Polish middle class erwache!, albo co prześnił Andrzej Leder

3
Spis treści

„Kultowa” książka?
Uwłaszczenie na majątku żydowskim
Społeczno-ekonomiczna luka „po Żydach”
Żydzi, Niemcy a polska klasa średnia
„Umiastowienie” Polski i Polaków
Dlaczego Leder przeoczył Niemców?
Moralizująca „logika historyczna” kontra realna historia
Fikcja genezy „polskiej klasy średniej”
Prześniona rewolucja – lektura obowiązkowa

„Kultowa” książka?

Przeczytałem gdzieś opinię, chyba Agnieszki Graff, że książka Andrzeja Ledera Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014), to „książka kultowa”. Ponieważ za moich czasów „kultowymi” książkami były te, które nosili pod pachą (nawet na gęsto zakrapianych alkoholem imprezach) studenci nauk humanistycznych, więc dzisiaj, kiedy, jak się to mawiają w naszych stronach, na księżą oborę spoglądam, tego typu komplementy ani mnie do lektury książki Ledera nie zachęciły, ani od niej nie odstręczyły.

Sięgnąłem po nią, ponieważ jej zamysł odpowiadał – jak sądziłem – moim dawnym oczekiwaniom i zainteresowaniom: opisania rzeczywistości społecznej poza wielkimi ideologicznymi kwantyfikatorami oraz poza wielkimi narracjami i dyskursami, którym umykają codzienne działania i decyzje szerokich mas społecznych żyjących pod większym lub mniejszym ciśnieniem historii państwowo-politycznej odgrywanej przez „bohaterów i zdrajców” na dziejowej scenie. Bardziej interesował mnie np. „realny komunizm”, „realny narodowy socjalizm”, „realny faszyzm”, „realna demokracja liberalna”, niż wielkie opowieści o nich, obojętnie, heroiczne czy martyrologiczne, diabolizujące czy angelizujące. Do lektury książki Ledera zachęciły mnie głosy mówiące (tak je odczytywałem), że spogląda on z takiej właśnie perspektywy na pewne aspekty historii narodu polskiego lat 1939 – 1956, czyli czasów, kiedy dokonywała się w Polsce „wielka rewolucja społeczna”, polegająca „na złamaniu dotychczasowej struktury społecznej, tej, która trwała do 1939 roku, i otwarciu przestrzeni dla nowoczesnego społeczeństwa”. Takie podejście nie jest oczywiście czymś oryginalnym – wybitnym przedstawicielem tego typu analizy socjologicznej jest, rzecz prosta, zmarły w 2006 r. Aleksander Zinowiew, opisujący mechanizmy porewolucyjnego awansu społecznego w ZSRR czy interpretujący stalinizm jako realne ludowładztwo. Przewaga Zinowiewa nad Lederem bierze się stąd, że uprawiał on „zimną”, deskryptywną socjologię, podczas gdy Leder chce „naprawiać Polskę” i „budzić ze snu” polską klasę średnią – tego rodzaju nadmierne ambicje warszawskich inteligentów już nie tylko irytują, ale zaczynają śmieszyć.

Leder, którego tezy doczekały się licznych, w większości aprobatywnych, recenzji i komentarzy, koncentruje się na trzech procesach stanowiących o owej, narzuconej z zewnątrz, rewolucji społecznej, która „niesłychanie głęboko przeorała tkankę polskiego społeczeństwa, tworząc warunki do dzisiejszej ekspansji klasy średniej”. Te warunki to: „zniknięcie” (w wyniku polityki niemieckich narodowych socjalistów) Żydów ze struktury gospodarczo-społeczno-zawodowej Polski i przejęcie ich własności przez nas, „etnicznych Polaków”, likwidacja polskiego ziemiaństwa i przejęcie jego ziemi przez chłopów oraz likwidacja przedwrześniowej warstwy szlachecko-inteligencko-wojskowo-biurokratycznej. Te „rewolucyjne procesy”, będące przede wszystkim dziełem Niemców i Rosjan, otworzyły drogę awansu szerokim masom społecznym i legły u podstaw Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, a co za tym idzie – współczesnej Polski.

Ludziom mojego pokolenia zbędne jest przypominanie, że nowa Polska wzięła się ze zniszczenia starej, która – tak przynajmniej uważano w środowisku polityczno-intelektualnym, w którym obracałem się od poł. lat. 80. zeszłego wieku – odeszła na zawsze w przeszłość i to głównie ze swojej winy. O własnej chłopskiej (pradziadkowie), chłopsko-robotniczej (dziadkowie) –inteligenckiej (rodzice) genealogii nigdy nie zapominałem, nigdy fantasmagorycznym nostalgiom za „dworkami” i „szlacheckim rodowodem” nie ulegałem, wręcz przeciwnie, uważałem to za zwyczajne, „pajacowanie” (kiedy w zamierzchłych czasach należałem do Unii Polityki Realnej, naszą ulubioną zabawą było wykpiwanie kolegów „dwunazwiskowców” obnoszących się z herbowymi sygnetami). Ale może Leder słusznie zwraca naszą uwagę na tamte czasy, bo zdaje się, że faktycznie świadomość ich znaczenia i wiedza o tamtej przeszłości jest słabsza, natomiast w najlepsze rozkwita kult II RP. Historia PRL-u jako historia realnego bytowania i działania narodu w określonych warunkach politycznych, społecznych i gospodarczych jest pisana dopiero od jakiegoś czasu, zatem próbę spojrzenia na nią bez „heroiczno-martyrologicznych” okularów należy powitać z uznaniem. Na ile próba ta się powiodła – to inna sprawa.

Leder bardziej niż o historii, która, gdy chodzi o płaszczyznę czysto faktograficzną, jest wszak dobrze znana, mówi o teraźniejszości, buduje jej związek z przeszłością i nieustannie zwraca się do współczesnej polskiej klasy średniej (mieszczaństwa) z apelem, aby historię, którą przeżywali i tworzyli jej dziadkowie i rodzice, uczyniła swoją, aby poprzez poznanie swojej, tzn. (zre)konstruowanej przez Ledera, genealogii budowała własną tożsamość i samoświadomość. Nie poprzestaje na wydobyciu pewnych wątków historycznych i umieszczeniu ich w nowej ramie interpretacyjnej, ale pragnie, aby stały się one żywym składnikiem samoświadomości klasy średniej, co, jego zdaniem, będzie miało dla niej wielce dobroczynne skutki. W tym sensie pracę Ledera można spokojnie zaliczyć do prac z zakresu polityki historycznej; jego „logika historyczna” wydaje się skrywać fakt, że historia jest tu instrumentem programu zmieniania świadomości współczesnej klasy średniej (mieszczaństwa), czyli „głównej siły politycznej” Polski. Leder oceniwszy, że sile tej brak „klasowej tożsamości” ewentualnie posiada ona „fałszywą świadomość klasową”, zapragnął zostać jej ideologiem, wnoszącym do niej „prawdziwą świadomość”. Poznając, m.in. dzięki książce (a także artykułom i wywiadom) Ledera, skąd się wzięła i jakie jest źródło jej obecnej pozycji, ma ona z „klasy w sobie” stać się „klasą dla siebie”.

Najwięcej uwagi Leder poświęca „zniknięciu” Żydów: „w wymiarze ekonomicznym i społecznym kluczowym aktem rewolucji przeprowadzonej w Polsce przez hitlerowskie Niemcy była zagłada polskich Żydów”. „Zniknięcie” Żydów z Polski miało dwie konsekwencje: po pierwsze na ich majątku dokonało się „ogromne uwłaszczenie”, po drugie otworzyła się nagle wielka luka w społecznej i ekonomicznej tkance społeczeństwa polskiego, która szybko została wypełniona przez „etnicznych Polaków”. Weszli oni na miejsce zajmowane dawniej w strukturze społecznej przez Żydów, otwarły się przed nimi profesje i zajęcia (drobno)mieszczańskie – handel, rzemiosło, drobny biznes itd.: „Jeśli Żyd miał warsztat, mógł przejąć go Polak. Jeśli miał hurtownię, gorzelnię albo tartak, jego zamówienia i klientów w naturalny sposób przejmowali Polacy. Być może zabrzmi to przykro, ale w całej wschodniej Polsce zniknięcie mieszczaństwa żydowskiego otworzyło drogę dla formowania się nowej klasy średniej – polskiej w sensie etnicznym” (Leder).

O tym jak my, „etniczni Polacy” weszliśmy w posiadanie żydowskiej własności i zajęliśmy „zwolnione” przez Żydów miejsce w szeregach (drobno)mieszczaństwa, przejęliśmy ich funkcje mieszczańską i pozycję klasy średniej w strukturze społeczno-ekonomicznej, czytałem już ze 35 lat temu w Gospodarce wyłączonej Kazimierza Wyki. Nadmienię, że do trzeciego wydania Życia na niby – Pamiętnik po klęsce z 1984 r. co jakiś czas zaglądam – i powiem od razu, że wolę drapieżny realizm Wyki niż lacanizmy Ledera. Dziwne doprawdy, że nazwisko Wyki w ogóle nie pojawia się w indeksie nazwisk; tylko w jednym miejscu Leder powołuje się na Życie na niby i to w zupełnie innym kontekście.

W omówieniach i recenzjach książki Ledera „wątek żydowski” prawie zawsze był wybijany na pierwszy plan, a niekiedy wręcz ostawał się jako jedyny spośród trzech omawianych w książce. Jeszcze przed jej opublikowaniem „Krytyka Polityczna” zorganizowała dyskusję (z udziałem Ledera) nad jego tekstem „Kto nam zabrał tę rewolucję” zatytułowaną „Czy Holocaust zastąpił nam rewolucję burżuazyjną?”), niejako z góry ukierunkowując odbiór książki.

Agnieszka Graff i inni autorzy odnoszący się do tez Ledera stale powtarzali, że „polska klasa średnia jest beneficjentem Zagłady Żydów”. Dlatego i ja tym wątkiem zajmę się bardziej szczegółowo, aby zjawiska opisywane przez Ledera umieścić we właściwej perspektywie historycznej.

Uwłaszczenie na majątku żydowskim

Na początek zwróćmy uwagę, że Leder popełnia błąd uparcie operując w swoich wywodach liczbą „trzech milionów Żydów”. Ponieważ ponad milion Żydów mieszkało w województwach wschodnich II RP, które w 1939 roku weszły w skład ZSRR i nigdy już do Polski nie wróciły, własność Żydów zamieszkujących np. Lwów, Wilno, Grodno czy Stanisławów w ostatecznym rozrachunku przeszła w ręce Ukraińców, Litwinów, Białorusinów czy Rosjan. Lukę w społecznej i ekonomicznej tkance pozostawioną przez milion tamtejszych Żydów zajęli Ukraińcy, Litwini, Białorusini czy Rosjanie, a nie Polacy. W porównaniach i interpretacjach skutków „rewolucji 1939-1956” należy przeto brać pod uwagę „nieobecność” nie 3, a 2 milionów Żydów – tych mieszkających w II RP na terytorium, które po 1945 r. weszło w skład PRL-u.

O tym, jakie statystyczne pułapki czyhają na zajmujących się tym skomplikowanym problemem, świadczy wyliczenie Jacka Kuronia: „Trzy miliony wymordowanych polskich Żydów to przecież trzy miliony mieszkań, które w większości zajęli Polacy” (Jacek Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Londyn 1989, cyt. za: Witold Kula, Uparta sprawa. Żydowska? Polska? Ludzka?, Kraków 2004, s.249). Wynikałoby z tego, że przed wojną na jednego polskiego Żyda przypadało jedno mieszkanie! Skądinąd wiemy, że sytuacja mieszkaniowa społeczności żydowskiej nie była najlepsza. Szyja Bronsztejn w książce Ludność żydowska w Polsce w okresie międzywojennym (Wrocław 1963) podaje np., że tylko 5% spośród młodocianych robotników żydowskich, zajmowało pojedyncze pokoje, blisko połowa mieszkała wraz z kilkoma współlokatorami, około 5% spało po dwóch lub więcej w jednym łóżku (s.79). Wielce charakterystyczna, widoczna na pierwszy rzut oka, różnica pomiędzy Kuroniem a Bronsztejnem polega na tym, że ten pierwszy dla retorycznego efektu („rymuje” mu się 3 miliony Żydów z trzema milionami mieszkań) zapomina o logice i zdrowym rozsądku, zaś tego drugiego interesuje rzeczywistość historyczna w jej społeczno-ekonomicznym aspekcie.

Żydzi traktowani są u Ledera jak zagregowana abstrakcyjna całość, bez żadnego zróżnicowania, bez uwzględnienia społeczno-materialnej stratyfikacji, co przecież jest szczególnie ważne przy rozpatrywaniu kwestii majątkowych i własnościowych, ponieważ od tego zależy ilość „ogólnej masy spadkowej” po Żydach, jaka przypadła nam Polakom i która – wedle Ledera – posłużyła jako materialna baza dla uformowania się polskiej klasy średniej. Tymczasem w literaturze dotyczącej sytuacji materialnej ludności żydowskiej w międzywojniu co i rusz można napotkać opinie, że stanowiła ona „uboższą grupę warstwy średniej i proletariat, z liczebnie małą, ale o dużym znaczeniu bogatą burżuazją oraz inteligencją” (Ryszard Rauba). Gdzie indziej czytamy: „W rzeczywistości ci drobni handlarze i rzemieślnicy żydowscy, domokrążcy, pośrednicy, chałupnicy itp. w ogromnej większości przynależeli do biedoty, często skrajnej biedoty”. Inny autor pisze: „w społeczności żydowskiej szczególnie duży odsetek stanowiło drobnomieszczaństwo, przeważnie zresztą żyjące na skraju ubóstwa”. Według Czesława Miłosza, „wspólnota żydowska w Polsce była niesłychanie zróżnicowana, zarówno ekonomicznie, jak i kulturalnie. Obok bardzo bogatej plutokracji istniały masy biedoty, utrzymującej się z chałupnictwa i drobnego handlu” (Miłosz, Wyprawa w Dwudziestolecie, s.268). O dzielnicy żydowskiej w Warszawie czytamy tamże: „znajdowało się tam dużo bogatych sklepów, ale w większości tamtejsza ludność, żyjąca z drobnego handlu, była tak uboga, że dzielnica żydowska stanowiła wyspę niemal azjatyckiej nędzy” (Wyprawa…str.319). I dalej: „Nędza mas żydowskich w Polsce, utrzymujących się z drobnego handlu, gorsza jeszcze niż nędza najbiedniejszych nie-Żydów” (Wyprawa…, str.330). Cytowany przez Miłosza (i Ledera) Ksawery Pruszyński w reportażu „Przytyk i stragan” (90 proc. ludności tego mazowieckiego wiosko-miasteczka stanowili Żydzi) pisał: „jest to chyba jedno z najnędzniejszych miasteczek, jaki po długich wędrówkach po nędzarskich kresach udało mi się widzieć”.

Jeden z autorów piszący o Dębicy, gdzie w 1938 roku na 13 500 mieszkańców miasta przypadało 3 375 Żydów, stwierdza: „Większość żydowskich mieszkańców miasta stanowiła biedota, trudniąca się drobnym handlem, prowadząca małe, ciasne sklepiki z rodzaju «1001 drobiazgów» często także zasilająca szeregi bezdomnych”. I dalej: „Nasze miasto (…) było małą mieściną zamieszkałą w większości przez biedotę żydowską, utrzymującą się z drobnego handlu, żyjącą niemal w skrajnej nędzy (…). Oczywiście, że wśród tego morza nędzy było kilka zamożnych rodzin, jak Wurclów, Kernerów, Hakerów, Brossów” (http://podkarpackahistoria.pl/zydzi-debica).

Od Jerzego Tomaszewskiego (Rzeczpospolita wielu narodów, Warszawa 1985, rozdział: „Żydzi – naród miejski”) dowiadujemy się m.in.: „Gałęzie, w których zatrudniano największy odsetek Żydów należały do tych, w których płacono najgorzej”; „Pamiętam z dzieciństwa sklepiki na niektórych ulicach warszawskich, mieszczące się niemal w piwnicach; kotara oddzielała lokal sklepowy znajdujący się u wejścia, od nory mieszkalnej, gdzie żyła liczna często rodzina. To była bardzo duża część drobnomieszczaństwa żydowskiego”; „Rzemieślnicy i kupcy walczyli o każdy grosz, gdyż od tego zależał byt całej rodziny. Obniżali swój zarobek do granic możliwości, poszukiwali najtańszych źródeł zakupu, choćby dostarczały tandetnych towarów, gdyż wówczas klient — równie ubogi — trafiał do nich, a nie do konkurencji. Był to handel nędzarski, oferował towar dla ludzi ubogich”; „Drobnomieszczaństwo żydowskie dysponowało umiejętnością skrajnego ograniczania swych potrzeb, do poziomu wręcz głodowego”.

U Andrzeja Żbikowskiego możemy przeczytać: „Wielki kryzys gospodarczy z lat 1929-1935 dotknął Żydów szczególnie mocno. Zubożała straszliwie polska prowincja, zwłaszcza wieś, główny rynek zbytu dla niewielkich żydowskich przedsiębiorstw rodzinnych, sklepików i warsztatów rzemieślniczych. Mało kto kupował tam artykuły codziennego użytku, toteż – jak szacowały polskie władze w 1936 r. – całkowita ruina groziła ponad milionowi polskich Żydów. Nie wystarczała pomoc zagraniczna, m.in. Jointu (American-Jewish Joint Distribution Committee), ani specjalne fundusze produktywizacyjne, np. Towarzystwa Cekabe. Tworzono coraz to nowe małe przedsiębiorstwa, które jedynie zwiększały rywalizację. Wprowadzona w 1934 r. nowa ustawa przemysłowa, przewidująca m.in. przymus przynależności do cechu, dodatkowo ugodziła w żydowskie rzemiosło, podobnie jak zaostrzone przepisy higieniczne oraz nakaz standardyzacji niektórych produktów spożywczych. W niektórych regionach kupców żydowskich zaczęły wypierać z rynku polskie lub ukraińskie spółdzielnie rolnicze, te pierwsze zasilane z państwowej kasy. Bez pomocy państwa żydowskie organizacje kupieckie i rzemieślnicze były całkowicie bezsilne” (Andrzej Żbikowski, Żydzi, Wrocław 1997, s.212)

Wspomniany wyżej Szyja Bronsztejn w książce Ludność żydowska w Polsce… pisze: „Należy jednakże stwierdzić, że zmiany, które nastąpiły, były zbyt małe, by wydatnie przyczynić się do poprawy ciężkiej sytuacji materialnej ludności żydowskiej. Ocena jej, niezależnie od poglądów politycznych autorów, była jednomyślna”. I przytacza te oceny: „Według szacunku J. Leszczyńskiego 20—25% tej ludności było pozbawione realnych podstaw egzystencji, J. Ziemiński liczbę tę podnosi do 30%. Jak przyznawała „Gazeta Polska”, w 1936 r. 80% ludności żydowskiej w Polsce wegetowało”; „Masy milionowej i małomiasteczkowej biedoty żydowskiej — czytamy w rezolucji KC KPP z 1931 r. — rugowane przez kapitalizm, pozbawione warsztatów pracy, pauperyzują się coraz szybciej w warunkach zaostrzonego kryzysu gospodarczego. Szczególnie silnie kładzie się na barki biedoty żydowskiej kryzys finansowy, wzmożenie ucisku podatkowego, co przyśpiesza ruinę tej biedoty”; „Nawet daleki od filosemityzmu R. Dmowski przyznawał: «Małomiasteczkowy Żyd w Polsce popada w coraz większą nędzę. Na to biadanie nie zwracano u nas uwagi. Mało kto prasę żydowską czyta, a jeżeli dochodziło ono czasami do mas polskich, nie robiono sobie z tego wiele. Tym razem jednak skargi te mają aż nadto poważną podstawę. Szybkie zubożenie zawsze zresztą ubogiego małomiasteczkowego Żyda w Polsce jest niezbitym faktem. […] Mały wszakże Żyd, biedny, staje się coraz biedniejszym, popada w coraz straszniejszą nędzę»”.

Oprócz pauperyzacji ludności żydowskiej od początku lat 30., w wyniku której żydowscy rzemieślnicy degradowani byli do roli chałupników, występowały inne niekorzystne zjawiska, na które zwracał uwagę Bronsztejn: duży udział wśród Żydów osób zawodowo biernych oraz fakt, że ludność żydowska skupiała się w najbardziej zacofanych działach pracy, natomiast minimalny udział miała w działach nowoczesnych (s.239).

Eva Hoffman tak opisuje jeden z żydowskich sztetli:

„Możemy się przekonać, jak wyglądał ówczesny Brańsk w oczach nieprzyzwyczajonego do polskich warunków gościa, czytając czarujące wspomnienia Grace Goldman, Amerykanki, wywodzącej się z rodziny brańskich Żydów. Latem 1932 roku odwiedziła ona swych mieszkających w Brańsku krewnych. Choć opisała tę wizytę znacznie później, pamiętała dokładnie wszystkie szczegóły. Podczas krótkiego pobytu w Warszawie była zachwycona wesołym nastrojem i elegancją miasta oraz barwnością żydowskiego życia. Kiedy jednak dotarła do «tonącej w błocie wioski» – jak nazwała Brańsk – znalazła tam niekończące się pola ziemniaków, «niewyobrażalnie złe» drogi i biedę. Rodzina jej wuja mieszkała «w nieopisanie prymitywnych warunkach». Dom, który był «po prostu dwupokojową szopą», nie posiadał kanalizacji ani nawet skromnej sławojki. Nie było w nim krzeseł, tylko drewniane ławy do spania, na których siedziało się w ciągu dnia. Z tą ponurą biedą kontrastowały modne stroje mieszkańców. Były to wybrakowane części garderoby, przysłane im przez amerykańskich krewnych. Tego lata zabłocone ulice miasteczka lśniły od ozdobionych paciorkami sukien!” (Eva Hoffman, Sztetl. Świat Żydów polskich, Warszawa 2001, przeł. Michał Ronikier, str.170). Pytanie: jaki jest związek przejęcia przez „etnicznych Polaków” z Briańska lub okolic „dwupokojowej szopy” i „wybrakowanych części garderoby” z powstaniem współczesnej polskiej klasy średniej?

Jan Tomasz Gross przytacza francuskiego autora Patricka Desbois, który zapisał wypowiedź obywatela Ukrainy: „pewnego dnia obudziliśmy się w miasteczku i wszyscy mieliśmy na sobie żydowskie ubrania”. Zdaniem Grossa to „daje się z pewnością zastosować do wielu polskich miasteczek i wsi”. (Jan Tomasz Gross, współpraca Irena Grudzińska-Gross, Złote żniwa, Kraków 2011, s.121). Pytanie: jakie znaczenie ma „noszenie żydowskich ubrań” podczas wojny dla genealogii współczesnej polskiej klasy średniej?

Gross pisze: „przecież meble, sprzęty gospodarskie, przedmioty użytku domowego, zabawki, pierzyny, poduszki, ubrania (o których często mówiono «żydowskie łachy») nie znikły z powierzchni ziemi i tylko w części zostały wysłane jako zdobycz wojenna do Niemiec” (Gross, Złote żniwa s.76). Zapewne „żydowskie łachy” ktoś sobie przywłaszczył, ale raczej trudno mówić o tym, jak i innych wartościach rzeczowych typu poduszki, pierzyny, zastawy, futra, ubrania, stare palta, buty jako o „ogromnym uwłaszczeniu” i czynniku istotnym dla formowania się polskiej klasy średniej.

Leder stwierdza: „W czasie wojny w polskich wsiach pojawiło się stanowisko „syndyk mienia pożydowskiego”. To po prostu byli sołtysi, którzy mieli za zadanie rozdysponować majątek, bo zostały przecież chałupy, jakieś garnki, jakieś pierzyny, których Niemcy nie chcieli. To też był akt upodmiotowienia dla tych ludzi. Mamy ogromny obszar do przemyśleń”.

Pomińmy, nieco chyba rozpaczliwe, dopatrywanie się w działaniach sołtysów „aktów upodmiotowienia”, i zauważmy, że nawet jeśli rozdysponowane chałupy, garnki i pierzyny przechodziły z pokolenia na pokolenie przez ponad 70 lat, to w genezie współczesnej klasy średniej nie odegrało to raczej większej roli. Jak trafnie zauważył teatrolog Tomasz Plata: „To, że poszedł pan Janek i zabrał pierzynę po żydowskim sąsiedzie, było oczywiście haniebne, ale trudno powiedzieć, że w ten sposób powstawał kapitał polskiego mieszczaństwa”. Nic dodać, nic ująć

No i ten, „ogromny obszar dla przemyśleń”. Zaiste, ogromny! Któż niby miałby nad tym przemyśliwać? Wnuki „syndyków”? Jacyś bliżej nieokreśleni „my” ? I czy nie byłoby to raczej pozorowanie pracy myśli? Czy Lederowi tak naprawdę nie idzie o myślenie, lecz o etyczny rozrachunek z przeszłością, o jej rozpamiętywanie i wyciągniecie z niej moralnej nauki, którą przyswoiłaby sobie polska klasa średnia, co pozwoliłoby jej – po dłuższej chwili zadumy na „żydowskimi garnkami” znalezionymi w babcinej piwnicy – „rozpoznać się w jestestwie swoim”?

Społeczno-ekonomiczna luka „po Żydach”

Nie ma sporu co do tego, że uwłaszczenie nas „etnicznych Polaków” na żydowskiej własności miało miejsce, pytanie tylko jaki był jego zakres i na ile miało ono znaczenie dla formowania się i genezy polskiej klasy średniej. Gross pisze: „Ilu ludzi w Polsce skorzystało materialnie na czystce etnicznej przeprowadzonej podczas okupacji przez Niemców – nie wiadomo. Wojciech Lizak [w „Tygodniku Powszechnym” – „Z perspektywy ludu”, „TP”, 2004 nr 45] ocenił na pół miliona „liczbę następców prawnych w pożydowskich szetlach”, mając na myśli raczej mieszkania, sklepy, warsztaty, domy czy pola uprawne przejęte przez ludność miejscową” (Gross, Złote żniwa, Kraków 2011, s.76). Andrzej Leon Sowa szacuje, że „co najmniej pół miliona Polaków przejęło dobra, przede wszystkim domy” po Żydach, (Sowa, Historia polityczna Polski, s.88).

Leder uświadomił chyba sobie, że owo „ogromne uwłaszczenie” nie mogło być aż tak ogromne, ani też przejęcie majątku „pożydowskiego” nie mogło być aż tak doniosłym czynnikiem dla procesu formowania się polskiej klasy średniej. Dlatego w pewnym momencie nie materialne wzbogacenie, ale zajęcie luki społeczno-zawodowej wysuwa na pierwszy plan: „z punktu widzenia rewolucyjnej zmiany istotniejsze było to, że etniczni Polacy weszli w tkance ekonomicznej w miejsce dawniej zajmowane przez Żydów” (podkreśl. moje – TG). Tym samym Leder powraca do procesów dawno temu opisanych przez Wykę i dostrzeżonych przez Jerzego Brauna – jego wypowiedź z lipca 1945 r. cytuje Gross: „[…] we wsi i w miasteczkach nie ma dziś miejsca dla Żyda. W ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalną wytwórczość […] oraz wszelkie rękodzieło” (Gross, Złote żniwa, s.176).

Trudno powiedzieć jak „ogromna” była luka w społecznej i ekonomicznej tkance polskiego społeczeństwa, która została wypełniona przez nas, „etnicznych Polaków”. Nie wiadomo, ilu naszych rodaków („etnicznych Polaków”) zajęło miejsca i przejęło funkcje oraz zawody Żydów w strukturze społeczno-ekonomicznej, zwłaszcza, że kryteria zaliczenia do danej warstwy nie są jasne. W tej kwestii należałoby dokonać rozmaitych zastrzeżeń i rozróżnień. Na przykład ekonomiczno-zawodowa luka była największa na Kresach, – jeśli chodzi np. o warsztaty rzemieślnicze to w woj. poleskim w rękach żydowskich znajdowało się ponad 81% wszystkich warsztatów rzemieślniczych, w trzech dalszych województwach wschodnich 73 – 77%, w czterech innych ponad 50%. Jerzy Tomaszewski zauważa: „zwłaszcza na kresach wschodnich obrót towarowy znajdował się niemal wyłącznie w rękach Żydów”. Ale ta „kresowa” luka „po Żydach” nie ma żadnego znaczenia dla genealogii obecnej polskiej klasy średniej, a ewentualnie dla ukraińskiej, białoruskiej czy litewskiej.

Janusz Żarnowski szacował, że w II RP burżuazja żydowska liczyła 100 000 osób, drobna burżuazja – 2 000 000, żydowska klasa robotnicza – 700 000, wolne zawody i inteligencja – 300 000. W kontekście nas tu interesującym najważniejsza byłaby chyba owa dwumilionowa grupa nazywana przez Żarnowskiego „drobną burżuazją”. Do tej grupy należałoby zapewne dodać część robotników będących bardziej rzemieślnikami niż pracownikami najemnymi, jak również część przedstawicieli wolnych zawodów. Przyjmijmy więc, że liczyła ona 2 400 000 osób. Przy założeniu, że 1/3 to Żydzi mieszkający na kresach, pozostaje 1 600 000 osób mieszkających na ziemiach polskich, które weszły w skład PRL-u. Jest to jednak ogólna luka ludnościowa, obejmująca rodziny i inne osoby pozostające na utrzymaniu osób zawodowo czynnych. Jedynie miejsce tych ostatnich mogli zająć „etniczni Polacy” w procesie wypełniania luki zawodowo-ekonomicznej „po Żydach”, stąd jej rzeczywisty rozmiar był znacznie mniejszy.

Poza tym pamiętać należy, że proces „wypełniania luki” nie był przecież czymś automatycznym, porównywalnym do wody zalewającej puste, położone niżej miejsca. Luka nie jest czymś statycznym np. Żydzi dominowali w handlu wędrownym i domokrążnym, który potem zanikł w ogóle – zatem w tym sensie luki nikt nie zapełnił. Bezrolny chłop mógł zostać handlarzem starzyzną lub prowadzić „pożydowski” stragan, ale już przejęcie zawodów i zajęć „mieszczańskich” wymagających wyższych kwalifikacji i umiejętności wcale nie jest takie proste: aptekę należąca kiedyś do Żyda mógł przejąć tylko inny polski aptekarz, bo przecież bezrolny chłop, który wprowadził się do mieszkania „pożydowskiego”, aptekarzem zostać nie mógł. Także istniejące już polskie (drobno)mieszczaństwo zajęło miejsce opuszczone przez żydowskie drobnomieszczaństwo, czyli rozszerzyło zakres swojej działalności, przejęło zamówienia i klientów itd., ale nic powstało z tego nic nowego, nie było ruchu wertykalnego, a jedynie horyzontalny. Dopiero badania podjęte wspólnie przez historyków, socjologów i ekonomistów mogą wykazać, czy luka zapełniła się całkowicie, czy tylko w części; w jakim zakresie zajęli ją ci, którzy wcześniej nie należeli do klasy średniej a w jakim Polacy już wcześniej do niej należący etc.

Żydzi, Niemcy a polska klasa średnia

Można rozważać wielkość przejętego majątku żydowskiego i wielkość zapełnionej luki jako samoistne zjawiska, i założyć, że były one mniejsze, być może znacznie, niż stara się nas przekonać Leder operujący cały czas niezróżnicowaną liczbą trzech milionów. Jednak ważniejsze jest, aby spojrzeć na nie w perspektywie porównawczej, w kontekście innych zjawisk, jakie zachodziły w latach 1939-1956.

Jest rzeczą zdumiewającą i absolutnie niezrozumiałą, że w swojej książce Leder praktycznie w ogóle nie porusza „kwestii niemieckiej”, mimo iż ma ona absolutnie fundamentalne znaczenie. I to, dodajmy, we wszystkich aspektach „rewolucji społecznej” analizowanej przez Ledera. Dopiero porównanie obu procesów i czynników – „żydowskiego” i „niemieckiego” może nam dać nam właściwy obraz sytuacji, tymczasem Żydom Leder poświęcił oddzielny rozdział, natomiast Niemców prawie całkowicie pominął. Na to pominięcie „czynnika niemieckiego” zwrócił uwagę Antoni Dudek, który podczas dyskusji zorganizowanej przez „Krytykę Polityczną” nad tekstem Ledera, zawierającym główne tezy umieszczone i rozwinięte później w książce, przypomniał, że „Polacy nie tylko przejęli mienie po trzech milionach Żydów [de facto dwóch milionach –TG], ale przejęli też większość mienia po jedenastu milionach Niemców. Czy państwo widzicie skalę tych liczb? Mniej więcej tylu Niemców uciekło przed Armią Czerwoną, albo później zostało usuniętych z polskiego terytorium. Sowieci zdemontowali mnóstwo sprzętu, ale zostały linie kolejowe, budynki; ogromny majątek”. Oprócz Dudka na zignorowanie przez Ledera „kwestii niemieckiej” wskazali Wojciech Jóźwiak (Taraka.pl) oraz Michael Szot (tygodnik „Nie”). Wcześniej Jan Tomasz Gross w Złotych żniwach podkreślił, że po przymusowym wysiedleniu ludności niemieckiej nastąpił jeden z trzech procesów przewłaszczenia na masową skalę (zob. Gross, Złote żniwa, s.146. przyp.131).

Majątek w obu przypadkach został oczywiście pomniejszony: zarówno „po stronie żydowskiej”, jak i „po stronie niemieckiej” występowały zniszczenia wojenne np. w Warszawie, która była największym skupiskiem Żydów, i gdzie mieszkali najbogatsi Żydzi, czy w Lublinie, gdzie z powierzchni ziemi zniknęła cała dzielnica żydowska (wiele kamienic żydowskich wyburzano po 1945 r.) lub we Wrocławiu mocno zniszczonym podczas oblężenia. Po jednej stronie mamy konfiskatę własności żydowskiej przez niemieckie władze okupacyjne i jej „prywatne” zawłaszczanie przez niemieckich urzędników, po drugiej demontaże, rekwizycja własności niemieckiej i jej dewastacja przez Armię Czerwoną. Te ubytki można zatem przy porównaniach wziąć w nawias.

Wprawdzie po zapanowaniu systemu komunistycznego własność była upaństwawiana lub komunalizowana, ale to zjawisko występowało zarówno w przypadku własności żydowskiej, jak i niemieckiej, zatem przy porównaniach nie ma to znaczenia; poza tym własność upaństwowiona czy skomunalizowana była, tak czy inaczej, użytkowana zbiorowo przez Polaków jako grupę narodową, a w późniejszych dziesięcioleciach mogła przechodzić w ręce prywatne. Jeśli przyjmiemy liczbę 2 milionów Żydów i 10 milionów Niemców, to już tylko z samego faktu, że Niemców było pięć razy więcej wynika, iż przejęty przez Polaków prywatny majątek niemiecki był pięciokrotnie większy niż żydowski. A to przecież nie mówi jeszcze wiele o wartości tego majątku, wszak Ziemie Przyłączone (Pomorze Gdańskie i Szczecińskie, Ziemia Lubuska, Dolny Śląsk i Śląsk Opolski, Warmia, Mazury i Powiśle) znajdowały się na o wiele wyższym poziomie cywilizacyjnym, kulturalnym, gospodarczym niż polskie województwa, w których skupiała się przed wojną ludność żydowska. Jej sytuację majątkową jako grupy trudno w ogóle porównywać z poziomem zamożności, dochodów, majątków osobistych wszystkich, żyjących na terytorium niemieckich prowincji wschodnich, warstw społecznych – od wielkiego ziemiaństwa i burżuazji przez wolne zawody i drobnomieszczaństwo po robotników i chłopów.

Majątek „poniemiecki” na Ziemiach Przyłączonych, gdzie status materialny ludności był znacznie wyższy, obejmował ogromny majątek ruchomy, dobra luksusowe i przedmioty codziennego użytku (zakres tzw. szabru był tu gigantyczny i nieporównanie większy niż szabrowanie majątku Żydów), samochody, meble, rowery, motocykle, dzieła sztuki, instrumenty muzyczne, księgozbiory, sprzęt mechaniczny, wyposażenie mieszkań, dywany, meble, zegary, maszyny do szycia itd.

Cytuje się często Zygmunta Klukowskiego, notującego, że w oczekiwaniu na rozpoczęcie wywózki Żydów ze Szczebrzeszyna w połowie kwietnia 1942 roku, „zjechało się sporo furmanek ze wsi i wszystko to niemal cały dzień stało w oczekiwaniu, kiedy można będzie przystąpić do rabunku. Z różnych stron dochodzą wiadomości o skandalicznym zachowaniu się części ludności polskiej i rabowaniu opuszczonych żydowskich mieszkań. Pod tym względem miasteczko nasze z pewnością nie będzie w tyle”. Na dalszych stronach swojego Dziennika Klukowski zapisał: „ludność z otwieranych żydowskich domów rozchwytuje wszystko, co jest pod ręką, ludzie bezwstydnie dźwigają całe toboły z nędznym żydowskim dobytkiem lub towarem z małych żydowskich sklepików” [podkreślenie moje –TG]. Nikomu chyba nie przyszłoby do głowy napisanie następującego zdania: „ludzie bezwstydnie dźwigają całe toboły z nędznym niemieckim dobytkiem lub towarem z małych niemieckich sklepików”.

„Przede wszystkim na ich [Żydów] majątku dokonało się ogromne uwłaszczenie” – pisze Leder – „w setkach miasteczek mniej więcej sześćdziesiąt procent domów zamieszkanych było przez Żydów”. Zatem mogły być zasiedlone przez nowych lokatorów. Ale jeśli 60% domów czy mieszkań należało do Żydów, to Polacy zajęli 60%, gdy tymczasem na Dolnym Śląsku czy Pomorzu, w niemieckich miastach, miasteczkach i wsiach 100% domów i mieszkań należało do Niemców, a więc Polacy zajęli 100%. Było ich oczywiście znacznie więcej niż mieszkań i domów „pożydowskich”. Były to ponadto domy i mieszkania o standardzie nieporównanie wyższym niż te w żydowskim sztetlu czy nawet w większych miastach i miasteczkach wschodniej, centralnej i południowej Polski.

W cyklu „Z opowieści polskich Żydów” czytamy: „Sztetle mazowieckie, tylko ciut bogatsze od sztetli galicyjskich, pachniały podobnie: biedą małego handlu, ciasnych warsztatów i ulicznych straganów. Ich mieszkańcy życie wiedli w bocznych uliczkach niedaleko rynku, w drewnianych, ciemnych i wilgotnych chałupach, często pochylonych czasem i nędzą”. Takie obrazki nie są znane są z Ziem Przyłączonych.

Ksawery Pruszyński pisał, że żydowscy mieszkańcy Przytyka żyli w „wykrzywionych lepiankach” – przeniesienie się bezrolnego polskiego chłopa do takiej „wykrzywionej lepianki” raczej niewiele zmieniało w jego sytuacji materialnej i społecznej, natomiast zamieszkanie w solidnym „poniemieckim” domu („wykrzywionych lepianek” na Ziemiach Przyłączonych nie było) i owszem.

Porównywanie dzielnic żydowskich w większych miastach i w żydowskich sztetlach z miastami, miasteczkami, a nawet zamożnymi wsiami na Ziemiach Przyłączonych byłoby po prostu śmieszne. Leder tak wielkie znaczenie przypisujący temu, że jakaś polska rodzina np. w Rajgrodzie zajęła mieszkanie „po Żydach”, niech popatrzy choćby na wrocławskie dzielnice i osiedla jak Krzyki, Oporów, Leśnica, Karłowice, Biskupin, Zalesie, Sepolno. Ponadto należy mieć na uwadze fakt, że sama zmiana miejsca zamieszkania np. przeprowadzka bezrolnego chłopa z wiejskiej chałupy do „poniemieckiego” (czy też „pożydowskiego”) mieszkania w miejskiej kamienicy nie czyni z niego (drobno)mieszczanina w sensie profesji czy zajęcia, bo przecież mógł zostać proletariuszem pracującym przez całe życie w fabryce.

Oprócz dóbr osobistych (ruchomych i nieruchomych) na naszą własność przeszły żydowskie budynki użyteczności publicznej, infrastruktura gmin żydowskich itd. Podobnie było na Ziemiach Przyłączonych, gdzie ta infrastruktura była nieskończenie bardziej rozwinięta. Na naszą własność przeszły zasoby o wielkiej wartości ekonomicznej: zakłady przemysłowe i inne środki produkcji, nieruchomości państwowe i komunalne, budynki i gmachy użyteczności publicznej, szkoły, szpitale, muzea, zabytki, biblioteki (np. wspaniałe zbiory Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu), magazyny, cmentarze, spichlerze, sklepy, warsztaty rzemieślnicze, zabudowania gospodarcze, dworce kolejowe, obiekty sakralne, zabytki architektury, rezydencje, pałacyki, domy uzdrowiskowe, obiekty sportowe, parki. Do tego dochodzi sieć kolejowa, sieci tramwajowe, sieć bitych dróg w tym autostrada, sieć wodociągowa, szlaki wodne, porty, ciągi komunikacyjne, sieci energetyczne, gazowe itd. Ziemie Przyłączone mają powierzchnię 102 855 km kw., i stanowią jedną trzecią terytorium dzisiejszej Polski, znajdują się na nich ogromne obszary rolne, majątki ziemskie, zabudowania chłopskie, 2 270 000 hektarów lasów, jeziora, rzeki z Odrą na czele, góry, pas morskich wód terytorialnych, bogactwa naturalne, kopaliny, surowce itd.

Przekartkowałem książkę Klucze i kasa. O mieniu żydowskim w Polsce pod okupacją niemiecką i we wczesnych latach powojennych 1939-1950 – w poszukiwaniu jakichś danych, i nie znalazłem żadnych szacunków ogólnej wartości majątku żydowskiego na ziemiach II RP, które weszły w skład PRL, jest jednak rzeczą oczywistą, że w porównaniu z wartością całego majątku niemieckiego przejętego przez nas na Ziemiach Przyłączonych, jest to wartość niezbyt wielka. Majątek „poniemiecki” mógł stać się (stał się) bazą materialną w procesie powstawania współczesnej klasy średniej w stopniu o wiele większym niż majątek „pożydowski”.

Leder stwierdza, że rewolucja oznacza nie tylko zmianę systemu politycznego i wyeliminowanie grup sprawujących władzę – dla tego typu przemian wystarczałoby określenie „przewrót” – ale także gwałtowne i fundamentalne przeoranie substancji społecznej, zmianę hierarchii ekonomicznych i kulturowych, masowe przełamanie dotychczasowych stosunków własności. To możliwe jest zazwyczaj przez zastosowanie przemocy na wielką skalę. Co w takim razie powinniśmy sądzić o sytuacji na Ziemiach Przyłączonych – tutaj mieliśmy wszak do czynienia z rewolucyjną zmianą w obszarze stosunków własności na olbrzymią skalę (przymusowe wysiedlenie 12-14 mln Niemców ze Wschodu, zarówno z terytoriów wschodnich Rzeszy, jak i z krajów Europy Środkowo – i Południowo-Wschodniej, było połączone z największym transferem własności w dziejach nowożytnych).

W innym miejscu Leder pisze: „Dla mnie ważniejsze od przejęcia własności [żydowskiej] jest przejęcie [jej] miejsca w strukturze społecznej, czyli tej funkcji mieszczańskiej, pozycji klasy średniej”. Na Ziemiach Przyłączonych ten sam proces dokonuje się na wielokrotnie większą skalę. Leder pisze o końcu ziemiaństwa i majątkach ziemskich rozparcelowanych pomiędzy chłopów w reformie rolnej, ale nie wspomina o niemieckim ziemiaństwie i niemieckim chłopstwie, które zniknęły z Ziem Przyłączonych a ich ziemię i gospodarstwa przejęli nasi osadnicy, nieważne czy na własność, czy jako pracownicy PGR-ów; Leder pisze o likwidacji warstwy rządzącej przed 1939 r., a nie wspomina, że na Ziemiach Przyłączonych cała taka warstwa znikła, od wójta do wyższej administracji. I trzeba ją było zbudować od podstaw przy pomocy nowych ludzi.

Jak można podkreślać bezustannie fakt, że „etniczni Polacy” weszli w tkankę zawodowo-społeczno-ekonomiczną dawniej zajmowaną przez Żydów, w „pożydowską” przestrzeń społeczną, a bagatelizować czy wręcz ignorować fakt, że my, „etniczni Polacy” weszliśmy w tkankę zawodowo-społeczno-ekonomiczną dawniej zajmowaną przez Niemców, w „poniemiecką” przestrzeń społeczną? Na Ziemiach Przyłączonych struktura społeczno-zawodowa zmieniła się całkowicie, podczas gdy na pozostałych ziemiach PRL-u tylko częściowo; tam pozostała luka społeczna do wypełnienia po 2 milionach Żydów, tutaj po 10 mln Niemców. Ponadto na ziemiach należących przed 1939 r. do II RP Żydzi nie zajmowali w 100% ról społecznych, zawodów, zajęć, miejsc pracy, np. klasyczna tradycyjna klasa średnia (kupcy, rzemieślnicy), w połowie składała się z Żydów, pozostała zatem luka ok. 50-procentowa. Na Ziemiach Przyłączonych skład narodowościowy, a tym samym społeczno-zawodowy, wymieniony został w stu procentach.

Wyeliminowanie Żydów – stwierdziła w dyskusji na temat tez Ledera Irena Grudzińska-Gross– otworzyło przestrzeń społeczną, w którą weszli ludzie, którzy czuli się zablokowani. Można powiedzieć, że „wyeliminowanie Niemców otworzyło przestrzeń społeczną, w którą weszli ludzie, którzy czuli się zablokowani”, z tym, że była to przestrzeń wielokrotnie rozleglejsza niż na pozostałych ziemiach Polski (PRL), bo prawie całkowicie w sensie ludnościowym pusta. Zakres awansu materialnego i społecznego „po niemieckich mieszkańcach” Ziem Przyłączonych przewyższa wielokrotnie awans „po Żydach” na innych ziemiach polskich. Przyłączenie dawnych wschodnich prowincji Rzeszy Niemieckiej było rewolucją przestrzenno-narodowo-społeczną, której znaczenie jest o wiele bardziej doniosłe dla naszej historii, jak i dla formowania się klasy średniej, niż procesy związane z nieobecnością Żydów.

„Umiastowienie” Polski i Polaków

Zdaniem Ledera „rewolucja 1939-1956” niesłychanie głęboko przeorała tkankę polskiego społeczeństwa, tworząc warunki do dzisiejszej ekspansji klasy średniej, czyli mieszczaństwa, „do najgłębszej być może od wieków zmiany mentalności Polaków: odejścia od mentalności określonej przez wieś i folwark ku tej zdeterminowanej przez miasto i miejski sposób życia”. Miasta stanęły otworem i były gwałtownie zajmowane przez tych wszystkich, którzy – jak to ujmuje Leder – podjęli trud „ruchu”. „Stanęły otworem”, ponieważ „opuścili” je Żydzi. Odnosi się to np. do takich miast jak Warszawa, gdzie Żydzi stanowili 30,1% wszystkich mieszkańców, Łódź – 33,5%, Kraków – 25,8%, Częstochowa – 21,9%, czy Lublin – 34,7%. Żydzi, którzy przed wojną stanowili jedną czwartą ludności Krakowa [ok.70 000], „właściwie zniknęli jako społeczność. Zmieniło to nie tylko strukturę etniczną i kulturową, ale i strukturę społeczną miasta: na miejsce żydowskiego drobnomieszczaństwa przyszły do handlu, rzemiosła i usług nowe grupy ludności krakowskiej i pozakrakowskiej” (Andrzej Kurz). Owa „ludność pozakrakowska” to, możemy zakładać, mieszkańcy podkrakowskich wsi i miasteczek, którzy w konsekwencji przeszli na „miejski sposób życia”. Do większych i mniejszych miast i miasteczek mogli zatem napłynąć Polacy, zająć miejsce Żydów dołączając do tych kilku milionów „etnicznych Polaków”, którzy już przed 1939 r. mieszkali w miastach i miasteczkach.

Brać pod uwagę należy przy tym fakt, że ok. 20-25% Żydów mieszkało na wsi, czyli ich nie możemy uwzględniać w kontekście „umiastowienia” i „nowego mieszczaństwa”, ponieważ „etniczni Polacy” ze wsi zajęli miejsce żydowskich mieszkańców wsi – pod względem „umiastowienia” nic się nie zmieniło. Piotr Eberhardt zauważa: „Ludność żydowska zamieszkiwała przede wszystkim w centralnej oraz wschodniej Polsce. Grupowała się w niewielkich osadach miejskich, które miały charakter czysto żydowski”. Jacek Wasilewski (zob. Jesteśmy potomkami chłopów, z prof. Jackiem Wasilewskim rozmawia Marta Duch-Dyngosz, Znak 2012, nr 5) podkreśla: „II Rzeczpospolita była żywiołem wiejskim. Jedynie kilka miast miało wielkomiejski, w europejskim znaczeniu, charakter: Warszawa, Lwów, Kraków, Poznań. Duża część ludności klasyfikowanej jako miejska mieszkała tak naprawdę w małych miasteczkach liczących około 5 tys. mieszkańców, które od wsi specjalnie się nie różniły. Patrząc na stare fotografie takich miast, dostrzeżemy, że wybrukowane były jedynie główne ulice, ale już te od nich odchodzące – nie. Brakowało w nich infrastruktury miejskiej”. Zatem zamieszkanie w takich „miastach” było jedynie pozorną zmianą statusu społecznego, ich zasiedlenie ich przez Polaków ze wsi nie oznaczało rzeczywistego „umiastowienia” i odejścia od mentalności „zdeterminowanej przez miasto i miejski sposób życia”.

Migrację Polaków do miast i miasteczek, w których wcześniej żyli Żydzi (kolejne fale migracji do miast w latach 50. i 70., nie miały już nic wspólnego z luką „pozostawioną” przez Żydów), trzeba widzieć na tle migracji na Ziemie Przyłączone, procesu masowego zasiedlenia przez kilka milionów ludzi „poniemieckich” miast i miasteczek, których miejski charakter był niewątpliwy – miały typową miejską zabudowę i miejskie założenia urbanistyczne. Polacy zasiedlili „pożydowskie” domy, ulice czy dzielnice w Krakowie, Kielcach, Radomiu, Siedlcach, Częstochowie, Lublinie, Białymstoku, Kielcach, Tarnowie, Chełmie, Kaliszu czy Przemyślu jak też w Jedwabnem, Szczebrzeszynie, Suchowoli, Rajgrodzie, Jędrzejowie, Węgrowie, ale jednocześnie otrzymali do zasiedlenia 630 000-tysięczny Wrocław, 270-tysięczny Szczecin, 260-tysięczny Gdańsk, 126-tysięczne Zabrze, 100-tysięczny Bytom, 86-tysięczny Elbląg, 78-tysięczną Legnicę, 66-tysięczną Zieloną Górę, 64-tysięczny Wałbrzych, 53-tysięczne Opole, 50-tysięczny Olsztyn, 50-tysięczny Słupsk, 45-tysięczny Gorzów Wlkp., 40-tysięczną Świdnicę, 35-tysięczny Koszalin, 33-tysięczną Jelenią Górę, 31-tysięczny Sopot, 21-tysięczne Kłodzko, 17-tysięczny Dzierżoniów, 17-tysięczny Prudnik, 16-tysięczny Strzegom, 12-tysięczne Strzelce Opolskie, 10-tysięczne Szczawno Zdrój, 10-tysięczną Nową Rudę, 9-tysięczną Trzebnicę, 7-tysięczny Połczyn Zdrój itd. Aby sobie uświadomić zakres tego „umiastowienia” nowej Polski warto sięgnąć po starą, dobrą książkę Jana Władysława Grabskiego 300 miast powróciło do Polski. Informator historyczny 960-1960 (wyd. III poszerzone, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1960).

W tym kontekście należy pamiętać również o żyjącej w II RP ludności niemieckiej, liczącej ok. 750 000 osób. Jeśli odjąć Niemców żyjących na Kresach oraz tych co zostali w Polsce po 1945 r., to pozostaje zapewne kilkaset tysięcy Niemców zamieszkujących województwo poznańskie, pomorskie, śląskie, łódzkie, warszawskie, którzy opuścili Polskę po 1945 r. Wyróżniali się oni silną pozycją ekonomiczną i wysokim statusem materialnym, prowadzili dobrze prosperujące przedsiębiorstwa i duże, nowoczesne gospodarstwa rolne, byli zamożnymi rzemieślnikami i kupcami. Mniejszość niemiecka dysponowała infrastrukturą społeczno-kulturalną, posiadała budynki użyteczności publicznej, kościoły itd. Na tym majątku niemieckim także dokonało się uwłaszczenie – ich domy, miejsce w strukturze zawodowej i w miastach zajęliśmy my, „etniczni Polacy”. Niemcy opuścili Poznań, Bydgoszcz (to miasto opuściło ok. 44 000 osób), Włocławek, Inowrocław, Toruń, Chorzów, Świętochłowice, Bielsko-Biała (to miasto opuściło 10 tys. Niemców), Rybnik, Cieszyn, Tarnowskie Góry, Katowice, Grudziądz czy Łódź (w 1939 r. mieszkało tam 62 tysiące Niemców) oraz innych mniejszych miast i miasteczek (w Pabianicach stanowili prawie 10%, w Zgierzu 9% wszystkich mieszkańców ). Na ich miejsce mogli napłynąć „etniczni Polacy”.

Dlaczego Leder przeoczył Niemców?

Autor Prześnionej rewolucji stwierdza, że dwa podstawowe wydarzenia rewolucji 1939-56 to „zagłada Żydów” i „zniszczenie dominacji elit szlachecko-urzędniczych w społeczeństwie polskim”. Leder nie zauważył słonia w salonie, nie dostrzegł, że przyłączenie niemieckich ziem wschodnich, przymusowe, dokonane z użyciem przemocy, wysiedlenie 10 mln Niemców i uwłaszczenie na ich majątku było wielką narodowo-społeczną i geograficzno-przestrzenną rewolucją! I nie była to „prześniona rewolucja”. Chociaż jej warunkiem sine qua non była oczywiście siła militarno-polityczna zwycięskich aliantów decydujących o takim, a nie innym kształcie terytorialnym nowego państwa polskiego (PRL), to odbywała się ona w świetle dnia z pełnym poparciem całego narodu (mas ludowych) i jego aktywnym, a nie tylko biernym uczestnictwem. Nie była przeżywana jako coś zewnętrznego, w czym bierze się udział bez własnej woli i decyzji. W rewolucji uczestniczyły czynnie i świadomie wszystkie ówczesne siły polityczne i społeczne, przeprowadzała ją nie tylko PPR, ale także PPS, PSL, środowiska dawnego obozu narodowego, Kościół katolicki itd. Być może dlatego też Leder ją pominął, bo wyłamywała się z przyjętego przezeń schematu „prześnionej rewolucji”. Przejęcie własności niemieckiej i zajęcie miejsca Niemców było traktowane jako – w tej kwestii panował ogólnonarodowy konsens – akt sprawiedliwości dziejowej, kara za wywołanie wojny; to nam się należało, ponieważ Niemcy byli winni wywołania wojny i popełnienia zbrodni. Nie było tu żadnej „traumy”, którą Leder chce leczyć u współczesnej klasy średniej. Domagać się od wrocławian czy gdańszczan „przepracowania winy” za przymusowe wysiedlenie? Postulować, aby wzięli na siebie odpowiedzialność za dawną masową przemoc wobec Niemców, której wielu z nich zawdzięcza domy, ziemię i wyższą (mieszczańską) pozycję w strukturze społecznej? (na temat najnowszych ustaleń liczby śmiertelnych ofiar „wypędzenia” zob. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, przeł. T. Gabiś, Poznań 2016).

Leder wzywający mieszkańców Rajgrodu czy Grajewa do przezwyciężenia historycznej amnezji i „moralnego samooczyszczenia” w związku z przejęciem „pożydowskiego” majątku” („wzbogacili się na trupach”), zamieszkaniem w ich domach i wykonywaniem ich zajęć i profesji, zdał sobie widocznie sprawę, że politycznie posunąłby się za daleko, gdyby tego samego domagał się od mieszkańców Świdnicy czy Gorzowa Wielkopolskiego. Wolał więc nie ryzykować pęknięcia przeciągniętej moralno-psychologicznej struny.

Gdyby Leder uwzględnił Niemców, to zarówno w zakresie ilościowym, jak i wartości majątku przesłoniliby oni Żydów, którzy stanowią podstawową oś całej zbudowanej przezeń konstrukcji moralno-politycznej. Jest też możliwe, że przeoczył Niemców dlatego, że na gruncie powojennej „teologii politycznej” istnienie żydowskie (i jego zniszczenie) ma wyższy status moralny, ba, ontologiczny, niż niemieckie, a zatem „mienie pożydowskie” jest w sensie moralno-teologicznym znacznie cenniejsze niż „mienie poniemieckie” – właściwie „ponazistowskie” (wszak Niemcy demokratycznie wybrali Hitlera, większość go popierała itp.). W ramach tej teologii politycznej żydowski stragan stoi wyżej niż niemiecki dom handlowy, żydowska pierzyna ma większą wartość niż niemiecki Mercedes, żydowskie stare palto więcej waży niż najdroższy niemiecki garnitur, żydowska chałupa w Przytyku to coś wspanialszego niż rezydencja arystokratycznego rodu niemieckiego w Prusach Wschodnich. Żydzi jako niewinne ofiary Niemców (a po części nasze zob. Jedwabne itd.), stanowią podstawowy element lederowskiej polityki historycznej i mogą być w jej ramach instrumentalizowani, natomiast Niemcy – nie. Leder jak i cały obóz ideowo-kulturalny, do którego należy, może się tymi „teoretycznymi Żydami” posługiwać dla zdobycia, utwierdzenia czy też obrony swojej moralnej hegemonii, mogą mu oni służyć jako żetony czy karty w grze o władzę moralno-kulturalną w Polsce, Niemcy jako ofiary są tutaj mało przydatni.

„Logika historyczna” kontra realna historia

Gdyby chcieć wykazać rzeczywistą zależność pomiędzy przejęciem mienia żydowskiego i zajęciem miejsca Żydów a ukształtowaniem się obecnej klasy średniej, konieczne byłoby wykroczenie poza, przyjęte przez Ledera, założenia abstrakcyjnej „logiki historycznej” w kierunku „rzeczywistości historycznej”. Należałoby zapytać, czy istnieje społeczna i ekonomiczna, możliwa do uchwycenia, historyczna więź pomiędzy tymi, którzy przejęli majątek żydowski i wypełnili lukę „po Żydach” w latach 1939-1945 a obecną klasą średnią? Byłby to wdzięczny temat dla badań socjologiczno-historycznych: czy i jaki jest historyczny związek pomiędzy zajęciem mieszkań i sklepów Żydów np. w Grajewie a dzisiejszą grajewską klasą średnią? Jaki jest udział dzisiejszej ludności miast i miasteczek zamieszkałych niegdyś przez Żydów w powstawaniu współczesnej klasy średniej? Co ludność, która tam zamieszkała w latach 1939-1945, łączy ze współczesną klasą średnią. Niezbędne wydaje się podjęcie badań konkretnych przypadków (jak się dziś mówi „case studies”), których celem byłaby empiryczna weryfikacja tez Ledera.

Weźmy pierwszy z brzegu przykład: Działoszyce (pow. pińczowski), liczące w 1939 r. 5 900 mieszkańców, z których 89-90% było Żydami. Obecnie Działoszyce mają 991 mieszkańców. Wydaje się więc, że żadna klasa średnia w Działoszycach się nie rozwinęła, mimo iż zapewne przejęto tam przed wieloma laty domy czy inne mienie „po Żydach” i wypełniono, pozostawioną przez nich, społeczno-gospodarczą lukę. Chodzi o to, czy da się prześledzić, jaki był realny, empirycznie sprawdzalny, a nie tylko wypływający z abstrakcyjnej „logiki historycznej”, udział mieszkańców „pożydowskich” miast i miasteczek w procesie narodzin polskiej klasy średniej? Jaki był rzeczywisty udział „bezrolnych chłopów” i ich potomków w powstaniu klasy średniej oprócz tego, że zamieszkali w domach i mieszkaniach „po Żydach” lub zawłaszczyli żydowskie poduszki, pierzyny, zastawy stołowe, buty czy stare palta – „Jak po wojnie ktoś do kościoła wszedł w pelisie, wiadomo było, że pożydowska” (Gross, Złote żniwa, s.184). Czy właścicielka „pożydowskiej” pelisy to protoplastka członka współczesnej polskiej klasy średniej?

Oprócz procesu opisywanego czy wzmiankowanego przez Brauna, Wykę, Kuronia i Grossa a stanowiącego centralny temat książki Ledera, zachodziły inne, które również należałoby wziąć pod uwagę. Jeśli bowiem istnieje związek pomiędzy powstaniem polskiego (drobno)mieszczaństwa a zniszczeniem polskiego Żydostwa w latach 1939-1945, to można założyć, że taki związek istnieje pomiędzy zjawiskami niezależnymi (lub zależnymi tylko w niewielkim stopniu) od tego faktu np. pojawienie się sporej grupy Polaków działających, dorabiających się i bogacących na „czarnym rynku”, na szmuglu, handlu walutą itd. Wyka w Gospodarce wyłączonej to przecież doskonale pokazał. W swoich wspomnieniach Czasy wojny Ferdynand Goetel opisuje mechanizmy i zjawiska gospodarcze okresu wojny w Warszawie, tylko częściowo mające związek z transferem majątku żydowskiego do Polaków, handlem nim itd., a prowadzące do wytworzenia się grup i środowisk zaliczanych do „stanu trzeciego”.

Świetnie uchwycony, realistyczny, beznamiętny opis życia polskiej prowincji i wsi pod okupacją niemiecką oraz zjawisk społeczno-gospodarczych tamtego czasu znajdziemy w powieści Stanisława Łukasiewicza Okupacja (Warszawa 1958, napisana w 1947 r.), ukazującej wyzysk chłopów przez polską lokalną elitę administracyjną, która bogaciła się ich kosztem. Łukasiewicz nie pomija „czynnika żydowskiego” – handlu z gettem, po likwidacji getta i deportacji Żydów chłopi z okolicznych wsi zabierają „żydowskie graty”, o jednej z postaci czytamy, że – „handlował mieniem żydowskim”, ale, dodaje narrator, „wzbogacił się na innych machlojkach”. Łukasiewicz skupia się przede wszystkim na naszych rodakach z lokalnej gminno-powiatowej elity administracyjnej jak rozmaici zarządcy, urzędnicy gminni (zastępca kierownika Arbeitsamtu, agronom, kierownik spółdzielni, urzędnicy od klasyfikowania, skupu bydła i ściąganie kontyngentów), granatowi policjanci, a do tego szmuglerzy, bimbrownicy, cały ten świat układów, sieci powiązań oraz machinacji najróżniejszego rodzaju na styku prywatnego biznesu i aparatu państwowego, gdzie króluje korupcja, sprzedawanie „na lewo” racjonowanych towarów, ściąganie do własnej kieszeni „podatków” z ludności wiejskiej itd. Ci, którzy wzbogacili się kosztem chłopów, weszli w skład polskiej „klasy średniej” na tej samej zasadzie jak ci, którzy wzbogacili się kosztem Żydów. Np. kamasznik Garbnik skórę kontyngentową i obuwie sprzedawał po cenach wolnorynkowych, od chłopów pobierał często należności w produktach żywnościowych a nadmiar ich sprzedawał warszawskim szmuglerom. Cały materiał przeznaczony na reperację mostów na terenie kilku gmin sprzedał „na lewo” drogomistrz Lerke, a ci, którzy go kupili, handlowali nim dalej. Na tym podłożu rosły lokalne fortuny.

W Wędrówkach i myśli porucznika Stukułki Leopolda Tyrmanda, niejaki Czesław Bajorak, syn robotnika z Woli, zakłada „do spółki z pewnym gestapowcem nazwiskiem Trube słynną podówczas w Warszawie fabrykę syfonów, pracującą wyłącznie dla wojska SS. Może się komuś wydać dziwne, po co były potrzebne dywizjom SS specjalne syfony w dużych ilościach, ale dawało się to łatwo wytłumaczyć znakomitymi stosunki obu panów z gestapo i kancelarią osobistą gubernatora Franka”. Kto wie, może działający na styku prywatnego biznesu i państwa Czesław Bajorak zbudował fortunkę, którą potem przejęły jego dzieci a po nich jego wnuki należące dzisiaj do polskiej klasy średniej.

Na inne zjawisko zwraca uwagę Józef Mackiewicz. Jeden z bohaterów jego powieści Nie trzeba głośno mówić Leon pyta swojego kuzyna Juliana Przyrostowskiego: „Skąd właściwie ten dobrobyt w Warszawie? — rzucił Leon przypominając rachunek, który kuzyn zapłacił za obiad”. Julian odpowiada:

„Bardzo naturalne zjawisko ekonomiczne. Zrzuty. Miasto, w które wpompowuje się miliony dolarów, funtów i złotych monet. Nie licząc dziesiątków milionów w „«młynarkach» i w markach niemieckich. Ktoś mi mówił, nie wiem czy prawda, że dotychczas zwalono do jednego AK około 30 milionów dolarów w «miękkich», i z pół miliona «twardych» w złocie; pięćdziesiąt milionów «młynarek» i prawie dwa tysiące suwerenów brytyjskich. A ile otrzymała Delegatura, tego już nie wiem. Drugie tyle, albo więcej. Z tego się przecie nie strzela. Strzela się z dodatkowych zrzutów broni i amunicji. Pieniądze idą normalną drogą w obrót, i jak zauważyłeś, obraca cała Warszawa. Poza własnym potencjałem gospodarczym. To, jedno miasto. A teraz weź zaplecze. Chłop w tej Ge-ge ma się znakomicie. Niemcy niszczą inteligencję, a chłopu dają jakieś tam kredyty, ziarno siewne, maszyny, premie i różne inne rzeczy. Tylko naturalnie nie trzeba o tym głośno mówić. Chłop, słowem, przyjeżdża z babą do miasta po legendarne «fortepiany», które ładuje na wóz, obrazy i materiały. To wszystko razem stwarza ruch i szaloną spekulację handlową”. Wolno założyć, że te przechwytywane zasoby finansowe także stanowiły bazę materialną polskiej klasy średniej.

Jak zagadnienie to wygląda w przekroju terytorialnym? Ziemie Przyłączone to 1/3 terytorium Polski. Należy do nich dodać przedwojenne województwa wielkopolskie i pomorskie, gdzie liczba Żydów była na poziomie 0,1-0,3% oraz śląskie, gdzie liczba Żydów była na poziomie 1,5% ludności. Otrzymujemy wówczas około połowy terytorium Polski, na którym geneza klasy średniej nie ma nic wspólnego ani z przejmowaniem własności żydowskiej, ani z wypełnianiem społeczno-ekonomicznej luki „po Żydach”. Dla połowy terytorium obecnej Polski schemat genezy współczesnej klasy średniej skonstruowany przez Ledera w ogóle nie ma zastosowania. Zupełnie inne były okoliczności jej formowania się – ma ona praktycznie czysto „polski” lub „poniemiecki” charakter. Twierdzenie typu: „Rodzice i dziadkowie dzisiejszych Polaków skorzystali finansowo na Zagładzie żydowskich współobywateli” (Witold Mrozek, „Nie-boska komedia”. Rok po skandalu, („Gazeta Wyborcza” 24-26 grudnia 2014) jest więc uproszczeniem i grubą przesadą (niezależnie od tego, kto i jak rzeczywiście skorzystał), ponieważ z pewnością nie odnosi się do dzisiejszych Polaków zamieszkujących połowę terytorium kraju.

Uwzględnienie kontekstu geoekonomicznego każe też zapytać, czy to miejscowości trochę na wyrost nazwane przez Mirosława Tryczyka „miastami” („śmierci”) jak Jedwabne, Radziłów, Wąsosz, Kolno, Grajewo, Tykocin, Szczuczyn, Goniądz, Rajgród, Kolno, Suchowola, Jasionówka były tymi miejscami, gdzie wykluwała się polska klasa średnia, czy może raczej Poznań, Wrocław, Gdańsk, Gdynia, Toruń, Zabrze, Chorzów, Bytom, Słupsk, Bydgoszcz, Katowice, Opole i inne miasta?

Fikcja genezy „polskiej klasy średniej”

Według Ledera przejęcie własności żydowskiej i wypełnienie „luki po Żydach” to jedno z fundamentalnych zjawisk niezbędnych dla zrozumienia rodowodu współczesnej polskiej klasy średniej będącej głównym adresatem jego książki. Jednakże zjawisko to należy widzieć we właściwych proporcjach i w szerszym historycznym kontekście. Geneza bowiem dość licznej dziś polskiej klasy średniej (pod tą nazwą rozumiem tu przed wszystkim ludzi działających w wytwórczości, rzemiośle, handlu i usługach, właścicieli mniejszych i większych przedsiębiorstw itd.) ma – jak na to wskazywaliśmy wyżej – wiele źródeł, jest pogmatwana i niejasna.

O przemianach po roku 1989 r., Leder pisze, że były dopełnieniem rewolucji z lat 1939­-56. Jednak nie było to „dopełnienie”, lecz otwarcie kolejnego, nowego etapu. Ani w 1956, ani w 1989 historia się nie skończyła. Od polityczno-ekonomicznego przełomu 1989 r. do momentu ukazania się jego książki upłynęło wszak kolejne ćwierć wieku (!) historii wypełnione procesami i zjawiskami istotnymi z punktu widzenia powstawania polskiej klasy średniej, a mimo to Leder nadal ustawia ją w relacji do „nieobecnych Żydów”, co widocznie zgodne jest z jego bliżej nieokreśloną „logiką historyczną”, wykrzywia jednak realną historię. Leder uparcie namawia klasę średnią do psychologiczno-moralnego powrotu do rewolucji 1939-56, tak jakby tylko tam tkwiły jej korzenie, podczas gdy jest wiele korzeni i wiele źródeł. Leder słusznie wskazuje na gwałtowny (rewolucyjny) charakter przemian lat 1939-56, jednak w kontekście genezy współczesnej klasy średniej należy uwypuklić fakt, iż makro-procesy społeczno-ekonomiczne są rozłożone na 75 lat, raz przyspieszają, raz zwalniają. Współczesna klasa średnia stanowi wytwór wielowątkowego, wieloetapowego, wielokierunkowego procesu przemian społecznych, procesów klaso- i warstwotwórczych zróżnicowanych historycznie i geograficznie, zachodzących w ostatnich kilkudziesięciu latach w Polsce. Jej powstawanie ma charakter dynamiczny, a nie statyczny i mechaniczny jak u Ledera. On oczywiście o tym wszystkim wie, ale to w ogóle nie przenika do jego myślowego wywodu – „logika historyczna” sobie, rzeczywistość historyczna sobie. Kurczowo, wręcz obsesyjnie, trzyma się Leder swojej abstrakcyjnej konstrukcji: współczesna polska klasa średnia (mieszczaństwo) a żydowskie domy, żydowski handel, żydowskie mienie sprzed ponad 70 lat.

Gdyby pokusić się o rekonstrukcję realnej genealogii polskiej klasy średniej, to jej pierwszymi warstwami byłoby polskie (drobno)mieszczaństwo istniejące, zanim w 1939 r. zaczęła się rewolucja, oraz (drobno)mieszczaństwo, które zajęło miejsce Żydów w latach 1939-45 po zniszczeniu polskiego Żydostwa przez Niemców – cytowana przez Grossa opinia Jerzego Brauna, że „w ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem stan trzeci” [podkreśl. moje – TG], to oczywista publicystyczna przesada. (Drobno)mieszczaństwo w II RP dzieliło się mniej więcej po połowie na polskie i żydowskie. Zatem jeśli – jak chce Leder – w formowaniu się klasy średniej czy (drobno)mieszczaństwa istotny był udział tych, którzy przejęli domy i inne dobra po Żydach oraz obsadzili ich „miejsca pracy”, to przedwojenne polskie (drobno)mieszczaństwo miało w tym identyczny udział. Dalej mielibyśmy członków „stanu trzeciego” wyrosłych w trakcie wojny, lecz bez związku ze „zniknięciem” Żydów. Na to nakładają się kolejne warstwy: wąskie, ale cały czas płynące strumyki rzemiosła i handlu w PRL po 1956 r., ludzie działający na „czarnym rynku” (zob. Jerzy Kochanowski, Tylnymi drzwiami. „Czarny rynek” w Polsce 1944-1989, Warszawa 2015), ludzie od lat 70. XX wyjeżdżający do pracy na Zachód, przywożący twardą walutą, inwestujący, zakładający sklepy, punkty usługowe, małe biznesy i warsztaty produkcyjne. W latach 80. XX w. – jak podaje jeden z autorów – „dopuszczono kapitał obcy w postaci tzw. firm polonijnych, punkty sprzedaży detalicznej oddano w ajencję na postawie umowy agencyjnej. Rozwinęło się rzemiosło wszelkich gałęzi (w tym produkcyjne). Już w 1982 było ponad 200 tys. prywatnych zakładów rzemieślniczych i placówek handlowych. W 1986 prywatne zakłady dawały źródło utrzymania ponad 1 milionowi osób”. Potem następuje prywatyzacja, tzw. uwłaszczenie nomenklatury i kadry inżyniersko-administracyjnej, możliwe dzięki „gierkowskiej industrializacji i modernizacji”, sfinansowanej z zachodnich kredytów, nasycającej gospodarkę maszynami, sprzętem technicznym i majątkiem produkcyjnym, który mógł przejść w ręce prywatne, dynamiczny rozwój małego i średniego biznesu, handlu i usług po 1989 r., powstanie nowej elity przedsiębiorców itd. itp.

Kiedy tak spojrzymy na interesującą nas kwestię zobaczymy, że amorficzna klasa średnia jest w istocie swego rodzaju bytem procesualnym, zaś Leder tworzy mit jej (socjo)genezy. Fałszywa „tradycja wynaleziona” polskiej klasy średniej (mieszczaństwa) – oto czym jest książka Ledera. Kiedy przeanalizujemy ją dokładniej, rychło dostrzeżmy, że autor porusza się w świecie bladych, wypranych z empirii abstrakcji, tak jakby historyczny konkret go mało interesował. Niewiele tu miejsca na kontesktualizację, relatywizację, porównanie, skomplikowanie, różnicowanie, widzenie rzeczy we właściwych proporcjach, a dopiero to daje szanse na ćwiczenie się w „logice historycznej”, w przeciwnym razie pojęcie to zaczyna kamuflować i mistyfikować realną historię; zamiast ułatwić utrudnia dostęp do rzeczywistości. „Nielinearna”, niejednorodna, wielotorowa, chaotyczna historia społeczno-gospodarcza Polski ostatnich 70 lat wyparowuje, aby nic nie zakłóciło pseudo-historycznego, ideologiczno-moralistycznego konstruktu, nie zmąciło czystości homogenicznej narracji. Prześniona rewolucja tym sensie jest „kultowa” – autor mówi miejscami (odnoszę się tu także do jego wywiadów) nie jak socjolog starający się zrozumieć przeszłość i jej wpływ na teraźniejszość, lecz przemawia niczym misjonarz, niczym świecki kapłan wygłaszający kazanie do wiernych, wzywający ich do „nawrócenia” i sprawujący nad nimi moralną kuratelę.

Gdybyśmy chcieli odwołać się do prezentowanego przeze mnie w innym miejscu rozróżnienia między paradygmatem jedności a paradygmatem rozproszenia, to Ledera bez wahania zaliczylibyśmy do reprezentantów paradygmatu jedności. Nic w tym dziwnego, ponieważ paradygmat rozproszenia nie nadaje się na podstawę, proponowanego przezeń współczesnej polskiej klasie średniej, programu moralno-polityczno-kulturalnego. Kto jak Leder, chce leczyć zranioną kolektywną psyche, uzdrawiać grupy społeczne z traum, budować dziś ich „tożsamość” na wydarzeniach sprzed dziesiątków lat, ten musi posługiwać się prostymi, wyrazistymi schematami, oddziaływującymi na uczucia moralne. A takich ujęcie analityczne nie znosi.

Prześniona rewolucja – lektura obowiązkowa

Zgodzić się wypada z Pawłem Bravo („Tygodnik Powszechny”), dostrzegającym u Ledera „prowokacyjny potencjał i świeżość spojrzenia, zdolność do postawienia się w ważnych kwestiach poza dotychczasowymi schematami”. Zastrzec jednak należy od razu, że „prowokacyjny potencjał” zaktualizował się jedynie w pewnym zakresie, „świeże spojrzenie” padło tylko na niektóre obszary historii i polityki (inne pozostały poza jego zasięgiem), zaś dotychczasowe schematy nie zostały wystarczająco mocno przełamane. W ostatnim numerze kwartalnika „Pressje” (Teka 43) napisano, że Prześniona rewolucja jest jedną z dwóch (druga to Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej Michała Łuczewskiego) najważniejszych książek o polskości ostatnich lat. I ta pochwała również wydaje mi się przesadna. Nie znaczy to bynajmniej, że książka Andrzeja Ledera – mimo ewidentnych słabości – nie jest godna uważnej lektury i namysłu nad prezentowanymi w niej tezami i opiniami. Wręcz przeciwnie.

Leder słusznie podkreśla doniosłość faktu, że „rewolucja 1939-1956” dokonała się bez udziału, lub tylko z biernym udziałem polskiego „ludu”, co w pewien sposób blokuje pamięć o niej i nie pozwala uczynić jej składnikiem historycznej tożsamości polskiej klasy średniej – wyjątkiem był rewolucyjny proces przyłączenia i zaludnienia dawnych niemieckich prowincji wschodnich. Prawdą jest, że – jak pisałem wyżej – bez pokonania Rzeszy Niemieckiej przez obce potęgi i bez ich decyzji o przyłączeniu tych ziem do „nowej Polski”, rewolucja ta nie byłaby możliwa. Jednakże była ona w ogromnej mierze naszą, polską rewolucją i miała o wiele bardziej „oddolny charakter” niż inne wydarzenia i procesy tamtej epoki.

Zapewne, gdyby w Polsce, czyli w II RP rewolucja społeczna – „burżuazyjna” czy „socjalistyczna” – przeprowadzona została przez rodzime siły polityczne, co byłoby spełnieniem rymkiewiczowskiego postulatu „wieszania” jako aktu politycznego, mielibyśmy do czynienia z o wiele bardziej jasną genezą naszej współczesności. Można by się do niej ustosunkować afirmując ją lub odrzucając. A tak nie można być ani prawdziwym polskim rewolucjonistą, ani prawdziwym kontrrewolucjonistą; bytujemy w jakimś „pomiędzy”, w jakiejś „międzyepoce”, czy raczej „międzyświecie”, negujemy rewolucję ze względów politycznych, ideologicznych czy moralnych, jednocześnie realnie ją aprobując, ponieważ stworzyła ona nas i Polskę, w której żyjemy (w pewnym stopniu stworzyła nowy naród polski). Jesteśmy jej dziećmi, czy tego chcemy czy nie, tyle że dziećmi wstydzącymi się swojego pochodzenia. Można by powiedzieć, że jesteśmy „bękartami rewolucji 1939-1956”. Gdyby przedwrześniowa Polska została zlikwidowana polskimi rękami, to rewolucja ta stanowiłaby mit założycielski nowej Polski. Jednak w warunkach braku niepodległości, kiedy rewolucję przeprowadzają czynniki zewnętrzne a my żyjemy w świecie, który jest jej rezultatem, skutkuje to wyparciem tego dziejowego przełomu ze świadomości tak społecznej, jak jednostkowej.

Sytuacja, w jakiej znalazł się naród polski po 1939 r., nie była oczywiście czymś nowym, wszak już w okresie zaborów obce potencje rozkruszały i rozbijały dawne polskie formy społeczno-ekonomiczne i polityczne (zob. moje refleksje na kanwie książki Jana Sowy Fantomowe ciało króla) np. znosząc pańszczyznę. Także wówczas naród (masy ludowe) był wyłącznie przedmiotem, a nie podmiotem tej głębokiej zmiany. Przedstawiciele dzisiejszej polskiej lewicy domagający się ożywienia pamięci o niej – pojawił się nawet postulat ustanowienia święta dla uczczenia zniesienia pańszczyzny – stoją przed niemożliwym do rozwiązania dylematem: czcząc rocznicę zniesienia pańszczyzny nolens volens oddajemy hołd autokratycznym monarchom, którzy dokonali „odgórnej rewolucji”, będąc jednocześnie tymi, którzy odebrali nam niepodległość i zadali wiele cierpień, ba, przedstawicieli ówczesnej lewicy wsadzali do więzienia, skazywali na wygnanie albo nawet na śmierć. Dlatego zrobione obcymi rękami zniesienie pańszczyzny, trudno jest wpisać w polską narrację historyczną.

Fakt, że „rewolucja 1939-1956” została dokonana przez siły zewnętrzne, ba, „totalitarne”, stawia nas przed podobnym dylematem: powinniśmy przemiany zainicjowane przez „totalitarne potęgi” wewnętrznie zaakceptować (pogodzić się z nimi), ponieważ stworzyły podwaliny dzisiejszej Polski, naszej realnej ojczyzny, kraju, w którym żyjemy, jednakże natura tych sił, ich zewnętrzny, „totalitarny”, „okupacyjny”, „kolonizatorski” charakter, zaakceptować ich nie pozwala. Stąd następuje rozdarcie świadomości historycznej, powstaje historyczno-duchowa próżnia, która nie daje się sensownie wypełnić. W szczelinę pomiędzy niemożnością akceptacji a niemożnością (realnego) odrzucenia wdzierają się polityczne mity mające ją zaklajstrować, tak jakby bezpośrednią poprzedniczką III RP była II RP – tworzy się kolejna fikcja genezy, ponieważ to nie dopiero zainstalowanie władzy komunistycznej w Polsce, lecz już totalna klęska wojenna we wrześniu 1939 r. i faktyczna likwidacja państwa polskiego oznaczała upadek przedwrześniowej klasy polityczno-biurokratyczno-wojskowo-inteligenckiej (jak każda elita upadła ona z własnej winy, popełniając wcześniej polityczne samobójstwo); na Kresach Sowieci zainicjowali pierwszą fazę likwidacji ziemiaństwa. Już w tym momencie rozpoczął się paretiański cykl wymiany elit. Minister spraw zagranicznych pułkownik Józef Beck, umierający gdzieś w nędznej chałupie na rumuńskiej prowincji a tak niedawno jeszcze rozgrywający swoją partię na europejskich parkietach, jest widomym symbolem odchodzenia w przeszłość dawnej II RP. 10 lat później, jesienią 1944 r. (druga jesień po tej wrześniowej z Dwóch jesieni Kazimierza Wyki) rozbita zostaje Armia Krajowa, ostatnia armia II RP, i upada Polskie Państwo Podziemne stanowiące fantomową kontynuację II RP; niecałe 20 lat później, 21 października 1963 r. na Lubelszczyźnie poległ ostatni partyzant polskiego podziemia antykomunistycznego, ostatni „żołnierz wyklęty” – sierżant Józef Franczak „Lalek”. Był ostatnim żołnierzem i samotnym obrońcą II RP, państwa od dawna już nieistniejącego, postacią tragiczną a jednocześnie w pewnym wymiarze – groteskową. Trzy lata przed śmiercią „Lalka” z rąk funkcjonariuszy sił bezpieczeństwa, 23 lipca 1960 r. swój pierwszy koncert w studenckim klubie Żak w Gdańsku dał zespół Czerwono-Czarni; dwa miesiące przed jego śmiercią naukę w szkołach-tysiąclatkach rozpoczęło tysiące polskich dzieci. „Przedrewolucyjna” Polska „Lalka” i „porewolucyjna” Polska Czerwono-Czarnych i dzieci zaludniających tysiąclatki (do których uczęszczało tak wielu z nas) na krótko, po raz ostatni, istniały obok siebie, w jednym czasie kalendarzowym, ale w dwóch paralelnie biegnących czasach historycznych. Ciągle jeszcze nasze historyczne myślenie i nasza historyczna wyobraźnia błądzą pomiędzy Czerwono-Czarnymi, dziećmi (nami samymi) z tysiąclatek i Józefem Franczakiem „Lalkiem” ginącym od kul milicjantów.

Leder chce nam – i chwała mu za to – wskazać drogę wyjścia z tego zapętlenia, namawia nas do stanięcia twarzą w twarz z rzeczywistością historyczną i zmierzenia się z dylematami jakie przynosiła i nadal przynosi. Pragnie otworzyć nową perspektywę w podejściu do naszej najnowszej historii. Tej zasługi nie odbiera mu to, że, jak pokazałem wyżej, zdeformował ją w wielu aspektach, zaś proponowane przezeń recepty i terapie są dziecinnie naiwne a zarazem szkodliwe, ponieważ prowadzą na manowce kompletnie jałowego intelektualnie „przezwyciężania przeszłości” i moralnego „samorozszarpywania się narodu”, do nowych podziałów i „potępieńczych swarów”. Jego – niekiedy ukryte pod powierzchnią wywodu – moralizatorstwo i misjonarskie uroszczenia niweczą w dużej mierze płodny poznawczo i godny pogłębionej refleksji zamysł Prześnionej rewolucji, w pełni zasługującej na to, by potraktować ją jako ważny głos w debacie o Polsce i polskości. Doceniając podjętą przez Andrzeja Ledera próbę zmiany paradygmatu w sposobach opisywania i rozumienia naszej historii i współczesności, musimy wyjść poza jego propozycje i interpretacje w poszukiwaniu „nowej syntezy”. Zgadzam się z Janem Sową, który w omówieniu książki Ledera na łamach „Le Monde Diplomatique” (2014 nr 6, zob. http://monde-diplomatique.pl/LMD100/index.php?id=1_5) napisał: „Zadanie, jakie stoi dzisiaj przed nami – nie jedyne, ale bardzo istotne – to stworzyć imaginarium na tyle atrakcyjne, aby mogło konkurować z konserwatywnymi post/neo-sarmackimi nostalgiami i adekwatne do sytuacji, w jakiej się znajdujemy”. „Stworzenie imaginarium adekwatnego do sytuacji, w jakiej się znajdujemy” – oto zadanie iście herkulesowe dla, by tak rzec, „młodej polskiej inteligencji”. Praca nad stworzeniem owego imaginarium będzie zapewne pracą syzyfową, ale niewątpliwie sprawić może wiele intelektualno-duchowej uciechy.

Tomasz Gabiś

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułDonad Trump – „wielka nadzieja Białych”
Następny artykułHeil Pogo!
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

3 KOMENTARZE

  1. Moim zdaniem Leder jednak ma duzo racji.
    Mozna powiedziec, ze polska klasa srednia wyszla „spod reki” zydowskiej.
    Setki lat obserwacji rzemieslnikow zydowskich, stycznosci z aparatem administracyjnym pochodzenia zydowskiego, terminowanie, podpatrywanie, przeciwdzialanie….. W sferze psychologicznej jak najbardziej Leder ma racje.
    A jezeli chodzi o ziemie odzyskane to poprostu nastapila ekstrapolacja na tamtr tereny.
    Poza zaborem pruskim klasa srednia niemiecka nie miala praktycznie zadnego wplywu psychologicznego na aspirujace jednostki polskie. Byli tylko dawca kapitalu po 1945 roku. Tak to widze.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here