Prezydentka?

0

Mniej więcej przed rokiem, w numerze ze stycznia 1968 roku, „McCall`s Magazine” opublikował artykuł-wywiad z szesnastoma (łącznie ze mną) znanymi kobietami, które miały odpowiedzieć na pytanie: „Co bym zrobiła, gdybym była prezydentką Stanów Zjednoczonych?” Pierwszy akapit mojej odpowiedzi brzmiał: „Nie chciałabym być prezydentką, ani nie głosowałabym na kobietę-prezydenta. Racjonalna kobieta nie może chcieć być naczelnym dowódcą. Wolę odpowiedzieć na to pytanie, wskazując, co zrobiłby racjonalny człowiek, gdyby to on był prezydentem”. Otrzymałam potem wiele listów od czytelników zainteresowanych Racjonalizmem (*), którzy prosili mnie o wyjaśnienie poglądu zawartego w tym właśnie akapicie.

Liczyłam, że czytelnicy moich powieści zrozumieją moje racje. Przyznaję jednak, że sprawa nie jest ani oczywista, ani łatwa do pojęciowego sprecyzowania. W celu znalezienia materiału ilustrującego ten problem, proponuję przestudiowanie podstawowych motywacji bohaterek mych powieści, a zwłaszcza Dagny Taggart (**). Nie sądzę, by racjonalna kobieta mogła chcieć być prezydentką. Zauważcie, że nie powiedziałam, że byłaby do tego niezdolna; powiedziałam, że nie mogłaby tego chcieć. To nie jest kwestia jej zdolności, lecz wyznawanych wartości. Nie jest też to kwestia kobiecej „niższości” umysłowej bądź moralnej: kobiety nie ustępują mężczyznom ani w zdolnościach, ani w inteligencji; poza tym nie byłoby rzeczą trudną spisać się lepiej niż paru ostatnich prezydentów. Nie chodzi też o popularny pogląd, że kobiety kierują się bardziej emocjami niż rozumem – co jest zwykłym nonsensem. Nie idzie też o fałszywą dychotomię: małżeństwo albo kariera – uzupełnianą przez twierdzenie, że „miejsce kobiety jest w domu”. Zamężna czy wolna, kobieta winna pracować zawodowo z tych samych powodów, co mężczyzna. Jest czymś całkowicie właściwym, że kobieta wznosi się na poziom swych zdolności i ambicji. W polityce mogą być posłankami, senatorkami, sędzinami itp. – zgodnie z własnymi upodobaniami.

Jeżeli jednak idzie o urząd prezydenta, nie patrzcie na to z altruistycznego (***) czy społecznego punktu widzenia, tj. nie pytajcie: „Czy ona może to zrobić i czy to byłoby dobre dla kraju?” Zapewne mogłaby i byłoby – ale jakie to byłoby dla niej? Zagadnienie to jest zasadniczo natury psychologicznej. Dotyczy podstawowego poglądu kobiety na życie, na samą siebie i na podstawowe kobiece wartości. Dla kobiety jako kobiety esencją kobiecości jest podziw dla bohatera – pragnienie, by adorować mężczyznę. „Adorować” nie oznacza zależności, posłuszeństwa ani niczego, co implikowałoby niższość. Oznacza rodzaj intensywnego podziwu – a podziw jest uczuciem, które może być doświadczane wyłącznie przez osoby o silnym charakterze i niezależnym sądzie. „Kobieta-bluszcz” nie podziwia, ale eksploatuje mężczyznę. Podziw dla bohaterstwa to cnota wymagająca: kobieta musi być jej warta – i warta bohatera, którego podziwia. Intelektualnie i moralnie – tj. jako istota ludzka – musi ona być mu równa; obiektem jej podziwu jest wówczas jego męskość, a nie jakaś ludzka zaleta, której ona nie posiada. Nie oznacza to, że kobieca niewiasta odczuwa lub rzutuje swój podziw dla bohatera na jakiegokolwiek lub na każdego mężczyznę ; w rzeczywistości wielu z nich może stać – jako ludzie – niżej od niej. Jej podziw to abstrakcyjne uczucie dla metafizycznego pojęcia męskości jako takiej – odczuwane w pełni i konkretnie jedynie w stosunku do mężczyzny, którego kocha, jednak zabarwiające jej postawę wobec wszystkich innych mężczyzn.(****) Nie oznacza to, że w jej stosunku do nich kryją się jakieś romantyczne lub seksualne intencje, przeciwnie: im wyżej stawia męskość na piedestale, tym surowsze ma wobec niej wymagania. Oznacza tylko, że nigdy nie traci świadomości swojej i ich płciowej przynależności. Oznacza, że kobieta w pełni kobieca nie traktuje mężczyzn jakby była ich kumplem, siostrą, matką – ani przywódczynią

Rozważmy teraz, czym jest prezydentura we wszystkich jej aspektach zawodowych, w całym zakresie jej działania. Prezydent jest najwyższą władzą, „szefem egzekutywy”, „naczelnym dowódcą”. Nawet w państwie całkowicie wolnym, z nienaruszonym rozdziałem władz konstytucyjnych, prezydent jest ostateczną instancją, ustanawia cele, warunki i kierunek polityki na każdym stanowisku w wykonawczym aparacie władzy. Wykonując swoje obowiązki prezydent nie ma do czynienia z równymi sobie, lecz z podporządkowanymi – niższymi nie jako osoby, lecz ze wzglądu na miejsce zajmowane w hierarchii stanowisk, pracy i odpowiedzialności.

Dla kobiety racjonalnej taka sytuacja byłaby nie do zniesienia (a jeśli nie jest ona racjonalna, to w ogóle nie nadaje się nie tylko na prezydenturę, ale na jakiekolwiek inne stanowisko). Działać jako przełożona, przywódczyni, niemal władczyni wszystkich mężczyzn, z którymi miałaby do czynienia – byłoby to dla niej morderczą torturą psychologiczną. Wymagałoby to całkowitej depersonalizacji, zupełnej rezygnacji z własnego ja i niewyobrażalnego osamotnienia. Musiałaby stłumić (lub zdusić) w sobie każdą osobistą cechę swego charakteru i swojej postawy; nie mogłaby być sobą (tj. kobietą); musiałaby funkcjonować wyłącznie jako umysł, a nie jako osoba, a zatem jako istota myśląca pozbawiona ludzkich wartości – niebezpieczne, nienaturalne wewnętrzne rozdarcie, którego nie sposób przez dłuższy czas wytrzymać.

Z racji swych obowiązków i codziennych czynności musiałaby stać się najbardziej niekobiecą, bezpłciową, metafizycznie niewłaściwą i odrażającą z racjonalnego punktu widzenia, postacią: matriarchą. Takie postacie to władczynie panujące w monarchiach absolutnych, ale nie może odnosić się to do kobiet działających na innych polach, niż polityka. Nie dotyczy to, na przykład, kobiety stojącej na czele koncernu – wprawdzie jest ona najwyższą władzą wewnątrz koncernu, to jednak stale ma do czynienia z mężczyznami nie podlegającym jej rozkazom: klientami, dostawcami, konkurentami. Nie jest skazana na to, by samotnie poświęcać się i mieć do czynienia wyłącznie z mężczyznami hierarchicznie jej podporządkowanymi (ani też jej władza nie jest tak szeroka jak władza prezydenta).

Jest do pomyślenia, że w jakiejś wyjątkowej sytuacji historycznej – kiedy kraj znalazłby się w szczególnie krytycznym położeniu – byłoby rzeczą właściwą, aby kobieta czasowo objęła przywództwo w roli prezydentki, o ile nie znalazłby się żaden mężczyzna zdolny do podjęcia się tej roli. Cóż jednak należałoby z tego wnosić o charakterze mężczyzn w takim okresie? W normalnych warunkach najlepsi i najzdolniejsi z mężczyzn niekoniecznie ubiegają się o prezydenturę, ale w najwyższej potrzebie powinni, tak jak uczynili to Ojcowie-Założyciele.

Istnieje historyczny przykład losu przywódczyni w okresie skrajnej potrzeby: Joanna d’Arc – najbardziej bohaterska kobieta i najtragiczniejszy symbol historii. Mówię „tragiczny” nie dlatego, że w nagrodę za ocalenie swojego kraju została spalona na stosie – choć to monstrualne fizyczne zło jest wyjątkowo na miejscu jako niemalże powieściowe zobrazowanie duchowej tragedii jej życia. Spytajcie się sami siebie: jakaż siła poświęcenia musiała nią władać, gdy odkryła, że jest jedynym człowiekiem zdolnym obudzić bojowego ducha w mężczyznach, którzy już zrezygnowali – i co musiała ona wtedy osobiście odczuwać?

Dążenie lub pragnienie prezydentury to dla kobiety perspektywa tak strasznego samozniszczenia duchowego, że żadna ubiegająca się o nią kobieta nie jest psychicznie zdatna na to stanowisko.

Ayn Rand

(*) Po amerykańsku „Objectivism”– jednak po polsku charakter filozofii Ayn Rand lepiej oddaje słowo „Racjonalizm” (przyp. tłum.)
(**) Bohaterka słynnej powieści Ayn Rand The Fountainhead (Źródło) (przyp.tłum). Pomyłka tłumacza – Dagny Taggart to bohaterka Atlasa zbuntowanego (przyp. red Nowej Debaty.)
(***) Pojecie „altruizm” jest u Ayn Rand narzędziem kolektywizmu i, jako takie, szczególnie znienawidzone (przyp. tłum.)
(****) A co by się stało, gdyby prezydentka zaczęła podziwiać prezydenta innego państwa? Jak np. Saba króla Salomona? (przyp. tłum.)

Od redakcji: powyższy przekład opublikowany został anonimowo w „Stańczyku. Piśmie konserwatystów i liberałów” nr 6 (1987). Oryginał „An Answer to Readers (About a Women President)” ukazał się w piśmie „The Objectivist” w grudniu 1968 r. a następnie przedrukowany został w tomie esejów i artykułów Ayn Rand The Voice of Reason: Essays in Objectivist Thought, ed. Leonard Peikoff, New American Library, New York 1989.

W tekście przekładu dokonano niewielkich korekt językowych i stylistycznych.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ