Książki pod choinkę (2016)

0

Nie mam żadnych obaw przed polecaniem książek jako prezentów pod choinkę, ponieważ doszły mnie słuchy, że dzięki reformie oświaty przeprowadzonej przez rząd AWS-Unii Wolności (premier Jerzy Buzek) bardzo wyraźnie podniósł się poziom czytelnictwa w naszym kraju w porównaniu z czasami, kiedy nie było gimnazjów. Absolwenci gimnazjów czytają podobno znacznie więcej niż ci, którzy – jak ja – gimnazjum nie kończyli. I to bardzo różne rzeczy czytają. Pewna studentka, absolwentka gimnazjum, odbywająca praktykę w pewnej instytucji, zapytana jakie czasopisma czyta, odpowiedziała, że wyłącznie specjalistyczne. Kiedy ucieszony zacząłem dopytywać jakie dokładnie, wyjaśniła, że „modowe”. Ważne, że czyta i to jest ogromna zasługa Buzka i jego kolegów.

Niemiecki poeta Ernst Jandl do Ciorana: „Czytam Pana zawsze wtedy, gdy gnębi mnie depresja”. Wszystkich skłonnych do depresji uraduje przeto fakt, że nieocenione wydawnictwo Aletheia wznowiło po dwunastu latach Zeszyty 1957-1972 Emila Ciorana w przekładzie Ireneusza Kani. Pamiętamy wszyscy poprzednie wydanie KR-u, w twardej oprawie, dziś już niedostępne, dlatego wielkie podziękowania dla Alethei za to wznowienie. Parafraza jednego passusu: „Co porabiacie w Warszawie? Gardzimy sobą nawzajem”. Dla tych, których „zmęczyły wszystkie sztandary” mamy kolejną pozycję: Emil Cioran O Francji (przeł. z języka rumuńskiego Ireneusz Kania, Aletheia, Warszawa 2016). W obliczu politycznych zawirowań w Unii Europejskiej pocieszajmy się prognozą „radykalnego sceptyka”, pragnącego, aby czytały go kobiety w kolejce do fryzjera: „Kiedy Europę okryją już cienie, pozostanie ona grobowcem najbardziej żywym”. Francuzi – zauważa Cioran – wolą celnie ujętą nieprawdę od prawdy źle sformułowanej. Żebyśmy my tak potrafili jak oni, u nas nic tylko Prawda i Prawda, żyć w Prawdzie, stanąć w Prawdzie itp. Aż człowiek ma ochotę wykrzyknąć „Prawda ta stara k…a” (jak mówi powiedzenie, błędnie przypisywane Nietzschemu). Członkom sekty cioranistów sprezentować można jeszcze, napisany przez ich idola w latach 1941–1944, Brewiarz zwyciężonych (Aletheia, Warszawa 2016); przełożony teraz z rumuńskiego oryginału przez Ireneusza Kanię i uzupełniony o drugą część, brakującą w poprzednim wydaniu.

Drugi „konserwatywny rewolucjonista” prosto z Paryża to oczywiście Michel Houellebecq i jego Interwencje 2 (przeł. Beata Geppert, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016). Z obszaru niemieckiego przybywa trzeci „konserwatywny rewolucjonista” Friedrich Georg Jünger przynosząc w darze Perfekcję techniki (przełożył i wstępem opatrzył Wojciech Kunicki, Biblioteka Kwartalnika Kronos, Fundacja Augusta hrabiego Cieszkowskiego, Warszawa 2016). Przypomnijmy, że pierwszą wersję Perfekcji techniki ukończył Jünger jesienią 1939 roku, a zatem w chwili, gdy rozpoczynała się wielka, totalna, planetarna wojna stanowiąca kulminacją dotychczasowego rozwoju techniki. W tym samym roku traktat znalazł się wśród zapowiedzi wydawniczych hamburskiego wydawnictwa Hansaetische Verlagsanstalt jako Iluzje techniki. W trzy lata później skład drugiej wersji został zniszczony podczas alianckiego nalotu bombowego. W takich samych okolicznościach w 1944 roku spłonęła większość egzemplarzy wydrukowanego już przez Klostermann Verlag wydania O perfekcji techniki – zachowały się jedynie pojedyncze egzemplarze. To nie mogły być przypadki – to jakby sama technika ze wszystkich sił usiłowała przeszkodzić pojawieniu się tej książki. I nic dziwnego, bo miała się czego obawiać, oj miała – jüngerowski traktat, w kolejnej wersji opublikowany w 1946 roku, atakuje ją bowiem w sposób tak gwałtowny i bezlitosny, że próżno szukać czegoś podobnego w całym piśmiennictwie XX wieku. Miejmy nadzieję, że będzie go można posłuchać na smartfonie jako audiobooka (polecamy aplikację Smart AudioBook Player) w trakcie spaceru po parku albo czytać jako ebooka na Kindle`u ósemce (ewentualnie na Moon Reader Pro). Warto też wykorzystać możliwość odtwarzania Perfekcji techniki na głos przez syntezator mowy, którą oferują nam FBReader, Cool Reader i AlReader.

W tradycję jüngerowską wpisuje się Manfred Spitzer, którego Cyfrowa demencja (2015) doczekała się sekwela Cyberchoroby. Jak cyfrowe życie rujnuje nasze zdrowie (przeł. Małgorzata Guzowska, Dobra Literatura, Słupsk 2016). Obie książki to skuteczna intelektualna broń przeciwko niebezpiecznym neojakobińskim fanatykom cyfryzacji i digitalizacji wszystkiego, co żyje.

Tom Prusy – mity i rzeczywistość (przeł. Rafał Żytyniec i Jerzy Kałążny, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016) w opracowaniu znamienitych badaczy Hansa-Jürgena Bömelburga i Andreasa Lawaty`ego, to chyba jedna z najciekawszych pozycji Poznańskiej Biblioteki Niemieckiej, zwłaszcza, że oddaje głos Niemcom odróżniającym się korzystnie od współczesnych – żyjących i myślących według teorii „postnarodowości” Habermasa – „post-Niemców”. Znajdziemy tu m.in. naszych starych dobrych znajomych, „konserwatywnych rewolucjonistów”: Spenglera, Moellera van den Brucka, Ernsta Niekischa, E.Jüngera, no i oczywiście żydowskiego Prusaka, monarchistę Hansa-Joachima Schoepsa, niezłomnego obrońcę „honoru Prus” (zob. mój tekst o nim tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/2014/01/01/przeglad-niemiecki-xxiv/). Najważniejsze jest to, że zarówno żarliwi apologeci, jak i zajadli wrogowie Prus spotykają się w jednej książce, aby swobodnie i bez uprzedzeń rozważać naturę tego dziwacznego tworu, jakim były Prusy, których nasi publicyści i pisarze nie uważali za zwykłego wroga politycznego, ale dodatkowo niesłychanie je zdemonizowali, ba, zdiablizowali. Miłośników myśli prawno-politycznej innego „konserwatywnego rewolucjonisty” Carla Schmitta ucieszą jego dwie prace: Dyktatura. Od źródeł nowożytnej idei suwerenności do proletariackiej walki klas (przeł. Kinga Wudarska, Kronos, Biblioteka Kwartalnika Kronos, Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego, Warszawa 2016) oraz Teoria partyzanta (przeł. Maciej Kropiwnicki, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016).

„Krytyce Politycznej” polecam do druku arcyciekawe rozmowy na temat teorii partyzanta i polityki, jakie ze Schmittem w latach 1969-1980 odbył niemiecki maoista Joachim Schickel (Gespräche mit Carl Schmitt, Berlin 1993). Miejmy nadzieję, że w następnych latach pod choinkę będzie można włożyć Nomos ziemi oraz eseje i artykuły, które Günter Maschke zebrał i wydał w tomie Staat, Großraum, Nomos. Arbeiten aus den Jahren 1916-1969. I na tym zakończylibyśmy recepcję twórczości „koronnego jurysty Adolfa Hitlera”– której wyraźniejszych śladów w polskiej myśli politycznej i poważnej publicystyce jest zresztą niewiele – w gruncie rzeczy schmittiańskie podejście do prawa i polityki obce jest polskiej mentalności politycznej, podobnie zresztą jak współczesnym post-Niemcom, co pokazują dowodnie Hans-Olaf Henkel i Joachim Starbatty w książce Niemcy na kozetkę! Dlaczego Angela Merkel ratuje świat, rujnując nasz kraj (przeł. Andrzej Kaniewski, Kurhaus Publishing, Warszawa 2016). Autorzy są dość umiarkowani w krytyce systemu erefenowskiego, ale przydatni dla nas, ponieważ na temat współczesnych post-Niemiec i post-Niemców panują w Polsce opinie powierzchowne, anachroniczne, czasami wręcz kuriozalne, by nie powiedzieć idiotyczne. Wynika to po części stąd, że wielu polskich polityków, publicystów i dziennikarzy ewidentnie „choruje na Niemcy”. Z chorobą tą należy walczyć tak samo konsekwentnie jak z „chorobą na Rosję” walczy Bronisław Łagowski w książce Polska chora na Rosję (Oratio Recta, Warszawa 2016) – lektura to niebezpieczna w czasach, kiedy żyjemy w trwodze dowiadując się z wiarygodnych źródeł, że to najwyższej rangi kagiebista z Kremla nominuje prezydenta USA jak kiedyś USA prezydentów Panamy czy Hondurasu, zamierza mianować kanclerza Niemiec i prezydenta Francji a jego agenci czają się pod każdym łóżkiem (Jeśli CIA nie była w stanie zapobiec ustawieniu wyborów w USA przez kagiebistę z Moskwy, to ile jest wart sojusz z Ameryką?).

Sprawy żydowskie już od dawna dość mnie nużą, więc z pewnymi oporami sięgnąłem po książkę Dawida Grosmana Wchodzi koń do baru (z hebrajskiego przeł. Regina Gromacka, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2016), a tu niespodzianka, brawurowa opowieść pełna pysznych żydowskich kawałów i anegdot, właściwie monolog wypowiedziany (choć ze wstawkami narracyjnymi innego narratora) przez żydowskiego (izraelskiego) standupowca, który pod maską klauna – stary topos, ale nie do zdarcia – ukrywa ból i cierpienie. Wprawdzie współcześni pisarze żydowscy nie dorównują tym, których Edgar Morin nazywał „żydogojami”, ale pod choinkę Grosman nadaje się jak najbardziej. Do „żydogojów” zaliczyłbym Leo Lipskiego – jego Powrót (wybór, opracowanie i wstęp Agnieszka Maciejowska, Instytut Literacki Kultura -Instytut Książki, Paryż-Kraków 2015), zwłaszcza mikropowieść Niespokojni, doprawdy godny zakupu i lektury.

Zawikłany splot polityki w tym polityki historycznej i polityki pamięci, architektury i urbanistyki próbuje rozplątać młoda niemiecka autorka Jana Fuchs w książce Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcania placu Bankowego po 1943 roku (przeł. Tomasz Gabiś, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016). Polecam szczególnie warszawiakom, żeby się czegoś dowiedzieli o swoim mieście. Tym, których ciekawi „druga historia” (niem. Nachgeschichte) oraz kultura i polityka pamięci w odniesieniu do przymusowych wysiedleń Niemców po 1945 roku, sprawi z pewnością radość prezent w postaci książki Maren Röger Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku (przeł. Tomasz Gabiś, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016). Bardzo pouczające są zwłaszcza analizy komercyjnych aspektów kultury pamięci. Á propos „pamięci”, to przypominam sobie prelekcję poświęconą „historii i pamięci” wygłoszoną we Wrocławiu przez prof. Wolff-Powęską. M.in. wskazała ona na różnice pomiędzy pamięcią prywatną a publiczną. W dyskusji, jaka wywiązała się po prelekcji, zaproponowałem, żeby jakoś te dwie pamięci pogodzić i połączyć ze sobą definiując pamięć publiczną jako pamięć prywatną osób publicznych – polityków, ministrów, urzędników, aktywistów, generałów itd. Na szczęście nic wspólnego z coraz bardziej mulistą wodą „pamięci” nie ma zbiór esejów Stanisława Vincenza Po stronie pamięci (wstęp Czesław Miłosz, posłowie Andrzej Stanisław Kowalczyk, Instytut Literacki Kultura-Instytut Książki, Paryż-Kraków 2016) – świetny prezent dla poszukujących piękna języka, elegancji stylu, wysokiego tonu refleksji nad literaturą i kulturą – tak dziś rzadkich, a przez to jakże cennych.

Wspomniani wyżej Henkel i Starbatty analizują „syndrom pomagacza”, czyli patologiczny altruizm występujący u wielu post-Niemców, natomiast w szerszym kontekście światowym umieszcza kwestię „pomagania biednym” lekarz i pisarz polityczny Theodore Dalrymple, który w książce Na dnie. Niepoprawna politycznie charakterystyka współczesnej biedy (przeł. Bogusz Pawiński, Fijorr Publishing, Warszawa 2016) wziął na muszkę „toksyczny kult sentymentalnego humanitaryzmu” będący trucizną dla cywilizacji europejskiej. O tym, że świat polityki i pieniądza nie zna sentymentów opowiada Song Hongbing w Wojnie o pieniądz (Wektory, Wrocław 2016) – to kolejny tom kultowego i bestsellerowego pięcioksiągu chińskiego autora, który na zaproszenie wydawcy odbył niedawno tournée po Polsce. Jest to woda na młyn rosnącej w siłę orientacji prochińskiej w naszym kraju. Niegdyś ostrzegano przed „żółtym niebezpieczeństwem”, dziś nasi rodzimi sinofile wypatrują „żółtego błogosławieństwa”!

Razem z Song Hongbingiem dobrze byłoby zapakować (taki książkowy dwupak) Jakuba Wozinskiego Dzieje kapitalizmu. Nieznana historia imperiów, bankierów, wojen i kryzysów (Prohibita, Warszawa 2016). Na historię polityczno-gospodarczą świata od 1000 roku po nasze czasy spogląda autor przez pryzmat systemów monetarnych, polityki pieniężnej rządów, aktywności światowej finansjery. Przekonujemy się po raz kolejny, że nie można pisać o historii nie dysponując jakąś teorią ekonomiczno-polityczną – Woziński konsekwentnie odwołuje się do teorii austriacko-libertariańskiej, dzięki czemu ambitny cel (napisanie historii świata) jaki sobie postawił, został zrealizowany. Rzecz jasna nie w stu procentach, ponieważ, jak powiada klasyk, „wszelka teoria jest szara, zielone zaś złote drzewo życia”. Mniej ambitne zadanie – opisanie jedynie kilkuletniego wycinka dziejów naszego kontynentu – postawił sobie Keith Lowe, autor książki Dziki kontynent. Europa po II wojnie światowej (przeł. Mirosław P. Jabłoński, Rebis, Poznań 2016) – dowiemy się z niej o wielu zdumiewających i przerażających wydarzeniach z lat 1944-1949.

Zanim nadeszła II wojna światowa, w naszym kraju rządził puczysta Józef Piłsudski i jego koledzy. Z rządami obozu postlegionowego wiąże się jedna z największych zagadek kryminalnych tamtego czasu. Powraca do niej Andrzej Ceglarski w książce Sprawa generała Zagórskiego. Zabójstwo prawie doskonałe (Bellona, Warszawa 2016). Autor drobiazgowo rekonstruuje hipotetyczny przebieg wydarzeń z sierpnia 1927 roku i tło politycznego mordu na generale Zagórskim. Detektywistyczna opowieść wciąga niczym niektóre odcinki serialu kryminalnego „Kości”, z tym że w tym przypadku mordercy generała zadbali o to, aby nie została po nim nawet najmniejsza kosteczka. Po sanacji władzę w Polsce przejęła Polska Zjednoczona Partia Robotnicza a w jej aparacie przemocy znalazła sobie posadę Julia Brystiger, której swoją książkę Krwawa Luna (Wielka Litera, Warszawa 2016) poświęciła Patrycja Bukalska. Autorka rewiduje rozmaite sensacyjne opowieści, jakoby Brystygierową cechował sadystyczny, nienasycony apetyt seksualny, że uwielbiała osobiście torturować więźniów (w okrucieństwie nie mógł jej ponoć dorównać żaden z ubeckich katów), że rozebranych więźniów katowała szpicrutą, ze specjalnym uwzględnieniem okolic jąder, wsadzała więźniom przyrodzenie do szuflady i następnie zatrzaskiwała. Tu działał ten sam mechanizm legendotwórczy (sex and crime), co w przypadku opowiastek grozy o „suce z Buchenwaldu” – Elzie Koch. Jako rewizjonistka Bukalska jest w tym względzie odpowiednikiem prof. Arthura L.Smitha, autora książki Wiedźma z Buchenwaldu. Sprawa Elzy Koch. (1983), próbującego przedrzeć się przez szczelną warstwę mitu do realnej kobiety.

Czas, kiedy Julia Brystygier współzarządzała Polską, do najweselszych nie należał i słuszną jest rzeczą, że się go sumiennie bada. Żeby jednak nie popaść w jednostronność przy zapoznawaniu się z najnowszą historią Polski, zajrzeć należy do książki Piotra Łopuszańskiego PRL w stylu pop (Bellona, Warszawa 2016). Autor patrzy na okres rządów Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej od strony tworzonych wówczas dzieł pop-kultury – komedii filmowych, książek dla młodzieży, muzyki pop, komiksów, seriali telewizyjnych, audycji radiowych, popularnych kryminałów. Rzeczywistość rozciągała się wtedy od kazamatów bezpieki do masowej rozrywki umilającej życie milionom naszych rodaków.

Słyszy się niekiedy zrzędzenia, że świat nie docenia roli jaką nasz naród odegrał w dziejach ludzkości. To się może zmienić, kiedy świat zapozna się z książką Jana Ciechanowicza Polonobolszewia. Jak polska szlachta komunizowała rosyjskie imperium (Wektory, Wrocław 2016). Wniosek z niej płynie taki, że w konkurencji z „żydokomuną” o zajęcie wysokiego miejsca w hierarchii sprawców nie jesteśmy bez szans. Piotr Zychowicz dowodził, że Piłsudski uratował komunizm, Ciechanowski, że bez polskiego wkładu nie byłoby komunizmu w Rosji, którego znaczenie dla historii świata jest oczywiste. Poza tym bez komunizmu nie byłoby Hitlera (Also sprach Nolte!). Przechodzimy więc płynnie do Wieku Hitlera ( tom 1, przeł. Piotr Tymiński, Katmar, Gdańsk 2016) –nie kto inny jak sam Leon Degrelle przedstawia polityczną panoramę XX wieku. Jest to dzieło historyczne, a właściwie publicystyka historyczna, barwna, zaczepna, nie stroniąca od odkrywania nieco innych „sensacji XX wieku” niż rewelacje Wołoszańskiego. Szukajcie tylko w dobrych księgarniach! Osobiście z niecierpliwością wyglądam tomu 4 zatytułowanego „Hitler-demokrata”, w nadziei, iż potwierdzi moje ciche podejrzenie, że Hitler, niestety, był demokratą.

Przyznam szczerze, że irytuje mnie stałe wypominanie Zygmuntowi Baumanowi paradowania przed laty w mundurze żołnierza Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (najważniejsze jest to, co kto robi dzisiaj a nie 70 lat temu). Podobnie irytuje mnie ciągłe wypominanie Degrellowi, że bił się z bolszewikami w mundurze Legionu Walońskiego (od czerwca 1943 w ramach Waffen-SS). Jakże skomplikowana biografia – aktywista katolicki przed wojną, więzień francuskiego obozu koncentracyjnego, legionista współpracujący z państwami centralnymi (jak Piłsudski), po 1945 uchodźca i emigrant polityczny w Hiszpanii, publicysta i autor wielu książek, entuzjastyczny zwolennik zjednoczonej Europy, przez demokratyczny sąd w satelickiej Belgii, skazany in absentia za zdradę na karę śmierci przez rozstrzelanie. Niedawno Marek Beylin („Gazeta Wyborcza”, 24.XI.2016) trafnie zauważył, że słowo „zdrada” jest jak maczuga, którą łatwo rozwalać łby rozmaitych postaci z przeszłości, ale nie sposób za jej pomocą zrozumieć, co kierowało ich poczynaniami (na temat zdrady zob. mój tekst tutaj: http://nowadebata.pl/2015/03/26/o-ryszardzie-kuklinskim-i-polskiej-rzeczpospolitej-ludowej-ktora-bywala-polska). Pytał Beylin: czy zdrajcą jest gen. Jaruzelski, który wiernie służył PRL i ma na sumieniu stan wojenny, ale doprowadził zarazem do Okrągłego Stołu i końca komunistycznej dyktatury? Czy jest zdrajcą hrabia Wielopolski, naczelnik Królestwa Polskiego, który z jednej strony reformował Królestwo, a z drugiej – współtworzył carską opresję wobec przeciwników? Czy byli zdrajcami ci socjaliści, którzy po wojnie kolaborowali z komunistami, mając nadzieję na polski socjalizm? Czy doprawdy zdrada kierowała licznymi komunistami czy też szlachetniejsze motywacje? A co ze współpracującymi z systemem katolikami? To tylko cząstka – pisał Beylin – przykładów pokazujących, jak złożone są ludzkie losy i historyczne okoliczności; trzeba rozumieć te komplikacje, uczyć ważenia rozmaitych racji, bo „świat jest bardziej skomplikowany niż przydawane mu etykiety”. Podpisuję się pod tymi postulatami oboma rękami, z tym zastrzeżeniem, że nie może się to w żadnym razie odnosić do programów szkolnych, o co zdaje się chodzić Beylinowi – tu są wymagane jasne wzory osobowe, na komplikacje przychodzi czas wraz z politycznym i intelektualnym dojrzewaniem.

Czy Beylin uważa, że postlegonista Leon Degrelle to „zdrajca”? Czy słusznie skazano go na śmierć za „zdradę narodu”? Czy na jego przypadku można pokazywać jak złożone są ludzkie losy i historyczne okoliczności, rozumieć te komplikacje, uczyć się ważenia rozmaitych racji, bo „świat jest bardziej skomplikowany niż przydawane mu etykiety”. To samo dotyczy, mającego wielkie zasługi dla kultury polskiej, pisarza, tłumacza i edytora, a do 1951 roku funkcjonariusza peerelowskiego wywiadu, Henryka Krzeczkowskiego – zajął się jego postacią Wojciech Karpiński w książce zatytułowanej Henryk (Zeszyty Literackie, Warszawa 2016).

Kiedy nasz waloński waffenesesman walczył dzielnie z bolszewikami nad Donem czy w kotle pod Czerkasami, w Szwajcarii działy się o wiele ważniejsze rzeczy: w dniach 16 – 19 kwietnia 1943 roku Albert Hoffmann dokonał syntezy LSD: Albert Hoffmann, LSD …moje trudne dziecko (przeł. Krzysztof Lewandowski, Cień Kształtu, Warszawa 2016). To już drugie wydanie tej książeczki, którą w księgarniach ustawia się zwykle na półkach o wychowaniu dzieci. Nasuwa się tu pytanie, czy aby Degrelle też od czasu do czasu nie był na haju, ponieważ było to dość powszechne w armii niemieckiej, jak dowodzi Norman Ohler w książce Trzecia Rzesza na haju. Narkotyki w hitlerowskich Niemczech (przeł. Bartosz Nowacki, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2016) – wcześniejsza praca to: Werner Pieper, Nazis on Speed. Drogen im 3.Reich (2002). Na gruncie polskim wnikliwie badał te kwestię Łukasz Kamieński z UJ w pracy Farmakologizacja wojny (2012). Problematykę poruszaną przez Ohlera należy umieścić w szerszym globalnym kontekście, wszak amfetamina, benzedryna, metamfetamina były używane w armii brytyjskiej, amerykańskiej i japońskiej. Szacuje się, że w czasie II wojny światowej armia amerykańska zużyła 200 mln tabletek amfetaminy a brytyjska 72 miliony; mówiło się nawet, że to „metedryna zwyciężyła w bitwie o Anglię”. Bernard Montgomery zamówił duże ilości przed bitwą o El Alamein. Żołnierze Armii Czerwonej zagrzewali się do boju wódką, ale na pewno doprawioną niekiedy grzybami (amanita muscaria). Innymi słowy, II wojna światowa była „wojną najaranych”. Ciekawe, czy wygrali ci bardziej, czy ci mniej nawaleni. Proponuję nieśmiało, aby twórcy Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku te fakty uwzględnili – to mogłoby przyciągnąć do muzeum więcej młodzieży.

Kiedyś politycy, wysocy urzędnicy prowadzili dzienniki, dzięki czemu mieliśmy subiektywne, ale jakże cenne źródło historyczne. Po naszych demokratycznych politykach pozostaną jedynie wiekopomne wpisy na fejsie albo na tłiterze. W Niemczech kto tylko mógł, pisał dzienniki. Niestety, jak podawał wiele lat temu, bodajże w Wojnie Hitlera, David Irving, zniknęły dzienniki Himmlera – najprawdopodobniej część znajduje się w Moskwie a część jest w posiadaniu byłego attaché konsulatu izraelskiego w Nowym Jorku Chaima Rosenthala. Dzienniki wysokiego urzędnika gestapo Wernera Besta widziano po raz ostatni w 1945 roku w Duńskim Archiwum Królewskim w Kopenhadze. Dzienniki generała SS Karla Wolffa po raz ostatni widziano w Norymberdze. Dzienniki szefa kancelarii Rzeszy Hansa Lammersa, adjutanta Hitlera Wilhelma Brücknera i adjutanta Göringa Karla Bodenschatza zniknęły we Francji lub w USA. Zniknęły dzienniki generała Alfreda Jodla z lat 1940-1943 zarekwirowane (zrabowane) wraz z jego prywatnymi rzeczami przez żołnierzy brytyjskich z 11 Dywizji Pancernej. Nie wiadomo, co stało się z dziennikami Benito Mussoliniego. Dzienniki premiera Słowacji dra Jozefa Tiso znajdują się – według Irvinga – pod kluczem w Hoover Institution (Stanford, Kalifornia). Irving informował też, że dzienniki Rosenberga są w posiadaniu pewnego amerykańskiego prawnika. I oto kilka lat temu „odnalazły się” w USA, a ostatnio zostały wydane w Polsce: Alfred Rosenberg, Dzienniki 1934-1944 (redakcja i komentarz Jürgen Matthäus, Frank Bajohr, przeł. Michał Antkowiak, Wielka Litera, Warszawa 2016). W zapisie z 10 sierpnia 1936 r., Rosenberg, człowiek współrządzący Rzeszą na haju relacjonuje swoją rozmowę z baronem Vansittartem z brytyjskiego MSZ-u, którego po 3 latach spotkał u Rudolfa Hessa. Tym razem zamiast lodowatego chłodu, jaki panował w Londynie w 1933 roku, atmosfera była o wiele cieplejsza. Rozmawiano o odbywających się w Berlinie igrzyskach olimpijskich: „ Był rozeźlony – tak jak wszyscy Brytyjczycy – na Murzynów z USA, którzy na olimpiadzie mocno przypierają Anglików do ściany. Zapytałem, śmiejąc się: «Skąd te rasowe uprzedzenia»”. Także żona Vansittarta zaczęła „pomstować na czarnoskórych biegaczy z USA”. Rosenberg musiał mieć niezły ubaw.

Rzecz prosta, dzienniki są tylko jednym z wielu kluczy do osobowości i biografii polityka, dlatego dobrze byłoby do tego prezentu dodać (niestety, dostępne tylko w języku niemieckim) ostatnie zapiski Rosenberga z więzienia w Norymberdze – Letzte Aufzeichnungen. Ideale und Idole des Nationalsozialismus wydane drukiem przez jego b. współpracownika Heinricha Härtle (autora wydanej w 1938 roku książeczki Nietzsche i narodowy socjalizm, kreującego filozofa na jednego z patronów ruchu). Rosenberg zawarł w nich krytykę hitleryzmu, który traktował jako nadużycie, wypaczenie i zwyrodnienie autentycznego narodowego socjalizmu. Innymi słowy: (Narodowy) socjalizm tak, wypaczenia nie! Przydatna byłaby też zwięzła, ale treściwa biografia autorstwa Andreasa Molaua Alfred Rosenberg – der Ideologe des Nationalsozialismus. Eine politische Biographie (Koblenz 1993). Wynika z niej, że Rosenberg był jak na działacza politycznego niezwykle oczytany w literaturze pięknej i filozofii; spośród pisarzy najwyżej cenił Dostojewskiego, a z filozofów Schopenhauera, któremu przyznawał największe znaczenie dla uformowania swojego światopoglądu.

Poglądy Rosenberga spotykały się z ostrą, zasadniczą krytyką, np. generał Erich Ludendorff zarzucił mu, że jego Mit XX wieku, choć niezgodny z dogmatami Kościoła, jest książką w stu procentach chrześcijańską. Taki zarzut w ustach generała miał odpowiedni ciężar gatunkowy, aczkolwiek musimy brać poprawkę na żołnierską dosadność zwycięzcy spod Tannenbergu, który Goebbelsa oskarżał o to, że jest wzorowym „wychowankiem jezuitów”, a Hitlera, że jest „marionetką w rękach Watykanu”. Ewangelicki teolog Walter Künneth zarzucał Rosenbergowi, że w Micie XX wieku nie potrafił wyzwolić się do końca z myślenia liberalnego i racjonalistycznego. Najmniej subtelni byli niemieccy socjaldemokraci, demaskujący go jako „francuskiego agenta”.

Rosenberg zawisł na szubienicy (czyżby za napisanie Mitu XX wieku?), jego zwłoki spalono w krematorium a popioły rozsypano nad Izarą. Pomyślałem o tym czytając komentarz Jarosława Kurskiego „Małoduszność zwycięzców” („GW”, 14.XII.2016): „Szacunek dla majestatu śmieci był dotąd uświęconą polska tradycją. Bilans życiowy człowieka kończył się z chwilą zamknięcia wieka trumny. Jest niesmaczne, gdy dziś żywi, korzystając z metrykalnej przewagi, egzekwują swa władzę wobec bezbronnych zmarłych. Ludzie, którzy Boga mają na ustach, miłosierdzie mylą z zemstą, a ewangelię miłości zastępują katechizmem nienawiści”. Co w takim razie z Rosenbergiem, któremu zwycięzcy nawet grobu odmówili, nie oddali prochów rodzinie, lecz je po prostu wyrzucili, „egzekwując swą władzę wobec bezbronnych zmarłych”?

W tym samym czasie w stolicy jednego ze zwycięskich mocarstw, które współpowiesiło Rosenberga, mianowicie w Londynie, Stanisław Cat-Mackiewicz, zakładał czasopismo „Lwów i Wilno”. Publikowane w nim artykuły tworzą kolejny tom jego pism wybranych: Stanisław Cat-Mackiewicz, Chciałbym przekrzyczeć kurtynę żelazną. „Lwów i Wilno” 1946-1950 (Universitas, Kraków 2016). Two cheers for wydawnictwo Universitas za niezwykle cenną inicjatywę wydania pism wybranych Cata (w wyborze i opracowaniu Jana Sadkiewicza) – przypomnijmy tu, że sześć książek Mackiewicz opublikował w Instytucie Wydawniczym Pax Bolesława Piaseckiego.

Cat założył „Lwów i Wilno”, żeby walczyć z „terrorem patriotycznego frazesu”. Pisał celnie: „Powstanie Warszawskie jako posunięcie polityczne było aktem samobójczym”, „Przez całą wojnę Polacy nie robili nic innego jak składali się na stworzenie «kapitału antyniemieckiego». I co nam z tego przyszło..” Albo kapitalna rozprawa z Beckiem i jego frazesami o honorze w artykule „Honor w nieodpowiednim miejscu”. Z kolei w artykule „Wskaźnik stosunku Ameryki do Polski” opisał zabawną scenkę z Gomułką grożącym rzekomo Mikołajczykowi rewolwerem – zadniem Cata w Europie ludzie dusiliby się ze śmiechu czytając takie historyjki opowiadane przez ex-premiera prasie amerykańskiej.

Á propos Gomułki, to w jednej z nadsyłanych już z Warszawy w latach 60. XX w., korespondencji i drukowanych pod pseudonimem Gaston de Cerizay w paryskiej „Kulturze” pisał Mackiewicz: „Gomułka jest człowiekiem dobrych chęci. Chociaż nie kończył szkół wyższych, jest nieskończenie bardziej inteligentny od profesora uniwersytetu Ignacego Mościckiego”; „Obecny rząd polski prawie wszystko, co robi, robi jak najgorzej, ale przecież jest jedynym możliwym rządem dla państwa posiadającego tego rodzaju sytuację geopolityczną, co Polska. Do komunistów polskich można odnieść poniekąd frazes Robespierre’a o Panu Bogu, że gdyby go nie było, należałoby go wymyślić. Cóż za szczęście, że znalazł się Gomułka i inni, którzy mimo wszystko są Polakami. Gomułka zasługuje na miano żywiciela, bo to on sprzeciwił się socjalizacji wsi. Gdyby panowały w niej kołchozy, Warszawa musiałaby zdechnąć z głodu, tak jak głód panuje w wielkiej ojczyźnie Lenina”. Pół wieku później Jadwiga Staniszkis tak mówiła o Gomułce: „Nie chcę go komplementować ponad miarę, ale on rzeczywiście jest dużo poważniejszy, niż by to sugerował jego dzisiejszy wizerunek z okresu Marca, z momentu upadku, a nawet wizerunek z okresu Października” (Życie umysłowe i uczuciowe, z Jadwigą Staniszkis rozmawia Cezary Michalski, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, 2010, s.193 n.)

Bez wątpienia z komplementami wobec Pierwszego Sekretarza przesadzać nie należy, jednak obiektywna, bardziej wyważona ocena jest pożądana, i to chciała osiągnąć, pracująca jako historyk w London School of Economics, Anita Prażmowska w książce biograficznej Władysław Gomułka (Wydawnictwo RM, Warszawa 2016). Prace tego rodzaju są istotne m.in. dlatego, że pozwalają wczuć się myślowo w położenie i gry polityczne ludzi ze szczytów władzy, w przeciwnym razie jedyną perspektywą widzenia polityki pozostanie perspektywa powstańczo-partyzancka, ze wszystkimi tego fatalnymi skutkami.

Nie należy też bać się rewidowania stereotypowych poglądów na temat wydarzeń Marca 1968 roku i jego ambiwalentnych konsekwencji, na które zwracał uwagę Andrzej Walicki w znakomitej książce Umysł zniewolony po latach (Warszawa 1993). Bardzo słusznie pisała kiedyś – wczuwająca się głęboko w polityczne dylematy Gomułki – Eleonora Syzdek, że nie można bez końca wracać do Marca 1968 w sposób tendencyjny, oderwany od wszelkich szerszych uwarunkowań międzynarodowych. Jest to postulat ze wszech miar godny poparcia. Tylko kto go zrealizuje? Jako punkt wyjścia mógłby posłużyć pogląd prof. Adama Schaffa – nota bene krytykowanego przez Gomułkę w wystąpieniu na naradzie z pierwszymi sekretarzami KW PZPR w dniu 26 marca 1968 roku. I Sekretarz KC PZPR poinformował towarzyszy m. in. o tym, że zgłosił się do niego prof. Adam Schaff „w sprawie antysemityzmu” z propozycją napisania artykułu na ten temat. Po przeczytaniu artykułu Gomułka uznał, że towarzysz Schaff niczego nie rozumie i jest oderwany od klasy robotniczej (scil. narodu polskiego). We wywiadzie dla „Przeglądu Tygodniowego” (11.XII.1996) Schaff, odnosząc się do wydarzeń z marca 1968 roku, powiedział, że cała akcja sterowana była z Moskwy i miała związek z sytuacją w Czechosłowacji. I dodał: „Był jeszcze jeden element – Moskwie spaliła się w tym czasie siatka agenturalna w świecie, więc szło o jej uzupełnienie. Dlatego wśród krzyków o eksportowaniu Żydów z Polski przerzucani byli ludzie, którzy tworzyli nową siatkę. Jechali Rosjanie, Ukraińcy, mężowie żon, zaliczeni przypadkowo do Żydów. Tylko, że tu nie ma przypadków”. To bardzo ciekawa interpretacja zwracająca uwagę właśnie na międzynarodowy kontekst operacji „Marzec 68”.

We wspomnianym wyżej wystąpieniu Gomułki z 26 marca 1968 roku znajduje się zabawny fragment dotyczący Senatu. Rozważając trudny problem zasłużonych towarzyszy w wieku emerytalnym I Sekretarz stwierdził: „U nas nawet tak mówią, że szkoda, że nie ma Senatu, bo mamy takich zasłużonych, z którymi nie ma co robić. Gdyby był Senat, to posyłalibyśmy ich do Senatu”. No i proszę, jakie doskonałe pomysły polityczne mieli (niektórzy) towarzysze z PZPR. Ich pomysł z Senatem podjęła w 1989 roku „opozycja demokratyczna”, dzięki czemu nowi zasłużeni towarzysze mają gdzie zasiadać.

W okresie rządów Bieruta, Gomułki, Cyrankiewicza (jako prezent pod choinkę nada się też Cyrankiewicz : wieczny premier Piotra Lipińskiego, Czarne, Wołowiec 2016) prosperował sobie nieźle – podejrzewany o zażyłe stosunki z Krwawą Luną – Bolesław Piasecki, lider Konfederacji Narodu, do której należeli Onufry Bronisław Kopczyński, Wacław Bojarski, Andrzej Trzebiński, Tadeusz Gajcy i Zdzisław Stroiński. Pięknie opowiada o nich Bohdan Urbankowski w książce Oparci o śmierć (Bollinari Publishing House, Warszawa 2016). Życiu i twórczości Gajcego wspaniałą i bardzo grubą monografię poświęcił wrocławski polonista Stanisław BereśGajcy. W pierścieniu śmierci (Czarne, Wołowiec 2016). Beresia pamiętam jeszcze jako młodego, dobrze zapowiadającego się asystenta w Instytucie Filologii Polskiej. Był mężczyzną bardzo przystojnym, więc koleżanki z roku robiły wielkie oczy jak przechodził korytarzem. Zazdrośni o ich względy przezywaliśmy go „piękny Lolo”. Dzisiaj jest bez wątpienia najlepszym znawcą twórczości Gajcego. Bereś zauważa m.in., że odważna akcja składania wieńca pod pomnikiem Kopernika była kompletnie pozbawiona sensu, a jej jedyny rezultat to bezsensowna, daremna śmierć Bojarskiego. Równie daremną śmiercią zginęli Stroiński i Gajcy w Powstaniu Warszawskim, za co Bór-Komorowski, Pełczyński i Okulicki powinni się w piekle smażyć.

Wypomina się SiN-owcom mrzonki o Imperium Słowiańskim, ale czyje projekty polityczne, oprócz pepeerowskiego, nie okazały się mrzonkami? Ich „czarna legenda” sprokurowana przez Czesława Miłosza trwa poniekąd do dziś. Tylu się podnieca nieistniejącym „faszystowskim” Imperium Słowiańskim Trzebińskiego i Gajcego a całkiem realna służba innemu Imperium, czy to Imperium Sovieticum, czy to Imperium Americanum jakoś dziwnie umyka ich uwadze. Sam Miłosz jako dyplomata pięć lat służył realnemu totalitarnemu Imperium Sovieticum, tymczasem Trzebiński i Gajcy służyli Imperium Słowiańskiemu tylko w wyobraźni. Oni byli imperialistami wyłącznie na papierze, on w praktyce, a jednak „faszystowski smród” o wiele bardziej się za nimi ciągnie niż za nim „smród komunistyczny”. Ich dawny przywódca Bolesław Piasecki porzucił mrzonki o Imperium i zaczął służyć – tak samo jak Miłosz, Bauman czy Krzeczkowski – Imperium Sovieticum. Jednakże pozostał wierny tamtym, nieco młodszym od niego kolegom-poetom z Konfederacji Narodu, ocalając dla potomności ich twórczość – już w 1952 roku Instytut Wydawniczy PAX wydał Utwory zebrane Gajcego. Potem kolejne pozycje: Aby podnieść różę Trzebińskiego (1970), tegoż Kwiaty z drzew zakazanych (1972), W gałązce dymu, w ognia blasku…: wspomnienia o Wacławie Bojarskim, Tadeuszu Gajcym, Onufrym Bronisławie Kopczyńskim, Wojciechu Menclu, Zdzisławie Stroińskim, Andrzeju Trzebińskim (1977). W 1983 r. wyszły Portrety twórców „Sztuki i Narodu” – praca zbiorowa pod redakcją Jerzego Tomaszkiewicza, towarzysza Bohdana Urbankowskiego z Konfederacji Nowego Romantyzmu. W tym samym roku Tomaszkiewicz wydał Pożegnanie z mistrzem Wacława Bojarskiego. W prasie paxowskiej, „Kierunkach”, „Dziś i Jutro”, „Słowie Powszechnym” co jakiś przypominano sylwetki SiN-owców. Tak to „człowiek Sierowa”, „sowiecki agent” Piasecki walnie przyczynił się do tego, że w PRL-u pamięć o nich przetrwała. Należy mu się za to miejsce w raju.

Całkowicie odmienną drogą światopoglądową, biegnącą na antypodach katolickiego uniwersalizmu SiN-owców, kroczył inny, bez wątpienia –niezależnie od oczywistej kontrowersyjności głoszonych przezeń poglądów – oryginalny pisarz polityczny tamtych czasów, lider Zadrugi Jan „Stoigniew” Stachniuk, sytuujący się poza wizjami Polski i jej historii propagowanymi przez główne obozy polskiego katolicyzmu, do którego zaliczał także socjalizm, liberalizm, demokratyzm etc. Więziony przez komunistów, stracił zdrowie i zmarł przedwcześnie. Jest głównym bohaterem pracy Stanisława „Staszko” Potrzebowskiego z Wrocławia opublikowanej przed laty w języku niemieckim a zatytułowanej Zadruga. Eine völkische Bewegung in Polen (Bonn 1982). Obecnie Potrzebowski przedłożył pracę w języku polskim Słowiański ruch Zadruga (Wydawnictwo Triglav, Szczecin 2016). Na marginesie zapytać wolno, czy do sztuki narodowej teoretycy „Sztuki i Narodu” zaliczyliby dzieła innego zadrużanina, wybitnego rzeźbiarza i konceptualisty Stanisława „Stacha z Warty” Szukalskiego?

Obrońcom tradycyjnego małżeństwa i wartości rodzinnych warto podarować niedużą książeczkę Bernarda Mandeville`a Skromna obrona domów publicznych albo rozprawa o porubstwie (przełożył, wstępem i przypisami opatrzył Marian Skrzypek, Biblioteka Kwartalnika Kronos, Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego, Warszawa 2016). Powinna trafić do środowisk chrześcijańsko-narodowo-konserwatywnych, ponieważ w tej grupie rozwody stają się tak powszechne, iż „rozwodnik” to element nieomal definiujący polskiego chrześcijańsko-narodowego konserwatystę. Przy okazji radzę pomyszkować po antykwariatach, a nuż trafi się główne dzieło Mandeville`a (1670–1733), Bajka o pszczołach, wydane przez PWN w roku 1957 (!) – takie nieprawomyślne, ba, wywrotowe ideologicznie książki ukazywały się w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. List do Partii Kuronia i Michnika uchodzący za szczyt dysydenctwa to przy nich nieomal wiernopoddańczy adres do Komitetu Centralnego PZPR. Oryginalna cena wynosiła 43 złote, a ja musiałem wybulić w antykwariacie aż 510 złotych! Ale opłaciło się.

Tomasz Gabiś

www.tomaszgabis.pl
Napisz do autora na adres: tomasz.gabis@gmail.com

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułSpołeczna genealogia inteligencji polskiej
Następny artykułNiemcy – kraj zagrożony społeczno-gospodarczą degradacją
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/