Żelazne prawo oligarchii

0

Wygrane przez Donalda Trumpa wybory prezydenckie stanowią drugi akt sztuki, której początek rozegrał się na mniejszej scenie. Opowiedzenie się za Brexitem nigdy nie było sprawą jedynie Wielkiej Brytanii, ale mogłoby za takie uchodzić, gdyby raptowne odsunięcie od władzy dotychczasowych elit ograniczało się do jednego tylko kraju. Obecnie, obaliwszy dynastyczny porządek uosabiany przez rodziny Bushów i Clintonów, Trump rozpoczął zmianę warty w najpotężniejszym państwie świata. Zapoczątkowane przez Wielką Brytanię głębokie zmiany polityczne zmieniły się w międzynarodowy ruch. Demokratyczna polityka stoi w obliczu rewolucyjnego przewrotu.

Wygrawszy wbrew amerykańskim mediom, angażując przy tym o wiele mniejsze zasoby finansowe i organizacyjne niż jego przeciwnicy z obu partii, Trump nie zostanie po cichu wchłonięty przez elity, które odsunął od władzy. Nie ulega wątpliwości, że amerykańskie instytucje będą krępować jego ruchy. Choć nie ma już niebezpieczeństwa wzajemnego blokowania się, Trump będzie musiał w niektórych przypadkach liczyć na wsparcie kontrolowanego przez Republikanów Kongresu – na przykład jeśli podejmie działania zmierzające do wycofania się z paryskiego porozumienia klimatycznego – a członkowie dawnych elit rządzących będą nadal mieli pewne możliwości, by ograniczać mu swobodę ruchów. Inni przyłączą się do nowego reżimu. Grupy lobbystów szybko nawiążą korzystne kontakty z zespołem przygotowującym przejęcie władzy przez Trumpa. Ponieważ on sam nie dysponuje żadnym planem strategicznym, może uznać, że będzie mu łatwiej zmienić obowiązujące już zasady – jak najwyraźniej zamierza uczynić w przypadku „Obamacare” – niż po prostu wyrzucić je wszystkie do kosza.

Nieuchronnie struktura powstającego rządu będzie w znacznej mierze stanowiła przedłużenie poprzednich rządów, jednakże agresywny sposób, w jaki Trump zdobył władzę, wyklucza kontynuowanie przez niego polityki stanowiącej istotę obalonej przez niego władzy. Nieuniknione jest zaburzenie porządku panującego od schyłku II wojny światowej. Dający się odczuć na całym świecie wpływ wygranej Trumpa zostanie spotęgowany przez wstrząsy polityczne w Europie, gdzie właśnie wydaje się rozpoczynać trzeci akt sztuki.

Zwycięstwo Trumpa zadało kłam powszechnemu przekonaniu, że ustanowiony ponad siedemdziesiąt lat temu międzynarodowy ład może się utrzymać i nadal nadawać kształt przyszłości. Najgorszy scenariusz przewiduje unicestwienie NATO, do czego może dość, jeśli prezydent-elekt odstąpi od wypełniania amerykańskich zobowiązań wynikających z artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, nakładającego na wszystkich członków paktu obowiązek obrony tego, który został zaatakowany (na artykuł ten powołano się po raz pierwszy po zamachach z 11 września 2001 roku). Gdyby do tego doszło, kraje bałtyckie stanęłyby w obliczu egzystencjalnego zagrożenia, Polskę czekałaby niepewna przyszłość, a Rosja powiększyłaby swoje wpływy na całym kontynencie. Aby tego uniknąć, państwa europejskie musiałyby wykazać gotowość do znacznego zwiększenia wydatków na cele obronne. Jednak nawet wówczas nie jest możliwe, by Stany Zjednoczone zaczęły ponownie pełnić na arenie międzynarodowej taką rolę, jak miało to miejsce przed wyborem Trumpa na prezydenta.

Być może zbudowany po II wojnie światowej porządek międzynarodowy mógłby nadal obowiązywać w jakiejś zmodyfikowanej formie, gdyby odpowiedź zachodnich elit rządzących na zmieniający się światowy klimat była bardziej przemyślana. Jednak zamiast tego reakcją na zakończenie zimnej wojny było uczynienie sobie wroga z Rosji, która jak na ironię w okresie po obaleniu komunizmu, była jednym z najbardziej prozachodnich państw świata. Zachód narzucił Rosji neoliberalne dogmaty dotyczące deregulacji cen i prywatyzacji, co doprowadziło do zubożenia większości jej mieszkańców i sprawiło, że trudne przejście do gospodarki rynkowej w stylu zachodnim było z góry skazane na niepowodzenie. Następnie zaczął wszczynać wojny zmierzające do zmiany reżimów na Bliskim Wschodzie oraz, nieco później, w Libii, czego jedynym efektem było wzmocnienie sił dżihadystów i powstanie państw upadłych, których zdesperowani obywatele nieprzerwanym strumieniem napływają do Europy. Część powszechnej niechęci wzbudzanej przez obecne elity, jest wynikiem ich nieudolności i niekompetencji, na co przykłady można by mnożyć. Zaś same elity wydają się zdezorientowane tym, do czego doprowadziły.

Skutkiem ubocznym ich dezorientacji jest ponowne rozbudzenie teorii spiskowych. Podczas gdy Julian Assange zaszył się w londyńskiej ambasadzie i stamtąd zapewniał świat, że Trumpowi „oni nie pozwolą wygrać”, Hillary Clinton i zastępy przychylnych jej mediów twierdzili, że Trump jest narzędziem w rękach obcego mocarstwa. Lekceważenie zaangażowania Rosji w wyjątkowo nieczyste i pełne niejasności wybory prezydenckie byłoby postępowaniem nierozważnym. Rolą teorii spiskowych nie jest jednak pomoc w zrozumieniu świata, ale nadanie sensu życiu tym, którzy w nie wierzą. Paranoja to nierzadko wyraz buntu przeciwko bezsilności i poczuciu własnej znikomości. Jej oznaki wykazują dzisiaj liberalne elity, które, w sposób zupełnie dla siebie nieoczekiwany, zostały bezpardonowo odsunięte od władzy. W wywiadzie udzielonym po wyborach holenderskiej stacji telewizyjnej, Sidney Blumenthal, wieloletni sojusznik Clinton, nazwał zwycięstwo Trumpa „zamachem stanu” zorganizowanym przez „prawicowych agentów FBI”. Tego rodzaju paranoiczny sposób myślenia wskazuje na odmowę uczenia się na błędach.

Dotyczy to także ślepej paniki moralnej pozwalającej liberalnym elitom uniknąć stawienia czoła faktowi, że same przyczyniły się do swojego upadku. Ci, którzy opowiadają o triumfie rasizmu i mizoginii, zwracają uwagę na istotne aspekty kampanii Trumpa. Trudno sobie jednak wyobrazić, by te tak dobrze znane uchybienia wyniosły go do władzy, gdyby w grę nie wchodziły dziesięciolecia zaniedbań i pogardy okazywanej przez obie najważniejsze partie tym, którzy w wyniku globalizacji notorycznie przegrywali. Liberalna demokracja nie może funkcjonować w sytuacji, gdy znaczna część przedstawicieli klasy średniej, wraz z całkowicie pominiętymi ostatnimi reprezentantami klasy robotniczej, nie czerpie żadnych zauważalnych korzyści ze wzrostu gospodarczego. Płace realne w Stanach Zjednoczonych znacząco spadły w okresie światowego kryzysu finansowego, nie przestawały obniżać się przez trzy lata z rządu i wreszcie popadły w stagnację. Choć w 2015 roku średni dochód gospodarstw domowych wzrósł o rekordowe 5.2 procent, jeszcze we wrześniu roku 2016 był wciąż o 1.6 procenta niższy niż w 2007. Trump zdawał sobie z tego sprawę, podobnie jak demokratyczny buntownik Bernie Sanders. Liberałowie w rodzaju Hillary Clinton i jej zwolenników konsekwentnie nie zwracali na to uwagi.

Wizja polityki ekonomicznej prezentowanej przez zespół Trumpa jest zdecydowanie eklektyczna. Składają się nią wydatki na infrastrukturę nawiązujące do New Dealu, wojskowy keynesizm w stylu Regana, przewidujący znaczne zwiększenie wydatków na cele obronne oraz ekonomia podaży i związane z nią obniżenie podatków. Jeśli taki właśnie program zostanie wdrożony, może wywołać w Stanach Zjednoczonych spektakularny boomu gospodarczy. Czy, jak to obiecał Trump, zdoła on przywrócić utracone miejsca pracy i odtworzyć zamierające gałęzie przemysłu, to już inna sprawa. Tak silny bodziec fiskalny może spowodować inflację, wzrost stóp procentowych i zwiększenie długu publicznego. Mniejszym zagrożeniem byłby wprowadzony na szeroką skalę protekcjonizm. Od chwili wyboru Trumpa Meksyk i Kanada dają do zrozumienia, że nie będą sprzeciwiać się wprowadzeniu poprawek do postanowień Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu (NAFTA). Jednakże bariery handlowe, niezależnie od tego jak będzie się nimi manewrować, same w sobie nie są w stanie usunąć zagrożenia stwarzanego przez nowe technologie dla źródeł utrzymania, podobnie jak nie zmniejszy go masowa deportacja nielegalnych imigrantów, którą Trump ma zamiar przeprowadzić. Perspektywy rysujące się przed trumponomią są nader mgliste.

Fakt istnienia tylu niejasności w programie gospodarczym prezydenta-elekta wykorzystano jako argument na rzecz tezy, że wyborcom nie można już dłużej ufać. Pogląd ten zdążył już stać się oklepanym liberalnym komunałem. Zabawne jest, kiedy liberałowie zaczynają mówić językiem Gustawa Le Bona, reakcyjnego francuskiego krytyka demokracji, którego opublikowana w 1895 roku praca Psychologia tłumu (przez długi czas będąca biblią wszystkich wierzących w irracjonalność wyborców), stała się intelektualną inspiracją dla europejskich faszystów. W rzeczywistości w głosowaniu na Trumpa nie było nic irracjonalnego, nawet jeśli głosujący na niego nie byli rzeczywiście przekonani, co do skuteczności jego polityki. Jak napisałem we wrześniu, nieznana liczba wyborców była „gotowa rzucić kostką i opowiedzieć się za Trumpem jedynie w celu wprowadzenia jakichś zmian w szeregach dotychczasowej mocno już zaskorupiałej oligarchii i w zafałszowanym systemie politycznym, który w ich oczach reprezentowała i ucieleśniała Clinton”.

Wyborcy ci osiągnęli swój główny cel, którym było zadanie potężnego ciosu obecnej klasie politycznej. Clinton mogła zdawać sobie sprawę, że ta część elektoratu stanowiła wyzwanie, wobec którego była właściwie bezradna. Nie mogąc więc wyprzeć się swojego udziału w społecznej katastrofie, która objęła całe pokolenie, postanowiła skupić się na dalszym rozgrywaniu amerykańskich wojen kulturowych. Strategia ta, pomijająca wszystkich, którzy, jak na przykład białe kobiety należące do klasy pracującej, nie zaliczali się do promowanych przez nią grup, wywołała w wielu osobach poczucie przynależności do wykluczanej większości. Źródłem histerii, która wybuchła po zwycięstwie Trumpa, jest w znacznej mierze niechęć jego oponentów do zaakceptowania faktu, że sami częściowo do jego tryumfu się przyczynili.

Jedną z przyczyn, dla których prezydentura Trumpa budzi grozę w tak wielu osobach, jest ich ograniczona wyobraźnia historyczna. Mówi się o izolacjonizmie i o powtórce z ustawy Smoota-Hawleya z 1930 roku. Ustawa ta podniosła cła nakładane przez Stany Zjednoczone, co miało jakoby przyczynić się do pogłębienia wielkiego kryzysu. Niektórzy widzą w rewanżystowskiej Rosji odbicie narodowosocjalistycznych Niemiec. Jednak świat, w który wkraczamy, bardziej przypomina koniec XIX wieku niż dwudziestolecie międzywojenne. Między innymi z tego względu Trump musi być uznawany za postać zdecydowanie współczesną. Postrzegając stosunki między państwami w kategoriach transakcyjnych i widząc w nich bilans kosztów i korzyści, może być lepiej przystosowany do radzenia sobie z realiami XXI wieku niż poprzedzający go ideolodzy.

Ideologiczne konflikty lat trzydziestych, które – teraz jako anachronizm– pojawiły się ponownie w neokonserwatywnych latach dziewięćdziesiątych, zostały zastąpione przez staromodną rywalizację geopolityczną. Świat polityki, którego nie dzielą już ścierające się ze sobą świeckie ideologie, został zdominowany przez religię, nacjonalizm, konflikty etniczne i walkę o bogactwa naturalne. Jednocześnie centralne miejsce zajęła wojna informacyjna. Rosja Putina jest współczesnym państwem autorytarnym dysponującym supernowoczesnymi technologiami medialnymi, które wykorzystuje do kształtowania opinii publicznej we własnym kraju i zagranicą. To właśnie owa nie budząca wątpliwości nowoczesność sprawia, że zachodnim obserwatorom tak trudno jest zrozumieć Rosję. Dotyczy to zwłaszcza ideologicznych liberałów, którzy nie potrafią postrzegać tego kraju inaczej niż jako siedlisko atawizmu i wstecznictwa. Optyka ta sprzyja powstaniu niebezpiecznej atmosfery samozadowolenia i beztroski, ponieważ sugeruje, że państwo rosyjskie przestałoby stanowić zagrożenie, gdyby tylko udało się w jakiś sposób nakłonić je do powrotu na „normalną” ścieżkę rozwoju.

Rosja jest nietypowa, ale jedynie pod tym względem, że na jej terytorium współczesne antagonizmy zostały doprowadzone do skrajności. Dyktatorskie rządy Putina, bardziej autokratyczne od ustroju panującego przez większość czasu w Związku Radzieckim, są jednak słabsze i mniej przewidywalne. Przyzwalając na większą swobodę w życiu prywatnym i ciesząc się powszechniejszym poparciem społecznym niż to, jakim kiedykolwiek w czasie pokoju mogło pochwalić się państwo radzieckie, Rosja Putina stanowi jednocześnie większe zagrożenie dla swoich sąsiadów. Rezygnując z ideologii, obiecującej pogrzebać Zachód, Rosja zyskała większe możliwości zniweczenia tego, co jeszcze zostało z liberalnego porządku międzynarodowego. Nie ma żadnego powodu by sądzić, że ten stan rzeczy uległby zmianie, gdyby Władimir Putin ustąpił ze stanowiska prezydenta. Na to, że mógłby to zrobić wskazują niektóre doniesienia na temat stanu jego zdrowia. Co się stanie, jeśli jego następcą zostanie ktoś mniej inteligentny, bardziej chwiejny i nastawiony jeszcze bardziej antyzachodnio?

Jest zbyt wcześnie, by mówić, że Trump posiada ugruntowane stanowisko w sprawie Rosji. Nie ulega jednak wątpliwości, że pod tym względem przyszłość będzie się znacznie różnić od niedawnej przeszłości. Zmiana ta może przynieść bardziej realistyczne spojrzenie na zagrożenia i szanse. Hillary Clinton zaproponowała ustanowienie w Syrii strefy zakazu lotów zapomniawszy najwyraźniej, że taka strefa już tam istnieje, ale kontrolowana jest przez Rosjan. Polityka Zachodu prowadzona w Syrii umożliwiła Putinowi zawetowanie każdej zachodniej inicjatywy, która nie służy strategicznym interesom Rosji na Bliskim Wschodzie.

Tak czy inaczej, cele zachodniej polityki w Syrii nigdy nie były realistyczne. Zachód, naciskając na obalenie Baszara al-Asada, nie wziął pod uwagę możliwych konsekwencji: załamania się państwa syryjskiego, powstania kolejnej, opanowanej przez dżihadystów, strefy anarchii i zwiększonego napływu imigrantów do Europy. Podczas swojej kampanii Trump kilkakrotnie proponował, aby Stany Zjednoczone zaprzestały wspierania syryjskich buntowników, z których wielu ma powiązania z grupami dżihadystycznymi, i zastosowanie w stosunku do Państwa Islamskiego polityki spalonej ziemi. Z opinii, jakie wygłosił od czasu wyborów można wywnioskować, że nie wycofał się z tych poglądów.

Jak jasno wynika z prowokacyjnego tweetu zamieszczonego przez rosyjską ambasadę w Waszyngtonie, w którym porównano zniszczenie szesnaście lat temu Groznego do bombardowania Aleppo, sławiąc przy tym „spokojne, nowoczesne i doskonale rozwijające się miasto”, jakim stała się stolica Czeczenii, Putin nie podziela przekonania, że problemu terroryzmu nie da się rozwiązać na drodze militarnej. Gdyby Trump zdecydował się, wraz z Rosją, narzucić Syrii takie właśnie rozwiązanie, nie oznaczałoby to wejścia na drogę izolacjonizmu. Byłaby to jednak poważna zmiana kursu w polityce Stanów Zjednoczonych, która mogłaby doprowadzić do zadrażnień w stosunkach z Wielką Brytanią, wciąż, jak się wydaje, przywiązanej do projektu zmiany reżimu .

Oprócz problemu Bliskiego Wschodu, Trump będzie musiał także zająć jakieś stanowisko wobec Chin. Wieszczące konfrontację prognozy mogą okazać się chybione. Biorąc pod uwagę, że Chiny są jedynym światowym mocarstwem konsekwentnie realizującym racjonalną politykę zagraniczną – innymi słowy, posiadającym jasno sprecyzowane i możliwe do osiągnięcia cele – ich przywódcy mogą być skłonni potraktować nowego prezydenta w sposób pragmatyczny i utrzymywać ducha współpracy, do czego on zresztą zachęca. Jak dotąd wydaje się, że w ich oczach wysuwane przez Trumpa żądania wprowadzenia wysokich barier handlowych wobec chińskiego eksportu były tylko kampanijną retoryką.

W Europie wybór Trumpa może jedynie przyspieszyć jej dezintegrację. Wbrew wszystkim, którzy sądzą, że bardziej obojętne stanowisko Stanów Zjednoczonych wobec Europy będzie stanowiło impuls do wprowadzenia projektu europejskiego na nowy poziom, uważam, że impet politycznych procesów prowadzi raczej w kierunku gwałtownej bałkanizacji. Fakt, że Trumpowi udało się skutecznie ominąć panujący w Stanach Zjednoczonych system partyjny, pokazał zniechęconym europejskim wyborcom, iż także oni mają możliwość wywrócenia sceny politycznej do góry nogami. Na skutek błędnego i nieudolnego postępowania w kwestii kryzysu migracyjnego, po wrześniowych wyborach parlamentarnych w Niemczech Angela Merkel może stracić stanowisko. Rozpoczynając kolejny akt rebelii przeciwko skostniałemu doktrynerskiemu liberalizmowi, w wielu europejskich państwach zwycięstwo Trumpa doda skrzydeł skrajnym ugrupowaniom.

Uwagę obserwatorów skupią na sobie Włoszech, gdzie 4 grudnia referendum konstytucyjne rozpisane przez premiera Matteo Renziego (*) może wzmocnić założony przez Beppe Grillo Ruch Pięciu Gwiazd, naciskający na zorganizowanie referendum w sprawie dalszego członkostwa Włoch w strefie euro. W Holandii wybory parlamentarne, które odbędą się 15 marca, mogą dać szanse skrajnie prawicowej Partij voor de Vrijheid (Partii Wolności) Geerta Wildersa na utworzenie koalicji rządowej. Tego samego dnia co włoskie referendum odbędzie się także powtórka unieważnionej drugiej tury wyborów prezydenckich w Austrii, w wyniku której po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej głową europejskiego państwa może zostać osoba wywodząca się ze skrajnej prawicy. Norbert Hofer z Freiheitliche Partei Österreichs (Wolnościowej Partii Austrii) zaproponował utworzenie unii narodów środkowoeuropejskich, która byłaby w stanie przeforsować własną politykę imigracyjną i uniezależnić się od tej prowadzonej przez Brukselę. (**)

W maju 2017 roku podczas francuskich wyborów prezydenckich Pałac Elizejski może znaleźć się w zasięgu ręki Marine Le Pen. Jeśli to kogoś uspokoi, eksperci przewidują, że w drugiej turze zostanie pokonana. Stojąc w obliczu takich politycznych pułapek rynki finansowe mogą dojść do wniosku, że euro – które umocniło się w ciągu kilku ostatnich tygodni – jest kolejnym wielkim niewypałem. Każde z tych wydarzeń może stanowić egzystencjalne zagrożenie dla Unii Europejskiej.

Jeśli chodzi o Wielką Brytanię, wybór Trumpa prowadzi do całkowitego zerwania z Unią Europejską. Wszelkie kłótnie na temat twardego lub miękkiego Brexitu należą już do przeszłości. W ciągu kilku zaledwie lat nietykalny dotąd wspólny rynek może zmienić się nie do poznania lub nawet przestać istnieć. Niezależnie od tego, czy wyrok Sądu Najwyższego podtrzyma czy odrzuci odwołanie, podawanie w wątpliwość możliwości uruchomienia artykułu 50 traktatu o Unii Europejskiej bez zgody parlamentu jest próbą zawracania rzeki kijem. Wycofanie się Wielkiej Brytanii spod europejskiej jurysdykcji jest zgodne z nieubłaganą logiką wydarzeń.

Nie będzie referendum na temat warunków Brexitu, do którego namawia przywódca liberalnych demokratów Tim Farron. Jeśli w Izbie Gmin dojdzie do zdecydowanej próby zablokowania uruchomienia przez rząd artykułu 50 lub obwarowania tego posunięcia rozmaitymi warunkami, efektem będzie wniosek o wotum zaufania i – co możliwe – wybory powszechne. Jest mało prawdopodobne by Partia Pracy poparła takie działania. Dopóki pozostanie ona antykapitalistycznym ruchem protestu, jakim uczynił ją Jeremy Corbyn, dopóty czekać ją będą klęski wyborcze. Co więcej, posłowie wybrani w okręgach, gdzie większość poparła Brexit, jak Ed Miliband, nie będą mieli najmniejszej ochoty tłumaczyć się przed swoimi wyborcami, dlaczego wyrażona przez nich wola jest lekceważona i przechodzi się nad nią do porządku dziennego. Jeśli konieczne będzie rozpisanie nowych wyborów, konserwatywna większość może zdobyć pięciokrotnie więcej głosów, a niewykluczone, że uda się jej osiągnąć jeszcze lepszy wynik wyborczy. Zwolennicy pozostania w Unii Europejskiej – w tym konserwatywne relikty epoki Camerona – zostaną zepchnięci na margines i pozbawieni jakichkolwiek wpływów.

W Szkockiej Partii Narodowej – nawet przed wyborami w Stanach Zjednoczonych będącej największym, obok UKIP, przegranym w sprawie Brexitu – premier Nicola Sturgeon będzie niedługo zmuszona albo doprowadzić do kolejnego referendum w sprawie niepodległości Szkocji, albo wreszcie zamknąć ten temat. W chwili gdy Unią Europejską targają wstrząsy wtórne po wywołanym przez Trumpa trzęsieniu ziemi, wspólna waluta jest podatna na zagrożenia, kondycja europejskich banków słaba, a przywódcy krajów Unii ze strachu przed własnymi ruchami separatystycznymi wetują negocjacje ze szkockim rządem, ilu szkockich wyborców opowiedziałoby się za oderwaniem się od Wielkiej Brytanii? Można upierać się, że większość z nich przedłożyłaby narodową niepodległość ponad własny interes ekonomiczny. Jednak w dzisiejszej epoce rebelii polityka nie działa w ten sposób. W amerykańskich wyborach prezydenckich wykluczenie gospodarcze i rozpacz wzięły górę nad polityką skupioną na płci, kulturze i rasie. W przypadku Brexitu wyborcy, którzy opowiedzieli się za opuszczeniem Unii Europejskiej nie obawiali się katastrofy gospodarczej. Z drugiej strony, gdyby Szkocja odłączyła się od Wielkiej Brytanii, byłby to skok na bardzo głęboką wodę. W tej sytuacji unia [angielsko-szkocka] wydaje się w właściwie niezagrożona. Choć nieustannie atakowane jako archaiczne i przestarzałe, w dającej się przewidzieć przyszłości państwo brytyjskie pozostanie na swoim miejscu.

Wielka Brytania, która wyzwoliła się spod jurysdykcji Unii Europejskiej wcale nie musi być mniej zaangażowana w sprawy kontynentu. Pomimo swoich uszczuplonych zdolności obronnych, będących, podobnie jak anarchia w Libii, dziedzictwem strategicznej maestrii Davida Camerona, nie przestała być czołową potęgą militarną. Współdziałając z europejskimi państwami narodowymi może zbudować przeciwwagę dla rosnących rosyjskich wpływów na kontynencie. Sytuacja, w której światowe porozumienia handlowe zaczynają podlegać ciągłym zmianom, jest także okazją do nawiązania nowych stosunków gospodarczych ze Stanami Zjednoczonymi. Po tym jak mechanizm Brexitu został już uruchomiony, targowanie się ze sparaliżowaną i umierającą Unią Europejską może nie być najbardziej produktywnym sposobem spędzenia dwóch kolejnych lat.

Nowy świat, w który wkroczyliśmy, pod pewnymi względami nie jest wcale aż tak odmienny od dawnego, jakby się z pozoru wydawało. Zmniejszając zaangażowanie na świecie Stany Zjednoczone wracają do swojej, historycznie normalniejszej, pozycji, jaką zajmowały w XIX wieku będąc jednym z kilku wielkich mocarstw. Sposób zarządzania przez Donalda Trumpa sprawami wewnętrznymi może także okazać się bardziej znajomy, niż większość z nas się spodziewa. Fakt zdominowania przez członków jego rodziny zespołu przygotowującego przejęcie władzy i organizującego nowy reżim wskazuje na próbę założenia dynastii, mającej zastąpić te, które obalił. Żelazne prawo oligarchii zaczyna już działać, umożliwiając nowej grupie rządzącej podział łupów w postaci posad i urzędów. Jednak zwycięstwo Trumpa zmieniło świat polityki bezpowrotnie. Dobiegła końca era niekontrolowanej globalizacji i dominacji uzbrojonych misjonarzy wartości liberalnych. W takich okolicznościach przydałaby się chwila chłodnej refleksji. Liberałowie lamentujący i wściekający się z powodu końca starego porządku wykazują niewielkie zainteresowanie realistycznym sposobem myślenia i stanowczo opierają się płynącym z niego wnioskom. Wydaje się, że zrzucając brzemię władzy wielu z nich chce w gruncie rzeczy uwolnić się od potrzeby rozumienia świata. Jeśli tak, to historia im sprzyja.

John Gray

Przełozyła z j. angielskiego Karolina Gawlik; fotografia: Reuters

(*) Premier Matteo Renzi przegrał zainicjowane przez siebie referendum (przyp. red. Nowej Debaty).

(**) Kandydat Partii Wolnościowej Norbert Hofer zdobył w drugiej turze wyborów prezydenckich 46,2% głosów i przegrał z Alexandrem Van der Bellenem, którego popierały wszystkie pozostałe partie i ugrupowania polityczne, Kościoły, związki zawodowe, główne media, środowiska kulturalne oraz celebryci na czele z Conchitą Wurst (przyp. red. Nowej Debaty).

Źródło: http://www.newstatesman.com/world/2016/11/iron-law-oligarchy

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułIluzja odrodzenia supermocarstwa
Następny artykułGustaw Le Bon: aforyzmy, myśli, opinie
John Gray – brytyjski historyk idei i filozof polityczny, autor m.in. książek Po liberalizmie: eseje wybrane (Aletheia, Warszawa 2001), Dwie twarze liberalizmu (Aletheia, Warszawa 2001), Słomiane psy: myśli o ludziach i innych zwierzętach (Książka i Wiedza, Warszawa 2003), Czarna msza: apokaliptyczna religia i śmierć utopii (Znak, Kraków 2009), Fałszywy świt. Urojenia globalnego kapitalizmu (Wektory, Wrocław 2014), Herezje. Przeciwko postępowi i innym iluzjom (Wektory, Wrocław 2015). Jego najnowszą książką jest The Soul of the Marionette: A Short Enquiry into Human Freedom (2015).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here