Wyprawa po norweski gaz

0

Gaz z Norwegii jest jednym z najbardziej w Polsce rozpowszechnionych mitów politycznych. Podtrzymywany latami, obrosły legendą, mający swoich pozytywnych i negatywnych bohaterów. Pomimo przedstawiania faktów, dokumentów, odtajnionych protokołów, a także oficjalnych oświadczeń firm, mit norweskiego gazu trwa. Już ponieśliśmy dwie porażki a wszystko wskazuje na to, że szykuje się następna. Obecny rząd powrócił bowiem do pomysłów dywersyfikacji dostaw gazu, a flagowym projektem PGNiG ma być rurociąg, łączący Polskę bezpośrednio ze złożami norweskiego gazu. Warto więc dzisiaj przeanalizować pierwszą poważną próbę gazowej dywersyfikacji, podjętą za rządów Akcji Wyborczej Solidarność i premiera Jerzego Buzka w latach 1997 – 2001. Historia ta dobrze ilustruje niemoc i błędy polskiej polityki energetycznej dążącej do dywersyfikacji. Tamta pierwsza próba winna być nauką dla obecnego obozu rządzącego, jednak, jak sądzę, raczej z niej nie skorzysta.

Uwarunkowania

Po zmianie ustroju Polska stanęła przed problemem, jak zapewnić sobie źródła energii inne niż węgiel. Według ówczesnych analiz, gaz z Norwegii kosztowałby 120 procent ceny gazu rosyjskiego, a LNG sprowadzany z Algierii statkami 140%. Przy tym nie zyskiwalibyśmy dochodów z tranzytu. Wybrano zatem Rosję i 25 sierpnia 1993 r. zawarto porozumienie rządowe w sprawie budowy rurociągu jamalskiego, a następnie kontrakt między PGNiG i Gazpromem, zapewniający dostawy na 20 lat. Dokumenty te nie tylko zapewniały, ale wręcz zobowiązywały nas do odbioru surowca pod rygorem klauzuli „bierz albo płać”, czyli konieczności zapłaty także za niepobrany gaz. Jest to klauzula w takich projektach powszechna i umożliwia ich realizację. W 1997 r. popłynął przez Jamał pierwszy gaz do Niemiec, a we wrześniu 1999 r. ukończono budowę rurociągu przez Polskę. Rozpoczęły się dostawy gazu do Polski i – tranzytowe – do Niemiec.

Rola państwa tranzytowego jest korzystna ekonomicznie – za przesył uzyskuje się dochody, które zostały przez nas zaprzepaszczone. Dlaczego? Otóż w tym samym czasie, gdy budowano rurociąg jamalski, (i zaczynano przeprowadzać radykalne plany dywersyfikacji), PGNiG bankrutowało. Przyczyną była polityka państwa – do 1999 r. obowiązywały ceny urzędowe, określane przez Ministerstwo Finansów, które, aby ochronić gospodarstwa domowe, nie zgadzało się na podniesienie cen coraz kosztowniejszego gazu.

Z powodu dramatycznej sytuacji finansowej, PGNiG nie opłaciło swoich zobowiązań związanych z budową Jamału, co groziło tym, że rurociąg mógł w ogóle nie powstać. Rosjanie zaproponowali wówczas sfinansowanie całej inwestycji, ale postawili warunki, z których najdotkliwszym dla nas było obniżenie opłat tranzytowych. Zdecydowaliśmy się je przyjąć i w 1999 r. zawarto 20-letni kontrakt tranzytowy, przewidujący obniżenie stawek za przesył gazu rosyjskiego – z 1,35 dolara do 0,9 dolara za 1000 m³ (metrów sześciennych) na odcinku 100 km.

Pod koniec rządów AWS – w grudniu 2000 r. zaczęto, podnosząc ceny gazu, reanimować PGNiG. Jednak sytuacja firmy było tak zła, że w październiku 2001 r. Urząd Skarbowy zablokował konta spółki, pomimo prób pomocy ze strony ministra skarbu i finansów. Jak na ironię losu – PGNiG pomógł wówczas tylko Gazprom, odraczając płatności za dostawy.

Jednocześnie planowano sprzedać PGNiG na podstawie planu restrukturyzacji, przewidującego sprzedaż zagranicznym inwestorom spółek dystrybucyjnych, i w efekcie – wyprzedaż polskiego rynku gazu. Odbywały się już rozmowy z zainteresowanymi firmami.

Ponadto starania o dywersyfikację odbywały się w sytuacji, gdy w PGNiG trwała karuzela kadrowa. W czasie 4 lat funkcję prezesa zarządu pełniły po kolei cztery osoby, w składzie rady nadzorczej spółki aż 9-krotnie dokonywano zmian, przy czym tylko raz była ona związana z końcem kadencji. W takich warunkach niezmierne trudno jest skutecznie zrealizować ambitne projekty. Taka niestabilna sytuacja nie budzi także zaufania partnerów. W tych niesprzyjających okolicznościach podjęto decyzję o dywersyfikacji, czyli sprowadzania do Polski norweskiego gazu.

Norwedzy chcą, ale przez Niemcy

Norweski potencjał gazu ziemnego jest imponujący. Zasoby są znacznie większe niż polskie (1900 mld m³ wobec polskich 0,1 mld ), co daje Norwegii 16. miejsce w świecie. Jednak wydobycie jest intensywne, dlatego Norwegia zajmuje trzecie miejsce w światowym rankingu eksporterów gazu (w 2014 r. Rosja wyeksportowała 179 mld m³, a Norwegia 107). Praktycznie cały gaz jest sprzedawany na europejski rynek, m.in. do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Belgii i Francji, gdzie ma 20 – 40 procent rynku. Norwegia zaspokaja 20% potrzeb Europy, podczas gdy Rosja – 35%.

Norwedzy w latach 90. podwoili produkcję gazu (z 25 mld m³ w 1993 r. do 54 mld w 2001 r.), wybudowali potężną sieć rurociągów na Morzu Północnym łączących złoża z kontynentem. Powstały rurociągi Zeepipe do Belgii w 1993 r., do Norpipe działającego od 1977 r. dodano kilka nowych: do Niemiec – Europipe I w 1995 r. i Europipe II w 1999 r., a do Francji Franpipe w 1998 r. Te nowe rury mogły przesyłać 74 mld m³ rocznie.

Rurociągi budowano do najbliższego brzegu kontynentalnej Europy – tam był rynek, który można było zaopatrzyć, który potrzebował dużych ilości gazu. Do Polski było za daleko i popyt był zbyt mały, by budować specjalny rurociąg. Dlatego Norwedzy już w połowie lat 90. oferowali nam dostawy gazu do granicy Niemiec. Jesienią 1995 r. oddano do użytku niemiecki gazociąg NETRA, kończący się w miejscowości Bernau pod Berlinem, w odległości zaledwie 50 kilometrów od polskiej granicy. Wtedy też proponowano Polsce dostawy i już w 1996 r. można byłoby odbierać 2,5 mld m³ gazu rocznie. Po wybudowania rury do Szczecina połączylibyśmy się ze zintegrowanym systemem gazowniczym Europy Zachodniej, a poprzez terminal w Emden – ze złożami norweskimi. Omawiane wtedy drugie rozwiązanie – gazociągiem morskim do Niechorza (5 mld m³ rocznie) miało wyraźne zastrzeżenie – będzie możliwe jedynie po zagospodarowaniu nowych złóż i przy pełnym wykorzystaniu istniejącej sieci rurociągów na Morzu Północnym. Oferta została odrzucona.

Później, już w okresie rządu Jerzego Buzka, w pierwszej połowie 1998 r., Norwedzy przedstawili trzy opcje przesyłu gazu do Polski. Pierwsza – „niemiecka” była podobna do tej z 1995 r. i zakładała transport 2-3 mld m³ gazu rocznie z niemieckiego terminalu w Emden do Bernau. Poza tym – dwa rurociągi morskie o przepustowości 4-5 mld m³ gazu rocznie z Kärstø w Norwegii przez Danię albo Szwecję do Niechorza. Koszty budowy tysiąca kilometrów rurociągu do Niechorza szacowano na miliard dolarów, który Norwedzy chcieli zainwestować, a w Polsce miano zbudować 80 km rury do Goleniowa. Norwedzy żądali jednak zakupu 8 miliardów m³ rocznie gwarantowanych przez polski rząd, a także długoterminowego kontraktu „bierz albo płać”. Pierwsze dostawy planowano w 2004 r.

„Mały kontrakt”, ale czy norweski?

Jednak negocjacje nie przynosiły efektów. Norwedzy nieprzekonani do polskiego pomysłu dywersyfikacji, chcieli sprzedawać gaz, więc postawili warunek: kupujecie teraz gaz dostarczany do Niemiec albo zapomnijcie o wielkiej rurze. Rozpoczęto więc negocjacje w sprawie tzw. „małego kontraktu norweskiego” – ofertę sprzedaży Polsce gazu przez, istniejący już od 1995 r., gazociąg NETRA. Kontrakt na dostawy do Polski 500 mln m³ gazu rocznie w latach 2001-2006, podpisano 4 maja 1999 r. w Norwegii, a uroczystość uświetniła obecność premiera Buzka. Mieliśmy zbudować połączenie naszego systemu gazowniczego do granicy z Niemcami na wysokości Szczecina. Przed podpisaniem „małego kontraktu” zwolniono zarząd PGNiG za zbyt wolne tempo negocjacji i za brak przekonania do potrzeby dywersyfikacji.

Kontrakt był mały i raczej nie polsko-norweski, ale polsko-niemiecko-norweski, bo dostarczali gaz Norwedzy, ale obsługiwali Niemcy. Gaz do Polski trafiał nie bezpośrednio z Norwegii, tylko z niemieckiego systemu gazowego (na zasadzie „swap” – wymiany ilościowej produktu). Wbrew nazwie trudno ten kontrakt określić jako „norweski” – realnie dostarczano bowiem pół miliarda metrów gazu z Rosji, reeksportowanego przez niemieckiego pośrednika, co oczywiście kosztowało drożej. Jak przyznał prezes PGNiG Andrzej Lipko, ten „norweski” gaz był około 30% droższy od rosyjskiego. Taka była cena za wielki kontrakt, który mielibyśmy zawrzeć w przyszłości (ostatecznie ustalono, że gaz nie będzie płynął do Szczecina, a do Lasowa koło Zgorzelca – tam rurociąg już był).

19 stycznia 2001 r. uroczyste rozpoczęcie dostaw gazu zaszczycił sam premier Buzek, kierownictwo Ministerstwa Gospodarki i PGNiG (był to przecież „symboliczny przełom”). Na uroczystości nie pojawił się natomiast ani przedstawiciel Statoil, ani rządu norweskiego.

Rzeczywisty charakter tego „norweskiego” kontraktu był można było dostrzec, gdy 15 września 2004 r. przedłużono dostawy o 2 lata (do 2008 r.), ale już tylko z niemieckimi firmami VNG i Ruhrgas. Norwedzy nie mieli tu czego szukać, bowiem kontrakt od początku niewiele miał wspólnego z ich gazem.

„Mały kontrakt norweski” był jedynym konkretnym efektem powyżej opisanych działań i stanowił spory ciężar dla polskiej spółki gazowej, przeżywającej wtedy ciężkie chwile. Marek Kossowski, prezes PGNiG, twierdził że „kupujemy od Norwegów prawie 0,5 mld m³ gazu. Kontynuujemy podpisane wcześniej kontrakty, pomimo ich wysokiej ceny. Mamy na tych kontraktach marżę ujemną i w efekcie ujemna jest cała marża na imporcie gazu”. Próbował renegocjować kontrakt. Bez rezultatu.

Dalsze negocjacje

Polski rząd, kupując drogi rosyjski gaz za pośrednictwem Niemców, dowiódł swojej determinacji, więc rozpoczęto właściwe negocjacje. Premier Buzek ponaglał – w kwietniu 2000 r. ogłosił, że w już lipcu dojdzie do sfinalizowania umowy pomiędzy Polską i Norwegią w sprawie budowy gazociągu podmorskiego. Jednak 3 lipca podczas wizyty premiera Norwegii Jensa Stoltenberga w Polsce podpisano zamiast umowy jedynie wspólną deklarację.

Nie dotrzymano również kolejnego terminu do końca grudnia 2000 r. Na przeszkodzie stanęła bowiem kluczowa kwestia: Norwegowie żądali gwarancji rządowych oraz oferowali cenę o 25-30% wyższą od rosyjskiej. Żądania prezesa Andrzeja Lipko, by norweski gaz kosztował tyle, ile na niemieckim wybrzeżu w Emden, zostały odrzucone. Uzasadniano to prosto – o wiele dłuższy rurociąg, wysokie koszty budowy, małe ilości kupowanego przez Polskę gazu. Polska deklarowała zakup 5 miliardów m³, a Norwedzy za absolutne minimum uważali 8 miliardów. Na brakujące 3 miliardy trzeba było więc znaleźć nabywcę. Co prawda Niemcy chcieli kupić gaz z Niechorza dla swoich wschodnich landów, ale pod warunkiem, że będzie tańszy niż w Emden, a to było nierealne. Szukaliśmy więc klientów na ten gaz, pytając Czechów, Słowację, Litwę, Łotwę, Estonię, a nawet Węgry, Ukrainę i daleką Chorwację. Wszystko kończyło się na deklaracjach zainteresowania, i to w dodatku „wstępnych”, bez żadnych zobowiązań na piśmie.

Dania

Gdy po podpisaniu „małego kontraktu” i wywieraniu przez Polskę nacisków, Norwedzy dalej nie chcieli się zdecydować, Polska rozegrała kartę duńską. W lutym 2000 r. PGNiG i jego duński odpowiednik Dansk Olie og Naturgas A/S (DONG) podpisali oświadczenie na temat eksportu gazu z Danii do Polski i budowy gazociągu Baltic Pipe. Naciskano także na Statoil, gdyż bez niego połączenie z zasobnymi norweskimi złożami było niemożliwe. Po roku, w marcu 2001 r. Statoil zgodził się na dopisanie go do tego projektu, jednak nie chciał podjąć żadnych wiążących zobowiązań. Problemem, blokującym ten wariant przesyłu była – nieakceptowalna dla Norwegów – wysokość stawek transportowych przez terytorium Danii. Tak więc DONG i PGNiG utworzyły konsorcjum bez Norwegów (2/3 udziałów miał DONG, a 1/3 PGNiG) planując przeprowadzenie rury z Danii do Polski. W lipcu tego roku firmy te podpisały kontrakt na dostawy 2 miliardów m³ gazu rocznie (razem przez osiem lat – 16 mld m³). DONG miał w ciągu 3-4 lat wybudować rurociąg Baltic Pipe – 230 km przez Bałtyk z brzegów Zelandii do Niechorza. Koszt szacowano na 350 mln euro i miała go w całości sfinansować strona duńska.

Uroczystość rozpoczęcia transportu uświetniła obecność premierów Polski i Danii. W ramach oficjalnych oświadczeń, premier Buzek podkreślił, że dywersyfikacja dostaw oznacza wzrost bezpieczeństwa gospodarczego Polski i możliwość obniżki cen dla odbiorców. W rzeczywistości była to tylko „możliwość” i to niezbyt realna. Cena gazu w kontrakcie była bowiem, według Andrzeja Lipki, „nieznacznie wyższa” od rosyjskiej, choć „zdecydowanie niższa” od propozycji norweskich. Premier Buzek i wicepremier Steinhoff zapewniali, że jest „korzystna”.

Jednak Duńczycy wiązali z rurociągiem przez Bałtyk całkowicie odmienne plany – zależało im na połączeniu, które zagwarantuje im import rosyjskiego gazu przez Polskę. DONG zapowiadał, że będzie zabiegać o przedłużenie gazociągu w Polsce na wschód. Polscy politycy uznawali bowiem za gwaranta naszego bezpieczeństwa energetycznego Danię, której zasoby gazu są mniejsze niż polskie, a która po przewidywanym obniżeniu wydobycia chciała importować go z Rosji. W końcu zrealizowała ten plan, kupując dostawy przez Nord Stream.

Wielka uroczystość

Polsko-norweskie negocjacje trwały 17 miesięcy; aż przyszedł czas wyborów. Na trzy tygodnie przed wyborami parlamentarnymi w Polsce i na tydzień przed wyborami w Norwegii 3 września 2001 r. premierzy Polski Jerzy Buzek i Norwegii Jens Stoltenberg podpisali w Oslo deklarację, a wieloletni kontrakt na dostawy 74 miliardów m³ sygnowali przedstawiciele polskiego PGNiG oraz producenci gazu z norweskiego szelfu – Statoil, Norsk Hydro, TotalFinaElf, NorskeShell, Mobil. Rozpoczęcie dostaw 2,5 mld m³ surowca planowano na 2008 r., a od 2011 r. do 2024 r. miały wynieść one 5 mld m³ rocznie. Norwedzy podjęli się na własny koszt budowy całego rurociągu długości 1100 kilometrów. Kontrakt zawierał warunek „bierz lub płać”, jednak nie zakazywał reeksportu. Premier Buzek uznał kontrakt norweski za największy sukces rządu Polski od czasu wejścia do NATO.

Obecnie jest on uznawany za „symboliczny” – wielokrotnie przywołuje się go jako przykład zaprzepaszczonej szansy na uniezależnienie się od rosyjskiego dostawcy gazu. Jednak realnie nie był to, jak głosi legenda, twardy, wiążący kontrakt, ale miał bardziej charakter oświadczenia woli i zawierał klauzule umożliwiające łatwe jego uchylenie. Jego realizacja uzależniona była od tego, czy Norwegom uda się sprzedać dodatkowe 3 mld m³ gazu rocznie. Budowa bezpośredniego rurociągu była bowiem uwarunkowana przesyłem co najmniej 8 miliardów m³, a Statoil żądał gwarancji odbioru przez Polskę 5 miliardów m³. Peter Mellbye, wiceprezes ds. gazu, mówił jasno: „bez takich gwarancji kontraktu nie będzie”. Tak więc na 3 mld m³ gazu Norwedzy mieli znaleźć odbiorców w Szwecji lub w innych krajach. Zastrzegli więc sobie prawo do wycofania się z kontraktu do końca 2002 r. gdyby nie udało im się sprzedać brakujących ilości. Było jednak oczywiste, że oficjalne rządowe prognozy zużycia gazu są całkowicie błędne i w 2008 r. nie ma w Polsce miejsca na dodatkowe 5 mld m³ gazu z Norwegii.

Do dzisiaj spornym elementem kontraktu norweskiego jest cena gazu. Był on z pewnością droższy od rosyjskiego. Premier Miller, którego rząd odziedziczył ten kontrakt, twierdził, że jest droższy o 30%, natomiast prezes Piotr Woźniak utrzymuje, że różnica wynosiła jedynie „plus minus 7%” w stosunku do ceny Gazpromu. Oficjalnie utrzymywano, że na zachodniej granicy jego koszt miał być „niewiele droższy” niż dostarczony tam gaz rosyjski. Jednak warto przytoczyć pełną wypowiedź prezesa Lipko z PGNiG: „EuRoPol Gaz za przesył surowca stosuje ceny zaniżone, nie uwzględniające potrzeb ekonomicznych firmy. Jeśli EuRoPol Gaz urealni wysokość opłaty przesyłowej, to w Polsce północno-zachodniej gaz norweski będzie miał konkurencyjną cenę wobec gazu rosyjskiego”. „Jeśli” i nie „tańszy”, ale „konkurencyjny”. Nie mamy więc do czynienia z bezspornie ustalonymi faktami. Sytuacja ta jest dla Polski dość typowa: fundamentalne sprawy są po 15 latach wciąż utajnione, choć ówczesne warunki i tajemnice handlowe nie mają już żadnego znaczenia. Jednak dzięki temu można budować i podtrzymywać legendę norweskiego gazu, a zwalczające się strony mogą bez końca powtarzać swoje sprzeczne wersje.

Podczas uroczystości politycy składali deklaracje całkowicie rozbieżne z rzeczywistym stanem rzeczy. Premier Buzek oświadczył, że podpisanie kontraktu norweskiego sprawi, że „w przyszłości konsumenci będą to mogli odczuć w postaci niższych cen”. Jak jednak można, kupując droższy gaz, zapewniać konsumentów, że jego cena będzie niższa?

Konflikt w rządzie i rozwiązanie kontraktu

W trakcie zatwierdzania umowy na pokładzie rządowego okrętu wybuchł bunt. Pani minister skarbu Aldona Kamela-Sowińska w ostatnich dniach urzędowania powołała nową radę nadzorczą PGNiG (starej skończyła się kadencja), w której przewagę zyskali przeciwnicy umowy. Nowy przewodniczący Rady, Andrzej Arendarski chciał renegocjować umowę, twierdząc że „kontrakt norweski jest nieskuteczny, niepotrzebny i za drogi”.

Dlaczego? Już w czasie negocjacji zarząd PGNiG wiedział, że kontraktowi norweskiemu musi towarzyszyć zmniejszenie dostaw od Gazpromu, a to wymagało zgody drugiej strony. Bez renegocjacji ilości gazu z Rosji, kontrakt norweski pozostaje mrzonką, którą można wykorzystywać przed wyborami, jednak realnie jego wejście w życie jest uzależnione od Rosjan, przeciwko którym został zawarty. Gdy w polskim rządzie dowiedziano się o tym, wiceminister skarbu Barbara Litak-Zarębska oskarżyła PGNiG o „działanie w złej wierze”, uznając że podpisanie kontraktu norweskiego przed renegocjowaniem kontraktu jamalskiego mogłoby być uznane za „działanie na szkodę państwa”. Jego zatwierdzenie stawiało polski rząd i PGNiG w dramatycznej sytuacji negocjacyjnej wobec Rosji i Gazpromu. Gdy we wrześniu 2001 r. pani wiceminister skarbu Litak-Zarębska informowała o tym premiera Buzka, pisała: „ujawnienie ww. informacji stanowi ryzyko kompromitacji Polski na arenie międzynarodowej”.

Jednak premier Buzek był tak zdeterminowany, że na posiedzeniu rządu w dniu 3 października 2001 r. pytał ministra Karbownika o krajowe wydobycie: „czy Polska nie może na przykład zejść na miliard m³?” Był to wyraz skrajnej determinacji –chciano ograniczyć produkcję krajową, w sektorze zatrudniającym tysiące pracowników i na dodatek dostarczającym najtańszy gaz.

W końcu Norwedzy nie znaleźli dodatkowych odbiorców, a w Polsce na dodatkowe 5 miliardów nie było popytu. Pod koniec 2002 r. Statoil informował, że „postęp w rozmowach ze Szwecją jest zerowy”, jednocześnie szukał zbytu na swój gaz i oferował Niemcom większe zakupy surowca, gdyż, jak stwierdzał wiceprezes Mellbye, „transport przez Niemcy dla małych ilości gazu to jedyna realistyczna opcja”. Drugiego grudnia 2003 r., czyli półtora roku po jego podpisaniu, Statoil i PGNiG poinformowały o unieważnieniu „dużego” kontraktu norweskiego. Jak stwierdzono we wspólnym komunikacie: „wobec braku możliwości sprzedaży gazu na rynki skandynawskie, które miały wynosić ok. 3 mld m³ oraz braku możliwości ulokowania na rynku polskim dodatkowej ilości ok. 5 mld m³ gazu ziemnego rocznie, nie zostały spełnione podstawowe założenie ekonomiczne przedsięwzięcia”. W lutym 2004 r. Rada Ministrów zrezygnowała z zatwierdzenia długoterminowej „Umowy Sprzedaży Gazu” z 3 września 2001 r. Przez wiele lat podobnie dogorywał kontrakt duński. Zarząd PGNiG wielokrotnie przedłużał jego obwiązywanie, aż ostatecznie wygasł on z końcem 2004 r.

Odrzucone alternatywy

Jakie były efekty tej polityki? Dwa podstawowe – odrzucenie tańszych i pewniejszych alternatyw dla kontraktu norweskiego oraz brak rozwiązania problemu z nadmiernymi ilościami gazu, zakontraktowanymi w Gazpromie.

Równocześnie ze staraniami o norweski gaz, rząd polski blokował inne rozwiązania mogące zabezpieczyć dostawy, odwracał się od innych sposobów dywersyfikacji, choćby zakupu gazu od zachodnich firm czy budowy połączeń z Niemcami.

Po pierwsze powiedziano „nie” ofercie Gasunie, holenderskiej państwowej spółce, z którą negocjowano jeszcze za rządów SLD w 1996 r. Holendrzy złożyli ofertę dostaw do Polski 2 mld m³ rocznie holenderskiego gazu przez 15 lat. Przez trzy lata Holandia miała dostarczać własny gaz, później PGNiG mogło pobierać w ramach holendersko-rosyjskiego kontraktu rosyjski gaz z rurociągu jamalskiego. Gasunie miała, na wypadek problemów, do końca kontraktu (15 lat) gwarantować utrzymanie możliwości awaryjnego przesyłu z Holandii. Gasunie chciało wysyłać gaz do Polski z Holandii przez Niemcy od października 1999 r. a połączenie Niemiec z Polską miało zbudować PGNiG. Cena oczywiście byłaby wyższa od gazu rosyjskiego.

Holendrom odmówiono. Wicepremier Steinhoff w marcu 1999 r. podjął decyzję o „wstrzymaniu podpisania kontraktu z firmą Gasunie, którego realizacja w formie „swap” oznaczałaby przyjęcie przez Polskę gazu rosyjskiego, w ramach kontraktu Gasunie – Gazprom.”

Podobnie było z rurociągiem Bernau – Szczecin. Mógł on szybko i niewielkim kosztem zabezpieczyć dostawy z Niemiec. Jednak zagrażał głównemu projektowi: „jeśli to połączenie powstanie, oznacza to koniec dużego kontraktu z Norwegami” – twierdziła minister Litak-Zarębska. Podobne warunki stawiali w negocjacjach także Norwedzy, a w polskim rządzie temu wariantowi przeciwstawiał się zespół ds. dywersyfikacji dostaw gazu, uważając że „wprowadzenie na polski rynek 3 do 5 mld m sześc. gazu rocznie z terenu Niemiec podważałoby ekonomiczne podstawy dużego kontraktu norweskiego”.

Zupełnie nie przejmowano się więc skargami Aleksandra Gudzowatego, animatora projektu, który oskarżał polski rząd, że „faworyzuje przedsiębiorcę norweskiego – poprzez niegospodarną decyzję o kontrakcie droższym, z mniejszym udziałem kapitału polskiego, czyli ‚rury norweskiej’, podczas gdy jest do dyspozycji rozwiązanie o wiele tańsze i szybsze, stanowiące prawdziwą dywersyfikację, czyli połączenie się z siecią europejską”.

Prezes PGNiG Andrzej Lipko uważał, że to rozwiązanie to pozorna dywersyfikacja, „ponieważ to nie jest bezpośrednie połączenie z nowym, innym niż rosyjskie, źródłem gazu”. Broniono więc dostępu do rynku dla realnych alternatyw, zabezpieczających przed oczekiwanym zakręceniem rosyjskiego kurka, gdyż rząd był przejęty nie zabezpieczeniem dostaw, ale odcinaniem się od rosyjskiego gazu.

Trudno więc, by nie odrzucono najważniejszej oferty tamtego okresu – drugiej nitki rurociągu jamalskiego, tzw. „pieremyczki”, czyli projektu, mogącego zmienić relacje gazowe z Rosją; dzięki niemu mogliśmy odrobić niekorzystne warunki kontraktu na pierwszą nitkę. Równolegle bowiem z opisywanymi wydarzeniami, konsorcjum niemiecko-włosko-francusko-rosyjskie zabiegało o jego budowę. Rząd, pod naciskiem zespołu ds. dywersyfikacji, odpowiedział „nie”. Swoją decyzją dał – chcąc nie chcąc – początek projektowi Nord Stream, czyli rosyjsko-niemieckiemu gazociągowi przez Bałtyk.

Przekontraktowanie

Przez te lata zaniedbaniem najważniejszym i bardzo kosztownym był brak rozwiązania problemu rosyjskich dostaw. Rząd Jerzego Buzka, tak przekonany do dywersyfikowania dostaw, pozostawiał Polskę „przekontraktowaną” – z nadmiernymi wobec naszych potrzeb ilościami gazu, który zobowiązaliśmy się kupić ze wschodu. Przez całą kadencję nie zajmowano się sprawą zobowiązań, jakie podjęliśmy w kontrakcie jamalskim, chociaż coraz wyraźniej widać było, że ilości gazu z kontraktu z 1996 r. były zbyt duże.

Obowiązek nabycia zbyt dużych ilości gazu katastrofalne wręcz następstwa miałby w 2010 roku, kiedy to planowano 4,2 mld m³ krajowego wydobycia (sprawdziło się), a zobowiązania importowe wynosiły aż 26 miliardów m³. Już sam rosyjski kontrakt dawał 18,5 mld m³ rocznie (12,5 z kontraktu jamalskiego i 6 z pozostałych zakontraktowanych dostaw z Rosji). Kontrakt norweski zobowiązywał nas do zakupu 5 mld m³, a duński – 2,5 mld m³. W sumie mielibyśmy aż o 8 mld m³ rocznie za dużo gazu (krajowe potrzeby planowano na 22 mld m³), za który musielibyśmy zapłacić, niezależnie czy odbieralibyśmy go, czy nie (kontrakty „take or pay”) i tylko norweski mogliśmy odsprzedać. Trzeba też przypomnieć o tym, że prognozy było mocno zawyżone – realne zużycie wyniosło w 2010 r. tylko 14,4 mld – czyli o 7,6 mld m³ (ponad jedną trzecią) mniej niż planowano.

Działania rządu Jerzego Buzka w tej sprawie ograniczyły się, jak to określono, do „próby zagadnięcia” przez wiceministra Andrzeja Karbownika ministra energetyki Federacji Rosyjskiej, na co ten zareagował jedynie wzruszeniem ramion. Na kilka dni przed zakończeniem pracy rządu, 1 października 2001 r., wicepremier Steinhoff wysłał pismo do Federacji Rosyjskiej z propozycją renegocjacji kontraktu.

Ten najtrudniejszy problem rząd AWS pozostawił do rozwiązania następcom. W dokumencie rządowym („Raport o realizacji dostaw” Ministra Skarbu z października 2001 r.) zalecił renegocjację porozumień z Rosją jako warunek konieczny ratyfikacji kontraktu norweskiego. Dlaczego? „W celu zapewnienia właściwej ochrony interesu gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej”. To nowy rząd miał wykonać tę nieprzyjemną robotę.

W takiej sytuacji jedynym wyjściem było renegocjowanie kontraktu, czyli udanie się do moskiewskiej Canossy. Po trwających ponad rok rozmowach doszło do podpisania w lutym 2003 r. Protokołu dodatkowego do porozumienia z sierpnia 1993 r. Ograniczono w nim dostawy gazu aż o 26 procent – z pozostałych do zakupu 219 mld m³ do 161 mld m³. A że nie mieliśmy żadnych atutów, Rosjanie wynegocjowali w zamian to, na czym im zależało.

Uwarunkowania raz jeszcze

Dlaczego starania o norweski gaz poniosły porażkę? Dlaczego polski rząd zachowywał się tak nieracjonalnie, z uporem odrzucając inne możliwości, które na wypadek kryzysu dawały bezpieczeństwo i realną dywersyfikację dostaw? Żeby to zrozumieć, trzeba uwzględnić fakt, że polska polityka była elementem globalnych trendów, a najważniejszy z nich to relacje Stany Zjednoczone – Rosja. Waszyngton już od lat 80-tych intensywnie starał się, by Europa nie nawiązywała związków energetycznych z Rosją. Do dzisiaj ta strategia obowiązuje, blokując Europie dostawy gazu ze wschodu. Szczególnym polem tej walki jest Europa Środkowa, gdzie strategicznym celem Amerykanów jest osłabienie związków energetycznych tego regionu z Rosją.

Jako uzasadnienie tej strategii służy pojęcie „dywersyfikacji”, i to na dodatek „prawdziwej”, uznającej jedynie nie-rosyjski gaz. Jest to jednak tylko chwytliwe hasło przesłaniające realną grę interesów i pomijające całkowicie realia geograficzne i ekonomiczne. W naszej części Europy jedyny kierunek importu gazu nadal biegnie ze wschodu na zachód, a my w imię „dywersyfikacji” chcemy to zmieniać, budując sztuczne konstrukcje – „Bramę Północną” czy „korytarz Północ–Południe”. Argumenty, że to „przetnie rosyjską pętlę gazową” nie uwzględniają twardych faktów, że gaz jest na wschodzie i płynie na zachód, znajduje odbiorców w Europie, a rynki naszych bliskich sąsiadów są opanowane przez współpracujących z Rosjanami Niemców.

Determinacja premiera Buzka i jego doradców w odwracaniu Polski od rosyjskiego gazu była ogromna, jednak nie miała szans powodzenia w zderzeniu z twardymi prawami geografii i ekonomii. Tymczasem Polska traciła przez ten upór możliwości wykorzystania swego położenia geograficznego i czerpania korzyści z potencjału tranzytowego.

Doradcy popychają

Istotnym czynnikiem napędzającym te działania była grupa ludzi, prących do podpisania umowy z Norwegią. W rządzie Jerzego Buzka byli ludzie, którzy i dzisiaj realizują te same pomysły. Już wtedy inicjował je i forsował Piotr Naimski (wówczas doradca premiera ds. bezpieczeństwa, a dziś pełnomocnik rządu ds. przesyłowej infrastruktury elektroenergetycznej i gazowej) Wspomagał go w tym Piotr Woźniak (wtedy doradca w Kancelarii Premiera, a obecnie prezes PGNiG). Stworzono rządowy zespół ds. dywersyfikacji dostaw gazu, któremu przewodził minister Jerzy Kropiwnicki. W sprawy energetyczne angażowali się także Janusz Pałubicki, koordynator służb specjalnych, oraz doradcy rządu – Marek Nowakowski i Andrzej Urbański.

Jak wspomina Waldemar Kuczyński, doradca premiera Buzka: „Zespół był bardzo skrajny, nieelastyczny w dwóch sprawach: podejrzliwości wobec Rosji i priorytetu dla budowy gazociągu z Norwegii, forsowanego bez jakichkolwiek ekonomicznych analiz celowości. Zespół miał w kwestii gazu wielki wpływ na premiera”.

Jak wspominał Andrzej Urbański: „To była ostra gra, byliśmy sami, a przeciwko nam stanęli wszyscy. Tylko dzięki skoordynowanym działaniom merytorycznym doradców premiera, ministra gospodarki i PGNiG oraz przemyślanym posunięciom public relations wygraliśmy tę batalię. To nasz, mój wielki sukces”.

Przeciwko zespołowi był m.in. wicepremier Steinhoff, który w końcu wymógł na premierze rozwiązanie zespołu, argumentując, że zbyt daleko wkracza on w jego kompetencje. Zupełnie inaczej starania głównego animatora rurociągu ocenili Norwedzy – Piotr Naimski w 2016 r. został uhonorowany przez króla Norwegii Haralda V Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi.

Media pomagają

Staraniom rządu przychylne były media, przekonując społeczeństwo, że to dobry kierunek. Gazety aktywnie działały, a nawet „część opinii publicznej (w tym „Gazeta”) naciskała na rząd, by taki kontrakt zawrzeć” – jak twierdzili w wywiadzie z premierem Buzkiem dwaj dziennikarze „Gazety Wyborczej”. Już w latach 90-tych kierunek ten wspierali zachodni eksperci, propagując dywersyfikację dostaw (co w efekcie oznaczało zakup gazu w zachodnich koncernach) i sprzedaż polskich przedsiębiorstw. W 1996 r. przekonywała do tego Elisabeth McCrary z Cambridge Energy Association, pisząc: „te sektory również są najbardziej atrakcyjne dla inwestorów zagranicznych i potrzebują kapitału. Wejście kapitału zagranicznego również jest gwarancją stabilności”.

Nic więc dziwnego, że w badaniach opinii publicznej wszyscy byli „za” – 83% badanych uważało, że dywersyfikacja jest dobra, 69% uznawało kontrakt norweski za pożyteczny, gdyż zwiększy nasze bezpieczeństwo, a 76% że zwiększy konkurencyjność. Prawie połowa (47%) stwierdzała, że norweski gaz może być nawet droższy od rosyjskiego.

Obraz medialny tworzony jest za pomocą setek artykułów, krytykujących kontrakt jamalski z Gazpromem, a chwalących starania o norweski gaz. Wciąż powtarzane twierdzenia, że rosyjski gaz był droższy, albo że „norweski wcale nie był droższy” zakłamują odbiór tych wydarzeń w oczach społeczeństwa. Premier Miller za ratowanie bilansu importowego gazu dla Polski jest krytykowany w mediach i na forach internetowych, gdzie jeszcze po 15 latach od kontraktu przekonuje się opinię publiczną, że był on świetny, ale niestety, został „popsuty przez komuchów”.

Prognozy zawyżają

Podstawą działań rządu Jerzego Buzka były prognozy zużycia gazu. Gdy krajowe potrzeby wynosiły 11 mld m³, prognozy rządowe zakładały wzrost konsumpcji od 18,4 do 22 mld m³ w 2010 r. Były one – podobnie jak i wcześniej przy zawieraniu kontraktu jamalskiego – zdecydowanie zawyżone. Rząd jednak je uchwalał, pomimo iż inne prognozy (np. profesorów Bojarskiego, Rychlickiego i Siemka oraz Urzędu Regulacji Energetyki) przewidywały znacznie mniejszy wzrost i konsumpcję na poziomie 14-16 mld w 2010 r.; i to one okazały się trafne.

Dlaczego rząd tak znacząco zawyżał prognozy? Przecież powołane przezeń Rządowe Centrum Studiów Strategicznych wykonało analizy, ośmieszające poprzednie szacunki, i prawidłowo prognozujące zużycie gazu w Polsce za lat kilkanaście na 15-17 mld m³. Dlaczego zakładał, że produkcja węgla kamiennego i brunatnego będzie radykalnie spadać, a gaz ziemny będzie je zastępował jako surowiec dla energetyki? Dlaczego zapominano o strategicznym znaczeniu węgla? I to pomimo faktu, że był on tańszym od gazu źródłem energii, zaś polskie zasoby węgla szacowano na 200 lat wydobycia, a polskie elektrownie wcześniej przeprowadziły kosztowne inwestycje odsiarczania spalin, by mniej zanieczyszczać środowisko i wytwarzać energię znacznie bardziej energooszczędnie. Skąd taka nieracjonalność rządu? Czy było to świadome przygotowanie gruntu do projektów dywersyfikacyjnych, które bez dużego wzrostu popytu nie miały ekonomicznego sensu? A może „inni szatani byli tam czynni”? Ta zagadka i wiele innych związanych z norweskim gazem czeka na pracę dociekliwych redaktorów śledczych.

Podsumowanie

Historia norweskiego gazu zawiera elementy charakterystyczne, które do dzisiaj przewijają się w naszych działaniach.

  • Nie zwracamy uwagi na twarde uwarunkowania umów („przekontraktowanie”).
  • Ignorujemy fakt, że druga strona nie widzi możliwości realizacji projektu.
  • Kupujemy droższy gaz, zapewniając że „będzie taniej”.
  • Gotowi jesteśmy poświęcić krajowe najtańsze źródła gazu, i ich nie rozwijamy.
  • Odrzucamy alternatywy, które są szybsze i tańsze w wykonaniu.
  • Poświęcamy projekty mogące dać dochody przez wiele lat (jak Jamał-2).
  • Wchodzimy w projekty, gdy druga strona ma dokładnie odwrotne cele od głoszonych przez nas (rurociąg z Danii).
  • Nie bierzemy pod uwagę własnych uwarunkowań wewnętrznych (tragiczna sytuacja PGNiG, spadek popytu na gaz)
  • Nie uwzględniamy reguł geografii i ekonomii, kierując się wyłącznie takimi hasłami typu „dywersyfikacja”.
  • Nie bierzemy pod uwagę skutków takich projektów dla polskiego węgla.

Te zaniedbania są tak poważne, że trzeba sobie zadać pytanie, czy jesteśmy ślepi? Nie, nie jesteśmy. Jednak realizując wyższe strategiczne cele sojuszników trzeba je jakoś uzasadniać, bo w kategoriach interesów gospodarczych czy narodowych nie da się ich wyjaśnić. W efekcie polska polityka bezpieczeństwa energetycznego ogranicza się do wirtualnych projektów, pustych zapowiedzi, podpisywaniu wstępnych umów, ceremoniałów rządowych. Gdy projekt już upada, pozostają wzajemne oskarżenia, donosy do prokuratury, zrzucanie winy na wrogich sobie polityków. To niestety standard naszych działań.

Polscy politycy, szczególnie prawicowi, nie potrafią się pogodzić z twardymi prawami geopolityki i ekonomii, z faktem że w naszym regionie Europy gaz jest i będzie rosyjski. Podejmują wysiłki, by te prawa przełamać, zablokować dostawy ze wschodu, odciąć od nich całą Europę. A że wyzwanie to przekracza nasze siły – ponosimy porażki. Problem w tym, że inni nie śpią, realizują swoje dochodowe projekty, odnoszą korzyści gospodarcze i polityczne i w efekcie wygrywają w konkurencji narodów.

Andrzej Szczęśniak
Czerwiec 2016 r.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułDrobne polemiki z Piotrem Zychowiczem, Elżbietą Janicką i Henrykiem Markiewiczem
Następny artykułPo szczycie NATO, czyli poznaj strategicznego sojusznika swego!
Ekspert rynku ropy naftowej i paliw, gazu ziemnego i energii oraz bezpieczeństwa energetycznego. Lat 55. Prowadzi ekspercki portal branżowy NaftaGaz.pl (www.NaftaGaz.pl) poświęcony sprawom sektora oil&gas oraz bezpieczeństwa energetycznego oraz blog www.szczesniak.pl "Paliwa, Energia, Polityka". Od 1991 roku w sektorze naftowym, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych w latach 1995 – 2001. Jako prezes zarządu Konsorcjum Gdańskiego SA 1999 – 2002 brał udział w prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej. W latach 2002 - 2006 w Polskiej Organizacji Gazu Płynnego. 2006 - 2007 r. prezes zarządu Lotos Partner w Grupie Lotos S.A. Obecnie analityk sektora naftowego i gazowego i wydawca serwisów branżowych. Często komentujący bieżące wydarzenia w mediach.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ