Niebezpieczny ruch “Black Lives Matter”

3

Już dwa lata ruch sprzeciwu o nazwie „Black Lives Matter” (Życie Czarnoskórych liczy się) wywołuje gwałtowne zajścia w całym kraju. Jego działacze, sprowokowani śmiercią Michaela Browna, który zginął zastrzelony w 2014 roku przez policjanta w Ferguson w stanie Missouri, głoszą, że rasistowscy oficerowie policji stanowią największe zagrożenie dla młodych czarnoskórych Amerykanów. Takie przekonanie stało się podłożem zamieszek, „leżących” protestów, morderstw lub prób zabójstwa policjantów, a także kampanii na rzecz rezygnacji z tradycyjnej procedury sądu przysięgłych w sprawach dotyczących użycia broni palnej przez policjantów. Prezydent powołał nawet specjalną grupę roboczą mającą monitorować działania policji.

Michaela Browna nadal czci się jak męczennika, mimo że Ministerstwo Sprawiedliwości stanowczo zdementowało nieprawdziwą informację, jakoby pokojowo nastawiony Michael Brown został z zimną krwią zastrzelony, kiedy usiłował oddać się w ręce policji. Wobec fali krytyki i zjadliwych komentarzy, z którymi można się spotkać na ulicy i w mediach policja powstrzymuje się teraz od działania. W rezultacie rośnie przestępczość. Trzeba więc zbadać, czy rzeczywiście – jak głosi główna teza ruchu „Black Lives Matter” – to policja stanowi największe zagrożenie dla młodych czarnoskórych Amerykanów. Proponuję postawić dwie hipotezy konkurencyjne wobec tej tezy. Pierwsza: żadna państwowa instytucja nie jest bardziej oddana idei, że życie czarnoskórego ma wartość, niż policja. Druga: od dwudziestu lat obsesyjnie dyskutujemy o rzekomym rasizmie policji, żeby uniknąć dyskusji o znacznie poważniejszej sprawie, mianowicie o przestępstwach popełnianych przez Czarnych na innych Czarnych.

Uściślijmy na wstępie: policja ma bezwzględny obowiązek traktowania każdego uprzejmie i z szacunkiem oraz działania zgodnego z prawem a policjanci zbyt często odnoszą się do obywateli szorstko lub wulgarnie. Ponadto nie ulega wątpliwości, że osoba zatrzymana, która nie popełniła żadnego wykroczenia, jest wściekła, czuje się upokorzona a czasem przerażona. Nie trzeba też dodawać, że każdy przypadek nieuzasadnionego użycia broni przez policję wobec nieuzbrojonego cywila to tragedia, która woła o pomstę do nieba. Historia rasizmu w Ameryce i rola, jaką odegrała w niej policja, każą – co zrozumiałe – szczególnie uważnie przyglądać się wszelkim przypadkom śmierci Czarnych z rąk policji. Ta przeszłość ciąży niewątpliwie na dzisiejszym postrzeganiu policji przez wielu obywateli. Choć pod żadnym pozorem nie wolno tolerować ani usprawiedliwiać przejawów brutalności policji i należy dopilnować, by policjanci przeszli odpowiednie szkolenie ze znajomości Konstytucji i zasad dobrego wychowania, to głębsze podłoże zagadnień bezpieczeństwa, przestępczości i rasizmu nie może być tematem tabu. Przestępstwa popełniane przez Murzynów na innych Murzynach to temat niewygodny, ale jeśli się tego nie uwzględni, to nie da się im skutecznie przeciwdziałać.

Corocznie ofiarą zabójstw pada 6000 Murzynów. To więcej niż liczba zamordowanych wśród Białych i Latynosów łącznie, mimo że Murzyni stanowią tylko 13 procent populacji. Liczba zabójstw wśród Murzynów jest sześciokrotnie wyższa niż łączna liczba zabójstw w grupach Białych i Latynosów. Liczba zamordowanych czarnoskórych mieszkańców Los Angeles w wieku 20 – 24 lat jest 20 – 30 razy wyższa od średniej krajowej. Kto ich zabija? Nie policja, nie biali cywile, lecz Murzyni. Ten olbrzymi odsetek morderstw jest funkcją liczby przestępstw popełnianych przez Murzynów. Czarni chłopcy w wieku 14 – 17 lat popełniają dziesięciokrotnie więcej morderstw niż biali i Latynosi w ich wieku łącznie. Murzyni wszystkich kategorii wiekowych popełniają ośmiokrotnie więcej morderstw niż Biali i Latynosi łącznie a jedenastokrotnie więcej niż Biali. Gdyby wyeliminować śmiertelne ofiary działań policji, miałoby to marginalny wpływ na statystyki dotyczące morderstw wśród Murzynów. Jak wnika z zestawienia sporządzonego przez „Washington Post”, w 2015 roku policjanci zabili 987 cywilów. Połowę tej liczby (493 osób) stanowili Biali, a 26 procent (258 osób) Czarni. Większość zabitych w starciu z policją miała broń lub groziła funkcjonariuszowi w sposób, który mógł doprowadzić do jego śmierci. W świetle statystyk dotyczących brutalnych przestępstw wśród Murzynów należałoby się spodziewać, że Czarni będą stanowili ponad 26 procent ofiar użycia siły przez policję. Policjanci używają bowiem siły tam, gdzie mają najczęstszą styczność z przestępcami używającymi przemocy, podejrzanymi posiadającymi broń i osobami stawiającymi opór przy aresztowaniu, czyli w dzielnicach zamieszkanych przez Czarnych. Na przykład w 2009 roku w 75 największych powiatach w Ameryce Czarni stanowili 62 procent oskarżonych o napaść rozbójniczą, 57 procent oskarżonych o zabójstwo, 45 procent oskarżonych o napad, podczas gdy ich udział w całej populacji wynosi jedynie 15 procent. Ponadto, 40 procent zabójców policjantów w ostatnim dziesięcioleciu to Czarni. Tymczasem w starciach z policją ginie proporcjonalnie więcej Białych i Latynosów niż Czarnych – o czym nie dowiecie się z mediów ani od aktywistów ruchu „Black Lives Matter”. Dwanaście procent zabitych Białych i Latynosów to ludzie zabici przez policjantów, podczas gdy wśród zabitych Murzynów odsetek ten wynosi tylko 4 procent. Gdybyśmy chcieli założyć jakiś antypolicyjny ruch „Lives Matter” (Życie jest ważne), to należałoby go raczej nazwać „White and Hispanic Lives Matter” (Życie Białych i Latynosów liczy się).

Ideolodzy antypolicyjni, czy to związani z American Civil Liberties Union (ACLU), czy to z kręgami akademickimi, uważają, że działania związane z egzekucją prawa mają charakter rasistowski, jeżeli nie odzwierciedlają statystyk demograficznych. Na przykładzie Nowego Jorku można się przekonać, jak daleki od prawdy jest ten pogląd. Czarni stanowią tam 23 procent mieszkańców, ale – jak wynika z zeznań ofiar i świadków – są sprawcami 75 procent przestępstw z użyciem broni palnej, 70 procent wszystkich napaści rozbójniczych i 66 procent brutalnych napadów. Jeśli do przestępstw z bronią w ręku, które popełniają Czarni, doda się takie przestępstwa popełniane przez Latynosów, to okazuje się, że łącznie stanowią one 98 procent wszystkich wypadków nielegalnego użycia broni w mieście. Biali, stanowiący 33 procent mieszkańców, są odpowiedzialni za niespełna 2 procent takich przestępstw oraz 4 procent napaści rozbójniczych i 5 procent brutalnych napadów. Przedstawione tu dysproporcje są równoznaczne z tym, że niemal za każdym razem, kiedy policja jest wzywana na miejsce strzelaniny – czyli kiedy ktoś został postrzelony – sprawa dotyczy dzielnicy zamieszkanej przez mniejszości, a podejrzanymi są również przedstawiciele mniejszości.

Policja wcale nie zakłada, że takim podejrzanym nie okaże się Biały, lecz po prostu prawie nigdy nie jest to Biały. Ze statystyk kryminalistycznych wynika, że zatrzymany przez policję niewinny przechodzień będzie najprawdopodobniej czarnym, a nie białym mężczyzną, ponieważ Biały rzadko pasuje do rysopisu podejrzanego. Nie jest to wynik decyzji policji, lecz statystyczna prawidłowość, na którą policja nie ma wpływu. Dysproporcje geograficzne są równie olbrzymie. Liczba napadów z bronią w ręku przypadających na jednego mieszkańca jest 81 razy większa w Bronsville w Brooklynie niż w Bay Ridge w tymże Brooklynie. W Bronsville mieszkają głównie Czarni, a w Bay Ridge głównie biali i Azjaci. W rezultacie obecność policji i działania profilaktyczne są znacznie bardziej widoczne w Bronsville niż w Bay Ridge. Za każdym razem, kiedy dochodzi do użycia broni w Bronsville, pojawia się tam mnóstwo policji, która dokonuje licznych zatrzymań, żeby zapobiec spodziewanemu odwetowi. Tak widoczna obecność policji w tej dzielnicy nie ma nic wspólnego z rasizmem, lecz wynika z potrzeby ochrony mieszkających tam praworządnych obywateli mających prawo czuć się bezpiecznie.

Kim są ofiary wzmożonej przestępczości w miastach? Kiedy 11 marca 2015 roku przed komendą policji w Ferguson po raz kolejny zbierali się demonstranci domagający się ustąpienia całej obsady komendy, kilka kilometrów od tego miejsca z przejeżdżającego samochodu zabity został sześcioletni Marcus Johnson. Nikt nie protestował przeciw zabiciu tego chłopca. Al Sharpton nie domagał się śledztwa z ramienia prokuratury federalnej. Mało kto spoza najbliższego sąsiedztwa usłyszał o tym dziecku. W ubiegłym roku w Baltimore zabito dziesięcioro dzieci w wieku poniżej 10 lat. We wrześniu tego roku w Cleveland zginęło troje dzieci, z których najstarsze miało 5 lat. W Chicago w świąteczny weekend 4 lipca siedmioletni chłopiec zginął od kuli, która miała zabić jego ojca. W tym samym mieście w listopadzie dziewięcioletnie dziecko zwabiono do jakiegoś zaułka, gdzie zabili je wrogowie gangu jego ojca; ojciec odmówił współpracy z policją. W Ferguson w sierpniu dziewięcioletnia dziewczynka odrabiała lekcje na łóżku matki; pocisk wystrzelony w kierunku ich domu zabił ją na miejscu. W Cincinnati w lipcu czteroletnia dziewczynka zginęła od postrzału w głowę, a sześcioletnia została częściowo sparaliżowana, a następnie utraciła częściowo wzrok w wyniku dwóch różnych strzelanin samochodowych. Taką bezsensowną przemoc traktuje się niemal jak coś normalnego: nie wzbudza ona zainteresowania wśród tych, którzy ściągnęliby tłumnie na protesty, gdyby śmierć którejkolwiek z tych osób była wynikiem strzału oddanego przez policjanta. Choć przytoczone tu statystyki zbrodni ostatnich lat są przerażające, to trzeba zauważyć, że 20 lat temu wskaźniki przestępczości były jeszcze wyższe. Na przykład w Nowym Jorku w 1990 roku odnotowano 2245 zabójstw, a w 2014 – 333 zabójstwa, czyli ich liczba zmalała w tym okresie o 85 procent. W Nowym Jorku spadek liczby zabójstw jest największy w USA, ale przestępczość w całym kraju spadła jak nigdy od początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku: o około 40 procent. Największą korzyść z tego spadku odniosły mniejszości. Ponad 10 tysięcy nowojorczyków płci męskiej należących do mniejszości nie żyłoby już, gdyby do dziś utrzymał się poziom przestępczości z lat 90.

Co się kryje za tym bezprecedensowym spadkiem przestępczości? Rewolucja w egzekwowaniu zasad porządku publicznego, która miała początek w Nowym Jorku, a następnie ogarnęła cały kraj. Ta rewolucja jest teraz zagrożona. W 1994 roku szefowie policji nowojorskiej doszli do radykalnego wówczas wniosku, że policja może skutecznie zapobiegać przestępstwom, a nie tylko na nie reagować. Zaczęto gromadzić i analizować dane dotyczące przestępstw – najpierw codziennie, a następnie co godzinę. Poszukiwano prawidłowości i opracowywano taktykę pozwalającą zdusić przestępczość w zarodku. Wyznaczono też – co równie istotne – dowódców odpowiedzialnych za przestępczość w podlegających im rewirach. Szefowie komendy miasta rozpoczęli regularne cotygodniowe spotkania z komendantami posterunków dzielnicowych, w trakcie których starano się wykryć prawidłowości rządzące przestępczością w dzielnicach, które im podlegają. Te cotygodniowe sesje mające na celu podniesienie skuteczności działania policji nazwano Compstat. Miały często charakter ostrych, pełnych napięcia przesłuchań. Jeśli jakiś komendant dzielnicowego posterunku nie wiedział dosłownie wszystkiego na temat lokalnych przestępstw i nie miał przygotowanej strategii ich zwalczania, jego kariera była zagrożona. Compstat wytworzył atmosferę koncentracji na zwalczaniu przestępczości, nieznaną wcześniej w nowojorskiej policji. Przez dziesięciolecia zarzucano jej, że nie zajmuje się przestępstwami w dzielnicach mniejszości etnicznych. W Nowym Jorku Compstat sprawia, że komendanci skupiają największą uwagę na rejonach, gdzie najczęściej dochodzi do napadów, czyli w skupiskach mniejszości. Koncepcja Compstat przyjęła się w całym kraju. Wszędzie komendy posyłają policjantów tam, gdzie pojawiają się środowiska kryminogenne, z zadaniem powstrzymania w zarodku kryminalnych działań. Pod względem ekonomicznym żaden inny program rządowy nie zbliżył się nawet do sukcesu, jakim okazała się koncepcja ochrony bezpieczeństwa opartego na analizie danych. W Nowym Jorku firmy, które dawniej wycofały się z dzielnic opanowanych przez gangi narkotykowe, teraz otwierają tam sklepy, oferując mieszkańcom możliwość zakupów i zatrudnienia. Starsi ludzie mogą bezpiecznie pójść do sklepu lub na pocztę, gdzie odbierają emeryturę. Dzieci jeżdżą rowerkami po chodnikach, a ich matki nie boją się, że ktoś je postrzeli.

Tymczasem za sprawą ruchu „Black Lives Matter” te dwadzieścia lat sukcesów w walce z przestępczością oraz moralne wsparcie owej walki – a na nim opiera się prawo i porządek – są teraz zagrożone. Oddziały policji, które operują w kryminogennych rejonach śródmieścia, są z reguły otaczane przez tłumy ludzi, którzy przeklinają i szydzą z funkcjonariuszy legitymujących przechodnia lub usiłujących aresztować podejrzanego. Czasami w ich kierunku lecą butelki i kamienie. Przypadkowi przechodnie prowokują policjantów, podsuwając im pod nos telefony komórkowe. Funkcjonariusze obawiają się, że zostaną okrzyknięci kolejnymi rasistowskimi gliniarzami tygodnia i stracą pracę za sprawą jakiegoś fragmentarycznego nagrania wideo, które na pewno nie będzie zawierało scen poprzedzających użycie przez nich siły. Przemoc użyta przez policję to nic chwalebnego, ale opinia publiczna nie ma wyobrażenia o tym, jak trudno jest poskromić podejrzanego, który za wszelką cenę chce uniknąć aresztowania.

W wyniku antypolicyjnej kampanii ostatnich dwóch lat i związanego z nią wycofywania się policji z ulic następuje redukcja tych działań, które doprowadziły do spadku przestępczości w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Maleje liczba aresztowań i wezwań na miejsce przestępstwa, zwłaszcza gdy chodzi o przestępstwa mniejszej wagi. Policja reaguje na wezwania zgłaszane pod numer alarmowy 911, kiedy w zajściu są już poszkodowani. Jeśli jednak chodzi o wyrywkowe kontrole, na przykład osób stojących o pierwszej nad ranem na rogach ulic znanych jako narkotykowe punkty dilerskie, to policjanci obawiają się je przeprowadzać, wiedząc, że wiązałoby się to z ryzykiem napytania sobie kłopotów w pracy. Jeśli notorycznie wyzywa się ich od rasistów, kiedy zatrzymują i przesłuchują podejrzanych osobników w kryminogennych dzielnicach, to coraz rzadziej będą dokonywali takich zatrzymań. Jest to nie tylko zrozumiałe, lecz w pewnym sensie naturalne. Utrzymanie bezpieczeństwa to sprawa polityczna. Jeśli wpływowy blok polityczny zakwestionował prawo asertywnej polityki bezpieczeństwa, to się z niej wycofujemy.

Tymczasem ci, którzy żądają ograniczenia działań policji, wcale nie reprezentują większości czarnych obywateli. Na każdym zebraniu policji z mieszkańcami Harlemu, Południowego Bronxu, Południowego Central Los Angeles można usłyszeć takie opinie jak: „Pozbądźmy się dealerów z naszej ulicy”. „Jednego dnia ich aresztujecie, a następnego są tu z powrotem”. „Przed wejściem do mojego domu kręcą się jacyś młodzi ludzie. Dlaczego ich nie aresztujecie za włóczęgostwo?”. „Na korytarzu mojej kamienicy czuję zapach marihuany. Nie możecie czegoś z tym zrobić?” Pewna starsza mieszkanka Mount Hope (dzielnica Bronxu), rekonwalescentka po amputacji związanej z nowotworem, opowiadała mi, że boi się iść po listy do skrzynki pocztowej, bo kręcą się tam młodzi ludzie handlujący narkotykami. Czuła się tam bezpiecznie jedynie wtedy, kiedy na miejsce przyjeżdżała policja. „Proszę cię, Jezu, przyślij więcej policji!” Paradoks polega na tym, że gdyby policja zareagowała na te żarliwe apele o zaprowadzenie porządku, to spowodowałaby, że statystyki zatrzymań zaczęłyby odstawać od proporcji rasowych w społeczeństwie, co zostałoby wykorzystane przeciw policji w procesie, który wytoczyłaby ACLU lub Ministerstwo Sprawiedliwości.

Niestety, kiedy policyjne patrole wycofują się z kryminogennych dzielnic, przestępczość rośnie w zawrotnym tempie. Po raz pierwszy od dwudziestu lat nastąpił wzrost liczby brutalnych przestępstw. W 2015 roku liczba morderstw w 50 największych miastach wzrosła o 17 procent, z tym że najbardziej gwałtowny wzrost notowano w miastach, w których mieszkają duże skupiska Murzynów. Liczba morderstw w stosunku do liczby mieszkańców w Baltimore była największa w dziejach. Był to najbardziej krwawy rok w tej dekadzie w Milwaukee, gdzie liczba zabójstw wzrosła o 72 procent. W Cleveland w ubiegłym roku wzrost ten wyniósł 90 procent. W Nashville 83 procent. w Waszyngtonie 54 procent, w Minneapolis 61 procent. W Chicago, gdzie o 90 procent zredukowano liczbę wyrywkowych kontroli przechodniów, liczba przestępstw z użyciem broni palnej wzrosła do marca 2016 o 80 procent.

Po raz pierwszy wzrost przestępczości zauważyłam w maju 2015 roku i nazwałam to „efektem Ferguson”. Moja diagnoza wywołała burzę wśród antypolicyjnej lewicy i w środowisku kryminologów. Mimo tej wrzawy James Comey, dyrektor FBI, potwierdził istnienie „efektu Ferguson” w swoim wystąpieniu w University of Chicago Law School w październiku ubiegłego roku. Comey potępił „zimny wiatr”, który rok wcześniej zamroził działania związane z egzekucją prawa. Gwałtowny wzrost liczby zabójstw i przestępstw z użyciem broni palnej powiązał z kampanią antypolicyjną. Kilka dni później prezydent Obama miał czelność skarcić Comeya, oskarżając go (choć nie wymieniając z nazwiska) o „korzystanie z wybiórczych danych”, „wykorzystywanie plotek do budowania koncepcji działania i osiągania celów politycznych”. Założenie, że prezydent Obama ma większą wiedzę na temat przestępczości i egzekwowania zasad bezpieczeństwa niż dyrektor FBI, jest oczywiście śmieszne. Prezydent uważał jednak skarcenie Comeya za konieczne, gdyż uznanie, że istnieje związek między polityką prewencji i bezpieczeństwem publicznym podkopuje fundament, na którym opiera się hasło antypolicyjnej lewicy: zamiast zwalczać przestępczość, policja prześladuje mniejszości rasowe i etniczne.

Liczba przestępstw rośnie, a znaczną większość ofiar – podobnie zresztą jak napastników – stanowią jak zwykle Czarni. Rośnie również liczba policjantów, którzy padają ofiarą ataków. W sierpniu 2015 roku w Birmingham w Alabamie morderca z wyrokiem pobił do nieprzytomności policjanta, który zatrzymał go na drodze. Sprawca chciał wyrwać broń funkcjonariuszowi, tak jak próbował zrobić to Michael Brown w Ferguson, ale tu policjant zawahał się pociągnąć za spust, bo obawiał się późniejszych oskarżeń o rasizm. Takie zdarzenia będą się mnożyć, jeśli media nadal będą wspierać kampanię oszczerstw przeciw siłom policyjnym państwa, prowadzoną przez aktywistów ruchu „Black Lives Matter”. Liczba policjantów zabitych w strzelaninach w ciągu pierwszego kwartału 2016 roku wzrosła ponad dwukrotnie. W istocie prawdopodobieństwo, że funkcjonariusz zostanie zabity przez Murzyna, jest znacznie większe niż ryzyko, że nieuzbrojony Murzyn zostanie zabity przez policjanta. W ciągu ostatnich dziesięciu lat było ono większe 18,5 razy.

Ulubionym stereotypem, którym posługuje się ruch „Black Lives Matter”, jest oczywiście rasistowski biały policjant zabijający czarnego cywila. Jak pokazują badania, jest to wyłącznie wytwór publicystyki. W marcu 2015 roku Ministerstwo Sprawiedliwości opublikowało raport dotyczący działalności policji w Filadelfii, w którym można znaleźć informację, że w sytuacjach, w których policjant oddaje strzał na podstawie błędnej oceny, że podejrzany ma przy sobie broń, znacznie częściej dochodzi do zastrzelenia Murzyna przez policjanta czarnego lub latynoskiego niż przez policjanta białego. Jak pokazuje analiza przeprowadzona przez Grega Ridgeway`a, kryminologa z University of Pennsylvania, nowojorscy czarni policjanci 3,3 razy częściej oddawali strzał w czasie akcji, podczas których używano broni palnej, niż policjanci o innym pochodzeniu rasowym. Śmierć dilera narkotyków Freddiego Greya w Baltimore w kwietniu 2015 roku aktywiści „Black Lives Matter” nagięli do swojej narracji, mimo że trzej policjanci, którzy odegrali główną rolę w aresztowaniu i transporcie Graya, byli Murzynami. Nie ma żadnych dowodów na to, że białego dilera narkotyków, który podobnie jak Gray dokonywałby samookaleczeń, policjanci potraktowaliby inaczej.

Mieliśmy już podobną sytuację w latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych, kiedy biali i czarni radykałowie kierowali nienawiść, a niekiedy również przemoc, przeciw policji. Różnica polega na tym, że dziś ideologia antypolicyjna znajduje zwolenników w kręgach najwyższego establishmentu; sprzyjają jej: prezydent, prokurator generalny, rektorzy koledżów, prezesi fundacji i prasa. Kandydaci jednej partii w prawyborach na prezydenta prześcigają się w demagogicznych wypowiedziach, którymi konkurują z notorycznymi rasistowskimi oszczerstwami prezydenta Obamy wobec systemu sprawiedliwości; kandydaci drugiej zaś nie odnoszą się do zagadnienia z należytą uwagą. Nie wiem, co położy kres obecnej fali nienawiści do policji. Wiem jednak, że igramy z ogniem, a gdy przerodzi się on w pożar, trudno go będzie ugasić.

Heather MacDonald

Przekład z j. angielskiego: Witold Falkowski

Źródło: Heather MacDonald, The Danger of the “Black Lives Matter” Movement, “Imprimis”, April 2016 • Volume 45, Number 4 •

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPrzezroczysty parlament
Następny artykułNędza liberalnej demokracji partyjnej w Niemczech (Głosy zza Odry)
Heather MacDonald jest stypendystką Thomas W. Smith w Manhattan Institute i redaktorką „City Journal”. Otrzymała tytuł licencjata Yale University, magistra anglistyki na Cambridge University oraz doktora praw w Stanford Law School. Publikuje w dziennikach i czasopismach, m.in. „Wall Street Journal”, „The New York Times”, „The New Criterion” i „Public Interest”. Jest autorką książek Are Cops Racists? (2003) i War on Cops: How The New Attack on Law and Order Makes Everyone Less Safe (2016) (zob. http://www.manhattan-institute.org/expert/heather-mac-donald). Artykuł jest adaptacją wykładu wygłoszonego 27 kwietnia 2016 roku w Hillsdale Colleges Allan P. Kirby, Jr. Center for Constitutional Studies and Citizenship w Waszyngtonie, który stanowił element AWC Family Foundation Lecture Series. Ukazał się w “Imprimis” (https://imprimis.hillsdale.edu) wydawanej od 1972 r. przez Hillsdale College., jednej z najbardziej poczytnych publikacji opiniotwórczych w USA mającej miesięcznie 3,5 miliona subskrybentów.

3 KOMENTARZE

  1. Nic dodać, nic ująć. Nie od dziś widzimy, że lewactwo – które w końcu jest w odwrocie i od normalnych ludzi dostaje kopy w dupy, w celu szukania na siłę poparcia wyborczego, wyszukuje coraz to nowe urojone pokrzywdzone mniejszości i następnie za ich pomocą terroryzuje większość – jest kluczowym obecnie problemem do wyeliminowania.

    • Nic nie zrozumiałeś z tego tekstu. Jednak nie dziwi mnie to. Większość bezmyślnych łykaczy medialnej syfpapki wszystkie problemy tego świata zrzuca na”lewactwo”, nie rozumiejąc nawet sensu i znaczenia własnego bełkotu.
      Problemy dotyczące relacji ludzi białych i czarnych w USA mają bardzo głębokie korzenie. Poczytaj historię USA, może cokolwiek zrozumiesz…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here