Mowa miana w Berlinie 26 września 2016 roku

2

We Francji panował kiedyś obyczaj – i jest tak chyba we wszystkich krajach – żeby o niedawno zmarłym nie mówić źle. Pamiętam, że zapora ta pękła w 2005 roku, kiedy zmarł Guillaume Dustan. Nienawiść, jaka dotknęła go ze strony wojujących członków „Act Up” [stowarzyszenie nagłaśniające problematykę AIDS; red.], nie ustała wraz z jego śmiercią, a niektórzy nie wahali się zaatakować go w prasie już dzień później. To samo zjawisko powtórzyło się w tym roku, kiedy zmarł Maurice Dantec. Ze mną, mogę to od razu powiedzieć, będzie jeszcze gorzej.

Jest we Francji wielu dziennikarzy, których moja śmierć bardzo ucieszy. Ja natomiast nie tracę nadziei, że dopóki żyję, będę się przyczyniał do bankructwa pewnych gazet. To bardzo trudne zadanie, bo we Francji gazety są na utrzymaniu państwa – nawiasem mówiąc, jest to według mnie jeden z najmniej uzasadnionych, a nawet skandalicznych, wydatków publicznych w tym kraju.

Mimo to mój zamysł nie wydaje się skazany na niepowodzenie, bo jednak w ostatnich latach gazety straciły sporo czytelników. W trudnej sytuacji są wszystkie pisma lewicowe, to znaczy prawie wszystkie pisma francuskie. Brak im czytelników. Mówiąc ogólnie, lewica we Francji najwyraźniej jest na wymarciu, a proces ten przyspieszył po objęciu urzędu prezydenta przez François Hollande`a. Z tego głównie powodu lewica stała się szczególnie agresywna i złośliwa. To klasyczny przypadek zwierzęcia przypartego do muru, które czuje śmiertelny strach i robi się groźne.

Uważam za pożyteczne sprecyzować w tym miejscu, czemu mianowicie moje istnienie i sukces moich książek zagrażają, i to tak bardzo, że niektórzy całkiem poważnie życzą mi śmierci. To coś nazywane jest często „poprawnością polityczną”, ale w to miejsce chciałbym wprowadzić nieco inne określenie – chciałbym mówić o koncepcji, którą nazwałem „nowym progresywizmem”.

Ów „nowy progresywizm” osiągnął wyraz pełny i doskonały w pewnej publikacji z roku 2002 – szczupłej, liczącej nieco ponad siedemdziesiąt stron książeczce Daniela Lindenberga, zatytułowanej Wezwanie do porządku (Le Rappel à l’ordre) z podtytułem Śledztwo w sprawie nowych reakcjonistów (Enquête sur les nouveaux réactionnaires). Byłem tam jednym z głównych oskarżonych, jednym z pierwszych w szeregu tych nowych reakcjonistów.

Podtytuł wydał mi się wówczas nieco dziwaczny. Robił wrażenie, jakby autor chciał powiedzieć, że winą nowych reakcjonistów jest nawoływanie do zachowania porządku. Natomiast ja odnosiłem wrażenie, że to właśnie mnie chce się przywołać do porządku: „Uwaga, zapomniał Pan przyłączyć się do lewicy, ale może Pan to jeszcze nadrobić”.

Kolejne wydanie tej książeczki ukazało się na początku 2016 roku. Na okładce ma teraz czerwony pasek z napisem „Prognoza”, a na końcu przynosi posłowie autora. Przytoczę Państwu fragment, żeby pokazać, jak bardzo autor jest z siebie zadowolony. „Niewyobrażalny ogień zaporowy towarzyszył w 2002 r. ukazaniu się tej publikacji, przez niektórych nazywanej lekceważąco pamfletem. Od tamtej chwili wiele wody upłynęło. Tezy, które wówczas postawiłem, przyjęte na ogół sceptycznie, dziś uznaje się za prekursorskie. Ci, którzy widzieli we mnie inkwizytora albo fantastę, dziś pierwsi otwierają szampana, świętując ich zwycięstwo w walce idei”.

Lindenberg ma rację, mówiąc, że jego książka została w 2002 roku źle przyjęta. Zarzucano mu, że wszystko pomieszał, wrzucił do jednego worka i opatrzył wspólną etykietką „nowi reakcjoniści” ludzi, których poglądy nie uprawniały do takich wniosków.

Tu muszę go, paradoksalnie, wziąć w obronę. Faktycznie, określenie „nowi reakcjoniści” stosuje do osób, których poglądy nie mają nic wspólnego z reakcyjnością. Ale jeśli nowi reakcjoniści tak dalece różnią się między sobą, są tak odmienni, że zupełnie nic ich nie łączy, to dzieje się tak dlatego, że ich przeciwnicy, nowi progresywiści, są kręgiem definiowanym węziej niż kiedykolwiek, nadzwyczaj szczupłym i skrajnie zarozumiałym.

Od Lindenberga po raz pierwszy dowiadujemy się, że reakcjonistą można być nawet nie sytuując się na prawicy, wystarczy być nazbyt lewicowym. Reakcjonistą jest komunista i każdy, kto nie zgadza się na uznanie za cel ostateczny praw ekonomii rynkowej. Reakcjonistą jest zwolennik suwerenności państwa i każdy, kto kategorycznie sprzeciwia się rozpłynięciu swego kraju w federalnej przestrzeni europejskiej. Reakcjonistą jest ten, kto broni używania języka francuskiego we Francji i każdego innego języka narodowego w jego własnym kraju, i kto przeciwstawia się uniwersalnemu używaniu angielskiego. Reakcjonistą jest ten, kto nie ufa demokracji parlamentarnej i systemowi partyjnemu, nie uznaje tego systemu za ultima ratio organizacji politycznej, i kto byłby zadowolony, gdyby częściej dopuszczano do głosu społeczeństwo. Reakcjonistą jest ten, kto nie okazuje szczególnej sympatii internetowi i smartfonom, i ten, kto rozrywkę masową ceni równie nisko jak zorganizowaną turystykę.

Podsumowując, zgodnie z nowym rozumieniem progresywizmu, jakie wykłada Lindenberg, to nie natura innowacji decyduje o jej wartości, ale wartością jest sama innowacja. Wiara progresywistyczna w wersji Lindenberga uznaje, że żyjemy w najlepszej z epok i każda innowacja – jakakolwiek bądź – tę epokę, bardziej postępową niż wszystkie poprzednie, jeszcze ulepszy.

Najbardziej kuriozalny aspekt książki Lindenberga polega na tym, że główni oskarżeni, najczęściej i najobficiej cytowani „nowi reakcjoniści”, ściśle biorąc, wcale nie byli intelektualistami. Chodzi o Maurice`a Danteca, Philippe`a Muraya i o mnie. Zdaje mi się, że ani Maurice Dantec, ani Philippe Muray nie są specjalnie znani poza Francją. Ubolewam nad tym, ale mimo to będę o nich mówił, ponieważ wybór Lindenberga uważam za znakomity. Poglądy Muraya i Danteca zasługują na upowszechnienie o wiele bardziej niż poglądy większości intelektualistów i bardziej niż moje. Nie jest to skromność. Znam swoją wartość jako pisarza, jeszcze nigdy nie byłem skromny i nawet odrzucam skromność. Jest to po prostu fakt: uważam, że intelektualnie mają nade mną lekką przewagę.

Ale najpierw: kogo we Francji nazwano by intelektualistą? Z perspektywy socjologicznej można to opisać bardzo precyzyjnie. To ktoś, kto pilnie studiował literaturę albo nauki humanistyczne najlepiej w École Normale Supérieure, a przynajmniej na uniwersytecie. Ktoś, kto od czasu do czasu publikuje eseje. Kto zajmuje ważną pozycję w gazecie, uczestniczącej w debatach intelektualnych. I czyim nazwiskiem regularnie podpisywane są wypowiedzi w debatach ideowych w odpowiednich rubrykach najważniejszych dzienników.

Ani Dantec, ani Muray, ani ja nie spełniamy żadnego z tych kryteriów. Można by nas raczej określić jako pisarzy, co jest już inną kategorią socjologiczną. Punktów stycznych między intelektualistami a pisarzami jest w rzeczywistości bardzo niewiele. Przed ukazaniem się książki Lindenberga nie znałem osobiście żadnego z cytowanych tam intelektualistów, nigdy nie miałem okazji z nimi się zetknąć. Natomiast Danteca i Muray`a znałem bardzo dobrze.

Spróbuję streścić, co dokładnie myśleli i jakie wyobrażenia co do przyszłości mieli ci trzej pisarze, uznawani za najważniejszą inspirację „ruchu neoreakcyjnego”, który dziś rzekomo umieścił się w centrum życia intelektualnego we Francji. Niekiedy uważany jestem za swego rodzaju proroka, chociaż mnie wydaje się jednak oczywiste, że zdolności profetyczne obu kolegów były o wiele lepiej rozwinięte niż moje. Złudzenie to bierze się stąd, że zdarzają się niekiedy dziwne zbieżności między ukazywaniem się moich książek a innymi, o wiele dramatyczniejszymi wydarzeniami.

To prawda, Soumission (Uległość) ukazała się we Francji w dniu zamachu na „Charlie Hebdo”. Mniej wiadomo o tym, że „New York Times” zrobił ze mną wywiad o Platformie, w którym, nawiasem mówiąc, dziennikarz uznał, że zapewne wyolbrzymiam zagrożenie ze strony islamu. Otóż wywiad ten „New York Times” opublikował 11 września 2001 roku. Słowem, wydaje się, że Pan Bóg (albo los, albo inne okrutne bóstwo) bawi się tworzeniem tragicznych koincydencji, wykorzystując do tego moje książki.

Ale spójrzmy w szerszej perspektywie na to, co ja tam dokładnie prorokowałem. Przede wszystkim, i dotyczy to kilku moich książek, pojawienie się transhumanizmu. To się właśnie dokonuje, wprawdzie chwilowo powoli, ale w istocie możliwe jest, że ruch ten dopiero nabiera rozpędu. A po drugie, w Uległości, przejęcie władzy przez umiarkowany islam, któremu Europa się podporządkowuje, bo wyrzekła się swoich wartości, uznając, że w gruncie rzeczy już jej odpowiadają.

Chwilowo nie da się jednak stwierdzić, jak w Europie manifestuje się umiarkowany islam. Z tego punktu widzenia można by mnie uznać za fałszywego proroka. Są tylko drobne oznaki, które powoli wychodzą na jaw. Przede wszystkim – faktycznie, jak w mojej książce – jest wśród nich giętkość kręgosłupa europejskich uniwersytetów, zwłaszcza francuskich, łatwość, z jaką idą na ustępstwa, kiedy tylko w grę wchodzą większe pieniądze, napływające z monarchii Zatoki Perskiej. Tu na nowo ujawnia się naturalna skłonność Francuzów do kolaboracji.

Ale też ta okoliczność, że dziewczyny i młode kobiety w wielu miastach i dzielnicach coraz bardziej uważają, żeby nie ubierać się seksownie czy prowokująco – po to, żeby zostawiono je w spokoju. To fakt, i ostatnio znów przyszło mi do głowy, że dziś, w porównaniu z czasami mojej młodości, ubrane są o wiele mniej atrakcyjnie. Ocena, czy to źle czy nie, jest zresztą dla mnie kwestią ambiwalentną. Wydaje mi się, że z moich książek można by tu z równą słusznością wyprowadzać wnioski zupełnie przeciwstawne.

Słowem, można by rzec, że jestem połowicznie prorokiem – takim, którego przepowiednie spełniają się bardzo powoli. A teraz Maurice Dantec. Co on przepowiadał? Przede wszystkim, tak jak ja, epokę transhumanizmu. W tym punkcie się spotykamy, pomijając to, że mnie interesuje głównie aspekt genetyczny, jego zaś mentalna hybrydyzacja człowieka i maszyny. Powiedzmy, że uzupełniamy się wzajemnie. I dochodzimy do tego samego wniosku: to zaczyna się dziać, postępuje krok po kroku.

A dalej – i tu jego proroctwo jest rzeczywiście oszałamiające, bo zobaczył coś wcześniej niż ktokolwiek inny – nadejście dżihadyzmu. Ponowne objawienie się agresywnego islamu, napędzanego planami podboju świata; islamu, który przeprowadza zamachy i wciąga cały świat w wojnę domową. Co sprawiło, że Dantec rozwinął tę niezwykłą intuicję? Niewątpliwie fakt, że podczas wojny na Bałkanach pojechał do Bośni, która była jednym z pierwszych krajów, gdzie międzynarodowy dżihadyzm szkolił swoich ludzi. Tak właśnie było. Maurice Dantec pojechał do Bośni i zrozumiał, co się tam akurat dzieje. On jeden.

Ale najbardziej fascynujące jest stanowisko, jakie w związku z tym zajął Maurice Dantec. Postawa naszych rządów, zwłaszcza francuskiego, była wówczas, z grubsza biorąc, taka: „Zwyciężymy, bo nasze wartości są silniejsze: oddzielenie Kościoła od państwa, demokracja, liberalizm, prawa człowieka itd.”. A w dodatku (ale o tym się nie mówi) jesteśmy lepiej uzbrojeni.

Dantec mówi coś całkiem innego – i tu muszę go w zaskakujący sposób postawić obok Philippe`a Muraya. Choć jako pisarze różnią się od siebie całkowicie, w tym punkcie spotykają się i wzajemnie uzupełniają. Jest taka mało znana książeczka Philippe`a Muraya pod tytułem Kochani dżihadyści…, opublikowana w 2002 roku. Autor nasycił ją bardzo mroczną ironią. Pozwolą Państwo, że zacytuję fragment: „Kochani dżihadyści! Strzeżcie się gniewu mężczyzny w szortach! Bójcie się rozsierdzonego konsumenta, turysty, podróżnika, urlopowicza, który wysiada ze swej przyczepy kempingowej! Wyobraźcie sobie, jak pławimy się w radościach i przyjemnościach, które nas rozmiękczyły”. W innym miejscu pokpiwa łagodnie z Salmana Rushdiego, który pisze o islamistach tak: „Chcą nam zabrać wszystkie dobre rzeczy tego życia: kanapki z szynką i minispódniczki”.

W innym znów miejscu określa „Le Monde” jako „quotidien de révérence” [„dziennik pokłonów” – zamiast „de référence”, referencyjny, znaczący, na który inni się powołują; red.] albo jako „quotidien de déférence” [„dziennik uszanowania”; red.]. Sądzę, że te przykłady wystarczą i pozwolą Państwu sklasyfikować styl Philippe`a Muraya. Przy okazji pozwalam sobie odesłać Państwa do jego twórczości, z której prawie wszystko warte jest przeczytania.

Maurice Dantec definiuje siebie jako „wierzącego bojownika syjonistycznego”. Od nas, ludzi Zachodu, domaga się, byśmy znów stali się tacy, jak nas niesłusznie opisują dżihadyści: żebyśmy przemienili się na nowo w Ukrzyżowanych. Tylko takie potęgi duchowe, jak chrześcijaństwo czy judaizm, byłyby, jego zdaniem, w stanie walczyć z inną potęgą duchową, jaką jest islam.

W tym miejscu mam pokusę sięgnąć daleko w przeszłość, bo akurat czytam Historię Żyrondystów Lamartine`a, która jest w istocie rzeczy historią rewolucji francuskiej. Czytelnika zdumiewa w tej książce przede wszystkim wiara, uskrzydlająca francuskich rewolucjonistów, wiara, która kazała im dokonywać aktów bezsensownego bohaterstwa i pozwalała zwyciężać militarnie kolejne koalicje europejskie, gdy tymczasem na terenie kraju szalały wojny domowe. Czy dziś my, inni liberalni demokraci z początku XXI wieku, mamy taką republikańską wiarę? Postawić takie pytanie znaczy już na nie odpowiedzieć.

Wszelako zdumiewa również potworne okrucieństwo francuskich rewolucjonistów. Można zrozumieć, że Joseph de Maistre uważał rewolucję francuską za wydarzenie do głębi satanistyczne. U Lamartine`a co cztery, pięć stron obnosi się nabite na lance obcięte głowy. I bez przerwy widzimy takie ohydne sceny. Wśród nich najsławniejsza, ta o księżniczce de Lamballe, z której zwłok pewien buntownik wycina srom i robi sobie z niego sztuczną brodę. Są też obcięte głowy, których używa się do gry w kręgle, i dzieci, które mają wykopać grób rodzicom. Powtarza się scena, kiedy pomocnik kata przynosi spadłą z gilotyny głowę, żeby ją spoliczkować wśród złorzeczeń publiczności. W porównaniu z francuskimi rewolucjonistami ludzie Państwa Islamskiego wydają się niemal cywilizowani.

W tym punkcie pojawia się jednak pewną wątpliwość, którą chciałbym się z Państwem podzielić, pewna pascalowska, ponura wątpliwość, która jednak, paradoksalnie, może kryć w sobie promyk nadziei. Otóż od dawna wiadomo, że istota ludzka staje się zdolna zarówno do bohaterstwa, jak i do okrucieństwa, kiedy jest natchniona wiarą – przeważnie religijną, niekiedy rewolucyjną. Ale pascalowska myśl jest taka, że człowieka ogarnia niekiedy szał przemocy, okrucieństwa i rzezi i wówczas używa jakiejś dowolnej wiary, najczęściej religijnej, jako pretekstu, żeby uzasadnić swe czyny.

Powiedzieliśmy, że okrucieństwo i rzeź szerzyły się i wyniszczały państwo. Aż nagle, w jednej chwili, ustały. Z jakiego powodu nastąpił kres rewolucji francuskiej? Dlaczego ludzie nagle mieli dość krwawej orgii? Nic o tym nie wiemy. Z dnia na dzień bez widocznego powodu zaprzestali gwałtów, żądza krwi zniknęła. Być może jest więc po prostu tak, że bez rzeczywistego powodu, w sposób niezrozumiały i mało widowiskowy, skończy się również Państwo Islamskie.

O tym okrutnym, brutalnym, męskim świecie Philippe Muray mówi bardzo mało. Zbyt wcześnie zmarł, żeby na własne oczy zobaczyć jego nowe wcielenie. Opowiada nam przede wszystkim o znużonym świecie Zachodu, mazgajskim i lękliwym. Również tu jego przepowiednie spełniły się i okazały zaskakująco trafne. Zanim jednak powiem Państwu więcej o Philippe Muray`u, chciałbym przytoczyć pewien sławny cytat z Tocqueville`a, już choćby dla samej przyjemności, bo zawsze przyjemnie jest widzieć taką inteligencję w połączeniu z taką stylistyczną elegancją:

„Chcę sobie wyobrazić, jakie nowe oznaki mógłby przybrać w tym świecie despotyzm. Widzę tłum ludzi podobnych i równoprawnych, którzy bezustannie kręcą się w kółko, aby sprawiać sobie drobne i zwyczajne przyjemności, zaspokajające ich zdolność odczuwania. Każdy staje oddzielnie naprzeciw losu wszystkich innych. Jego dzieci i bliscy przyjaciele uosabiają dla niego cały ród ludzki. Co się tyczy innych współobywateli, to stoi obok nich, ale ich nie widzi; dotyka, ale nie czuje; istnieje tylko w sobie i dla siebie; nawet jeśli zostaje mu jeszcze rodzina, to można przynajmniej powiedzieć, że nie ma już ojczyzny. Nad nim unosi się potężna, podporządkowująca sobie wszystkich potęga, która – i tylko ona – troszczy się o to, by zapewnić im ich przyjemności i czuwać nad ich losem. Jest niczym nieograniczona, wnika w każdy szczegół; regularna, zapobiegliwa i łagodna. Byłaby równa władzy ojcowskiej, gdyby jak ona zmierzała do tego, by przygotować ludzi do dojrzałości; ale zamiast tego próbuje tylko nieodwołalnie utrzymać ich w stanie dzieciństwa; jest zadowolona, że obywatele się zabawiają, przy założeniu, że nie mają na uwadze nic innego, jak się zabawić. Chętnie pracuje dla ich dobra, ale chce być wyłącznym dobroczyńcą i jedynym sędzią; dba o ich bezpieczeństwo, odmierza i zaspokaja ich potrzeby, ułatwia im przyjemności, prowadzi ich najważniejsze interesy, kieruje przemysłem, przyznaje spadek, dzieli spuściznę; czy nie mogłaby ich również całkiem uwolnić od trudu myślenia i trudu życia?”.

Zostało to opublikowane w 1840 roku w drugiej części wielkiego dzieła Tocqueville`a O demokracji w Ameryce. Zdumiewające! Co się tyczy idei, fragment ten obejmuje praktycznie całość mojego dorobku pisarskiego. Mogłem dodać tylko jedno, mianowicie, że jednostka, która ma jeszcze u Tocqueville`a przyjaciół i rodzinę, u mnie już ich nie ma. Proces atomizacji jest zakończony.

Co się tyczy idei, fragment ten obejmuje również praktycznie całą twórczość Philippe`a Muraya. Philippe nie dodał tu nic, jedynie sprecyzował, że władza ta nie jest ojcowska, owszem, w rzeczywistości to nic innego jak władza matczyna. Zapowiadana przez niego nowa epoka to po prostu powrót matriarchatu w nowej formie, w formie państwa. Obywateli trzyma się w stanie permanentnego dzieciństwa, a pierwszym wrogiem, którego nasze żeńskie społeczeństwo próbuje wytrzebić, jest epoka męska, sama męskość.

W tym sensie procesy zachodzące w społeczeństwie francuskim od śmierci Philippe`a Muraya, a zwłaszcza od powrotu socjalistów do władzy, potwierdziły jego proroctwa w stopniu oszołamiającym i w tempie, które, jak sądzę, zdumiałoby jego samego. W to, że Francja mogłaby być drugim po Szwecji krajem świata, gdzie karze się klientów prostytutek, chyba nawet Murayowi trudno byłoby uwierzyć, byłby taką perspektywą przerażony. Nie tak wcześnie. Nie tak szybko. Nie we Francji. Zlikwidować prostytucję to usunąć jeden z filarów ładu społecznego. To uniemożliwić małżeństwo. Bez prostytucji, która służy jako czynnik korygujący, małżeństwo upadnie, a wraz z nim rodzina i społeczeństwo. Zlikwidować prostytucję to dla społeczeństw europejskich po prostu samobójstwo.

Tak więc można najstarszej formule islamu, wywodzącemu się z późnego średniowiecza islamowi salafickiemu, który znów się objawił, przepowiedzieć wielką przyszłość. A ja pozostaję przy moim proroctwie – choć obecne wydarzenia nie przyznają mi racji – że dżihadyzm się skończy, bo istoty ludzkie będą miały dość rzezi i ofiar. Ale rozprzestrzenianie się islamu dopiero się zaczyna. Przemawia za tym demografia, a Europa, która przestaje mieć dzieci, zmierza w stronę samobójstwa. I nie jest to, w rzeczy samej, samobójstwo powolne. Kiedy dojdziemy do dzietności na poziomie 1.3 czy 1,4, to wydarzenia potoczą się naprawdę bardzo szybko.

W tych okolicznościach rozmaite debaty, jakie prowadzą francuscy intelektualiści, a to o oddzieleniu Kościoła od państwa, a to o islamie itd., w ogóle nie są interesujące, ponieważ zupełnie nie uwzględniają jedynego znaczącego czynnika, jakim jest stan związku dwojga ludzi i stan rodziny. Nie może więc zaskakiwać, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat jedynymi osobami, które prowadziły ciekawy i doniosły dyskurs o stanie społeczeństwa, byli nie zawodowi intelektualiści, ale ludzie zaciekawieni tym, jak rzeczywiście ludzie żyją, to znaczy pisarze.

Miałem wielkie szczęście znać osobiście Philippe`a Muraya i Maurice`a Danteca i dzięki temu miałem bezpośredni dostęp do ich poglądów w chwili, kiedy się kształtowały. Dziś obaj już nie żyją, a ja nie mam nic więcej do powiedzenia. Nie znaczy to, że się skończyłem. To nie idee stanowią esencję powieści, a tym bardziej wiersza. Powołując się na przypadek genialnego powieściopisarza, u którego główną rolę odgrywają idee, nie da się powiedzieć, że Bracia Karamazow niosą z sobą więcej idei niż Biesy. Z niewielką dozą przesady można nawet twierdzić, że wszystkie idee Dostojewskiego zostały zawarte już w Zbrodni i karze. Mimo to większość krytyków zgadza się, że to Bracia Karamazow stanowią punkt szczytowy twórczości Dostojewskiego. Osobiście muszę wyznać, że mam pewną słabość do Biesów, choć być może niesłusznie. Ale to już temat na inną debatę.

W każdym razie można uznać za mało prawdopodobne, żebym w moim wieku w przyszłych książkach dał wyraz ideom fundamentalnie nowym. Jestem więc, stojąc tu przed Państwem, w osobliwej sytuacji, kiedy jedyni prawdziwi partnerzy moich rozmów umarli. Są jeszcze we Francji zdolni pisarze, są jeszcze godni szacunku intelektualiści, ale to nie to samo co Muray czy Dantec. Dziś ciekawi mnie, jak inni piszą, ale naprawdę mnie to nie fascynuje.

Zdarza się, że zadaję sobie pytanie, dlaczego jeszcze żyję. Czy jest to kwestia zdolności literackich? Tak, z pewnością, odgrywa to pewną rolę, ale w zasadzie nie jest istotne. Muray i Dantec mieli wielkie zdolności literackie, rzadki talent, ale, co jeszcze rzadsze, pisali nie dbając nigdy o reguły przyzwoitości czy konsekwencje. Nie obchodziło ich, czy ta lub inna gazeta od nich się nie odwróci, akceptowali ewentualność, że zostaną pozostawieni całkowicie samym sobie. Po prostu pisali – tylko i wyłącznie dla czytelników, nie myśląc nigdy o ograniczeniach i obawach, jakie wynikają z przynależności do jakiegoś środowiska. Innymi słowy, byli wolnymi mężczyznami.

Ta wolność była wyzwalająca. Dzięki nim francuscy intelektualiści są dziś w nowej sytuacji, tak nowej, że sami nawet jeszcze nie całkiem dostrzegli jej wymiar: są wolni. Wolni, bo wyzwoleni z kaftana bezpieczeństwa lewicy. I wolni również dlatego, że już nie cierpią – albo przynajmniej mniej cierpią – pod urokiem fascynacji, świętego czaru, jaki na ich poprzedników rzucili wielcy rzekomo myśliciele dziewiętnastego stulecia. Innymi słowy, te święte krowy umarły. Jako pierwszy zniknął z tego pozornie nieprzekraczalnego horyzontu myślenia Marks. Nieco później w jego ślady poszedł Freud. Nie został jeszcze złożony do grobu Nietzsche, ale mam nadzieję, że nie trzeba będzie na to zbyt długo czekać. (W tym punkcie muszę uczciwie podkreślić, że nie zgadzam się z moimi obu kolegami, którzy do końca zachowali dla Nietzschego wiele szacunku. W moim przypadku bynajmniej tak nie jest).

Nie można powiedzieć, i będę przy tym obstawał, że francuscy intelektualiści „wyzwolili się”: prawdą jest natomiast, że to myśmy ich wyzwolili, to my zerwaliśmy z tym, co ich hamowało, i jestem poniekąd dumny, że miałem w tym swój udział u boku Philippe`a Muraya i u boku Maurice`a Danteca. Żaden z nas trzech nie był, moim zdaniem, kimś, kogo można by nazwać wielkim myślicielem, na to prawdopodobnie byliśmy za bardzo artystami, ale uwolniliśmy myślenie. Teraz zadaniem intelektualistów jest wziąć się do myślenia, a jeśli potrafią wydać z siebie nowe idee, to niech je też potem realizują.

**********

Skrót przemówienia, które Michel Houellebecq wygłosił 26 września 2016 r. w Berlinie z okazji przyznania mu Nagrody im. Franka Schirrmachera.

http://www.nzz.ch/feuilleton/zeitgeschehen/michel-houellebecq-europa-steht-vor-dem-selbstmord-ld.118845

Z francuskiego na niemiecki przełożyła Wiebke Hüster.
Z niemieckiego na polski przełożył Jacek Dąbrowski.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

2 KOMENTARZE

  1. tlumaczenie z francuskiego na niemiecki i nastepnie na polski to dosc ryzykowny zabieg (rozumiem, ze nie z wyboru, ale jednak).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ