Nędza liberalnej demokracji partyjnej w Niemczech (Głosy zza Odry)

1

Znany lewicowy publicysta stale piszący m.in. dla tygodnika „Der Spiegel” i redaktor tygodnika „Der Freitag” Jakob Augstein pyta, czym stała się polityka w Niemczech, czy szerzej, w tak zwanym zachodnim świecie. I odpowiada: toczoną w pokojach na zapleczu, grą klubową pomiędzy lobbystami i politykami. Proces erozji, rozkładu demokracji jest w toku. Demokracja krajów zachodniego świata jest niczym sweter, ktoś nawinął na palec jedną nić i ciągnie i ciągnie, i nikt nie może tego zatrzymać. Cały system zachodniej polityki doszedł do swoich granic, wielu polityków i dziennikarzy ma tylko jedną receptę: robić dalej to samo. Jednak taki upór, taka niezdolność zaakceptowania krytyki, są znakami ostrzegawczymi, że system się chwieje.

Działaczka Partii Zielonych Katrin Göring-Eckardt skrytykowała działaczkę Partii Lewicy Sarę Wagenknecht, która powiedziała w wywiadzie, że system i państwo zawiodły. Według Göring-Eckardt jest to nie tylko nacjonalizm, lecz także wyraz zwątpienia w demokratyczny charakter Niemiec. A przecież – pisze Augstein – w ostatnich latach, w trakcie wielorakich kryzysów rzeczywiście widzieliśmy, że państwo i system zawiodły. I o tym nie wolno mówić? Nie wolno nazywać rzeczy po imieniu? Nie wolno wątpić? Najważniejsze, żeby pojęcia pozostały nienaruszone, przede wszystkim pojęcie „demokracji”. Dokładnie tak samo w NRD zrobiono z „socjalizmem”. Słowo dawno stało się puste. Zostały tylko litery. Wyzute z treści. „Demokracja” może stać się w RFN tym, co kiedyś słowo „socjalizm” w NRD – pustym wytartym frazesem. Żałować należy, że w Niemczech mało kto interesuje się historią NRD. Można się z niej wiele nauczyć: o fiasku nadziei, o pozbawieniu pojęć treści, o oszukiwaniu i samooszukiwaniu się, o degeneracji idei. Także idea demokracji może się zdegenerować. Kiedy NRD upadała, szef Stasi Mielke wołał : „Ależ ja was wszystkich kocham!”. Co wykrzyknie kiedyś ostatni demokrata, pyta dramatycznie Augstein.

Niemiecko-austriacki liberalny publicysta Fritz Goergen (w latach 1982-1995 członek zarządu Friedrich-Naumann-Stiftung, w 2002 wystąpił z FDP) w tekście „Państwo partyjne i państwowe partie” pisze, że w Niemczech coraz częściej słychać skargi: moja partia jest całkowicie wymienialna, w zasadniczych kwestiach niczym nie różni się od innych. Karierę robi zaczerpnięte z żargonu politycznego NRD określenie „Blockparteien” („partie bloku antyfaszystowsko-demokratycznego”), które odnosi się dziś do partii zasiadających w Bundestagu. Niegdyś określenie to brano w cudzysłów, jako przesadną krytykę, dzisiaj dokładnie odpowiada ono rzeczywistości. Stopień upodobnienia do siebie partii w Bundestagu osiągnął już taki punkt, że dalej już pójść nie można; jedynie niezłomny zawodowy zwolennik tej czy innej partii może jeszcze wierzyć, że między partiami naprawdę istnieją jakieś różnice w ważnych kwestiach. Opozycja jest tzw. opozycją lojalną, czyli jej opozycyjność ma charakter czysto formalny. Różnice inscenizuje się jako konflikty personalne, czyli robi się medialny show. Media funkcjonują jako dworskie biuletyny. Coraz większy jest biurokratyzm i formalizm, na czoło wysuwają się prawdziwi wirtuozi porządku obrad. Debatuje się nad tym, gdzie postawić przecinek w ustawie, ale debaty o zasadniczych kierunkach polityki praktycznie się nie odbywają. Parlament staje się ciałem coraz bardziej zdepolityzowanym. W partiach jest coraz mniej wolontariuszy, coraz mniej chętnych na pełnienie honorowych funkcji, coraz więcej opłacanych współpracowników robi partyjną robotę. Młodzi ludzie zaczynają jako pomocnicy funkcjonariuszy partyjnych, potem sami są funkcjonariuszami; nie zdążą nawet poznać realnego życia, zawodu, pracy, nie wiedzą jak żyją ci, którzy pracują na ich utrzymanie jako funkcjonariuszy. Partie kręcą się zgodnie z rutyną, są związkami wyborczymi (Wahlvereine). Partie przejęły państwo na własność a państwo przejęło na własność partie, państwo partyjne i partie państwowe to dwie strony tego samego medalu – tworzą ciasno splecioną sieć od gminy do Brukseli. Partie państwowe są kierowane przez mandarynów i eunuchów demokracji – zawodowych polityków, dla których polityka jest drugorzędna – liczy się wyłącznie własna kariera. Kto się tego nie trzyma, tego się przez jakiś czas wykorzystuje jako pożytecznego błazna a potem „raus”. Partie państwowe i zawodowi politycy w rzeczywistości niewiele zmieniają, procesy gospodarcze i społeczne toczą się niezależnie od nich, tam rodzą się rzeczywiste zmiany. Partyjni politycy robią z opóźnieniem to, co prawie bezgłośnie dokonało się już gdzie indziej. W tym sensie prymat polityki to iluzja.

Ekonomista i dziennikarz, od 2007 roku członek redakcji gospodarczej „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, Philip Plickert zauważa, że jeszcze parę dekad temu w kampanii wyborczej w Niemczech mogło pojawić się hasło „wolność albo socjalizm”, dzisiaj już nie. Politycy stali się doskonale wymienialni, nie posiadają wyrazistych konturów ideologicznych, nie reprezentują żadnych odmiennych treści, wszyscy tłoczą się w centrum, stanowiąc jedną wielką niezróżnicowaną polityczną breję. Politolodzy i ekonomiści mają proste wytłumaczenie tego procesu: partie, które chcą zdobyć większość muszą przekonać nie tylko wyborców lewicowych lub prawicowych, ale również tych w centrum, gdyż to oni są języczkiem u wagi zapewniającym większość.

Ponad 50 lat temu amerykański ekonomista Anthony Downs w książce An Economic Theory of Democracy opisał reguły tej gry, której rezultatem jest konwergencja ideologiczna partii lewicowych i prawicowych. Oczywiście, rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż ten model. To, jak dalece wyborcy i partie czysto racjonalnie maksymalizują swoją korzyść, jest od dawna problemem spornym. Obserwuje się też, np. w USA, rosnącą polaryzację partii. Lewica to – jak się przyjmuje – więcej wydatków państwowych, więcej interwencji rządu, więcej redystrybucji, świadczeń socjalnych i subwencji, natomiast prawica „mniej państwa”, czyli mniej wydatków, mniej redystrybucji zasobów, mniej subwencji. Czy nie jest aby tylko retoryka? Czy walka ideologiczna nie jest pozorna? A może występują jednak istotne różnice w działaniu rządów lewicowych i prawicowych? Odpowiadając na to pytanie, Plickert powołuje się na ekonomistę młodszego pokolenia Niklasa Potrafke, który w swojej pracy doktorskiej poddał empiryczno-ekonometrycznej analizie politykę fiskalną i socjalną RFN w okresie od 1949 do 2005 roku. Wynik jego badań nie pozostawia wątpliwości: nie było znaczących różnic pomiędzy rządami CDU i SPD, a na decyzje o tym, czy ma być „więcej państwa”, czy „mniej państwa” nie miała wpływu ideologia polityczna danej partii, lecz okoliczności zewnętrzne, sytuacja ekonomiczno-społeczna. Partie różniły się jedynie koncepcją, jak należy podzielić budżet, jednakże ideologia polityczna na ogólną sumę wydatków nie miała znaczącego wpływu.

Różnice ideologiczne miały natomiast znaczenie na poziomie landów. Potrafke, posługując się, opracowanym przez ekonomistę Clemensa Fuesta, „indeksem wolności gospodarczej” (wielkość aparatu państwowego, wysokość podatków, liczba pobierających świadczenia socjalne itp.), wykazał, że występują różnice w zależności od tego, kto rządzi danym landem. Z regionu na region zakres wolności zmienia się: lokalne rządy socjaldemokratów wyraźnie korelują ze zmniejszeniem zakresu wolności. Na płaszczyźnie lokalnej, gdzie polityczne orientacje i wyobrażenia aksjologiczne są zbliżone, można pokazać wyrazistszy profil ideowy i jedną linię polityczną. Jest to – zdaniem Plickerta – argument przeciwko centralizmowi a za federalizmem – w mniejszych jednostkach terytorialnych mamy do czynienia z łatwiej odróżnialnymi politycznymi koncepcjami i rozwiązaniami, które następnie muszą zwyciężyć we współzawodnictwie z innymi terytoriami. Według Plickerta Unia Europejska idzie w dokładnie przeciwnym kierunku, coraz bardziej się centralizując. Ponieważ na płaszczyźnie ogólnoeuropejskiej ideowe różnice nie mają znaczenia, Bruksela jest tylko miejscem, gdzie kłębią się zorganizowane grupy interesów. Dlatego: „Uwaga na centralizację!”, ostrzega Plickert.

Mathew D. Rose jest Amerykaninem od wielu lat mieszkającym w Niemczech. Z wykształcenia historyk, należy do rzadkiego już gatunku dziennikarzy śledczych. Skupia się na wykrywaniu korupcji i nepotyzmu, kumoterstwa, klientelizmu i rządów kolesi w Niemczech, zwłaszcza w Berlinie, gdzie mieszka. Pisał dla „Handelsblatt”, „Manager Magazin” i innych gazet. W swoich książkach Warten auf die Sintflut. Über Cliquenwirtschaft, Selbstbedienung und die wuchernden Schulden der Öffentlichen Hand (Czekanie na potop. Gospodarka klik, samoobsługa i rosnące długi sektora publicznego), Eine ehrenwerte Gesellschaft. Die Berliner Bankgesellschaft (Szanowane towarzystwo. Berlińska Spółka Bankowa), Berlin. Hauptstadt von Filz und Korruption (Berlin – stolica kumoterstwa i przekupstwa), Korrupt? Wie unsere Politiker und Parteien sich bereichern – und uns verkaufen (Skorumpowani? Jak nasi politycy i nasze partie się bogacą – a nas sprzedają) tropi machlojki, przekręty, szemrane prywatyzacje, oszustwa i przekupstwa, wylicza zmarnotrawione subwencje, piętnuje władzę niemieckich klik i sitw działających na styku polityki i biznesu, w towarzystwach budowlanych i bankach krajowych.

Rose pragnie skierować snop światła na nieprzejrzyste układy i powiązania polityczno-biznesowe, ukazać mechanizmy działania klasy rządzącej, traktującej politykę jako środek zarabiania i bogacenia się. Idzie śladem pieniądza, zagląda za finansowe kulisy partii i polityków, którzy zamiast reprezentować „wolę narodu”, pracują na własny rachunek jako lobbyści dużego biznesu, obejmując lukratywne posady w gospodarce – w tych samych branżach, na które wpływ miały podejmowane przez nich wcześniej decyzje polityczne.

W Berlinie, w którym jak w soczewce skupiają się problemy całych Niemiec, partyjni żołnierze do swoich kieszeni przelewają publiczne pieniądze wydawane na wielkie prestiżowe projekty budowlane, lotniska, stadiony, systemy pobierania myta na autostradach etc. Rose opisał kulisy decyzji i historię budowy nowego wielkiego berlińskiego lotniska. Pomysł był całkowicie oderwany od rzeczywistości, zadłużone po uszy miasto porywa się na nowe, drogie lotnisko, na które żaden prywatny inwestor by się nie zdecydował. Decyzja o jego budowie była merytorycznie błędna, ale za to ponadpartyjna, to znaczy wszystkie partie zgodnie opowiedziały się za tym szaleńczym projektem, chociaż szaleńczym tylko pozornie, jeśli się rozumie, że chodzi o ogromne zamówienia publiczne, o milionowe umowy dla doradców i wysoko płatne posady dla ludzi z klasy politycznej Berlina.

Inna sprawa opisana przez Rosego to jeden z największych skandali gospodarczych w historii RFN – afera wokół Bankgesellschaft Berlin. Towarzystwo bankowe utworzono wyłącznie dla posad, zleceń i kredytów; urzędnicy, menedżerowie bankowi, politycy, prominenci z branży budowlanej wspólnie dokonali „grabieżczego rajdu na kasy z publicznymi pieniędzmi”, rewidenci przymykali oko, berlińska prokuratura też niczego nie zauważała (w Berlinie spekulowano, czy była aż tak nieudolna, czy po prostu przekupiona). Miliardowe straty musieli pokryć podatnicy. Jeden z recenzentów napisał, że historia opowiedziana przez Rose`go traktuje o przestępczej chciwości i niewyobrażalnej wprost niekompetencji, o samozwańczej elicie, która w bagnie po zjednoczeniu Niemiec ogromne sumy przelała do swoich własnych kieszeni, o politycznej nieodpowiedzialności, możliwej tylko wtedy, gdy dysponuje się pieniędzmi podatników, a nie prywatnym kapitałem.

Na swoich kolegach po fachu nie zostawia Rose suchej nitki. Coraz więcej dziennikarzy odnajduje się w roli rzeczników prasowych ministerstw i przedsiębiorstw. Oznacza to potężny skok w zarobkach i inne finansowe profity. Dochodzi do sytuacji, że dziennikarz pisze o jakiejś sprawie, starając się równocześnie o posadę u drugiej strony. Generalnie media stają coraz bardziej lizusowskie, biorą udział w kampaniach dezinformacyjnych, władza i wielki biznes używają ich jako swojego pasa transmisyjnego do opinii publicznej.

Rose uważa, że dziennikarze nie są mniej skorumpowani niż politycy. Z takimi jak on krytycznymi dziennikarzami walczy się nasyłając na nich prawników, którzy zasypują ich pismami, napominają i straszą. Także sądy coraz częściej wydają wyroki sprzeczne z wolnością słowa. Ale największa cenzura jest w samych mediach, niewygodne informacje przemilcza się i zataja. Dziennikarze i redaktorzy nie są nawet świadomi swojego konformizmu. Mają po prostu w głowach zainstalowane naturalne filtry, które zatrzymują wszystko, co mogłoby im zaszkodzić.

Obserwując przez wiele lat niemieckie życie polityczne Rose doszedł do wniosku, że od drugiej połowy lat 90. XX w., zachodzi coraz silniejsza komercjalizacja niemieckiej demokracji. Polityka stała się doskonale zorganizowaną gałęzią gospodarki, funkcjonującą na zasadach wielkiego biznesu według zasad zysku i stopy zwrotu z inwestycji. Partie polityczne w RFN coraz mniej mają wspólnego z ideologiami i kształtowaniem rzeczywistości społecznej, stały się firmami usługowymi nastawionymi na zysk, osiągającymi miliardowe obroty i zatrudniającymi, ostrożnie licząc, ok. 20 000 ludzi. Czołowi działacze partyjni, lojalni wobec partii-firmy, postrzegają siebie jako menedżerów lub bankierów, mających na uwadze przede wszystkim własną karierę i wzbogacenie się.

Spadek liczby głosów oddanych w wyborach oznacza zmniejszenie obrotów handlowych partii-firmy; maksymalizacja głosów oznacza maksymalizację gospodarczego zysku. Partie-firmy mają bogatą ofertę: dotacje, subwencje, przywileje podatkowe, rozporządzenia korzystne dla określonych grup biznesowych – rocznie 40 miliardów euro w zleceniach na poziomie federalnym, krajowym i gminnym. Główna usługa jaką świadczą polega na przekuwaniu partykularnych interesów w ustawy parlamentarne.

Wielu Niemców – uważa Rose – nie wierzy już w partyjną demokrację dochodzącą do punktu, w którym społeczeństwo jest konsekwentnie wykluczane z procesu podejmowania decyzji politycznych. Z partiami nie należy wiązać żadnych nadziei, jedyna droga do odbudowy demokratycznych struktur prowadzi poprzez budowanie ruchów społecznych.

 Reporter, autor książek o kulturze i kwestiach społecznych, dziennikarz („Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Die Welt”) Dirk Schümer jest zdania, że nie tylko Niemcy, ale cala Europa już dawno wkroczyła w epokę postdemokratyczną; nasz kontynent znajduje się w ciężkim kryzysie konstytucyjnym, europejski projekt zmierza ku samolikwidacji. Komisja Europejska i Europejski Bank Centralny zaczynają pełnić taką rolę jaką w Chinach pełni Komitet Centralny Komunistycznej Partii Chin. Jeśli nic się nie zmieni, raz jeszcze przeżyjemy implozję kruchego przedsięwzięcia o nazwie „demokracja”. Rządy demokratyczne zastępowane są administratorami stanu wyjątkowego; parlamenty mają coraz mniej do powiedzenia. Kiedyś posłowie latami wykłócali się w parlamencie o subwencje dla mleka i dopłaty do żłobków, a dziś ponad ich głowami wypłaca się sumy tysiąckrotnie wyższe; rządy organizują ekonomiczne pucze, poniżają i upokarzają posłów.

Obecny kryzys – twierdzi Dirk Schümer – jest nie tylko kryzysem finansowym, lecz także kryzysem partii politycznej jako takiej. Sama instytucja partii wciągana jest w wir kryzysu; choroba ma charakter systemowy, brak jest politycznych alternatyw, zanika demokratyczne współzawodnictwo. W wielu krajach europejskich obojętne jest, który kierunek ideologiczny administruje sytuacją, partie występują jako cienie swoich dawnych ideologii, są politycznymi zombie ugrupowań z czasów, kiedy było jeszcze co rozdawać. Partie rozdzielają to, co jeszcze zostało z lepszych lat, a zostało już niewiele, o wyniku wyborów rozstrzygają emeryci, urzędnicy oraz wszyscy inni finansowani z podatków. Jedyną utopią, jaką chce się realizować w Europie to wcześniejsze emerytury. Życie polityczne demokracji psieje do poziomu współzawodnictwa chciwców i szantażystów. Dawne partie ludowe (Volksparteien) – przewiduje Schümer – zastąpione zostaną jeszcze bardziej bezczelnymi i zuchwałymi zrzeszeniami klientystycznymi, które będą łudzić ludzi, że mają jeszcze jakiś wybór. Z napięciem przyglądać się będziemy, co pozostanie z sytemu partyjnego. Europa jako muzeum demokracji? Europa jako ogródki działkowe emerytów, którzy swojej działki bronią jeśli to konieczne z bronią w ręku?

Publicystka i pisarka Vera Lengsfeld była w latach 80. XX wieku działaczką praw człowieka w NRD, a następnie aktywistką Partii Zielonych, którą opuściła przechodząc do CDU (z ramienia chadecji była posłanką w latach 1998-2005). Oburzona przyznaniem przez Bundestag miliardów euro na ratowanie bankierów, oświadczyła, że niemiecki parlament sam siebie zdegradował do organu złożonego z potakiwaczy. Posłowie głosują nad tekstami w niepełnej wersji, rząd zataja przed parlamentem istotne informacje, parlament zrezygnował ze swojej funkcji kontrolnej. Według Lengsfeld posiedzenia i głosowania w Bundestagu coraz bardziej przypominają posiedzenia i głosowania w Izbie Ludowej NRD, tam również posłowie po prostu wykonywali wolę partii i kierownictwa państwa.

Warto zwrócić uwagę na książkę Die Pleite-Republik. Wie der Schuldenstaat uns entmündigt und wie wir uns befreien können, (Zbankrutowana republika. Jak państwo długów nas ubezwłasnowalnia i jak możemy się wyzwolić). Jej autor Reiner Hank, szef redakcji gospodarczej “Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung”, opisuje w jaki sposób niemieckie „państwo długów” ubezwłasnowolnia obywateli i jak można się z tego wyzwolić. Krytykuje nie tylko starzejące się państwo socjalne, ale samą logikę systemu demokratycznego, w którym coraz bardziej fantastyczne obietnice socjalne mogą być zaspokajane wyłącznie poprzez coraz większe zadłużenie. Hank kreśli projekt autentycznie liberalnych Niemiec, postuluje decentralizację władzy, żąda wolności opinii i odpowiedzialności za własne czyny. I ostrzega: ani banki, ani państwa nas nie uratują. Z czym trudno się nie zgodzić.

Numerem jeden wśród krytyków niemieckiego państwa partyjnego jest prof. Hans Herbert von Arnim (ur. 1939), przez wiele lat wykładający na Wyższej Szkole Nauk Administracyjnych w Spirze, autor wielu książek żeby wymienić choćby takie pozycje jak Łamanie konstytucji, Partie polityczne w procesie przemian. Ich ewolucja w ograniczające konkurencję partie państwowe i co z tego wynika, Korupcja. Sitwy w polityce, administracji i gospodarce, Partie ludowe bez ludu, Z pełnym brzuchem trudniej się rządzi, Państwo jako łup, Państwo bez sług, czyli co obchodzi polityków dobro narodu, System – machinacje władzy. Polskiemu czytelnikowi znany jest z wydanej przez wrocławskie wydawnictwo Wektory książki Europejska zmowa. Jak urzędnicy UE sprzedają naszą demokrację.

W RFN powstał kartel partii państwowych, które coraz bardziej oddalone są od zwykłych ludzi i od nich niezależne. Strumienie pieniędzy przeznaczonych na partie i kluby parlamentarne od 1950 r. zwiększyły się 450 razy i rosły 8 razy szybciej niż PKB. Parlament niemiecki jest, jeśli chodzi o załatwianie własnych spraw, zwłaszcza finansowych, ucieleśnieniem „nieprzejrzystości“ i „braku kontroli“. Ta „nieprzejrzystość” nie jest oczywiście czymś przypadkowym, partie i organy parlamentu starają się maksymalnie ukryć przed obywatelami sumy, które przeznaczają na swoje wydatki. Wykrycie tego nie jest łatwe, ponieważ aparaty partyjne, kluby parlamentarne, fundacje, kasta współpracowników posłów zlewają się w jedną wielką niekontrolowaną korporację.

W jednym z numerów renomowanego specjalistycznego dwutygodnika „Die Öffentliche Verwaltung” (wychodzi od 1947 roku) von Arnim opublikował artykuł „Współpracownicy posłów: armia rezerwowa partii?”, w którym pokazał jak rozwija się i funkcjonuje grupa osobistych współpracowników (asystentów itp.) niemieckich posłów do Bundestagu i do parlamentów krajowych. Od 1969 roku do dziś ich liczebność wzrosła dwudziestokrotnie, obecnie każdy poseł do parlamentu ma 10 współpracowników (kilku pracuje na cały etat, reszta na pół i ćwierć etatu). Ten dynamiczny rozwój liczebny sprawił, że każdy poseł do Bundestagu ma dziś do dyspozycji cztery pomieszczenia; do listopada 2010 roku w budynkach parlamentu dobudowano 300 nowych pomieszczeń wydając na to w sumie 250 milionów euro. Ponieważ każdy poseł do parlamentu krajowego ma dwóch współpracowników, to w sumie posłom na szczeblu federalnym i krajowym pomaga ponad 10.000 osobistych współpracowników, których pomoc kosztuje rocznie podatnika 224 miliony euro. Są to dodatkowe pieniądze, poza ryczałtowymi sumami otrzymywanymi przez posłów na działalność poselską.

Mimo że ich zadaniem ma być – według ustawy – pomaganie posłom w wypełnianiu poselskich obowiązków, to w rzeczywistości są to opłacani z budżetu państwa działacze partii zasiadających w parlamencie. Jak dowodzi prof. von Arnim, armia asystentów i współpracowników posłów jest w rzeczywistości armią pomocniczą partii; stanowią oni jej kręgosłup, pracują w okręgach wyborczych swoich posłów, w lokalnych organizacjach partyjnych, przy kampaniach wyborczych. Poświęcają działalności partyjnej 80-90% czasu. Kiedy przestają pracować dla posłów, ci załatwiają im pracę w administracji państwowej, we władzach samorządowych, organizacjach gospodarczych. Nierzadko idą drogą swoich partyjnych pracodawców np. poseł SPD Rudolf Scharping pracował w biurze posła SPD Wilhelma Droeschera, zaś w jego biurze pracował Jörn Thießen, który potem też został posłem.

Do opinii publicznej trafiają tylko najbardziej jaskrawe przypadki nadużyć związanych ze współpracownikami posłów: a to jeden poseł zatrudnił swoją przyjaciółkę, której poza tym załatwił pracę w urzędzie gminy, inny zatrudnił piłkarza ze swojego lokalnego klubu, jeszcze inny wysyłał asystentów do pracy w swojej prywatnej stadninie etc. etc. Ale, zdaniem prof. von Arnima, jest to jedynie czubek góry lodowej „całkiem normalnych nadużyć”. Jego ostateczna ocena brzmi: mamy do czynienia ze zjawiskiem poza demokratyczną kontrolą, będącym w istocie niekonstytucyjnym i nielegalnym finansowaniem partii politycznych, mającym w wielu przypadkach charakter malwersacji.

O ile prof. von Arnim chce poprawiać i reformować system partyjnej demokracji od wewnątrz, o tyle publicysta i bloger, Roland Woldag, określający się jako chrześcijańsko (ewangelicko)-pruski libertarianin uważa to za stratę czasu. W tekście „Partie – jemioły na drzewie ładu społecznego” Woldag pisze, iż partyjni demokraci stale narzekają, że ludzie się nie interesują polityką, nie pojawiają się w lokalach wyborczych, nie uczestniczą w „demokratycznych procesach kształtowania społeczeństwa”, nie włączają się dostatecznie mocno w „system demokratyczny”. On sam naiwnie sądził kiedyś, że należy się włączyć w system, był nawet członkiem zarządu, na szczeblu landu, jednej z małych partii. Jednak szybko zrozumiał, że funkcjonariuszom małych partii nie chodzi wcale o zwalczanie populistyczno-przestępczych machinacji wielkich partii, ale wyłącznie o to, żeby mieć taką samą władzę i apanaże jakie mają funkcjonariusze tychże partii. Zarządy małych partii symulują nawet język, gesty i rytuały zarządów wielkich partii, co zamienia ich partyjne zjazdy w groteskowe imprezy.

Wszędzie tam – wywodzi Woldag – gdzie opłacani z podatków partyjni demokraci „wyruszają na ludzi”, zaczyna się „droga do niewolnictwa” (Hayek); z każdą kolejną demokratyczną partią, kolejne dawki keynesizmu spadają na, tworzącą realne wartości, gospodarkę, podcinając jej cywilizacyjne fundamenty; zamiast „państwa prawa” (Rechtsstaat) mamy „państwo lewa” (Linksstaat), które nie pozwala na istnienie decydującego o sobie społeczeństwa obywatelskiego. Każdy, kto „wybiera” jakąś partię, automatycznie wybiera lewicę, ponieważ wybiera manipulacje rynkiem, monetarny socjalizm i grabienie tych, którzy tworzą realne wartości ekonomiczne, z czego odnoszą korzyść „demokratycznie legitymizowane” grupy interesu. Wszystkie partie są „lewicowe”, ponieważ wszystkie chcą „demokratycznie kształtować społeczeństwo” i „wychowywać naród”, a to właśnie jest istota lewicowości.

„Wewnętrzne organy” niemieckiego państwa partyjnego ujawniają dziś swój autoagresywny charakter i swoje perwersyjne funkcje: ministerstwo rodziny kieruje demograficzny i materialny potencjał rodziny na rzecz bezdzietnych, gejowsko-lewicowych „alternatywnych projektów życiowych” i niszczy tożsamość płci, ministerstwo gospodarki odbiera wolność gospodarczą klasie średniej na korzyść struktur państwowo-monopolistycznych, ministerstwo spraw wewnętrznych ogranicza wolność jednostki na korzyść władzy politycznej, ministerstwo finansów optymalizuje wyzysk zanikającej warstwy tych, co wypracowują dochód narodowy, na korzyść politycznych „elit”, ministerstwo rozwoju niszczy wolność gospodarczą „Trzeciego Świata” na korzyść wielkiej finansjery, ministerstwo edukacji dewastuje szkolnictwo, ministerstwo obrony czyni kraj niezdolnym do obrony, ministerstwo zdrowia degraduje system zdrowotny, ministerstwo spraw socjalnych hoduje coraz liczniejszą rzeszę ludzi zależnych od opieki socjalnej, narodowy parlament zdradza naród, państwo partyjne odwraca naturalny ład w jego przeciwieństwo, rujnując niemiecką i europejską cywilizację.

W Niemczech dużo się pisze o społecznościach równoległych tworzonych np. przez imigrantów muzułmańskich, tymczasem to klasa partyjna jest społecznością równoległą; w równoległym świecie partyjnej polityki kariery robią ludzie, którzy – z braku jakichkolwiek kwalifikacji – nie zrobiliby jej w świecie realnej gospodarki; w tym świecie fachowe kwalifikacje się nie liczą, a jedynie talent przekonywania wyborców. Często są to nieudacznicy bez solidnego wykształcenia, zawodu, dochodów, rodziny, czyli tego co nadaje człowiekowi godność i autentyczną pozycję społeczną. Wysocy partyjni funkcjonariusze są de facto nieusuwalni, partia zapewnia im popularność, władzę, przywileje i dochody; chcąc sobie zabezpieczyć spokojną starość biorą posady ministerialne, żeby dzięki „służbie państwowej” otrzymywać potem sute, ponadprzeciętne emerytury. Partie nie tworzą żadnych wartości, ale żerują na społeczeństwie niczym pasożyty, rekwirują obywatelom część dochodów, aby zapewnić swoim funkcjonariuszom przywileje, utrzymanie, władzę i prestiż. Kiedy się zapchały parlamenty narodowe, stworzono parlament europejski, w kolejce czeka parlament światowy.

Partie uważa Woldag – są zwierciadlanymi odwróconymi odbiciami realnej gospodarki – dzięki władzy stanowienia prawa, zamiast wypracowywać dochód, stają się szantażystami pobierającymi haracz od podmiotów gospodarczych, wielkimi quasi-przestępczymi strukturami, które całe narody biorą jako zakładników; rosną na społeczeństwie jak jemioła na drzewie, która wprawdzie ładnie wygląda, ale wysysa soki z gospodarza. Ludzie myślą, że partie tak jak jemioła przynoszą szczęście, nie dostrzegając, że prawdziwa moc jemioły dopiero wtedy się ujawnia, kiedy się ją odetnie od drzewa i zawiesi na odrzwiach – tam, pozbawiona żywiciela, usycha.

Niemcami rządzi, zdaniem Woldaga, „państwowa hydra”, czyli symbiotyczny układ państwa partyjnego, mediów i banków. Czy może tu powstać prawicowa partia, która skutecznie przeciwstawiłaby się polityczno-bankowo-medialnemu kartelowi i byłaby alternatywą dla rządzących partii lewicowych: socjaldemokratów (CDU), socjalistów (SPD), ekosocjalistów (Zieloni), socjalistów narodowych (NPD), komunistów (Lewica), lewicowych liberałów (FDP)? Oczywiście, nie należy zapominać, że pomiędzy lewicowymi partiami występują sprzeczności interesów podobnie jak istnieją sprzeczności interesów pomiędzy szakalami szarpiącymi ofiarę. Wszystkie niemieckie partie to „anglokeynesiści”, ich przeciwnikiem musiałaby być partia „Austriaków” (zwolenników szkoły austriackiej w ekonomii). „Austriacy” reprezentują koncepcję gospodarki opartej na realnych wartościach, realnych oszczędnościach, racjonalnym gospodarowaniu rzadkimi zasobami, natomiast „anglokeynesiści” – gospodarki opartej na kredycie i plądrowaniu narodów przy pomocy inflacyjnego wyzysku. Woldag jest pesymistą – w demokratycznym (lewicowym) systemie partyjnym, nie ma szans prawica wstawiająca się za interesami produktywnej mniejszości; partia austriacka, która nie ma zamiaru „kształtować demokratycznie społeczeństwa” i „wychowywać narodu”, nie ma szans w partyjnej demokracji, ponieważ kto nie chce wyrywać kawałów mięsa z łupu, ten ginie z głodu niczym hiena, nie mająca ochoty uczestniczyć w uczcie.

Nie oznacza to jednak, że nie należy stawiać postulatów politycznych i ich propagować. Pierwszy i naczelny postulat to położenie kresu finansowania partii z podatków, muszą one mieć ten sam status, co inicjatywy obywatelskie czy stowarzyszenia, i być finansowane wyłącznie ze składek członkowskich i darowizn. I drugi postulat: zniesienie banku centralnego – producenta papierowego pieniądza, dzięki któremu system może się utrzymać (demokratyczne partie są w pewnym sensie piątą kolumną wielkiej finansjery działającej w systemie papierowego pieniądza).

Jaka przyszłość czeka partie keynesistowskie? Miały one nieograniczoną władzę prawnej i fizycznej dominacji nad społeczeństwem, gospodarką, pieniądzem, a jednocześnie korumpowały wyborców. Jednakże tak ogromnych sum przeznaczonych na masowe przekupstwo nie da się już wycisnąć z realnej gospodarki, przeto stwarza się je za pośrednictwem systemu papierowego pieniądza i zaciągania długów. Ale przychodzi moment, że dalsze zadłużanie staje się niemożliwe. Wówczas system demokratycznego samooszustwa i monetarnego socjalizmu zaczyna się rozpadać. Ta chwila zbliża się wielkimi krokami. Totalna demokracja partyjna i socjalizm noszą w sobie tę samą truciznę uzurpacji wiedzy i władzy – dlatego muszą upaść, konkluduje Roland Woldag.

Prof. Karl Albrecht Schachtschneider (ur. 1940) to wieloletni profesor prawa publicznego na uniwersytecie w Norymberdze-Erlangen, uchodzący za jednego z najlepszych w Niemczech znawców prawa państwowego, europejskiego i konstytucji europejskiej, niezłomny obrońca państwa prawa i republikańskich ideałów, autor wielu książek – prawie wszystkie wydane przez renomowane wydawnictwo berlińskie Duncker und Humblot, m.in. Zasady państwa prawa (423 str.), Wolność w republice (750 str.) oraz opublikowane w 1994 roku monumentalne dzieło Res publica res populi. Uzasadnienie ogólnej teorii republiki – przyczynek do doktryny wolności, prawa i państwa (1306 stron, 6000 przypisów, 61 stron bibliografii).

Prof. Schachtschneider reprezentuje niezwykłą jasność i niepodważalną logikę prawniczego myślenia, niewiarygodne wręcz wyczucie wszelkich niuansów, odcieni i subtelności języka prawniczego. Nieustannie zwraca uwagę i ostrzega przed niebezpieczeństwem polegającym na tym, że polityczna rzeczywistość coraz bardziej odbiega od konstytucyjno-prawnej normy. Naruszanie zasad państwa prawa jest, jego zdaniem, czymś więcej niż tylko złamaniem prawa, to czyn głęboko urażający ludzką godność. Tymczasem takie naruszenia zdarzają się coraz częściej pod rządami pluralnej oligarchii partyjnej w Niemczech, której istnienie i funkcjonowanie jest sprzeczne z zasadami republiki. W partyjnej demokracji zamazuje się coraz bardziej republikański podział władz, który istnieje jeszcze tylko dlatego, że względna niezależność urzędników i sędziów tworzy tu pewną przeciwwagę. Dla obu tych grup powinien obowiązywać absolutny zakaz przynależności partyjnej. Nieprzekupni sędziowie są fundamentem republiki i wszelki wpływ partii na korpus sędziowski musi być wyeliminowany.

Analizując zachodzący w Niemczech proces „przebudowy” państwa i społeczeństwa za pomocą nieograniczonej imigracji, prof. Schachtschneider twierdzi, że przebudowy tej dokonuje tworząca system partyjna oligarchia mocno osadzona w siodle. Partie mogą to czynić, ponieważ nie są demokratycznie związane. Nie współdziałają przy „politycznym stanowieniu woli narodu”, jak mówi artykuł 21 ustawy zasadniczej, ale same określają wolę państwa, a dokładniej czyni to kierownictwo partii, w którego ręku spoczywa pełnia władzy (członkowie partii nie mają na nic wpływu, dlatego zadowalają się posadami i synekurami). Wyborcy pozbawieni zostali możliwości głosowania na rzeczywistą polityczną alternatywę, ponieważ nie istnieje prawdziwa opozycja wobec rządów oligarchii.

Z politycznej wspólnoty mającej urzeczywistniać wolność, partie stworzyły system panowania, w którym obywatele zdegradowani zostali do statusu poddanych. Partie „walczą“ jedynie o posady, ich środkiem panowania są agitacja i propaganda, którą prowadzą w sojuszu z wielkimi mediami. Odgórnie popierana „polityczna poprawność“ odbiera obywatelom odwagę publicznego wyrażania opinii, i taka też jest jej funkcja. Prof. Schachtschneider broni wolności słowa wobec nacisku państwowej propagandy i coraz większej presji politycznej poprawności – w Niemczech panuje, jego zdaniem, despocja politycznej poprawności. Wszystkie gumowe paragrafy przewidujące karę za „podżeganie do nienawiści”, za kwestionowanie takich czy innych historycznych tez etc. są sprzeczne z zasadami państwa prawa i wolnością słowa. Niemcy są pod tym względem w połowie drogi pomiędzy państwem, które roztacza nad obywatelami kuratelę a państwem, które represjonuje za poglądy.

Państwo partyjne jest przejawem rozkładu republiki. Za jego powstanie i rozrost, który nastąpił wbrew konstytucji, odpowiada Trybunał Konstytucyjny. Wspierał on ten proces zgadzając się na taki a nie inny system wyborczy, na niezgodny z konstytucją pięcioprocentowy próg wyborczy i finansowanie partii z kasy państwowej. Prof. Schachtschneider niejednokrotnie bardzo ostro krytykował zarówno skład Trybunału Konstytucyjnego zależny od partyjnych konstelacji; jak i jego konkretne orzeczenia. Głośna stała się jego krytyka błędnej i podyktowanej względami politycznymi decyzji Trybunału sankcjonującej konfiskatę przez komunistów własności ziemskiej w latach 1945-1949. Trybunał Konstytucyjny sankcjonował także inne przypadki łamania konstytucji przez rządzącą oligarchię partyjną np. niszczenie instytucji małżeństwa i pozbawienie ochrony nienarodzonych dzieci

Wśród krytyków stosunków politycznych i społecznych w Niemczech wyróżnia się Reginald Grünenberg. Ten filozof, menedżer, wynalazca, przedsiębiorca, doradca finansowy, politolog, publicysta, scenarzysta i literat jest m.in. autorem książki Das Ende der Bundesrepublik. Demokratische Revolution oder Diktatur in Deutschland (Koniec Republiki Federalnej. Demokratyczna rewolucja czy dyktatura w Niemczech).

Grünenberg uważa, że następuje „niewidzialne bankructwo państwa”, i że Republika Federalna Niemiec jest wyczerpana finansowo, politycznie i społecznie. Stan, w jakim znalazła się RFN, to „pędzący zastój”; w powietrzu wyczuwa się niezadowolenie i niepewność obywateli. Z różnych kierunków ideowo-politycznych dochodzą głosy zaniepokojenia pogarszaniem się warunków życia, pracy i działalności ekonomicznej, rozpasaniem pleniącej się biurokracji, zanikiem inicjatywy, innowacyjności, odwagi i wzajemnego zaufania. Rosną koszty ubezpieczeń społecznych, dług publiczny eksploduje, dramatycznie spada liczba urodzeń. Kryzys finansowy jest, według Grünenberga, tylko przygrywką do głębszego kryzysu gospodarczego i społecznego. Wolnościowa demokracja niemiecka dusi się za murami, które wysoko wznieśli wokół siebie – wykorzystując ustawę zasadniczą – biurokraci i funkcjonariusze partyjni. Panuje postdemokratyczna dyktatura status quo, dzisiejsza lewica i prawica to tylko różne barwy jednej i tej samej ideologicznej fatamorgany. Postępuje pełzająca delegitymizacja republiki oraz erozja demokratycznej substancji w najważniejszych organach przedstawicielskich państwa. Obywatele mają coraz większe wątpliwości, czy w tej sytuacji wybory w ogóle są właściwym środkiem uczestnictwa w polityce.

Zdaniem Grünenberga procesy, które dzisiaj obserwujemy w Niemczech, to nie przejściowy kryzys, lecz końcowa faza projektu o nazwie Republika Federalna Niemiec. Od obecnych partii nie można spodziewać się żadnych impulsów w kierunku zmiany sytuacji, ponieważ one same są zasadniczym składnikiem kryzysu. Nie tylko, że nie można od nich oczekiwać jakichkolwiek – poza kosmetycznymi – zmian, ale można być pewnym, że politycy razem z warstwą urzędniczą, parlamentem i innymi instytucjami, będą robić wszystko, aby zapobiec rzeczywistym zmianom i reformom. Celem postdemokratycznej dyktatury status quo jest zachowanie istniejącego porządku, mimo iż nawarstwiają się nie rozwiązane problemy, jak również problemy w jego ramach nierozwiązywalne. Kartel partyjny zawarł pakt przeciwko zmianom, a na horyzoncie nie widać sił politycznych, które byłyby wobec niego alternatywą i mogłyby za cel obrać zmianę systemu. Ale to nie znaczy, że należy z założonymi rękami czekać na to, co nadchodzi. Jeśli nie przedsięweźmie się zasadniczych kroków, Republika Federalna ześlizgnie się w „dziwaczną formę dyktatury”. Aby ratować demokrację, należy zakończyć istnienie Republiki Federalnej.

Dlatego Grünenberg postuluje powołanie nowej partii, która wypisze na swoich sztandarach hasło III Republiki. Jedynym celem nowej partii winno być przeprowadzenie legalnej, pokojowej, demokratycznej rewolucji, zgodnie z paragrafem 148 ustawy zasadniczej mówiącym o tym, że ważność uchwalonej w 1949 roku prowizorycznej „ustawy zasadniczej dla Republiki Federalnej Niemiec” ustanie z chwilą ustanowienia nowej, prawdziwej konstytucji. I to ustanowionej nie na drodze zmiany obecnej ustawy zasadniczej, ale w wyniku ogólnonarodowego referendum i wprowadzenia nowej konstytucji, co przyniesie radykalną zmianę ram instytucjonalnych państwa, zakończy byt polityczny dawnej Republiki Federalnej Niemiec i stanie się aktem założycielskim III Republiki Federalnej (III RF). Zniesiona zostanie dyktatura status quo, której istotą i celem było obrabowanie narodu z wolności politycznej

Do niemieckich ekonomistów mocno zaniepokojonych kierunkiem, w jakim zmierza kraj, gdzie „10 czołowych polityków i 10 medialnych carów gra w monopoly”, należy prof. dr Bernd-Thomas Ramb. Studiował matematykę, fizykę i ekonomię w Gießen i Marburgu, habilitował się w 1984 roku na uniwersytecie w Siegen, na którym dzisiaj prowadzi wykłady. Jest doradcą finansowym i ekonomicznym, autorem wielu artykułów i kilku książek m.in. Der Zusammenbruch unserer Währung und wie man sich darauf vorbereitet (Załamanie naszej waluty i jak się do niego przygotować).

Diagnoza prof. Ramba jest prosta i łatwa do zapamiętania: rządy wszystkich partii są dla Niemiec katastrofalne. Wzrost gospodarczy – przypomina prof. Ramb banalną prawdę – zależy od kapitału i pracy, tymczasem oba te czynniki są w Niemczech marnotrawione, a ich jakość spada. Ogromne obciążenia podatkowe spowalniają i zakłócają proces tworzenia kapitałów, pogarszają się warunki oszczędzania, degradacji ulega kultura przedsiębiorczości, coraz gorszy jest poziom zarządzania przedsiębiorstwami. Jeśli chodzi o jakość pracy, to w dziedzinie nauki, wykształcenia, kwalifikacji od lat obserwuje się trend spadkowy; poziom nauczania na masowych uniwersytetach obniża się z roku na rok, studiuje dziesiątki tysięcy młodych ludzi, którzy nie nadają się do studiowania, zaś nauczają ich akademiccy nauczyciele, którzy nie nadają się na uniwersyteckich wykładowców. Maleje liczba niemieckich patentów. O żadnym realnym i znaczącym wzroście gospodarczym nie ma więc co marzyć. Prof. Ramb ostrzega, że nie można wykluczyć, iż rządzące partie sięgną po majątki i oszczędności obywateli – w sytuacji ekstremalnej poprzez bezpośrednie wywłaszczenia, a w mniej ekstremalnej poprzez coraz wyższe opodatkowanie, czyli wywłaszczenie na raty. Widać już nawet przygotowanie propagandowe w mediach, gdzie coraz głośniej rozbrzmiewa hasło „sprawiedliwości społecznej” i mnożą się ataki na bogatych – przyparty do muru dłużnik zrobi wszystko, żeby się ratować, łącznie z likwidacją prawa własności i wolności osobistych.

W zakończeniu wspomnianej wyżej książki podsumowuje prof. Ramb negatywną ewolucję systemu polityczno-ekonomicznego Niemiec w ciągu ostatnich 40 lat. Przypomina hasło kanclerza Willy`ego Brandta „Odważmy się na więcej demokracji!”, którego odwrotną, ciemną stroną było „Ograniczmy wolność!”. Wolnościowa demokracja niemiecka lat 50. i 60. XX wieku stopniowo ulegała degeneracji w system, cynicznie nazywany przez jego apologetów „demokratycznym socjalizmem”. Zdaniem prof. Ramba eksplozja zadłużenia, której nikt nie potrafi powstrzymać, jest pierwszym etapem rozkładu obecnego porządku polityczno-ekonomicznego w Niemczech. Trzeba już dziś przygotowywać się do nadchodzących czasów i myśleć, jak ma funkcjonować społeczeństwo po rozpadzie państwowo-partyjnego socjalizmu. Jedno jest, według prof. Ramba, pewne: powrotowi do wolności osobistej i gospodarczej, do respektowania własności prywatnej musi towarzyszyć powrót do wartości takich jak poczucie odpowiedzialności, pilność, punktualność, czystość, (samo)dyscyplina. Ponad 40 lat socjalizmu w Niemczech zapoczątkowanego przez Willy`ego Brandta i jego towarzyszy, a następnie twórczo rozwijanego przez wszystkie partie, poczyniło ogromne spustoszenia w moralności publicznej i prywatnej, doprowadziło do zaniku takich cnót jak osobista skromność, wstrzemięźliwość, przyzwoitość, szczodrość, dobroczynność, miłosierdzie, zdolność do samoograniczenia i niesienia pomocy innym. Po śmierci państwa socjalnego cnoty te staną się absolutnie niezbędne dla przetrwania niemieckiego społeczeństwa.

Warto wiedzieć, że już ponad dziesięć lat temu prof. Ramb proponował konsekwentne rozwinięcie niemieckiego federalizmu i radykalną decentralizację, polegającą na rozwiązaniu federacji niemieckiej, zakończeniu istnienia RFN i powołaniu do życia kilku niepodległych państw niemieckich, odpowiadających terytorialnie kilku powiększonym niemieckim krajom związkowym – innymi słowy, powstałaby niemiecka Wspólnota Niepodległych Państw. Jego propozycja – argumentował prof. Ramb – nie ma nic wspólnego z koncepcjami antynarodowej lewicy, wszak naród niemiecki istniałby dalej, a niemiecka gospodarka i kultura wręcz by rozkwitały, gdyż wymuszona a zarazem kosztowna jedność i jednolitość zastąpiona zostałaby różnorodnością np. w dziedzinie edukacji czy służby zdrowia. Obywatele niepodległych państw niemieckich konkurujących między sobą o przyciągnięcie do siebie niemieckich imigrantów, mieliby możliwość porównywania, gdzie lepiej funkcjonują systemy polityczne, administracyjne czy podatkowe. No i wreszcie inne kraje europejskie przestałyby się bać „Wielkich Niemiec”. Prof. Ramb uważa, że Trybunał Konstytucyjny, który zgadza się na stopniową likwidację RFN „od góry” poprzez Brukselę, nie bardzo będzie mógł zakwestionować rozwiązania RFN „od dołu”. Może też nadejść sytuacja, że centralny rząd w Berlinie nie będzie w stanie sfinansować swoich zobowiązań wobec krajów związkowych albo też część z nich zbuntuje się przeciwko opłacaniu „janosikowego”. A wówczas rozwiązanie RFN nastąpi niezależnie od tego, co tam sobie będzie orzekał Trybunał Konstytucyjny. Nikt go już nie będzie słuchał.

Tomasz Gabiś

Obraz: picture alliance/dpa (Wolfgang Kumm)

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNiebezpieczny ruch “Black Lives Matter”
Następny artykułIluzja odrodzenia supermocarstwa
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

1 KOMENTARZ

  1. Gratuluje autorowi bardzo interesującego tekstu. Chciałbym zapytać czy skoro jako recepta na wszelkie problemy wysuwana jest propozycja podziału Niemiec na kilka oddzielnych państw to czy taki pomysł w nieco mniej radykalnej formie wprowadzenia systemu landów sprawdziłby się w Polsce? Czy wprowadzenie kilku autonomicznych dzielnic zgodnie z historycznym podziałem kraju miało by sens zakładając, że każda z nich dysponowałaby autonomią porównywalną do tej z czasów autonomii śląskiej z okresu XX lecia międzywojennego?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here