Amerykański Jelcyn

0

Kampania prezydencka 2016 roku zakończyła się. Jej finał był szokiem dla całej amerykańskiej elity, bez względu na orientację polityczną. Skandaliczność Donalda Trumpa jako 45. prezydenta USA przysłoniła jednak opinii publicznej i ekspertom fakt, że już samo pojawienie się takiego rodzaju kandydata wynika z głębokiego kryzysu, wywołanego wyczerpywaniem się społeczno-politycznego systemu, jaki zbudowano w latach 60. XX w. W tym sensie dzisiejsza sytuacja w USA przypomina procesy zachodzące w ZSRR w końcowym stadium pierestrojki.

Kampania wyborcza pokazała, że Amerykanie podzieleni są głównie wzdłuż linii rasowych oraz, w mniejszym stopniu, płciowych, włączając w to stosunek do mniejszości seksualnych. Zagadnienia te okazały się znacznie ważniejsze niż problemy natury społeczno-politycznej. Według rezultatów tzw. badań exitpoll spośród białej populacji, stanowiącej 69% wszystkich wyborców, 58 % zagłosowało na Trumpa, na Clinton 37%. Spośród mniejszości rasowych i etnicznych, stanowiących 31% ogólnej liczby uprawnionych do głosowania, proporcje były odwrotne – 74% zagłosowało na Clinton, 21% na Trumpa. Ponadto na kandydata Republikanów oddało swój głos 63% białych mężczyzn i 53% białych kobiet, podczas gdy na Clinton odpowiednio – 31% i 43%. Jednocześnie okazało się, że podziały według kryteriów płciowych odegrały znacznie mniejszą rolę, niż prognozowali eksperci, oczekujący, że pod względem poparcia kobiet Clinton wyprzedzi Trumpa o ok. 20%. Na uwagę zasługuje też fakt, że pomimo agresywnej retoryki udało się Trumpowi zdobyć głosy 8% Afroamerykanów i 29% Latynosów. Dzięki temu poprawił on wynik poprzedniego kandydata Republikanów z 2012 r. – Mitta Romney`a.

Wspomniane podziały są groźne o tyle, że każda ze stron może zinterpretować zwycięstwo przeciwnika jako zagrożenie dla swych fundamentalnych interesów. Zwłaszcza wygrana Clinton –z uwagi na strukturę popierającego ją elektoratu oraz cechy jej osobowości (dogmatyzm, brak strategicznego myślenia, chciwość, poleganie na wąskim kręgu wieloletnich zwolenników i doradców, brak poczucia humoru, gotowość na wszystko dla zdobycia władzy) – oznaczałaby zaniechanie reform w polityce wewnętrznej, co tylko zwiększyłoby napięcia w systemie. Nie bez powodu Bernie Sanders podczas prawyborów sarkastycznie powtarzał, że „doświadczenie to świetna rzecz, lecz zdrowy rozsądek również ma swoją wartość”. W czasie kampanii wyborczej powstało nieodparte odczucie, że Hillary „zatrzymała się” psychologicznie w latach 50., nadal myśli kategoriami tamtej epoki, żyjąc w świecie, który już dawno przestał istnieć.

Od samego początku walki wyborczej w interesie Clinton działał praktycznie cały amerykański establishment. Zarówno kierownictwo obu partii, jak i przytłaczająca większość mediów głównego nurtu starała się zdyskredytować Trumpa, przedstawiając go jako zagrożenie dla systemu zbudowanego w połowie lat 60. Porzucono przy tym jakiekolwiek pozory neutralności. Walka wyborcza odsłoniła jak bardzo zbieżne są interesy mniejszości (głównej podpory Demokratów) i elit republikańskich. Zobaczyliśmy, że zarówno Wall Street, jak i liderzy rozmaitych grup interesów (rasowych, płciowych etc.), cieszących się licznymi przywilejami – głównie przy uzyskiwaniu zatrudnienia, miejsc na uniwersytetach oraz ulg finansowych – zainteresowani są utrzymaniem status quo, bez względu na pozycję, jaką zajmują w strukturze „łańcucha pokarmowego ”.

O dziwo, część procesów zachodzących dzisiaj w USA przypomina zjawiska obserwowane w ZSSR na końcowym etapie pierestrojki. Podczas kampanii prezydenckiej styl zachowania amerykańskich przypominał działania komunistycznej nomenklatury w latach 1987-1991. Ich postawa wywołała zjawisko, które można by nazwać „efektem Jelcyna”: kampania przeciwko Trumpowi była tak agresywna i obraźliwa, że aż oburzyła sporą cześć elektoratu, przysparzając głosów kandydatowi Republikanów. W ZSRR znaczący odsetek populacji zagłosował nie tyle na Jelcyna, ile przeciwko machinacjom komunistów, ich kontroli nad licznymi sferami życia, w tym przestrzeni medialnej, a także na znak protestu przeciwko moralnemu i materialnemu skorumpowaniu kierownictwa państwa. Uosobieniem tych samych mechanizmów w USA stała się Hillary Clinton i jej otoczenie, wywodzące się, zarówno ze świata polityki, jak i ze środowisk akademickich. Kolejna analogia polega na tym, że zarówno Trump, jak i Jelcyn wywodzą się z samego centrum establishmentu, lecz skutecznie wypromowali się jako politycy antyestablishmentowi i tak też zostali przyjęci przez społeczeństwo i elity.

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Trump, podobnie jak Jelcyn, podniósł w kampanii problem przywilejów grupowych i wyszedł poza granice poprawności politycznej. Tymczasem właśnie z powodu politycznej poprawności przez ostatnie 50 lat większość Amerykanów obawia się publicznie mówić, co naprawdę myśli o niektórych „niebezpiecznych” kwestiach: problemach rasowych i dżenderowych, polityki wobec mniejszości seksualnych, przywilejów dla wybranych grup, tzw. dyskryminacji pozytywnej itp. W rezultacie w anonimowych sondażach przedwyborczych wielu wyborców nie mówiło prawdy, obawiając się, że sympatia dla Trumpa sprowadzi na nich szykany i zaszkodzi ich pozycji zawodowej. Między innymi to z tego powodu powstał zafałszowany obraz preferencji wyborczych – rzeczywiste poparcie dla Trumpa było niedoszacowane zarówno w skali całego społeczeństwa, jak i warstw wykształconych oraz zamożnych.

Ironia sytuacji polega na tym, że w ZSSR i w Rosji podczas wyborów w latach 1989-1991 prasa była naprawdę wolna. Tymczasem kampania wyborcza w USA dobitnie pokazała, że o amerykańskich mediach tego samego powiedzieć nie można. Przeciwko Trumpowi sformował się jednolity front medialny oraz blokada informacyjna. Prasa, czołowi analitycy i komentatorzy, a nawet ośrodki badania opinii publicznej – wszyscy działali na rzecz wspólnego celu, jakim było zachowanie status quo i dyskredytacja antysystemowego kandydata. Próbując zadowolić establishment, ośrodki badawcze i środki masowego przekazu otwarcie dobierały niereprezentatywne próby, w których udział Demokratów oraz przeciwników Trumpa był zdecydowanie zawyżony. Z tego punktu widzenia dzisiejszą sytuację w USA można przyrównać do rosyjskich wyborów roku 1996, podczas których cała rosyjska elita polityczna, jak również oligarchowie oraz Zachód wspólnie działali przeciwko G. Ziuganowowi (kandydat komunistów – przypis red.), nie cofając się przed niczym (wobec przeciwników Jelcyna wprowadzono, między innymi, pełną blokadę informacyjną, zaś w dniu głosowania bezceremonialnie fałszowano wyniki).

Jak już wspominaliśmy, zaciętość walki wyborczej, polaryzacja elektoratów, egzotyczność jednego z kandydatów, strach przed nim i próby jego zdemonizowania przysłoniły realne przyczyny zaistniałej sytuacji. Tymczasem zaliczyć do nich należy szybko narastający gniew białej klasy średniej, niezadowolonej z utraty swojego statusu oraz funkcjonowania przywilejów grupowych, praktycznie niezależnych od rzeczywistej sytuacji socjalno-ekonomicznej beneficjentów. Kwestie te głęboko podzieliły amerykańskich wyborców, podczas gdy elity, w tym liderzy mniejszości, nie chciały przyznać, że problem w ogóle istnieje, nie mówiąc już o gotowości do pójściu na ustępstwa mogące poprawić sytuację. Taki stan rzeczy tylko zwiększa potencjał wstrząsów społecznych.

W XX w. z podobną sytuacją mieliśmy w USA do czynienia dwukrotnie – w latach 30. i 60. W obu przypadkach napięcie udało się rozładować na drodze odgórnych reform systemowych, wprowadzanych wolą elit politycznych i gospodarczych. Najpierw F. D. Roosevelt, próbując uchronić kraj przed niepokojami społecznymi podczas Wielkiego Kryzysu, znacząco rozszerzył, przy sprzeciwie establishmentu, społeczno-gospodarczą rolę państwa, budując system ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych dla biednych i starszych, a także wprowadzając obowiązkowe ubezpieczenie emerytalne dla pracujących. W drugim wypadku prezydenci, J.B. Johnson i J. F. Kennedy, w ramach globalnej kampanii na rzecz praw obywatelskich, zbudowali w państwie mechanizmy mające zagwarantować określonym mniejszościom rekompensatę za dyskryminację, a także wprowadzić równość wszystkich grup społecznych.

W obu przypadkach za pomocą refom systemowych udało się skutecznie oddalić groźbę wybuchów społecznych. Jednak dzisiaj obserwujemy w USA dwa zagrożenia jednocześnie: upadkowi finansowej piramidy ubezpieczeń społecznych, zbudowanej w latach 30., towarzyszy fiasko programu „pozytywnej dyskryminacji”, zapoczątkowanego w połowie lat 60.

Nie ulega wątpliwości, że reformy lat 30. a zwłaszcza 60., motywowane były nie tylko obawą przed destabilizacją systemu, ale również względami ideologicznymi. W połowie lat 60. większość białych Amerykanów uznała, że Czarnym należy zrekompensować czasy niewolnictwa oraz stuletni okres politycznej i socjalno-ekonomicznej dyskryminacji. Wprowadzane w tym zakresie zmiany uległy przyspieszeniu w obliczu rosnącej aktywności społecznych ruchów protestu, co wzmagało obawy przed możliwą destabilizacją polityczną. Jednak, ogólnie rzecz biorąc, większość Białych dobrowolnie zgodziła się „podzielić” z Czarnymi, czyli zaoferować im prawa wyborcze, ułatwienia w dostępie do średniej i wyższej edukacji i zatrudnienia, w tym system kwotowy, a także rozmaite preferencje, także finansowe. Wprowadzaniu tych mechanizmów towarzyszyła coraz większa (auto)cenzura, w ramach której kwestionowanie choćby marginalnych negatywnych aspektów nowego systemu stało się ryzykowne.

Konsekwencją budowy nowego systemu były głębokie zmiany w różnych dziedzinach życia społecznego. Zgodnie z przyjętą logiką (oferowanie rekompensaty za współczesną lub przeszłą dyskryminację) analogicznych preferencji zaczęły domagać się kolejne mniejszości. W rezultacie interpretacja pojęcia „mniejszość” zaczęła szybko ulegać poszerzaniu. Oprócz innych grup rasowych i etnicznych (Azjaci, Hindusi, Latynosi) do grona uprzywilejowanych zaliczać zaczęto, na przykład, niepełnosprawnych, a następnie homoseksualistów i inne mniejszości seksualne. Wieloma preferencjami objęto też kobiety. Efekt był taki, że jedyną grupą nieposiadającą statusu mniejszości ani przywilejów okazali się biali mężczyźni.

Prawne rozszerzanie definicji „mniejszości” postępowało równolegle z gwałtownymi zmianami w etnicznej i rasowej strukturze społeczeństwa, zachodzącymi w następstwie wysokiego tempa przyrostu naturalnego w grupach mniejszościowych, a także wskutek reformy polityki imigracyjnej władz. O ile do 1965 roku priorytet mieli tu imigranci z Europy Zachodniej (głównie za sprawą regionalnych kwot imigracyjnych z początku XX w.), o tyle nowa ustawa imigracyjna (Immigration and Nationality Act, 1965 – przyp. red. ND) radykalnie zmieniła politykę amerykańskich władz, otwierając granice dla przybyszów z państw Trzeciego Świata i wykwalifikowanych specjalistów. Skutek jest taki, że odsetek Europejczyków, przed reformą stanowiących ok. 90% ogólnej liczby imigrantów napływających do USA, nie przewyższa dzisiaj 10%.

Wzrost liczebny mniejszości oraz ich udziału procentowego w całej populacji wymagał stałego zwiększania finansowania programów gwarantujących im przywileje. Proces ów przyniósł trzy zasadnicze skutki: wzrost deficytu budżetowego, narastające tarcia w Kongresie między Demokratami a Republikanami na tle ograniczania wydatków i przyszłości rozmaitych programów preferencyjnych, wzmożoną konkurencję między grupami „chronionymi” walczącymi o przywileje. Zjawiska te zachodziły jednocześnie z malejącym udziałem Białych w społeczeństwie oraz obniżaniem się ich poziomu życia. Aktualne tendencje demograficzne w USA są takie, że do połowy XXI w. Biali przestaną być najliczniejszą grupą w amerykańskiej populacji, co dodatkowo wzmaga u nich poczucie niepewności dnia jutrzejszego.

Pojawienie się Trumpa symbolizuje zatem wzrost napięć społecznych i jest wyrazem oczekiwania niektórych grup (przede wszystkim malejącej populacji Białych) na reformy, których głównym założeniem powinna być rewizja systemu kwot i przywilejów grupowych, a także oparcie ulg i preferencji na kryteriach socjalno-ekonomicznych. Zwycięstwo Clinton miałoby tu skutki katastrofalne: zarówno poleganie na mniejszościach, jak i brak elastyczności politycznej uniemożliwiłyby jej rozpoznanie powagi problemów, jakie stoją dziś przed USA, przeszkodziłyby jej też w podjęciu działań mogących osłabić poparcie ze strony określonych grup i środowisk.

Niemniej jednak również i po wyborach wiele ważnych zagrożeń zachowuje swoją aktualność. Podnosząc problemy, z jakimi boryka się dziś biała klasa średnia, Trump skonsolidował ją i zdobył jej poparcie. Grozi to jednak odepchnięciem licznych przedstawicieli mniejszości, którzy w ostatnich latach z rosnącą sympatią spoglądali w kierunku Republikanów (zwłaszcza wśród Czarnych, Latynosów i muzułmanów), co utrudnić może sformowanie szerokiej koalicji politycznej. Pytań bez odpowiedzi jest więcej:

  • Na ile Trump jest faktycznie gotowy do podjęcia radykalnych, acz niezbędnych reform?
  • Czy elity polityczne, w tym liderzy mniejszości, świadomi są konieczności głębokich zamian i czy się na nie zdecydują, nawet jeśli ceną miałby być spadek poparcia wśród własnego elektoratu?
  • Czy uda się Trumpowi przełamać opór ze strony partyjnych bossów w Kongresie?
  • Czy reakcją na reformy będzie fala przemocy inspirowanej przez przeciwników zmian, jaką mogliśmy już obserwować natychmiast po wygranej Trumpa, i czy nowy prezydent zdoła się z nią uporać?

Odpowiedzi na powyższe pytania przyniesie czas. Jedno można dzisiaj stwierdzić: samo pojawianie się takiego kandydata jak Trump i jego wygrana dowiodła, że USA borykają się głębokim kryzysem systemowym, którego nie uda się rozwiązać bez radykalnych reform. Nie trzeba będzie zbyt długo czekać, by przekonać się, czy Trump jest tym liderem, który zdoła wprowadzić zmiany i zaproponować krajowi nowy model rozwoju.

Andriej Korobkow

Przekład z j. rosyjskiego – n.s.

Artykuł pierwotnie opublikowany na portalu Lenta.ru

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here