagandą katyńską nie dawała mi spokoju.

W opublikowanym na łamach Nowej Debaty cztery lata temu tekście Vae victis, pisałem, że zarówno powstanie warszawskie, jak i powstanie w getcie były w zamierzeniach ich autorów formą politycznego piaru. Podejrzewałem, że w przypadku tego drugiego mogło chodzić o wywarcie moralnej presji na uczestników rozpoczynającej się 19 kwietnia 1943 r. (akurat w dzień wybuchu żydowskiej insurekcji) konferencji na Bermudach, co wpisywało się idealnie w szeroką kampanię propagandowo-polityczną środowisk żydowskich w USA związaną z tym angielsko-amerykańskim spotkaniem. Pójdźmy jednak tropem Janickiej i zapytajmy czy istniał jakiś związek pomiędzy akcją propagandy niemieckiej w sprawie Katynia a powstaniem w getcie. Pragnę postawić inną hipotezę, na której potwierdzenie nie dysponuję – podobnie jak Janicka – żadnymi źródłami. Po prostu wydaje mi się bardziej prawdopodobna.

14 kwietnia na łamach niemieckiej prasy zamieszczono pierwsze informacje o katyńskim odkryciu, w tym samym dniu w Warszawie w „Nowym Kurierze Warszawskim” ukazały się pierwsze podawane w Generalnym Gubernatorstwie wiadomości o zbrodni katyńskiej. Kolejne informacje zamieszczono w polskojęzycznych pismach w Krakowie i we Lwowie. Propaganda –co podkreśla Janicka – mówiła o „żydobolszewickiej zbrodni” w Katyniu. 19 kwietnia bojownicy żydowscy powitali ogniem Niemców wkraczających do getta – rozpoczęło się powstanie.

Należy brać pod uwagę, że Polacy zarówno w okupowanym kraju, jak i na emigracji byli ważnym adresatem niemieckiej propagandy katyńskiej, wszak to ich rodacy padli ofiarą zbrodni; chciano skierować ich gniew w stronę Sowietów i przerazić losem Polski, kiedy dostanie się pod władzę bolszewików. Nie można wykluczyć więc, że decyzja o stawieniu zbrojnego oporu wkraczającym do getta Niemcom i wywołaniu czegoś na kształt powstania podjęta została jako element kontr-propagandy. Powstanie w getcie byłoby próbą, choćby minimalnej, neutralizacji „wydarzenia medialnego wyreżyserowanego przez hitlerowców” (Janicka) wokół zbrodni katyńskiej. Nie ma przy tym znaczenia, czy była to samodzielna decyzja żydowskich bojowników czy też dostali sygnał z zewnątrz. ŻOB-owcy stanowili wszak partyzancki oddział angloamerykańsko-sowieckiej koalicji antyniemieckiej, więc działanie na taki sygnał lub rozkaz byłoby czymś całkowicie normalnym. Ale mogli też sami uznać, że w obliczu nagłośnienia zbrodni katyńskiej przez Niemców i przypisania jej autorstwa „żydobolszewikom”, potrzebna jest „propaganda czynu”.

Zatem powstanie w getcie można interpretować jako wydarzenie propagandowo-polityczne wyreżyserowane przez Żydowską Organizację Bojową (oraz Żydowski Związek Wojskowy) w odpowiedzi na narodowosocjalistyczną propagandę czyniącą z „żydokomuny” sprawcę zbrodni katyńskiej. Miało zademonstrować ówczesnej „opinii publicznej” w Polsce, że Żydzi są ofiarami a jednocześnie heroicznymi bojownikami walczącymi z Niemcami, czyli z tymi, którzy oskarżają ich o dokonanie zbrodni katyńskiej. Powstanie w getcie było dobrze pomyślanym i w sumie chyba udanym propagandowym kontr-posunięciem kierownictwa ŻOB-u.

Ponieważ zawsze staram się, niekiedy wręcz rozpaczliwie, znaleźć jakieś racjonalne wyjaśnienie działań politycznych podejmowanych przez polskie elity, odkryć „dowód”, że były podjęte w imię jakiegoś realnego interesu politycznego, kamień spadł mi z serca, gdy uświadomiłem sobie, że być może ta, na pozór całkowicie z wojskowego punktu widzenia bezsensowna akcja ŻOB-u, za którą, jak się wydawało, nie przemawiały żadne, absolutnie żadne, pragmatyczne względy, była jednak wykalkulowanym na zimno, racjonalnym politycznie, posunięciem piarowskim, służącym osiągnięciu określonych celów polityczno-propagandowych. Ponieważ powstanie w getcie jest częścią naszej historii, to hipoteza, że miało ono pewien konkretny, praktyczny i polityczny cel (a nie było opiewanym z patosem w rocznicowych przemówieniach „heroicznym samobójstwem” czy „desperackim aktem wyboru godnej śmierci z bronią w ręku” itp.), bardzo podnosi mnie na duchu.

*****

Za moich studenckich czasów wśród polskich teoretyków i historyków literatury toczył się spór pomiędzy strukturalistami a zwolennikami metody socjologicznej o nachyleniu marksistowskim. Do tych drugich należał profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Henryk Markiewicz (1922-2013). Osobiście sympatyzowałem raczej ze strukturalistami, ale ceniłem Markiewicza za filologiczną rzetelność i obronę – by tak rzec – metodologicznego zdrowego rozsądku w badaniach teoretycznoliterackich. Będąc już na emeryturze Markiewicz zaczął pojawiać się na łamach prasy codziennej zamieszczając glosy i komentarze, prostując błędne opinie, korygując faktograficzne nieścisłości, piętnując historyczne przekłamania. Bywały celne, lecz nie zawsze. Na przykład kilka lat temu na łamach „Gazety Wyborczej” krakowski uczony napisał:

Zaraza w Grenadzie! Waldemar Łysiak na łamach „Do Rzeczy” niedawno ogłosił pamflet na endecję, zarzucając jej, że była prorosyjska i miała „antypiłsudczykowskiego pierdolca”. Rafał Ziemkiewicz („Do Rzeczy”, nr 29) z kolei nazwał sanację „rządami brutalnych zbirów, bandziorów, miernot, których zupacka głupota połączona z zadufaniem doprowadziła Polskę do zagłady”’. Sławomir Cenckiewicz (tamże, nr 28) z aprobatą przytoczył list Stanisławy Kuszelewskiej z roku 1945, która pisała, że „już we wrześniu powstańcy dzielili się na nielicznych świętych i bydło”, „kradzież i pijaństwo nie miało granic”. Piotr Zychowicz w książce „Obłęd 44” traktuje przywódców Polski podziemnej jako obłąkańców lub zdrajców, i to działających z najniższych pobudek. Są to szczyty „pedagogiki wstydu”, z którymi najbardziej obrazoburcze wypowiedzi publicystów liberalnych czy lewicowych nie mogą się równać. A prezes Kaczyński milczy, choć rok temu grzmiał: ”Koniec z pedagogiką wstydu!”.

Pomińmy tu „grzmienie” i „milczenie” prezesa Jarosława Kaczyńskiego, ponieważ nie ma ono tu nic do rzeczy, i zastanówmy się, czy Markiewicz ma rację twierdząc, że są to szczyty „pedagogiki wstydu”, z którymi „najbardziej obrazoburcze wypowiedzi publicystów liberalnych czy lewicowych nie mogą się równać”. Wydaje się, że Markiewicz racji nie ma. Skupmy się na Zychowiczu, który oprócz Obłędu `44 napisał w tym duchu jeszcze Pakt Ribbentrop-Beck i Pakt Piłsudski-Lenin – są to teksty demaskatorskie, obrazoburcze, rewidujące dotychczasowe ustalenia historyków i kwestionujące polityczno-patriotyczne mity na temat sanacji, Piłsudskiego, Becka, Armii Krajowej, Bora-Komorowskiego itd. Głoszone w nich tezy mogą z pewnością wzbudzić emocjonalny sprzeciw ze strony wielbicieli Marszałka, bezkrytycznych chwalców Armii Krajowej czy wreszcie animatorów polityki pamięci, poszukujących w naszej historii „pozytywnych wzorców osobowych”, ale – wbrew temu co suponuje Markiewicz – nie są to przykłady „pedagogiki wstydu”. Zychowicz nie każe współczesnym Polakom wstydzić się za sanację, za Piłsudskiego, za Becka, za Armię Krajową, za Bora-Komorowskiego, nie każe im posypywać głów popiołem, wyznawać win, przepraszać za grzechy przodków. A tego właśnie domagają się od współczesnych Polaków „publicyści liberalni czy lewicowi”, których egzemplarycznym typem jest Jan Tomasz Gross – aby „rozliczyli się z mroczną przeszłością”, „wzięli na siebie odpowiedzialność” za grzechy popełnione przez ich dziadów ponad 70 lat temu, „dokonali moralnego rozrachunku” i tym podobne, wielokroć powtarzane formuły (mające ewidentny posmak religijny).

Książka Jana Tomasza Grossa Sąsiędzi jest instrumentem „pedagogiki wstydu”, czego dowodem jest fakt, że po jej lekturze prezydent Aleksander Kwaśniewski tak się zawstydził, iż postanowił publicznie, jako głowa państwa, a zatem „w imieniu narodu”, „przeprosić za Jedwabne”, natomiast książki Zychowicza – nie są, ponieważ nie zachęcają żadnego polityka, duchownego czy intelektualisty, nie mówiąc już o przeciętnym Polaku, do „przepraszania za Piłsudskiego (Becka, Bora-Komorowskiego, powstanie warszawskie)”. Każdego uderzyłaby natychmiast absurdalność takich przeprosin. Zychowicz, w roli odbrązowiacza, może bulwersować, ranić czyjeś „patriotyczne uczucia”, wywoływać u czytelnika gniew i oburzenie, natomiast teoretycy i praktycy „pedagogiki wstydu” pragną współczesnych Polaków właśnie zawstydzać czynami ich odległych przodków. Nie są oni ani obrazoburczy, ani krytyczni, są jedynie „moralnymi dręczycielami narodu”. Zychowicz demaskuje „polityczną głupotę” dawnych polskich elit, co może być przydatne dla polskiej myśli politycznej i polskiej polityki, natomiast „publicyści liberalni czy lewicowi” każą nam wpatrywać się w lud – w „sąsiadów z Jedwabnego” i „kopaczy złota z Treblinki”– tak długo i intensywnie, aż poczujemy z nimi więź moralną i emocjonalną, i zawstydzimy się tym, co robili, a właściwie tym, co my robiliśmy ich rękami. Odwoływanie się do „zbiorowego wstydu” za czyny, których nie popełniliśmy jest najzwyklejszą w świecie psychologiczną manipulacją, zaś owe rzekomo „obrazoburcze wypowiedzi publicystów liberalnych czy lewicowych” są całkowicie jałowe pod względem poznawczym i intelektualnym, ponieważ kwestionują wyłącznie potoczne przekonania i wyobrażenia (obalają mity z czytanek szkolnych).

Markiewicz nie dostrzegł zasadniczej różnicy pomiędzy dwoma strategiami: Zychowicz opisuje i piętnuje błędy i przywary elit (co wpisuje się też częściowo w długą i szacowną tradycję krytyki polskiego „charakteru narodowego”), „pedagogika wstydu” zaś obejmuje całą współczesną „wspólnotę narodową” będącą podmiotem winy za dawne grzechy i przedmiotem dzisiejszego zawstydzania. Zychowicza interesują przede wszystkim aspekty polityczne naszej historii, natomiast teoretycy i praktycy „pedagogiki wstydu” zainteresowani są jej aspektami moralnymi, dającymi szerokie możliwości „manipulowania sumieniami”. Owszem, po lekturze książek Zychowicza może u czytelnika pojawić się wstyd z tego powodu, że mieliśmy taki marną warstwę przywódczą, ale ma to mało wspólnego z „pedagogiką wstydu”, która w Polsce jest lokalną odmianą praktyki dość powszechnej w krajach tzw. Zachodu (wstydu za rasizm, za kolonializm, za prześladowania „Obcych” etc.).

Dodajmy na koniec, że „pedagogika wstydu” w sposób naturalny przechodzi w pedagogikę dosłowną. W trakcie debaty „Komu wolno żyć w Polsce?”, zorganizowanej przez Krytykę Polityczną 21 września 2015 roku i prowadzonej przez Sławomira Sierakowskiego Jan Gross (oprócz niego w debacie udział wzięli Aleksander Smolar, Anna Bikont i Marcin Zaremba) postulował (44.min 50 sek.), aby Ministerstwo Edukacji przeprowadziło wielką akcję edukacyjną polskiej młodzieży w celu dogłębnego zapoznania jej z historią „mordowania Żydów przez Polaków”. Nie słyszałem, żeby Zychowicz kiedykolwiek domagał się czegoś podobnego od ministerialnych urzędników, i tego nie oczekuję, choć przecież jego książki, niewątpliwie reprezentujące „historiografię krytyczną” [*], mogłyby pobudzić intelektualnie młodzież wyższych klas liceów i studentów o wiele silniej niż, pełne potępień, nawoływań do nawrócenia i pokuty, kazania świeckich katechetów i „moralnych dręczycieli narodu” w rodzaju Jana Tomasza Grossa.

Tomasz Gabiś

www.tomaszgabis.pl
Napisz do autora na adres: tomasz.gabis@gmail.com

[*] Ostatnie lata przyniosły prawdziwy wysyp pozycji zaliczanych do tego nurtu np. Andrzej Leon Sowa, Kto wydał wyrok na miasto? Plany operacyjne ZWZ AK (1940-1944) i sposoby ich realizacji, Marek Kamiński, Ostatnia tajemnica marszałka Piłsudskiego, Janusz Choiński, Europa 1933 – 1939. Zaczarowane koło zaprzeczeń, tenże, Sojusz Piłsudski – Hitler, Robert Michulec, Ku wrześniowi 1939 (cz.1), Ku wrześniowi 1939. Zbrojne ramię sanacji (cz.2), Grzegorz Górski, Wrzesień 1939. Nowe spojrzenie, Sławomir Suchodolski, Jak sanacja budowała socjalizm, Lech Mażewski, Oblany egzamin z polityki: o narodzinach, istnieniu i upadku państwa polskiego w latach 1806-1874.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułŚwięto państwa, które nie powstało
Następny artykułWyprawa po norweski gaz
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/