O Ryszardzie Czarneckim, Jesse Owensie, Adolfie Hitlerze i innych osobach

0

Podczas igrzysk olimpijskich, dziennikarze i publicyści zwykle nie omieszkają przypomnieć osławionej olimpiady w Berlinie w 1936 r. W tym roku okazja była szczególna, wszak minęło od tamtych igrzysk okrągłe osiemdziesiąt lat. W Rio de Janeiro odniósł się do nich również francuski tyczkarz Renaud Lavillenie (srebrny medal) zbulwersowany postawą brazylijskich kibiców: „Trochę jest mi przykro, że trybuny zachowały się nie fair. W 1936 roku tłum był przeciwko Jesse Owensowi. Nie widzieliśmy czegoś takiego od tamtego czasu. Trzeba się z tym pogodzić”.

A tak o zachowaniu brazylijskiej publiczności pisał Ryszard Czarnecki (poseł do Parlamentu Europejskiego):

„Brazylijczycy na kortach zachowywali się jak ich rodacy na meczach futbolowych. Co przystoi wszak widowni piłkarskiej, nie uchodzi tenisowej. Gorzej, że miejscowi nie tyle kibicowali swoim i złorzeczyli ich rywalom, ile oddawali się seansom nienawiści, gdy grał reprezentant wrogiej Argentyny, np. powracający po serii kontuzji del Potro. To była żenada. Przebili ich, niestety, brazylijscy kibice królowej sportu, jaką jest lekkoatletyka. Fani «lekkiej» na całym świecie słyną z kultury dopingu. Wszędzie, ale nie w Brazylii. Ryczenie na francuskiego tyczkarza, głównego konkurenta Brazylijczyka do złotego medalu, okazało się skuteczne: wytrącony z równowagi, nieprzyzwyczajony do takiego chamstwa Europejczyk strącał poprzeczkę, miejscowy zdobył mistrzostwo, a miejscowi zapisali się w księdze olimpijskiej hańby. Później Francuz porównał zachowanie Brazylijczyków do podobnego zachowania Niemców na igrzyskach w Berlinie. Słusznie”. („Wstydliwe Rio: szowiniści i sędziowie („Gazeta Polska”, 2016 nr 34)

„Słusznie”? Co „słusznie”? Jakie „słusznie”? Francuz opowiada piramidalne bzdury, a Czarnecki po nim powtarza. Tyczkarzowi można ignorancję wybaczyć, w końcu nie musi każdego głupstwa wyniesionego ze szkoły lub wyczytanego czy zasłyszanego w masowych mediach, zapomnieć, ale bycie posłem do Parlamentu Europejskiego a do tego absolwentem Wydziału Historii Uniwersytetu Wrocławskiego im. Bolesława Bieruta (w którym miałem zaszczyt studiować), chyba jednak do czegoś zobowiązuje. Czarnecki należy do typowych polrealistów: niemiecka publiczność rymuje mu się nieodmiennie z zachowaniem nieładnym; nawet jak jej zachowanie jest ładne, to jego, zniekształcające percepcję rzeczywistości, „patriotyczno-niepodległościowe” okulary, nie pozwolą mu tego dostrzec.

Nie przystoi też pisać o nieżyczliwych Kozakiewiczowi kibicach z Moskwy per „ruskie bydło”. W Moskwie „ruskie bydło”, w Berlinie też „szwabskie bydło”, a pośrodku polscy dżentelmeni – od razu dostrzegamy wygrawerowany na mózgu „patriotyczny” schemat. Rozumiałbym jeszcze, gdyby Czarnecki – jak to mają w zwyczaju demokratycznie wybierani reprezentanci narodu – te 84 tysiące durniów, którzy go wybrali do PE (że nawiążę do E. Jüngera) określał jako „bydło wyborcze”, ale o kibicach z innego kraju doprawdy nie wypada tak mówić.

Czarnecki poucza nas też, że „nie wolno mówić olimpiada, bo to określenie 4-letniego okresu między igrzyskami”. Każdy słownik wyrazów obcych, z Kopalińskim na czele, powie nam, że olimpiada to zarówno ów czteroletni okres (w starożytnej Grecji), jak i igrzyska olimpijskie, a ten, że „nie wolno”. Przemądrzalec jeden! Do profesora Miodka po nauki, ale to już!

Z Ryśkiem Czarneckim po raz pierwszy zetknąłem się na zwołanym przez Korwina-Mikke zebraniu założycielskim Ruchu Polityki Realnej, które odbyło się w Józefowie pod Warszawą w 1987 r. Mówiło się wtedy, że „Maciar przysłał Czarnucha na przeszpiegi, żeby niuchał co się na prawicy dzieje i Maciarowi raportował”. Ale Mikuś znienacka kazał wszystkim obecnym podpisywać się pod deklaracją Ruchu, no więc, żeby się nie zdradzić, też tak dla zmyłki podpisał. Współpracowałem potem z „Dziennikiem Dolnośląskim”, którego był redaktorem naczelnym – współpraca się szybko skończyła, ponieważ gazeta padła.

Ale wróćmy do XI Olimpiady Letniej, którą 1 sierpnia 1936 roku uroczyście otworzył kanclerz Rzeszy Niemieckiej Adolf Hitler. Żadnego chamstwa, żadnego ryczenia na sportowców z innych krajów wówczas nie odnotowano. Czarnoskóry James Cleveland „Jesse” Owens, do którego przyrównał się Lavillenie, nigdy nie został w Berlinie wygwizdany czy wybuczany.

Należy wiedzieć, że Owens i inni czarnoskórzy sportowcy z USA byli w Niemczech dobrze znani, jeszcze zanim przybyli do Berlina. Pisze o tym w kwartalniku „Przegląd Zachodniopomorski” (2015 z.3) dr Miłosz Stępiński z Zakładu Teorii Wychowania Fizycznego, Antropomotoryki i Zespołowych Gier Sportowych Wydziału Kultury Fizycznej i Promocji Zdrowia Uniwersytetu Szczecińskiego w bardzo interesującym artykule „Propaganda III Rzeszy w przeddzień XI. letnich igrzysk olimpijskich w Berlinie w 1936 roku (w świetle „Völkischer Beobachter”– naczelnego organu NSDAP)” (zob. tutaj). Zdaniem Stępińskiego sławę Owensa jeszcze przed olimpiadą budowała w Europie także prasa Rzeszy Niemieckiej. W „VB” donoszono o wspaniałych rezultatach lekkoatletów zza oceanu, osiąganych na zawodach kwalifikacyjnych. Wśród wielkich wymieniano także J. Owensa, nie czyniąc przy tym tajemnicy z koloru jego skóry

Owens stał się gwiazdą igrzysk i idolem publiczności, ulubieńcem berlińczyków, prawdziwym sportowym celebrytą. Jego rzetelni biografowie piszą, że podbił serca i wyobraźnię tłumów zgromadzonych na stadionie. Niemiecka publiczność wiwatowała na jego cześć, skandując „Yes-sa Ov-enss! Yes-sa Ov-enss!’. Powszechnie podziwiano go jako wybitnego sportowca. Kilkakrotnie cały stadion zgotował mu burzliwą owację na stojąco – owacje, jakie otrzymał w Berlinie były największymi w jego karierze sportowej. Sam Owens twierdził potem, że, berlińska publiczność podarowała mu najpiękniejsze dni w życiu.

Jego kolega z drużyny Marty Glickman (o żydowskich korzeniach) wspominał po latach: „Niemiecka publiczność była dla nas cudowna. Byli wspaniałymi gospodarzami i gorąco wiwatowali na naszą cześć. Oczywiście chcieli, żeby ich sportowcy wygrywali, ale nie urazili żadnego z Amerykanów, a zwłaszcza nie Jessego. Po prawdzie traktowali go jak gwiazdora filmowego. Kiedy pierwszy raz pojawił się na stadionie było tam setki dziewcząt krzyczących «Gdzie jest Jesse?». Niektóre miały nożyczki i chciały obciąć kawałek jego ubrania na pamiątkę. Policja musiała utworzyć wokół niego kordon”. Ze względu na fanów poza wioską olimpijską towarzyszyła mu ochrona. Wokół Owensa cały czas, gdziekolwiek się pokazał, tłoczyli się młodzi niemieccy fotoamatorzy i łowcy autografów. Na treningach towarzyszyli mu fani, oblegali go nawet w wiosce olimpijskiej. Miłośnicy sportowych pamiątek ukradli mu dwie pary butów. Przypomnijmy tu, że przed zawodami w wiosce olimpijskiej odwiedził Owensa Adolf Dassler, założyciel i właściciel Fabryki Butów Braci Dassler (później Adidas) i zaproponował mu, żeby startował w jego butach. I tak to w butach niemieckiej firmy Jesse Owens zdobył cztery złote medale.

W luksusowym quasi-oficjalnym albumie wydanym dla uczenia igrzysk „Die Olympischen Spiele 1936” Owens nazwany jest „najszybszym człowiekiem na świecie”, zamieszczono tam kilka jego fotografii, więcej niż jakiegokolwiek innego lekkoatlety. Wszystkie przedstawiają go w pozytywnym świetle. Na dużej ilustracji dokumentującej nazwiska zwycięzców wyeksponowano napis „Owens USA” – jego nazwisko, tak jak nazwiska innych zwycięzców, zostało wyryte i wylane ołowiem po obu stronach bramy maratońskiej stadionu olimpijskiego w Berlinie. Owens jest, rzecz jasna, obecny w znanym filmie dokumentalnym Leni Riefenstahl o berlińskiej olimpiadzie „Olympia” (zob. tutaj)

Nie ma żadnych świadectw mówiących, że podczas pobytu w Berlinie spotkały Owensa jakieś nieprzyjemności. Jedynego afrontu miał doznać ze strony kanclerza Adolfa Hitlera, który rzekomo nie chciał mu podać ręki i pogratulować medalu. Jak pisze Tadeusz Olszański w artykule poświęconym olimpiadzie w Berlinie („Polityka”, 2016 nr 32), kanclerz Hitler „raz i drugi uciekł, gdy wygrywali amerykańscy Murzyni”. Kanclerz był podobno wściekły, ponieważ amerykański lekkoatleta podważył jego ulubione teorie rasowe. Cała ta historia to zmyślenie, puszczone w obieg przez prasę anglosaską m.in. „New York Timesa”.

*****

Przed biegiem na 100 metrów węgierski biegacz József Sír ogłasza kolegom-rywalom: „Dzisiaj przyjdzie Hitler”. Na to Jesse Owens: „Hitler? A jak szybko on biega?”

*****

Po wygraniu przez Owensa biegu na sto metrów, Hitler, który przyjmował zwycięzców na trybunie honorowej, miał powiedzieć do towarzyszących mu osób: „Amerykanie powinni się wstydzić, że pozwalają zdobywać dla siebie medale przez Murzynów. Temu Murzynowi nie podam ręki”. Te słowa wodza przypomniał sobie po trzydziestu latach były Reichsjugendführer Baldur von Schirach i przytoczył je w książce Ich glaubte an Hitler (Hamburg 1967) wydanej zaraz po opuszczeniu przezeń – po 20 latach – więzienia Spandau. W rzeczywistości – jak wolno przypuszczać – chciał jedynie uwiarygodnić już utrwaloną legendę a siebie postawić kosztem zmarłego samobójczą śmiercią pryncypała w korzystniejszym świetle.

2 sierpnia, czyli pierwszego dnia zawodów, Hitler prosił do swojej loży honorowej zwycięzców, aby im pogratulować. Byli to m.in. złoty medalista pchnięciu kulą Hans Woellke oraz jego dwaj rywale – Fin (srebro) i drugi Niemiec. Pogratulował też trzem Finom, którzy zdobyli medale na 10 000 metrów oraz trzem oszczepniczkom – dwóm Niemkom (Tilly Fleischer i Luise Krüger) oraz naszej rodaczce Marii Kwaśniewskiej (brąz). Ponieważ jednak igrzyska olimpijskie nie są organizowane przez rządy, lecz przez MKOL, to rząd jest jego gościem. Jako gość nie może oficjalnie wyróżniać zwycięzców publicznymi gratulacjami; na stadionie obowiązuje zwyczaj, że tylko przewodniczący MKOL-u lub wyznaczony przez niego przedstawiciel dokonuje dekoracji zwycięzców i składa im gratulacje. Ówczesny prezes MKOL-u Belg hrabia Henri de Baillet-Latour przypomniał o tym członkowi MKOL-u dr Karlowi Ritterowi von Haltowi i polecił mu, aby przekazał Hitlerowi, że nie powinien przyjmować zwycięzców – trybuna honorowa była bowiem otwarta i gratulacje odbywały się na oczach publiczności, nabierając tym samym charakteru publicznego, niezgodnego z protokołem olimpijskim. Von Halt poinformował o sugestii Baillet-Latoura „Reichssportführera“ Hansa von Tschammer und Osten a ten przekazał ją kanclerzowi Rzeszy. Hitler zastosował się do tego życzenia i od tej pory nikomu już publicznie nie gratulował. Dlatego, co oczywiste, nie gratulował też Jesse Owensowi, który następnego dnia zwyciężył w biegu na sto metrów.

Hitler nie przyjmował publicznie żadnego ze sportowców, a ściśle rzecz biorąc przyjmował, ale w zamkniętym pomieszczeniu przylegającym do trybuny honorowej, a zatem prywatnie, aby nie wykraczać poza olimpijski protokół. Jeśli więc nie przyjął tam Owensa, to o żadnym afroncie nie mogło być mowy. Według relacji samego Owensa, po biegu na 100 metrów: „kiedy przechodziłem obok jego [Hitlera] loży, zanim opuścił stadion, zamachał do mnie, a ja zamachałem do niego”. Według innych relacji Hitler tak samo jak cały stadion oklaskiwał zwycięskiego Owensa zdobywającego czwarty złoty medal w sztafecie. Podobno przesłał też Owensowi swoją fotografię z autografem.

*****

Według innej wersji lekceważenie okazał kanclerz Hitler nie Owensowi, ale jego koledze z drużyny, skoczkowi wzwyż Corneliusowi Johnsonowi, który występował pierwszego dnia, a więc wtedy, kiedy Hitler – jeszcze przed interwencją Henriego de Baillet-Latoura – przyjmował medalistów w loży honorowej. Dziennikarze piszą, że Hitler wypadł wściekły ze stadionu, ponieważ zwyciężył czarnoskóry Cornelius Johnson. Nie wiadomo, dlaczego miał „wypadać”, czy wręcz „uciekać” (Olszański), a nie po prostu „opuścić stadion”. Część historyków twierdzi jednak, że Hitler wyszedł, kiedy z konkursu odpadli dwaj Niemcy, zanim jeszcze wygrał Johnson, i nie wiedział kto zwycięży. Podobno zanosiło się wówczas na deszcz. W każdym razie nie było go już na stadionie, kiedy dekorowano zwycięzców – trzech Amerykanów, w tym dwóch Murzynów. Według czynników niemieckich kanclerz opuścił stadion ze względu na obowiązki państwowe. To oczywiście nie musi być prawda, ale jest w tym tłumaczeniu pewna doza prawdopodobieństwa, ponieważ właśnie w ostatnim tygodniu lipca trwały narady i rozmowy w sprawie Hiszpanii i udzielenia pomocy generałowi Franco – 1 sierpnia pierwsi niemieccy lotnicy z Legionu Condor polecieli jako „ochotnicy” do Hiszpanii.

Niezbędna byłaby tu dokładana analiza czasowa, jak przebiegał pobyt kanclerza na stadionie i co robił potem. Czy rzeczywiście miał jakieś obowiązki państwowe, czy też pojechał do siebie, aby poczytać którąś z powieści Karola May‘a lub oglądać ulubione filmy Disney‘a. Gdyby to drugie, to można domniemywać, że rzeczywiście nie chciał się pokazywać z Johnsonem.

Johnson, w przypadku którego zarzuty wobec Hitlera, że zachował się wobec niego nieuprzejmie, mogły być słuszne, został zastąpiony potem przez Owensa ze względu na wielki sukces tego drugiego – popularny „Jesse” lepiej się nadawał jako element propagandowej legendy.

*****

Pierwszego dnia igrzysk Hitler gratulował osobiście polskiej oszczepniczce Marii Kwaśniewskiej. Dziennikarz tygodnika „Newsweek” Krzysztof Grochowski napisał o tym artykuł zatytułowany „Polska oszczepniczka, która postawiła się Hitlerowi”.

Według Grochowskego Maria Kwaśniewska utarła nosa Hitlerowi:

„Po konkursie rzutu oszczepem kobiet Hitler miał szczególne powody do radości: dwa pierwsze miejsca zdobyły Niemki. Na najniższym stopniu podium stanęła Polka, Maria Kwaśniewska. Jednak to ona miała stać się przyczyną niemałego zamieszania. Kiedy wszystkie medalistki zostały zaproszone do loży Führera, Hitler zwrócił się do polskiej oszczepniczki słowami: „Gratuluję małej Polce!”. Kwaśniewska, wyzywająco patrząc mu w oczy, odpowiedziała: „Wcale nie czuję się mniejsza od pana!”. Niemiecki dyktator zaniemówił i poczerwieniał. Chociaż całą sytuację obrócono w żart, to z pewnością zapamiętał «małą Polkę» na długo”. Grochowski żadnego źródła nie podaje, nie wiemy, czy to sama Kwaśniewska tak relacjonowała, czy też wymyślili to koledzy Grochowskiego po fachu. Ale tak czy inaczej jest to piękna patriotyczna anegdota o tym jak to nasza medalistka już na trzy lata przed Wrześniem postawiła się wodzowi Trzeciej Rzeszy. Tak mu odpyskowała, że mu w pięty poszło. Szkoda tylko, że tej historycznej sceny i dialogu nie uwieczniono na taśmie filmowej, a jedynie rozradowaną Marię Kwaśniewską w towarzystwie kanclerza Rzeszy [(zob. tutaj oraz tutaj]

*****

Zwycięzcą maratonu został, występujący w barwach Japonii i pod zjaponizowanym nazwiskiem „Son Kitei”, Koreańczyk Sohn Kee-chung – wraz z brązowym medalistą, swoim rodakiem Nam Sung-yongiem, występującym pod zjaponizowanym nazwiskiem „Nan Shōryū“, stojąc na podium subtelnie zamanifestowali swoją antyjapońską postawę. Z okazji olimpiady w Atlancie w 1996 r. Sohn Kee-chunga (miał wówczas 84 lata) odwiedzili w Seulu dziennikarze „Frankfurter Allgemeine Zeitung” i zapytali go: „Czy było to dla Pana jakimś problemem, że wygrał pan maraton na igrzyskach w nazistowskich Niemczech”? Sohn Kee-chung odpowiedział: „Nie, właściwie nie myślałem o polityce. Po moim zwycięstwie niemieccy żołnierze przystroili różami moje łóżko w wiosce olimpijskiej. Po zwycięstwie zapytałem szefa delegacji japońskiej, czy mógłby zaaranżować spotkanie z Hitlerem. Hitler zszedł do mnie z trybuny honorowej do przylegającego z tyłu pomieszczenia, czym byłem zaszczycony. W Korei szef państwa nigdy nie podszedłby do zwykłego zawodnika. Pozdrowił mnie podając mi rękę, pamiętam, że miał duże ręce. Dostałem sześć jego zdjęć z własnoręcznym podpisem. Sądził, że jestem Japończykiem, i powiedział, że po powrocie powinienem coś zrobić dla młodzieży w Japonii. Ja mu powiedziałem, że zwycięstwo zawdzięczam tłumom dopingującym mnie na trasie wyścigu. Hitler zaśmiał się i poklepał mnie przyjaźnie po plecach”.

*****

Od 1936 r. nie milkną głosy oburzenia na kanclerza Adolfa Hitlera, że zachował się nieuprzejmie odmawiając uściśnięcia ręki i pogratulowania czy to Jesse Owensowi, czy Corneliusowi Johnsonowi, czy jakiemukolwiek innemu murzyńskiemu medaliście. Mało kogo jednak oburza fakt, że prezydent Franklin Delano Roosevelt, który nie podlegał żadnym ograniczeniom protokolarnym, nigdy Owensowi, Johnsonowi ani innemu czarnoskóremu zwycięzcy z Berlina swoim rodakom i obywatelom USA, nie pogratulował, nie spotkał się z nimi, nie przyjął wszak w Białym Domu, nie podał ręki, nie wysłał telegramu z gratulacjami. O Hitlerze, „który nie chciał podać ręki Murzynowi” wszyscy wiedzą, ale o tym, że ręki nie podał mu prezydent jego kraju, ba, że w żaden sposób go nie uhonorował (podobnie jak jego następca Truman), to jakoś umyka uwadze publiczności. Oczywiście Roosevelt wiedział, co robi: jesienią 1936 r. odbywały się w USA wybory prezydenckie i zapewne obawiał się negatywnych reakcji wielu wyborców na „bratanie się z Czarnymi”. Kto wie, może Hitler rzeczywiście pierwszego dnia chciał uniknąć składania gratulacji Johnsonowi, a później nie chciał przyjąć Owensa prywatnie, ponieważ, podobnie jak Roosevelt, nie chciał się „afiszować z Murzynem”, sądząc, że może to zaszkodzić jego wizerunkowi w USA.

*****

W swojej autobiograficznej książce Blackthink Owens nie wspomina ani słowem o jakichkolwiek przykrościach doznanych w czasie berlińskiej olimpiady, natomiast pisze wiele o swoim ciężkim losie Murzyna w Stanach Zjednoczonych i o dyskryminacji, jakiej doznawał we własnej ojczyźnie. Na kampusie Owens musiał mieszkać razem z innymi Murzynami, jadł w restauracjach „tylko dla Czarnych“, mieszkał w hotelach „tylko dla Czarnych”, w autobusie – jeśli go wpuszczono – musiał zajmować miejsce z tyłu. W USA czarni lekkoatleci jadali oddzielnie, a jeśli mieszkali w tym samym hotelu co Biali, co było rzadkie, musieli wchodzić tylnym wejściem. Jeden z autorów pisał tak: „W Niemczech Hitlera Jesse Owens mógł jechać autobusem lub tramwajem z Białymi, mógł iść do kina lub kościoła razem z Białymi, używać publicznej toalety, jeść obiad w restauracji z Białymi, wynająć pokój w hotelu, wolno mu było o wiele więcej niż w ojczyźnie”.

*****

W Stanach Zjednoczonych (i w innych krajach) protestowano przeciwko organizowaniu igrzysk w Berlinie, żądano ich przeniesienia do innego miasta, wzywano do bojkotu, motywując to przede wszystkim dyskryminacją Żydów w Niemczech i wykluczeniem ich z niemieckiego społeczeństwa. Jakaż cudowna, rozbrajająca hipokryzja Anglosasów! Czy ktokolwiek wzywał do bojkotu igrzysk olimpijskich w Los Angeles w 1932 roku ze względu na przymusową prawno-państwową segregację rasową obowiązującą w USA, na której narodowi socjaliści wzorowali niemieckie ustawodawstwo rasowe?

Ustawy norymberskie zakazujące np. małżeństw Żydów i nie-Żydów wzorowane były na ustawach, które w tamtym okresie obowiązywały w 30 amerykańskich stanach (zakazy obejmowały nie tylko Murzynów, ale także Chińczyków, Japończyków, Filipińczyków, Hindusów, Indian).

Wzywający do bojkotu olimpiady najwidoczniej nie uważali zakazu małżeństw Białych i Murzynów za coś gorszącego w przeciwieństwie do zakazów małżeństw Niemców i Żydów w Niemczech, ergo: moralno-polityczny status Żydów uznawali za wyższy do statusu Murzynów.

Albo weźmy inne niechlubne zjawisko – pozasądowe wymierzanie sprawiedliwości przez lud: w latach 1882-1964 ofiarą linczów padło w USA 1297 Białych i 3445 Czarnych. W okresie przed olimpiadą w Los Angeles sytuacja przedstawiała się następująco: 1930 r. – 1 Biały, 20 Czarnych, 1931 –1 Biały, 12 Czarnych, 1932 – 2 Białych, 6 Czarnych. I czy ktoś z tego powodu wzywał do bojkotu olimpiady w Los Angeles? Gwoli uzupełnienia: w 1933 r. ofiarą linczów padło 2 Białych, 24 Czarnych, w 1934 – 15 Czarnych, 1935 – 2 Białych, 18 Czarnych. W roku, w którym odbywała się olimpiada w Berlinie, 8 Czarnych padło ofiarami linczu.

*****

Wielu polskich i zagranicznych dziennikarzy powtarza bezustannie, że Hitler i jego towarzysze byli upokorzeni i wściekli na Owensa, ponieważ jego zwycięstwa zakwestionowały i ośmieszyły ich ideologię rasową. Amerykański lekkoatleta miał jakoby „przekreślić wszelkie teorie o wyższości germańskiej rasy”. Cytowany wyżej Krzysztof Grochowski z „Newsweeka” pisze, że igrzyska miały również udowodnić prawdziwość hitlerowskich teorii rasowych i pokazać wyższość „człowieka aryjskiego”, ale marzenia te „unicestwił Afroamerykanin Jesse Owens, który zdobył aż cztery złote medale”.

Inne cytaty: „Igrzyska olimpijskie w stolicy III Rzeszy miały być tryumfem koncepcji wyższości rasy aryjskiej. Rasistowską propagandę nazistów ośmieszył czarnoskóry Amerykanin, czterokrotny zdobywca złotego medalu”; „Hitler i Goebbels chcieli wykorzystać olimpiadę do ukazania światu słuszności swojej rasistowskiej ideologii. Igrzyska miały być tryumfem aryjskiej rasy panów. Udałoby się, gdyby nie genialny występ czarnoskórego lekkoatlety Jessego Owensa”.

W Mein Kampf prezes NSDAP stwierdza, że „człowiek aryjski”, czyli, z grubsza rzecz biorąc, biały Europejczyk i Amerykanin, jest głównym twórcą ludzkiej kultury. Była to w tamtych czasach raczej obiegowa opinia w USA, wyznawały ją zarówno szersze kręgi społeczne, jak i wielu badaczy, uczonych i publicystów amerykańskich; ba, pogląd Hitlera na rasę czarną nie odbiegał w żadnej mierze od poglądów Ojców Założycieli, będących właścicielami czarnych niewolników, a także od poglądów Abrahama Lincolna i kolejnych prezydentów USA (zob. Jared Taylor, What the Founders Really Thought About Race – klasyczna praca na ten temat to: Nathaniel Weyl, William Marina, American Statesmen on Slavery and the Negro, 1971). Według niektórych historyków idei na narodowych socjalistów znaczący wpływ wywarł socjalistyczny antropolog francuski George Vacher de Lapouge (1854-1936), autor wydanej w 1899 r. książki Aryjczyk i jego społeczna rola (L`Aryen, son rôle sociale), jednakże należy brać pod uwagę, że została ona opublikowana po niemiecku dopiero w 1939 roku. Na temat demokratyczno-postępowego rasizmu w USA stanowiącego inspirację dla niemieckiego narodowego socjalizmu pisze Josef Schüsslburner w książce Czerwony, brunatny i zielony socjalizm (przeł. T.Gabiś, Wektory, Wrocław 2009).

Hitler uważał rasę „aryjską” za przodującą w wielu dziedzinach – w nauce, technice, organizacji społecznej, sztuce, muzyce etc., natomiast nigdzie, w żadnym miejscu swojego programowego dzieła, nie pisze nic o wyższości „Aryjczyków” w sprincie czy w skoku w dal. Gdyby wyznawał teorię o „aryjskiej wyższości w lekkiej atletyce”, wówczas twierdzenie, że Owens „unicestwił mit aryjskiej wyższości”, miałoby jakiś sens, ale skoro teorii tej nie wyznawał, to jest ono bezsensowne. W kontekście Ownesa i jego zwycięstw cytuje się często wypowiedź Hitlera zapisaną w, opublikowanych wiele lat po wojnie, wspomnieniach Alberta Speera. Według tego wybitnego architekta i menedżera Hitler był rozdrażniony sukcesami Owensa i miał powiedzieć, że ludzie, których przodkowie wyszli z dżungli, mają mocniejszą budowę ciała niż „cywilizowani Biali” i dlatego powinni zostać wykluczeni z przyszłych igrzysk. Nie wiemy, czy Speer czasami nie zmyśla (co mu się notorycznie zdarzało), aby, podobnie jak Baldur von Schirach, obciążyć swojego nieżyjącego szefa na wszelkie możliwe sposoby i przypodobać się nowym władcom. Jeśli jednak pisze prawdę, to wniosek stąd płynie taki, że Hitler był tak głęboko przekonany o zdolnościach lekkoatletycznych rasy czarnej, że chciał Murzynów wykluczyć z igrzysk, ponieważ w rywalizacji z nimi „Aryjczycy“ nie mają żadnych szans. Czyli coś dokładnie odwrotnego niż się zakłada: chciał wykluczyć Murzynów, bo są bezkonkurencyjni! Uznawał ich naturalną wyższość nad „Aryjczykami” w lekkoatletyce, a nie na odwrót! Dlaczego więc zwycięstwa Owensa miałyby być upokarzające? (na temat biologicznych uwarunkowań osiągnięć sportowych zob. Jon Entine, Taboo: Why Black Athletes Dominate Sports and Why We’re Afraid to Talk About It (2000), David Epstein, The Sports Gene: What Makes the Perfect Athlete (2013), Edward Dutton, Richard Lynn, Evolution and Racial Differences in Sporting Ability (2015).

Naczelny ideolog ruchu narodowosocjalistycznego Alfred Rosenberg w swojej znanej książce Der Mythus des XX. Jahrhunderts chwali system segregacji rasowej w USA, pisze o Murzynach wyłącznie w kontekście kolonialnym i amerykańskim, ale nigdzie nie twierdzi, że „człowiek aryjski” jest, czy też powinien być, najlepszy we wszystkich dyscyplinach sportowych. Nie bardzo więc wiadomo, dlaczego kierownictwo NSDAP miałoby sukces czarnoskórego Owensa uważać za upokorzenie i podważenie doktryn rasowych. Skąd zresztą miało im przyjść do głowy, że czarnoskórzy lekkoatleci ulegną „Aryjczykom” , skoro zwycięzcą na 100 i 200 metrów w 1932 w Los Angeles był czarnoskóry Thomas „Eddie” Tolan? Inny biegacz murzyński Ralph Metcalfe był w latach 1934-1935 uznawany za „najszybszego człowieka świata”; znakomite rezultaty przed olimpiadą uzyskiwali zarówno Owens, jak i inny sprinter murzyński, jego rywal Eulace Peacock, który nie pojechał na olimpiadę z powodu kontuzji. Skąd Hitler i jego koledzy czerpali nadzieję, że „Aryjczycy”, najlepiej niemieccy rzecz jasna, zwyciężą w sprincie? Może niemieccy działacze sportowi nie poinformowali ich, że Murzyni amerykańscy to ścisła światowa czołówka i trudno będzie z nimi wygrać? Może Adolf Hitler nie czytał naczelnego organu swojej partii „Völkischer Beobachter”, na łamach którego pisano, że „niemiecka lekkoatletyka nie może obecnie konkurować z najlepszymi na świecie”. W „VB” można było czytać doniesienia o „lekkoatletycznej potędze” Ameryki, którą zawdzięcza ona właśnie czarnoskórym sportowcom osiągającym znakomite rezultaty. Miłosz Stępiński pisze, że redakcja „VB” koncentrowała się na eksponowaniu zalet poszczególnych nacji i ich wybitnych sportowców. Niemcy obiecywali sobie złoto jedynie w jeździectwie i gimnastyce, w których to konkurencjach od lat stanowili czołówkę.

Stępiński cytuje korespondenta „VB” z Nowego Jorku Bernharda Schittkowa, który informował niemieckich czytelników m.in. o tym, że na zawodach Murzyni wygrali wszystkie biegi na dystansach od 100 do 800 m. W jednym z artykułów najwięcej miejsca poświęcił J. Owensowi, „który osiągnął zwycięstwa aż w trzech konkurencjach!”„Tego młodzieńca nie można pokonać!” prorokował dziennikarz narodowosocjalistycznego dziennika. Zachwycał się czarnoskórym Owensem: „Tym razem Owens lepiej gospodarował swoimi siłami i można się spodziewać, że w Berlinie będzie w najlepszej formie. Jego największym atutem jest jego prawie nadludzka twardość. W sobotę przebiegł 100 m w 10,5 s., w kolejnym biegu zszedł nawet do 10,4 sek.; w skoku w dal osiągnął wybitne 7,89 m. W drugim dniu pobiegł 200 m w 21,2 sek., a godzinę później w finałach – równe 21 sek. Oba biegi Owens wygrał śpiewająco i mogło się wydawać, że mógłby chyba pobiec jeszcze szybciej, nawet o kilka dziesiątych sekundy”.

*****

Nie wiadomo, czy Hitlera upokorzyła hinduska reprezentacja hokeja na trawie, która w finale rozgromiła Niemców 8:1. Chyba nie, wszak w tym przypadku „Aryjczycy” niemieccy sromotnie przegrali z „Aryjczykami” hinduskimi. Pozostając przy „kwestii aryjskiej” zwrócić można jeszcze uwagę na ówczesne raporty policji, z których wynika, że „nie-aryjscy” sportowcy korzystali z usług „aryjskich” (niemieckich) prostytutek. Najwidoczniej poziom „świadomości rasowej” berlińskich prostytutek nie był zbyt wysoki.

*****

„W innych zestawieniach i analizach szans medalowych sportowców III Rzeszy i innych krajów dostrzegano odmienność i mocne strony niemieckich sportowców, ale nigdy nie mówiono o wyższości niemieckiego sportu. W relacjach przedolimpijskich VB trudno doszukać się jakichkolwiek sformułowań bezpośrednio świadczących o niemieckiej/pruskiej pyszności czy przesadnej pewności siebie. W ocenach unikano nacjonalistycznych czy rasowych odniesień” (Miłosz Stępiński)

Historycy sportu przebadali instrukcje dla prasy, jakie w okresie olimpiady wydawało Ministerstwo Oświecenia Publicznego i Propagandy kierowane przez dra Josepha Goebbelsa. Jedna z wytycznych mówiła: „W żadnym razie przy omawianiu rezultatów sportowych nie należy zajmować rasowego punktu widzenia; przede wszystkim nie należy urazić wrażliwości Murzynów”. Jeśli prasa niemiecka chciała pisać coś o rasie gości z USA, to mogła bezpośrednio cytować z prasy amerykańskiej. Nie wszyscy się tego trzymali np. „Kölnische Zeitung” napisała, że właśnie czarnoskórzy sportowcy fizycznie najpełniej odpowiadają fizycznemu ideałowi starożytności. Niektórzy szli w tym kierunku jeszcze dalej np. czasopismo sportowe „Der Aktive“, które zdaniem partyjnych twardogłowych wręcz przesadzało „z gloryfikacją murzyńskiego sprintera Owensa“.

Kiedy organ berlińskiej organizacji NSDAP „Der Angriff” wbrew instrukcjom Ministerstwa Propagandy, które nakazało, aby relacji z igrzysk olimpijskich nie obciążać stosowaniem kryteriów rasowych, kpił z USA, że potrzebują „czarnych oddziałów pomocniczych“, aby zdobywać medale, otrzymał ostre napomnienie z ministerstwa – przypomniało ono towarzyszom z Berlina, że Murzyni są „amerykańskimi obywatelami” i „muszą być oceniani” jako tacy. Ministerstwo kontynuowało linię propagandową sprzed igrzysk, kiedy sportowcy amerykańscy byli przedmiotem wyłącznie pochwał i nie drukowano na ich temat żadnych negatywnych komentarzy.

Ministerstwo ostro skarciło za „wysoce niestosowny artykuł“ pismo „Die Sonne“, które przedrukowało fragmenty książki Sport und Rasse Gottlieba Tirali (Tirala argumentami zaczerpniętymi z biologii uzasadniał, że rasa czarna jest znakomita w boksie, którą to dyscyplinę Adolf Hitler bardzo chwalił w Mein Kampf, zalecając jej uprawianie). Ministerstwo pouczyło redaktorów, że „doktryna rasowa z pewnością nie została wzbogacona przez tę publikację, a nasi olimpijscy goście byli nią poirytowani”. Podkreślono, że igrzyska odbywają się „pod znakiem olimpijskiego równouprawnienia wszystkich narodów”.

Ministerstwo poinstruowało też media, że „nie narody walczą, ale pojedyncze osoby“ i że osiągnięcia wszystkich krajów powinny być sprawiedliwie docenione. Wprawdzie sukces Niemiec miał zostać odpowiednio uwydatniony, ale w trakcie igrzysk prasa nie powinna „uderzać w ton tryumfu”, aby nie stwarzać okazji do mówienia o „niemieckiej zarozumiałości”. Publikowanie zestawień i tabel medalowych w trakcie igrzysk byłoby według ministerstwa „nietaktowne i niepożądane”.

*****

Niektórzy uważają, że czwarty złoty medal Owensa (sztafeta 4×100) jest nieco „moralnie skażony”, ponieważ trener Dean Cromwell podjął decyzję, aby Marty Glickmana i Sama Stollera zastąpili Owens i Metcalfe. Ponieważ Glickman i Stoller byli żydowskiego pochodzenia, radykalni filosemici oskarżają przewodniczącego Amerykańskiego Komitetu Olimpijskiego Avery Brundage`a, że pragnął się w ten sposób przypodobać Hitlerowi, który na pewno wściekłby się, gdyby dwóch żydowskich chłopców z USA zwyciężyło jego „Aryjczyków”. Pomijając już fakt, że decyzja trenera okazała się trafna – obaj czarni biegacze byli lepsi i znakomicie sobie poradzili – to przecież sportowcy pochodzenia żydowskiego byli członkami różnych drużyn i nikt oprócz Brundage‘a jakoś nie chciał się przypodobać niemieckim dygnitarzom. A poza tym, czy Brundage mógł zakładać, że zastąpienie sportowców żydowskich murzyńskimi, rzeczywiście spodoba się kanclerzowi Rzeszy? Cóż, radykałowie nie dbają o logikę i prawdopodobieństwo, byleby tylko uderzyć „hitlerowską maczugą” w tego wybitnego działacza sportowego.

*****

Jest rzeczą oczywistą, że wielkie sportowe show w Berlinie miało państwo-polityczny, propagandowy wymiar. Na użytek polityki zewnętrznej chciano pokazać się od jak najlepszej strony; chodziło o zademonstrowanie światu „nowych Niemiec” pod nową władzą, która „promuje ideę pokoju i porozumienia między narodami”, o poprawienie wizerunku i wzmocnienie prestiżu międzynarodowego Rzeszy Niemieckiej. Chciano pokazać, jak napisał Stępiński, „wielkość narodowego socjalizmu i jego ideową głębię, idealizm, humanizm i prawdziwą troskę o każdego obywatela”.

Jak powiedział w Garmisch-Partenkirchen 1936 przewodniczący Komitetu Organizacyjnego igrzysk zimowych von Halt: „My Niemcy chcemy w ten sposób pokazać światu, że zgodnie z rozkazem naszego wodza i kanclerza uczynimy igrzyska olimpijskie prawdziwym świętem pokoju i szczerego porozumienia między narodami”. „Kölnische Zeitung” pisała, że olimpiada to „wielkie święto, które nowe Niemcy podarowały wszystkim miłującym pokój narodom świata“. Rządzący wykorzystali igrzyska propagandowo; pragnęli zaimponować zagranicznym sportowcom, gościom, dziennikarzom i kibicom organizacyjną sprawnością i rozmachem. W lipcu minister Goebbels nawoływał rodaków, aby okazali niemiecką gościnność, oczywiście po to, żeby zagraniczni goście wywieźli dobre wrażenia i wspomnienia z Niemiec.

Pod względem medialnym i piarowskim wszystko zostało przez narodowych socjalistów rozegrane wzorowo. Berlińską olimpiadę zaszczycił swoją obecnością sędziwy założyciel nowożytnych igrzysk olimpijskich baron Pierre de Coubertin, a także zwycięzca biegu maratońskiego z pierwszej olimpiady w Atenach w 1896 roku Grek Spiridion Luis, który osobiście przekazał kanclerzowi Hitlerowi „gałązkę oliwną z gaju na Olimpie”. Wśród honorowych gości byli późniejsi królowie Szwecji i Grecji – książę Gustaw Adolf i książę Paweł, włoski następca tronu książę Umberto, książę i księżna Axel z Danii. W komplecie stawił się korpus dyplomatyczny. Obecny był lord Vansittart z brytyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, słynny lotnik Charles Lindbergh i światowej sławy podróżnik szwedzki Sven Hedin. Jednym ze sponsorów olimpiady był koncern Coca Cola. Kiedy w nocy 16 sierpnia igrzyska dobiegły końca, a ogień olimpijski wygasł, reflektory stworzyły „katedrę światła” nad stadionem. Na tablicy ukazał się napis: „Niechaj płomienie olimpijskie lśnią przez wszystkie pokolenia, dla dobra dążącej coraz wyżej, coraz śmielszej i czystszej ludzkości”.

Wszystkie zakładane cele zostały osiągnięte; zagranica jednogłośnie chwaliła gościnność gospodarzy, perfekcyjną organizację, świetna koordynację pracy instytucji i służb, znakomitą nowoczesną infrastrukturę sportową. Wioska wzbudziła zachwyt i uznanie zagranicznych dyplomatów i działaczy sportowych Nawet amerykańska prasa chwaliła przyjazną atmosferę, wygodne kwatery i tanie, smaczne wyżywienie. „New York Times” ogłosił igrzyska berlińskie „największym sportowym widowiskiem w historii“. Avery Brundage stwierdził, że były wspaniałe i perfekcyjnie zorganizowane, zaś publiczność pełna zaangażowania i entuzjazmu. Z przebiegu igrzysk był również bardzo zadowolony MKOL. Jego przewodniczący Henri de Baillet-Latour skierował potem pismo do kanclerza Hitlera z wyrazami podziękowania za wsparcie przy przeprowadzeniu XI Igrzysk Olimpijskich. Zadowolenie MKOL-u było tak wielkie, że w czerwcu 1939 r. ponownie przyznało Garmisch-Partenkirchen organizację igrzysk zimowych w roku 1940.

*****

Nie tylko pod względem propagandowym, ale także czysto sportowym, igrzyska okazały się sukcesem, co nie było przypadkiem, ponieważ „w niemieckim sporcie w latach 1933–1936 dokonał się duży postęp, a sportowcy osiągali na arenie międzynarodowej bardzo dobre wyniki w wielu konkurencjach” (Miłosz Stępiński). Niemieccy sportowcy wypadli lepiej niż prognozowano i oczekiwano. Kanclerz Hitler i władze Rzeszy Niemieckiej były niezwykle zadowolone z wyników reprezentacji Niemiec. Trzy indywidualne złote medale Owensa (plus złoto w sztafecie) przesłaniają niekiedy fakt, że to Niemcy wygrali drużynowo igrzyska zdobywając największą ilość złotych medali –33, a ponadto 26 srebrnych i 30 brązowych. Drugie miejsce zajęła drużyna USA (odpowiednio 24, 20, 12 medali), kraju o trzykrotnie większej liczbie ludności.

Niemcy dominowali na olimpiadzie, wyłączywszy zawody lekkoatletyczne, w których zdobyli 6 złotych medali. W Berlinie niemiecka drużyna olimpijska po raz pierwszy i ostatni zajęła pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej. Dobrze wypadła też reprezentacja Węgier rządzonych po dyktatorsku przez admirała Horthy`ego zajmując trzecie miejsce (10 złotych medali, 1 srebrny, 6 brązowych) oraz faszystowskich Włoch zajmując czwarte miejsce (8 złotych, 9 srebrnych, 5 brązowych). Na igrzyskach zimowych w Garmisch-Partenkirchen Niemcy zajęli drugie miejsce ( 3 złote medale) za Norwegami (7 złotych).

W Los Angeles w 1932 roku Niemcy zajęli 9 miejsce zdobywając 3 złote medale, 12 srebrnych, 5 brązowych, czyli podczas igrzysk w Berlinie zdobyli 11 razy więcej złotych medali, dwa razy więcej srebrnych i siedem razem więcej brązowych. U schyłku Republiki Weimarskiej przywieźli do kraju tylko 3 złote medale, a teraz 33, wtedy mieli miejsce dziewiąte, teraz pierwsze. Fakt ten można było przedstawiać w mediach jako sukces nowego reżimu, podkreślać zasługi (narodowego) socjalizmu dla rozwoju sportu i infrastruktury sportowej w Niemczech. Chodziło o pokazanie, iż olimpijskie zwycięstwa zawdzięczają Niemcy narodowosocjalistycznemu rządowi Adolfa Hitlera, dzięki któremu stali się „czołowym sportowym narodem świata”.

*****

Historycy zgodni są co do tego, że igrzyska w Berlinie były pierwszą nowoczesną olimpiadą, także jeśli chodzi o ich stronę techniczną. Zastosowano najnowsze zdobycze techniki jak nowe czasomierze czy automatyczna kontrola startu i finiszu. Po raz pierwszy na taką skalę igrzyska prezentowane były w masowych mediach. Zbudowano centralną rozgłośnię olimpijską wyposażoną w specjalne centrale telefoniczne, dalekopisy, nowoczesne mikrofony: „do zainstalowanych 350 mikrofonów mogło się podłączyć jednocześnie 100 sprawozdawców, z których 30 mogło nadawać bezpośrednio do kraju, a pozostałych 70 nagrywało relacje na płyty gramofonowe” (Stępiński). Przeprowadzono 3000 transmisji radiowych w 50 językach, w tym transmisje transkontynentalne.

Nigdy wcześniej radiofonia nie była w takim stopniu wykorzystana, przy czym pamiętać należy, że niemieckie radio w owym czasie było „największe i najnowocześniejsze w świecie” (Stępiński). 160 000 fanów sportu mogło obejrzeć transmisje telewizyjne w 28 salach telewizyjnych w Berlinie i Lipsku.

*****

Głównym koordynatorem przygotowań olimpijskich, Adolf Hitler mianował wybitnego działacza sportowego i olimpijskiego Theodora Lewalda – obok Carla Diema i Karla Rittera von Halta był najważniejszą osobą wśród organizatorów olimpiady. To Lewald był człowiekiem, który przekonał Hitlera (niezbyt życzliwie nastawionego do „żydomasońskiego” ruchu olimpijskiego) o walorze igrzysk dla podniesienia międzynarodowego prestiżu Niemiec. Ten członek Komitetu Wykonawczego MKOL, czołowy niemiecki działacz sportowy i przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Igrzysk Olimpijskich Berlin 1936, który zdecydowanie sprzeciwiał się planom zbojkotowania Olimpiady, był, według prawa rasowego ówczesnej Rzeszy Niemieckiej, pół-Żydem. Prasa narodowosocjalistyczna często go atakowała. Ale wystarczyła audiencja u kanclerza i towarzysze zrozumieli sygnał. Ataki ustały w oka mgnieniu. Bez organizacyjnego talentu, inicjatywy i energii Lewalda igrzyska z pewnością wypadłyby gorzej. Ogromne zasługi w tym względzie miał także Carl Diem, sekretarz generalny Komitetu Organizacyjnego, który od stycznia 1933 r. uczestniczył w planowaniu i przeprowadzeniu igrzysk. To on wymyślił relacjonowanie wędrówki ognia olimpijskiego z Olimpii do Berlina, które okazało się kapitalnym pomysłem o wielkim propagandowym oddziaływaniu. Diem miał żonę żydowskiego pochodzenia i nawet nie należał do NSDAP, ba, reżim uznawał go za „politycznie niepewnego”, ale nie przeszkodziło to powierzeniu mu tak odpowiedzialnego stanowiska.

Trzeba przyznać, że, jak na ideologicznych fanatyków, narodowi socjaliści wykazali się tym razem polityczną elastycznością. Myśleli pragmatycznie i racjonalnie: „ma być sukces igrzysk, to trzeba brać najlepszych, niezależnie od tego kim są”. Potrafili (zapewne z zaciśniętymi zębami) odłożyć na bok uprzedzenia, gdy w grę wchodziły wyższe racje polityczne, umieli zharmonizować i pogodzić ideologię z realną polityką. Ówczesną postawę rządzących dobrze wyraził narodowosocjalistyczny publicysta Johann von Leers (po konwersji na islam: Omar Amin von Leers), który w 1934 roku w memorandum skierowanym do Towarzystwa Niemiecko-Japońskiego cynicznie zauważył: „Nie możemy oczekiwać, że w polityce wszyscy nasi przyjaciele wyświadczą nam tę przysługę, aby dla naszej przyjemności sprawić sobie niebieskie oczy i blond włosy”.

Stępiński dowodzi, że rządzący Rzeszą odkładając na bok uprzedzenia, wyszli naprzeciw gustom i tradycjom sportowym Anglosasów. Był to, jak zabawnie napisał szczeciński badacz, „kolejny obszar kompromisu ideowego, jaki Hitler zawarł ze swoimi ideami”. Pamiętać jednak należy, że to akurat nie przyszło mu zbyt trudno, ponieważ był anglofilem darzącym podziwem Stany Zjednoczone.

*****

Igrzyska w Berlinie były przez organizatorów ze strony władzy zamierzone jako „Olimpiada Młodzieży”, i rzeczywiście udział młodzieży był ogromny. Dziesiątki tysięcy młodych ludzi z Hitlerjugend i innych organizacji z wielkim emocjonalnym zaangażowaniem pracowało jako wolontariusze – tłumacze, przewodnicy, kucharze, sprzątacze, gońcy itp. Członkowie HJ opiekowali się grupami zagranicznej młodzieży licznie przybyłej do Berlina m.in. na Międzynarodowy Obóz Młodzieży oraz Międzynarodowy Obóz Wyższych Szkół Sportowych. Wśród delegacji przybyłych na Obóz Młodzieży była także delegacja Związku Harcerstwa Polskiego. Ramię w ramię z członkami Hitlerjugend, Bund Deutscher Mädel i delegacji z innych krajów uczestniczyli w oficjalnych uroczystościach w centrum Berlina poprzedzających otwarcie Igrzysk. Miłosz Stępiński uważa, że ten epizod historii ZHP został wymazany z jego oficjalnych dziejów. Kłania się Orwell.

Trochę to dziwne, że funkcjonariusze totalitarnej dyktatury nie mieli obaw przed kontaktami młodzieży z Hitlerjugend z młodzieżą z krajów demokratycznych, z dziennikarzami demokratycznych mass mediów itd. Ciekawe jakby to wyglądało, gdyby olimpiada odbywała się w innej totalitarnej dyktaturze np. w 1936 roku w Rosji Sowieckiej?

*****

Na olimpiadach w Amsterdamie i Los Angeles w drużynie niemieckiej było troje Żydów. W Garmisch-Partenkirchen wystąpił słynny hokeista żydowskiego pochodzenia Rudolf Ball. Do konkursu olimpijskiego w Berlinie zakwalifikowała się Gretel Bergmann, ale ostatecznie z niejasnych przyczyn funkcjonariusze sportowi, niewykluczone, że kierując się antyżydowskimi motywacjami, nie dopuścili jej do startu. Wystąpiła natomiast Helene Mayer (jej ojciec był Żydem), zdobywając srebro we florecie. Podkreślała , że jest dla niej zaszczytem, móc reprezentować Niemcy; podczas dekoracji na podium uniosła rękę w „niemieckim pozdrowieniu“ – złoto zdobyła reprezentantka Węgier Ilona Elek-Schacherer (z matki Żydówki), brąz – Ellen Müller-Preis z Austrii, która podobno też miała żydowskie korzenie.

Na spotkaniu z olimpijczykami w Kancelarii Rzeszy kanclerz Hitler pogratulował Helene Mayer medalu, wręczył jej bukiet kwiatów oraz swoje zdjęcie z odręcznie napisanymi gratulacjami. Według relacji niektórych uczestników tej uroczystości kanclerz miał jej nawet powiedzieć, że jest „najlepszą i najbardziej fair walczącą zawodniczką świata”. We wspomnianym wyżej, wydanym w milionowym nakładzie, albumie olimpijskim napisano, że Mayer „wspaniale walczyła i dała z siebie wszystko”

W 1996 r. jeden z niezależnych instytutów historycznych w Niemczech opublikował list, który Helene Mayer w listopadzie 1936 r. wysłała z Ameryki do przyjaciółek i koleżanek z reprezentacji olimpijskiej. Pisała w nim:

„Często wspominam Niemcy! Nie możecie sobie wyobrazić jak mocno wspomnienia we mnie żyją. (…) I choć mam kupę roboty, to zawsze zostaje mi w ciągu dnia kwadrans, kiedy myślę o wspaniałych dniach w Niemczech a zwłaszcza o Was. Nie chcę używać wielkich słów, ale całkowicie szczerze sądzę, że dni, które mogłam z Wami spędzić w koleżeńskiej atmosferze, zaliczam do najpiękniejszych w moim życiu. (…) Byłyście wszystkie takie dobre dla mnie, nigdy wam tego nie zapomnę. (…) Tutaj w Ameryce prasa obrzydza olimpiadę jak tylko się da. Wszystko propaganda przeciwko Niemcom! Jednak nie na wiele im się to zdało, bo my wszyscy, mam też na myśli amerykańskich zawodników, przeciwdziałaliśmy temu. Miałam wiele wystąpień w klubach, na uniwersytetach a raz nawet w radio (National Broadcasting Station) i im to powiedziałam. Ci gęgacze, którzy nadal jeszcze nie mogą się uspokoić na myśl, że olimpiada w Berlinie była kulminacją wszystkich olimpiad! (…) Czy jeszcze w przyszłości się spotkamy? Nie wiem! Wiem tylko, że chciałabym wrócić do Niemiec, ale tam z pewnością nie ma dla mnie miejsca. Należę do tych ludzkich istot, które los ciężko doświadczył. Kocham Niemcy tak samo jak wy, czuję i myślę po niemiecku tak samo jak wy! Z koleżeńskim pozdrowieniem wasza Helene Mayer”.

Bardzo tęskniła za ojczyzną – w 1952 roku wróciła do Niemiec, gdzie zmarła na raka rok później.

*****

W czasie olimpiady w Rio de Janeiro nie słyszało się nic o specjalnym programie kulturalnym przeznaczonym dla sportowców, mieszkańców miasta i gości. Inaczej było podczas igrzysk w Berlinie, gdzie towarzyszący im program kulturalny był bardzo bogaty. Otwarto wielkie wystawy „Sport Hellenów” „Wystawy Sztuki Olimpijskiej”. Goście mogli odwiedzać berlińskie teatry: Staatliches Schauspielhaus, Deutsches Opernhaus, Deutschers Theater, Komische Oper, Theater am Kurfürstendamm. Odbywały się liczne występy orkiestr, chórów i zespołów tanecznych. Tuż przed rozpoczęciem igrzysk na scenie ludowej przy Placu Horsta Wessela i w Operze Państwowej odbył się Międzynarodowy Festiwal Taneczny, na który zaproszono zespoły taneczne z całego świata. Specjalnie przedłużono do sierpnia berlińskie Tygodnie Sztuki, w Deutsches Opernhaus w Berlinie odbywał się w dniach 3-16 sierpnia Festiwal Wagnerowski. Melomani mogli także uczestniczyć w Festiwalu Bethoveenowskim. Szereg specjalnych koncertów oraz wieczór Richarda Wagnera odbył się w Ogrodzie Zoologicznym. Berlińska orkiestra symfoniczna dwukrotnie, w pełnym składzie 90 muzyków, dała koncert w wiosce olimpijskiej. W położonym na terenie olimpijskim teatrze letnim im. Dietricha Eckarta (Berliński Teatr Leśny) mieszczącym 22 000 widzów odbyło się prawykonanie sztuki Wolfganga Eberharda Müllera „Das Frankenburger Würfelspiel”. W Schauspielhaus przy Gendarmenmarkt Lothar Müthel wyreżyserował z okazji igrzysk premierowe przedstawienie trylogii tragicznej „Oresteja” Ajschylosa. 14 i 16 sierpnia w teatrze letnim im. Dietricha Eckarta wystawiono oratorium „Herakles” G. F. Händla pod muzycznym kierownictwem Fritza Steina – wystąpiło 11 chórów, dwie orkiestry symfoniczne, w sumie 2500 wykonawców. Radio niemieckie we wszystkich rozgłośniach nadawało po północy rozszerzony program muzyczny.

Tak na marginesie zapytać należałoby, dlaczego po 1948 r. nie organizuje się już Olimpijskiego Konkursu Sztuki i Literatury? W Berlinie odbył się przedostatni taki konkurs, zorganizowany na 2 tygodnie przed główną imprezą. W połowie lipca w halach wystawowych przy Kaiserdamm, otwarto wystawę, na której wyeksponowano ponad 700 dzieł z 23 krajów. Po 12 latach na londyńskiej olimpiadzie odbył się ostatni taki konkurs. A teraz pozostała już tylko kultura fizyczna.

Tomasz Gabiś

www.tomaszgabis.pl
Napisz do autora na adres: tomasz.gabis@gmail.com

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułAmerykański Jelcyn
Następny artykułTylko Imperium Europejskie może nas uratować. Z Tomaszem Gabisiem rozmawia Stefan Sękowski.
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/