Niemcy – kraj zagrożony społeczno-gospodarczą degradacją

0

Na światowych rynkach tylko dwie grupy państw są dziś konkurencyjne pod względem gospodarczym. Do pierwszej należą kraje Unii Europejskiej i narody, których ludność w znacznej części przybyła niegdyś z Europy: USA, Kanada, Izrael, Australia czy Nowa Zelandia. Kraje te zamieszkuje blisko 1,25 miliarda ludzi. Druga grupa jest nieco ludniejsza, obejmuje ok. 1,6 miliarda ludzi i składają się na nią terytoria zamieszkałe przez Chińczyków – Chińska Republika Ludowa, Tajwan, Hong-Kong i Makau i Singapur oraz Japonia i Korea Południowa.

Resztę kuli ziemskiej zamieszkuje obecnie ok. 4,5 mld ludzi. Żyją w krajach, które w międzynarodowej konkurencji gospodarczej praktycznie nie mają szans albo które, jak np. Brazylia (205 mln mieszkańców), Malezja (28 mln) czy Indonezja (250 mln), po okresie bardzo obiecującego rozwoju dziś znowu pozostają w tyle, ponieważ nie udaje im się przejść na poziom gospodarek zaawansowanych technologicznie, a relatywnie zapóźnione gałęzie ich przemysłu nie potrafią sprostać konkurencji z Azji Wschodniej, produkującej wyroby lepsze i tańsze. Te trzy kraje mają już wprawdzie za sobą szczytową fazę eksplozji demograficznej, ale i tak z uwagi na niekonkurencyjność ekonomiczną znaczna liczba ich mieszkańców będzie emigrować. Dotyczy to również Indii (1,23 mld mieszkańców). W 1980 roku dochód na głowę mieszkańca subkontynentu indyjskiego był prawie taki sam jak w Chinach, wówczas dopiero wkraczających na ścieżkę szybkiego rozwoju, dzisiaj natomiast jest o połowę mniejszy.

Dla zrównoważenia niskiego przyrostu naturalnego Unia Europejska, licząca obecnie ponad 500 mln mieszkańców, do 2050 roku może potrzebować ok. 70 milionów imigrantów. Ale potrzebne będą tylko osoby wykwalifikowane, bo wyłącznie takich brakuje – żaden kraj na świecie nie uskarża się na niedobór ludzi niewykształconych. Natomiast możliwości zatrudnienia imigrantów o niskim poziomie wykształcenia będą w przyszłości coraz mniejsze. Działania edukacyjne nawet przez kilkadziesiąt lat nie wyrównają deficytu ich kwalifikacji. Obie wymienione grupy krajów zdolnych do konkurencji mają ­– inaczej niż regiony gospodarczo niekonkurencyjne – problem ze wskaźnikiem urodzeń. Ich populacja kurczy się, a średnia wieku rośnie.

W żadnym kraju z tych dwu grup nie rodzi się więcej niż przeciętnie 2,1 dziecka na kobietę. Zresztą w takich krajach jak Anglia, Francja czy USA to w znacznej mierze wielodzietni beneficjenci transferów socjalnych powodują, że średnia w ogóle dochodzi do poziomu dwójki dzieci. Dla zrównoważenia niskiego przyrostu naturalnego świat zachodni do 2050 r. może potrzebować 100 mln imigrantów: Unia Europejska – 70 mln (same Niemcy 20% z tej puli), reszta – 30 mln. Te 100 mln utrzymałyby obecne zaludnienie krajów zachodnich na stabilnym poziomie. Zakładając, że do roku 2050 z „czarnej” Afryki i pasa krajów muzułmańskich od Maroka do Indonezji chciałoby wyemigrować ok. 1,2 mld ludzi, to szansę miałby co dwunasty. Ale – jak powiedziałem – tylko wykwalifikowani.

W nadchodzących dekadach również wschodnia Azja, by do 2050 r. wyrównać deficyt urodzeń, potrzebowała będzie co najmniej 100 mln imigrantów. W rzeczy samej, przyrost naturalny w tym regionie jest najniższy – mieści się między średnio 0,8 dziecka na kobietę w Singapurze do 1,25 w Korei Południowej. Japonia ze średnią 1,4 i Chiny ze średnią 1,6 mają się niewiele lepiej. Należy przy tym uwzględnić fakt, że u chińskiego giganta z 1,4 mld mieszkańców wylicza się średnią wieku ludności na niecałe 37 lat. W porównaniu z Chinami Niemcy ze średnią wieku prawie 47 lat wydają się stare, lokując się bardzo blisko Japonii – liderem rankingu starzenia się społeczeństw.

Ponieważ problem tu i tam jest podobny, wschodnia Azja uważnie obserwuje, jak Europa radzi sobie z imigracją i jak wpływa ona na siłę jej gospodarki. Nie da się przy tym nie zauważyć, że Niemcy, gdzie odsetek imigrantów w całej populacji wynosi ponad 20%, mogą pochwalić się zaledwie 900 patentami na milion mieszkańców (stan z roku 2012), podczas gdy w Japonii jest ich 2250, a w Korei Południowej prawie 3000. To jeden z powodów, dlaczego np. w Japonii niemiecki system socjalny i sektor transferów nie są bynajmniej uznawane za wzorcowe. Gdyby w Japonii obowiązywały regulacje porównywalne z niemieckimi, to starzejąca się ludność kraju musiałaby dodatkowo utrzymać 10 mln potrzebujących pomocy, którzy zresztą również się starzeją, a w dziedzinie innowacyjności nie mają nic do zaoferowania. W Japonii do opieki nad starszymi ludźmi zatrudnia się przybyszów z południowej Azji, ale nie otrzymują oni prawa stałego pobytu ani obywatelstwa. Stoi za tym kalkulacja, że kto w Dżakarcie czy Kuala Lumpur nie wykaże się dynamiczną inicjatywą gospodarczą, nie zrobi wynalazku i nie stworzy własnej firmy, temu nie uda się to również w Tokio. Podobnie patrzy się na to w Pekinie i w Seulu.

Europa ma nadzieję, że dzięki, finansowanym z podatków, działaniom edukacyjnym można będzie uczynić z imigrantów siłę napędową wzrostu gospodarczego. Wschodnia Azja nie podziela tego poglądu. Aż nazbyt wyraźnie widać, że np. w Niemczech, gdzie dzieci imigrantów stanowią już trzecią część młodego pokolenia, w matematyce na poziomie szkolnym – a jest to przedmiot, pozwalający na najbardziej jednoznaczną ocenę według mierzalnych kryteriów – w ponad 50 procentach wypadają miernie, niedostatecznie albo w ogóle nie mieszczą się w skali ocen, gdy w przypadku rodowitych Niemców współczynnik ten wynosi „tylko” 30 procent.

We wschodniej Azji chętnie przyjmuje się jedynie tych, którzy jeszcze przed przekroczeniem granicy dowiedli swych uzdolnień. Odstępstwa od tej zasady można by oczekiwać dopiero wówczas, gdyby laureaci międzynarodowych konkursów uczniowskich pochodzili nie ze wschodniej Azji, ale z niemieckich placówek edukacyjnych. Dopiero w takim przypadku dzisiejsze otwarcie przez Niemcy granic można by uznać za godne naśladowania. Na razie jednak miliony ludzi bez wykształcenia, szukających szczęścia w Niemczech i innych krajach Unii Europejskiej, będą tylko bardzo dużo kosztować, niewiele dając w zamian. Ludzie ci mogą też zagrażać bezpieczeństwu wewnętrznemu, jeśli, kierując się fanatyzmem i dając upust skłonności do przemocy, będą chcieli w ten sposób zdobyć poczucie godności i własnej wartości, którego nie są w stanie zyskać na innej drodze – dzięki osiągnięciom i dobrym wynikom pracy.

Od góry w dół można nauczyć się wszystkiego – nauczyciel matematyki może przekwalifikować się na taksówkarza – ale odwrotnie się nie da. Dlatego każdy kraj powinien usilnie dążyć do tego, żeby poziom wykształcenia napływających imigrantów był (średnio) nawet wyższy niż rdzennych mieszkańców. A co się stanie, jeśli dziesiątki krajów o niskim przyroście naturalnym będą aktywnie poszukiwać wysoko wykwalifikowanych imigrantów? Według prognozy firmy doradztwa strategicznego i gospodarczego McKinsey w krajach członkowskich Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w roku 2020 nie będzie istnieć ok. 36 mln miejsc pracy dla pracowników niewykwalifikowanych; znaczy to, że tylu właśnie ludzi bez wykształcenia będzie bezrobotnych. Równocześnie na ok. 18 mln, wymagających najwyższych kwalifikacji, stanowisk pracy, które w 2020 roku będą nieobsadzone, pracowników zabraknie.

Wszystkie kraje dziś konkurencyjne na globalnym rynku mają zbyt mało wykwalifikowanych pracowników. Ale w czołówce krajów zdolnych do konkurencji utrzymają się w przyszłości tylko te, których ludność zdobędzie wysokie kwalifikacje. Obecnie miejsca pracy oferują firmy już istniejące na rynku, natomiast w przyszłości część nowych stanowisk powstanie w przedsiębiorstwach, które dopiero trzeba będzie utworzyć. Tyle że przedsiębiorstw, mogących oferować miejsca pracy wymagające wysokich kwalifikacji, z reguły nie powołują do życia ludzie niewykształceni. Jeśli więc ten czy inny kraj chce utrzymać się w czołówce, musi mieć coś do zaproponowania. Tym czymś są pozytywne widoki na przyszłość, nie zaś bezsensowne obciążenia. Naprzeciw 18 mln poszukiwanych specjalistów, dla których powstaną – jeśli powstaną – stanowiska wymagające wysokich kwalifikacji, stanie w 2020 roku 36 mln bezrobotnych niezainteresowanych kształceniem. Średnio więc na jednego wykwalifikowanego pracownika przypadałoby dwu beneficjentów transferów społecznych, dla których utrzymania w normalnym przypadku potrzeba tymczasem czworga pełnozatrudnionych podatników netto. Kto zechce się na to zgodzić się, wiedząc, że gdzie indziej może być inaczej? Bo może być. Istnieją twierdze kompetencji, które to właśnie oferują. Australia, Kanada, Nowa Zelandia, ale też Norwegia wiedzą, że muszą intensywnie zachęcać do imigracji dobrze wykształconych specjalistów, aby zapewnić sobie trwałe miejsce w górnym segmencie krajów konkurencyjnych. Ich sygnał jest jednoznaczny: paszporty tylko dla asów. Aby ich pozyskać, próbują stworzyć optymalną równowagę między dawaniem a braniem. Młodzi Niemcy czy Austriacy, których podatki i daniny społeczne przekraczają 50 procent pensji brutto, ucieszą się, słysząc, że gdzie indziej jako zarobek netto zostanie im w kieszeni 70 procent albo i więcej. Zachęcone w ten sposób młode talenty zaangażują się w nowej ojczyźnie w tworzenie nowych firm, które następnie przyciągną kolejnych chętnych do wydajnej pracy.

Są na świecie liczne kraje, którym w tej sytuacji polityka imigracyjna Unii Europejskiej bardzo odpowiada, ponieważ bezplanowe przyjmowanie niezliczonych mas niewykształconych imigrantów mobilizuje wykształconych, pracowitych i dynamicznych Europejczyków i podsuwa im myśl o emigracji. Ci Europejczycy są niezastępowalni i niezbędni w perspektywie przyszłości Europy, ale odchodzą przeważnie po cichu, niedostrzeżeni przez szersze kręgi społeczeństwa. No bo przecież nie ma sensu, żeby przed wykonaniem decydującego kroku ku nowemu życiu w innym kraju narażać się na przykrości, jakie obecnie, aż nazbyt łatwo, powoduje wszelka jawna krytyka aktualnej polityki imigracyjnej.

Gunnar Heinsohn

Przeł. Jacek Dąbrowski

Źródło:http://www.derhauptstadtbrief.de/cms/112-der-hauptstadtbrief-133/967-die-deutschen-leben-in-einem-abstiegsgefaehrdeten-land

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułKsiążki pod choinkę (2016)
Następny artykułPrzezroczysty parlament
Gunnar Heinsohn (ur.1942) jest niemieckim socjologiem, ekonomistą, demografem; założycielem Instytutu Badań nad Ksenofobią i Ludobójstwem im. Rafała Lemkina, pierwszego w Europie ośrodka analiz porównawczych ludobójstwa. W latach 1973-2009 wykładał na uniwersytecie w Bremie. Jest autorem wielu książek m.in. wydanej w Polsce „Synowie i władza nad światem. Terror we wzlotach i upadkach narodów” (Wydawnictwa Akademicki i Profesjonalne, Warszawa 2009). Zob. więcej: https://de.wikipedia.org/wiki/Gunnar_Heinsohn; https://en.wikipedia.org/wiki/Gunnar_Heinsohn

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here