Brexit – impuls do budowy nowego aliansu

0

Zazwyczaj głos za Brexitem odczytywany jest jako wybór między europejskim kolektywizmem a brytyjskim nacjonalizmem. Ale obecnie – po decyzji o wyjściu z Unii Europejskiej – Wielka Brytania ma rzadką sposobność wskazać całemu światu nowy kierunek rozwoju. Istnieje bowiem jeszcze trzecia możliwość: alians krajów północnej Europy.

Unię Północną, północnoeuropejski związek handlowy i system bezpieczeństwa, mogłyby utworzyć kraje, które sprzeciwiają się dławiącej biurokracji Unii Europejskiej i jej ciągłym roszczeniom finansowym. Na przykład Finlandia, która czuje się wykorzystywana, będąc zmuszona łożyć na subwencje dla rozrzutnych południowoeuropejskich państw członkowskich UE i na kolejne brukselskie programy ratowania euro. Także inni Skandynawowie zadają sobie pytanie, dlaczego mieliby nadal trzymać się Unii Europejskiej, kiedy przestanie ją wspierać filar brytyjski. Zresztą jeden z krajów skandynawskich i tak już idzie własną drogą: Norwegia prowadzi bez ograniczeń wolny handel w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego, mając własną walutę i bardzo wysoki popyt na swoje towary na całym świecie.

Za przykładem Norwegii poszła Islandia, która w 2010 r. zamierzała przystąpić do UE. W marcu 2015 r. ta mała republika położona na odległej wyspie oficjalnie wycofała swój wniosek akcesyjny z Brukseli po tym, jak o włos uniknęła bankructwa państwa. Powód: nie chciała swoich zrujnowanych banków ratować pieniędzmi z podatków według reguł UE. Nie odżegnuje się jednak od przystąpieniu do jakiegoś systemu bezpieczeństwa, który byłby alternatywą dla UE. Na koniec jeszcze Duńczycy. Oni też, podobnie jak Finowie, z rosnącą niechęcią wnoszą swoje wciąż rosnące daniny do kasy UE. A co by się stało, gdyby znaleźli drogę wyjścia z brukselskiej pułapki? I gdyby ta nowa droga nie była naznaczona narodowym szowinizmem – i łączyła się z budową pozycji strategicznej, której zasięg oddziaływania byłby o wiele rozleglejszy niż obszar ich własnego kraju?

Nawet ruch na rzecz niepodległości Szkocji przestałby wydawać się tak bardzo nierealistyczny, gdyby Edynburg odnalazł się na nowo, z Dublinem, Belfastem, Cardiff i Londynem, w Unii Północnej. W Irlandię obecnie powtórnie wstępuje wiara we własne siły. Nikt tam nie chce stracić miejsc pracy w amerykańskich przedsiębiorstwach przez to, że Apple i inni uciekną przed karnymi podatkami brukselskimi do uwolnionej teraz Anglii, zabierając ze sobą irlandzkich fachowców. Dublin zawsze gotów był trochę się płaszczyć przed Brukselą dla uzyskania hojnych funduszy strukturalnych. Ale teraz Irlandia, która boi się, że UE zniszczy jej – porównywalną ze szwajcarską – konkurencyjność, będzie szukać nowego protektora.

Ważne powody do przystąpienia do Unii Północnej mogłyby mieć również małe kraje, np. Estonia, oraz regiony krajów UE, np. belgijska Flandria. Wystarczy sobie tylko wyobrazić, o ile bardziej optymistycznie Flamandowie patrzyliby w przyszłość, gdyby zdołali wyzwolić się z niefortunnej federacji z wiecznie roszczeniową Walonią i znaleźć oparcie w aliansie, którego dotąd nikt nigdy nie brał pod uwagę.

Kandydatem na członka takiej Unii byłby nawet Hamburg, niemieckie wolne miasto-kraj. Dziś metropolia u ujścia Łaby nie tylko płaci daniny Brukseli, ale także musi sięgać głęboko do kieszeni z powodu krajowych płatności wyrównawczych na rzecz słabych ekonomicznie, landów jak pobliskie wolne miasto-kraj Brema i równie głęboko zadłużony Kraj Saary. Nic więc dziwnego, że szerokie kręgi dumnych niegdyś i z dawien dawna anglofilskich mieszkańców hanzeatyckiego Hamburga cechuje mieszanina irytacji i zniechęcenia.

A co będzie, jeśli Hamburg urośnie do rangi południowej bramy takiej Unii Północnej, a dla kontynentalnej Europy stanie się czymś w rodzaju latarni morskiej? Taka rola znakomicie mogłaby przywrócić mu jego dawną dynamikę. Przypomnijmy: przez 200 lat, od 1664 do 1864 roku, Altona, północna dzielnica Hamburga, funkcjonowała jako port kontynentalny Danii. Gdyby Hamburg przystąpił do Unii Północnej, to sąsiedni Szlezwik-Holsztyn też by się szybko zdecydował na ten krok. Z uwagi na zamieszkującą tam duńską mniejszość narodową i z posagiem w postaci Kanału Kilońskiego, najbardziej na świecie uczęszczanej sztucznej drogi wodnej dla statków pełnomorskich, z pewnością zostałby w Unii Północnej życzliwie przyjęty. A przy tym nikt nie mógłby poważnie twierdzić, że ta decyzja poprowadzi 4,5 miliona mieszkańców Hamburga i Szlezwiku-Holsztyna wstecz w mroki nacjonalistycznej przeszłości. Mając status krajów związkowych niezależnych od Niemiec, byłyby mniejszością w ramach szerokiej federacji, co nie zostawia miejsca na szowinistyczne ambicje. Miałyby też szansę zrealizować swe marzenia o sukcesie gospodarczym i dobrobycie, uniezależniając się od ekscesów i wynaturzeń brukselskiej nomenklatury i jej berlińskich pomagierów.

Porównania historyczne są pomocne tylko przy odpowiednich zastrzeżeniach, ale przecież nasuwają się skojarzenia między wizją Unii Północnej z częściowym udziałem landów niemieckich a sytuacją, w jakiej niegdyś znalazły się Gdańsk, Elbląg i Toruń jako pruskie miasta hanzeatyckie z przewagą ludności niemieckiej. W 1454 roku na prawie 350 lat schroniły się politycznie pod skrzydła państwa polsko-litewskiego, aby uniknąć rabunków i gwałtów ze strony rodaków z niemieckiego zakonu krzyżackiego. Kto by chciał potępić to jako przejaw separatyzmu, okazałby się zatwardziałym nacjonalistą.

Żaden region Europy nie powinien czuć się przymuszony do pozostania w krępujących swobodę ruchu strukturach UE. W dłuższej perspektywie wyjście Wielkiej Brytanii nie spowoduje chaosu, który wielu przepowiada. Przeciwnie. Jestem przekonany, że zasili świeżą energią te sektory globalnej gospodarki, które pod wpływem sztywnych reguł UE pogrążyły się w stagnacji. „Tak” dla Brexitu oznaczało nie tylko to, że Wielka Brytania nie chce dłużej dawać Unii Europejskiej pieniędzy na przehulanie, ale i to, że biurokratyczne monstrum unijne okazało się tyleż niechętne, co niezdolne do jakiejkolwiek rozsądnej korekty kursu.

Kosmopolityczni Brytyjczycy z niepokojem obserwują, jak konkurenci zza oceanu ściągają do siebie talenty, nie zwiększając przy tym zagrożenia terroryzmem i nie mnożąc populacji młodzieży dotkniętej niepowodzeniem szkolnym. Aby móc robić to samo, Wielka Brytania chciała odzyskać suwerenność. Dotyczy to także większości przeciwników Brexitu, bo tylko 6 procent Brytyjczyków chciało głębszej integracji UE.

Czy zatem faktycznie mógłby mieć widoki powodzenia nowy sojusz, składający się z Wielkiej Brytanii, Irlandii, Flandrii, Holandii, Danii, Grenlandii, Islandii, Norwegii, Szwecji, Finlandii i Estonii wraz z Hamburgiem i Szlezwikiem-Holsztynem? Oczywiście! Wielokulturowa Unia Północna rozciągałaby się na obszarze 3,83 miliona kilometrów kwadratowych. Byłaby jedenastą co do wielkości formacją polityczną na świecie ze 120 milionami ludzi (7. miejsce na świecie) i angielskim jako językiem ojczystym lub pierwszym językiem obcym. Pod względem demograficznym byłaby porównywalna z trzykrotnością Kanady albo pięciokrotnością Australii. Nie potrzeba dodawać, że Unia Północna nastawiłaby się na efektywność gospodarczą i inteligentną politykę imigracyjną. Z gospodarką wartą 5,7 biliona dolarów byłaby czwartą potęgą świata.

Oprócz Szwecji i Finlandii wszyscy potencjalni członkowie Unii należą dziś do NATO. Optymalnie pasują do tej konfiguracji brytyjskie okręty atomowe: tylko głupcy chcą iść bezbronni przez XXI stulecie. Przed szantażem w negocjacjach w sprawie Brexitu powstrzymywać będą mądrzejsi, którzy nie chcą stracić życzliwości Londynu. Mając wspólną walutę i bogate zasoby ropy naftowej, energii wodnej, gazu ziemnego i łupkowego Unia Północna mogłaby odebrać stetryczałej Japonii brązowy medal w globalnych rankingach siły gospodarki i awansować na trzecią pozycję za USA i Chinami.

Utworzenie Unii Północnej oznaczałoby narodziny życzliwego, ale zdecydowanego konkurenta Unii Europejskiej. Roczny ubytek składek członkowskich w budżecie UE wyniósłby od 7 do 11 miliardów dolarów. Buntownicy z Północy z pewnością potrafiliby powołać własną, szczupłą administrację za ułamek tej kwoty, a resztą spożytkować na podniesienie swej konkurencyjności na światowym rynku. Wkrótce pozostałe kraje UE dostrzegłyby, że muszą im dorównać, jeśli nie chcą ponieść całkowitej klęski. O ile teraz miotają dzikie przekleństwa na Anglików jak tonący na szczęśliwców, którym udało się wsiąść do szalupy ratunkowej, o tyle wówczas mogliby po uwolnieniu się wreszcie od miliardowych subwencji i osłon ratunkowych dla euro wykorzystać swą aż nazbyt długo paraliżowaną energię i, postawiwszy na innowacyjność, powrócić na rynki.

Po utworzeniu Unii Północnej pozostali Europejczycy, którym uda się dźwignąć na nogi, powinni oczywiście mieć prawo zapukać do jej drzwi. Tym razem jednak wiedzieliby, że wspólnym celem jest unia wolnych, ale konkurujących ze sobą regionów, która odrzuciła kolektywistyczną urawniłowkę. Taki alians daje nie więcej, ale też nie mniej niż ochronę przed zewnętrznymi wrogami i wewnętrznymi przestępcami. Hasło „Europa ponad wszystko” jest mu równie niemiłe, jak wszelkie wcześniejsze dążenia hegemonistyczne. Mimo niesłychanego marnotrawstwa w okresie ostatnich dziesięcioleci nie jest bynajmniej za późno. Można porwać się na to z całą powagą, o czym przekonuje przykład Szwajcarów – zamożnych, gotowych do obrony i od zawsze radzących sobie z czterema językami.

Gunnar Heinsohn

Źródło: „Der Hauptstadtbrief” nr 138 (30.09.2016 r.). „Hauptstadtbrief” jest niezależnym serwisem monitoringu i informacji. Wydawany jest w Berlinie drukiem w formacie magazynu i jako publikacja internetowa (http://www.derhauptstadtbrief.de).

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułList Ludwika Lemaître do Karola Forstera
Następny artykułSam Francis redivivus!
Gunnar Heinsohn (ur.1942) jest niemieckim socjologiem, ekonomistą, demografem; założycielem Instytutu Badań nad Ksenofobią i Ludobójstwem im. Rafała Lemkina, pierwszego w Europie ośrodka analiz porównawczych ludobójstwa. W latach 1973-2009 wykładał na uniwersytecie w Bremie. Jest autorem wielu książek m.in. wydanej w Polsce „Synowie i władza nad światem. Terror we wzlotach i upadkach narodów” (Wydawnictwa Akademicki i Profesjonalne, Warszawa 2009). Zob. więcej: https://de.wikipedia.org/wiki/Gunnar_Heinsohn; https://en.wikipedia.org/wiki/Gunnar_Heinsohn

ZOSTAW ODPOWIEDŹ