Przebudzenie lwa (1944)

0

W piątym roku wojny, w okresie radzieckiej ofensywy na Wschodzie i inwazyjnych walk w Normandii, a więc wśród jeszcze raz rozbudzonych nadziei na rychły koniec wszystkiego, Warszawa – daleka od przeczucia swej bliskiej katastrofy – huczniej i weselej niż lat ubiegłych obchodziła w pewną sobotę czerwcową imieniny rozlicznych Janów, Janin i Wand.

Pan Ludwik Lutyński, kosmetyk i wynalazca, miał kilku przyjaciół Janów. Z jednym z nich, najbogatszym, fabrykantem marmolady, Kałkarowickim, siedział w godzinach południowych w ogródku modnej „Batawii” na ulicy Mazowieckiej, przy stole obficie zastawionym trunkami i zakąskami, gdy naraz przypomniał sobie ważne sprawy do załatwienia. Zajrzał do notesu i tam pod datą dwudziestego czwartego czerwca odnalazł krótką notatkę: „opera 5 36 7”. Wynalazca nie zdziwił się, ponieważ wszystkie adresy, nazwiska i terminy zapisywał podczas wojny własnym, konspiracyjnym szyfrem. Jednak po chwili lekki niepokój odbił się na jego starannie wygolonej twarzy. Odruchowo podniósł dłoń i potarł nią wypukłe czoło intelektualisty.

Drobny i mizerny fabrykant marmolady, Kałkarowicki, spojrzał na przyjaciela z pewnym zdziwieniem.
– Spieszysz się?
– W tym rzecz – wyjaśnił wynalazca – że nie jestem pewien, czy powinienem się śpieszyć, czy nie. Spójrz!
I pokazał fabrykantowi notes.
– Opera 5 36 7 – przeczytał tamten. – Co to znaczy?
– Ba! – westchnął pan Ludwik. – Gdybym wiedział…
– Zajmujesz się muzyką?
– Dorywczo.
– A może to formuła twego nowego wynalazku?

Wynalazca, który od dłuższego czasu nie dokonał żadnego wynalazku, zamyślił się.
– Nie, nie zdaje mi się, aby to mogło mieć jakiś związek z wynalazkiem.
– Napijmy się zatem – zaproponował fabrykant. – Może przypomnisz sobie.
Rzeczywiście po paru kieliszkach przedwojennej starki twarz wynalazcy rozjaśniła się.
– Już wiem! – wykrzyknął. – Jest to termin naszego zebrania?
– O! – zainteresował się fabrykant. – To rzeczywiście ważne. Jak do tego doszedłeś?
– Bardzo prosto. Pięć oznacza godzinę zebrania, trzydzieści sześć numer domu, siedem mieszkania…
– A opera?
– To bardzo proste. Opera jest szyfrem ulicy. Sprytnie wynalezione, prawda?
– Owszem – przytaknął fabrykant. – Ale jakiej ulicy?
Pan Ludwik znowu potarł czoło.
– Jakiej? Ba, gdybym wiedział…

Pan Ludwik rzeczywiście miał się dzisiaj zjawić o godzinie piątej po południu na ważnym zebraniu konspiracyjnym. Gdy przed kilkoma dniami zakomunikowano mu adres, zataił go w sposób bardzo prosty. Ponieważ konspiratorzy mieli się zebrać na Żoliborzu przy ulicy Dygasińskiego, wynalazcy natychmiast przyszło do głowy, że początek nazwiska powieściopisarza jest nazwiskiem znanego ongiś śpiewaka operowego, Dygasa. Napisał zatem: opera. Niestety rzeczy najprostsze bywają niekiedy najtrudniejsze do odgadnięcia, o czym zresztą wynalazca bardzo dobrze wiedział z własnej długoletniej praktyki wynalazcy. Lecz od czegóż jest ścisłe myślenie dedukcyjne?

Żegnając się w parę godzin później z solenizantem i licznymi przyjaciółmi, którzy przez ten czas tłumnie do „Batawii” ściągnęli, pan Ludwik dzięki umiejętnej metodzie dedukcyjnej nie miał żadnych wątpliwości, że konspiracyjnego adresu szukać należy wśród ulic związanych z nazwiskiem muzyków. Na szczęście wybitnych kompozytorów nie było, jak wiadomo, w Polsce wielu. Przy pomocy jednego z gości, eks-introligatora, który na handlu złomem żelaznym dorobił się w czasie okupacji znacznej fortuny,  ustalono nazwy ulic, które mogły być brane pod uwagę. Ulica Chopina odpadła pierwsza, ponieważ znalazła się ostatnio w zabarykadowanej i strzeżonej przez działka i karabiny maszynowe dzielnicy niemieckiej.

– Przez magiel na Koszykowej można się za pięć złotych dostać do dzielnicy niemieckiej – oświadczył stary hrabia wysiedlony z Poznańskiego.

Ponieważ wydało się mało prawdopodobnym, aby konspiratorzy przechodzili przez ów magiel, zrezygnowano z ulicy Chopina i ustalono następne trzy: Moniuszki w śródmieściu, Karłowicza na Mokotowie i starego kompozytora Gomółki na Żoliborzu. Wynalazca, nie czekając na kawę i likiery, poszeptał na stronie z przyjacielem, fabrykantem Kałkarowickim, i otrzymawszy od niego ważne wskazówki oraz pełnomocnictwa, wyszedł z „Batawii”, całując dłonie tłumnie usługujących w lokalu księżniczek i hrabianek. Dochodziła godzina czwarta.

Tłok na ulicach panował niesłychany. Wszyscy ludzie biegli z imieninowymi kwiatami lub z paczkami ciastek i tortów, hurtowo wypiekanych przez te panie z towarzystwa, które nie miały okazji względnie warunków zostać kelnerkami. Tramwaje oblepione były pasażerami, jak pszczołami świeże plastry miodu. Na przystankach czerniały ogromne tłumy. Tu i owdzie łaziły patrole żandarmerii z rozpylaczami, lecz mało kto na nie zwracał uwagę. Przez radio-szczekaczki podawano optymistyczne komunikaty, iż wojskom niemieckim znów się udało oderwać od nieprzyjaciela. Nastrój był świąteczny, pogoda wyjątkowo bez deszczu, jak bowiem wiadomo, lata tego okropne hałasy w całej Europie powodowały chroniczne nadwątlenie chmur, z których ciągle musiał padać deszcz.

Będąc w śródmieściu udał się pan Ludwik najpierw na ulicę Moniuszki spenetrować, czy nie zanosi się tam przypadkiem pod numerem trzydziestym szóstym na konspiracyjne zebranie. Wszedłszy na schody barczystej, a w bramie przez dwóch kamiennych cyklopów strzeżonej kamienicy, przekonał się, że przewidywał dobrze. Począwszy od piętra czwartego aż po ostatnie, piąte, schody zatłoczone były niezliczoną ilością młodych panienek i chłopców. Nastrój wśród młodzieży panował doskonały. Śmiano się, kuksano i flirtowano. Nieco na uboczu, wsparty o poręcz schodów, stał samotny pan w rogowych okularach, z długim nosem i smutnawą miną. Od jednej z panienek, ładnej blondynki w białej tenisowej sukience, dowiedział się pan Ludwik, że o godzinie czwartej w mieszkaniu na piątym piętrze odbyć się ma konspiracyjny wieczór autorski znanego poety. Wszyscy się zeszli punktualnie, autor także przyszedł – był to ów samotnie stojący przy poręczy pan ze smutnawą miną – niestety, gospodarz lokalu zapomniał widocznie o imprezie, zostawił bowiem na drzwiach kartkę z zawiadomieniem, że wyjechał do Komorowa. Naradzano się właśnie, co czynić dalej.

Pan Ludwik, nie czekając na dalszy rozwój wypadków, zszedł pośpiesznie ze schodów i niebawem z powrotem znalazł się na ulicy. Po Marszałkowskiej ludzie nadal biegali w różnych kierunkach z kwiatami i tortami. W głębi jednej z przecznic hałasowała regularna strzelanina.

Pan Ludwik postanowił jechać na Mokotów, ponieważ się jednak nie mógł wcisnąć do zaklejonych ludzkim mrowiem tramwajów, zdecydował iść piechotą. Ach, jak niewinnie wyglądało miasto po pięciu blisko latach terroru! Na rogu Wspólnej i Marszałkowskiej wielkie zbiegowisko zwróciło uwagę wynalazcy. Zaciekawiony podszedł bliżej. Okazało się, że wśród ruin, w znacznej już zresztą mierze zniwelowanych, urządzono jeden z betonowych zbiorników wody, jakie ostatnimi czasy w ramach obrony przeciwlotniczej wykopywano na wielu skwerach i placach miasta. Nagromadzona woda służyć miała do gaszenia pożarów. Na razie spełniała rolę kąpieliska. Na oczach licznie zebranej dokoła ruin gawiedzi kilkunastu wyrostków zażywało orzeźwiającej kąpieli. Z resztek dawnej bramy urządzono skocznię. Opaleni chłopacy wdrapywali się na jej szczyt i stamtąd skakali do basenu. Słoneczko przypiekało mocno, a liczni sprzedawcy lodów, cukierków i papierosów uwijali się wśród publiczności, głośno zachwalając ceny i gatunek swoich towarów. Detonacje, dobiegające od strony niszczonej od roku dzielnicy żydowskiej, raz po raz nieszkodliwie wstrząsały powietrzem.

Pan Ludwik, nacieszywszy się sielankowym obrazem, ruszył przed siebie. Już na Mokotowie, na jednej z ustronnych uliczek, spotkała go przygoda niespodziewana i niezupełnie przyjemna. Oto w pewnej chwili spostrzegł niemiecką parę: młodego krępego żołnierza w towarzystwie płowej sanitariuszki, leniwie kołyszącej się na grubych nogach. Chodnik nie był wprawdzie najwęższy, lecz tak się złożyło, że żołnierz mijając wynalazcę potrącił go silnie ramieniem. Pchnięty wynalazca bąknął: ,,Pardon!”, i szybko począł się oddalać. Lecz trzech kroków nie uszedł, gdy żołnierz krzyknął za nim ostro: „Halt!” Wynalazca przystanął. Tamten zaś, opuściwszy towarzyszkę, podszedł blisko.
– Pole? – spytał.

Wynalazca znał dobrze niemiecki, więc twierdząco odpowiedział w tym języku. Pyzaty, rumiany, o jasnych brwiach i rzęsach żołnierz zmierzył go tym ostrym, nordyckim spojrzeniem, które miał zapewne na myśli pewien były szofer zakładu pogrzebowego „Concordia”, gdy pokłóciwszy się z osobnikiem podejrzanym o współpracę z okupantami powiedział: „Coś mi pan masz za niebieskie oko!”
– Pan mnie potrącił – stwierdził stanowczo żołnierz.
– O, przepraszam – bąknął wynalazca siląc się na akcent godności w głosie. – Zdaje mi się jednak, że to raczej ja zostałem potrącony.
– Was? – krzyknął żołnierz. – Mówię, że pan mnie potrącił. W ramię. Jestem w nie raniony. Tu!
Pan Ludwik przełknął ślinę.
– Najmocniej przepraszam…
Lecz żołnierz natychmiast mu przerwał.
– Pan jest Polakiem i przypuszcza pan, że z nami, Niemcami, jest już tak źle, że można nas bezkarnie potrącać na ulicy, tak? Ale się pan myli. Żołnierza niemieckiego nie wolno potrącać nikomu. Pójdzie pan ze mną.
– Ależ… – wyjąkał wynalazca.
– Proszę ze mną – powtórzył twardo żołnierz i brutalnie chwycił wynalazcę za ramię. – Pójdziemy na Szucha, tam panu wytłumaczą, czy wolno potrącać żołnierzy Führera.

I począł oszołomionego wynalazcę pchać przed siebie. Stojąca na uboczu sanitariuszka obojętnie się przyglądała krowimi oczami całej scenie. Wizja ulicy Szucha bardzo nieprzyjemnie poruszyła wynalazcę. Postanowił zatem uległą perswazją ułagodzić zranionego w ramię obrońcę porządku europejskiego. Po kilku posłusznych krokach tak się też odezwał:
– Mam nadzieję, że się pan domyśla, że jako obywatela  polskiego mogą mnie na ulicy  Szucha spotkać pewne nieprzyjemności, zresztą obawiam się, że niewspółmierne do mojej winy…
– Owszem – zgodził się żołnierz. – Wyślą pana do obozu.

Wynalazca wyjął chustkę i obtarł spocone czoło. Upał był okropny. Płowa sanitariuszka, kołysząc szerokim zadem, flegmatycznie posuwała się w pewnej odległości za mężczyznami. Żołnierz spojrzał w niebo.
– Albo zapłaci pan karę – dokończył obojętnie. I cokolwiek zwolnił kroku. Sanitariuszka też zwolniła.
– To może w takim razie – zaczął wynalazca tonem poufale towarzyskim – może byłoby rozsądniej, gdyby tę karę dało się zapłacić nie zwlekając. Po cóż te formalności?
Obrońca Europy nie okazał żywszego zainteresowania.
– Jeśli pan woli – stwierdził krótko.

Nie upłynęło pół minuty, gdy obaj mężczyźni zniknęli w bramie najbliższego domu. Była chłodna i pusta. W głębi zieleniał ogródek. Pachniały jaśminy i ćwierkały ptaszki. Dwa białe króliki skakały wśród trawy. Sanitariuszka została na ulicy i gapiła się przed siebie.

Wynalazca myśląco zapatrzył się w białe króliki.
– Ile? – spytał półgłosem.
– Górala – odparł po polsku pyzaty żołnierz, też patrząc na króliki.
Ta mizerna suma podziałała na wynalazcę orzeźwiająco.
– Ależ, proszę pana! – zawołał boleśnie. – Któż z Polaków rozporządza taką sumą? To ogromne pieniądze pięćset złotych.
Żołnierz spojrzał nieufnie, lecz widocznie uwierzył, bo powiedział po namyśle:
–  Gut, to połowę. Ani grosza mniej.
–  Sto pięćdziesiąt – na to wynalazca. – Wszystko, co mam przy sobie. Ostatnie pieniądze.
Żołnierz znowu się zamyślił.
– Dopsze – skinął wreszcie głową.

Wynalazca wydobył pękaty portfel i tak nim począł zręcznie manewrować, iż udało mu się zataić przed żołnierzem Führera plik pięćsetek.
– Oto cały mój majątek – powiedział z godnością, podając setkę i pięćdziesiątkę.
– Dopsze, dopsze – odrzekł żołnierz chowając pieniądze do kieszeni spodni.
Po czym zasalutował, powiedział grzecznie: „Do widżenia”, i opuściwszy bramę wziął oczekującą na niego sanitariuszkę pod rękę. Niebawem, podobnie kołysząc podobnymi zadami, zniknęli za najbliższym rogiem. Wynalazca odprowadził ich życzliwym spojrzeniem, a następnie sprawdził godzinę. Była późna: kilka minut po wpół do piątej. Uradowany, że zdołał się wykręcić nędzną sto pięćdziesiątką (jeden befsztyk w restauracji!), żwawym krokiem ruszył ku ulicy Karłowicza.

Okazała się pusta i zaciszna. Zatrzymawszy się przed właściwym numerem pan Ludwik począł się zastanawiać, o co spytać, gdy mu otworzą siódmy numer mieszkania. Skoro się jednak uważniej przyjrzał wątlutkiej willi, ogarnęły go wątpliwości, czy tak drobna budowla może pomieścić aż siedem mieszkań. Wśród tych rozmyślań usłyszał poza sobą sympatyczny głos kobiecy:
– Proszę pana! Proszę pana!

Odwrócił się i na malutkim balkoniku domu po przeciwnej stronie uliczki ujrzał wysoką i chudą kobietę w czarnej, szczelnie pod szyją zapiętej sukni. Dama ta uśmiechała się ku niemu i przyzywała mnóstwem życzliwych, zapraszających gestów. Machinalnie podszedł bliżej. Kobieta w czerni wychyliła się poza filigranową balustradę.
– Przepraszam, że się ośmielam – powiedziała w tej niewygodnej pozycji – ale pan nie może, zdaje się, trafić, czy tak?
– Rzeczywiście – odparł ogólnikowo wynalazca.
– Od razu się domyśliłam! – wykrzyknęła dama. – To tu, proszę pana!

Myśl o zasadzce była pierwszą myślą wynalazcy. Ale dama w czerni, nieostrożnie wychylona poza balkonik, uśmiechała się tak życzliwie, że pan Ludwik opanował w sobie odruch lekkiego popłochu.
– Tak, tak! – zawołała widząc zmienne uczucia malujące się na jego twarzy. – Pan na wykład profesora, prawda? To tutaj u nas, na pierwszym piętrze, prosimy bardzo…

Wówczas pan Ludwik raptownie się odwrócił i żwawym krokiem pomykać począł w głąb uliczki Karłowicza. Wśród tego nerwowego pośpiechu nie zauważył nawet, kiedy się znalazł na skraju pola, u granic dobrodusznego kartofliska. Jak wszędzie na krańcach miasta, i tam wydłubywano w ziemi rowy przeciwczołgowe i przeciwdesantowe. Tu i owdzie kartoflisko poryte było płytkimi rowkami, a kilku przymusowych robotników leniwie ponad nimi poruszało łopatami. Większość natomiast wezwanych – byli tam robotnicy, inteligenci, starzy i młodzi – porozsiadała się wygodnie wśród zieleni ziemniaczanej i posilała się z domu przyniesionymi prowiantami. Wszyscy jedli biały chleb albo bułki z masłem i wędliną, krążyły również butelki z wódką. Nieco zaś na uboczu pięciu czy sześciu dozorujących niemieckich żołnierzy, jedząc czarny chleb wojskowy z marmoladą buraczaną, zazdrośnie spoglądało w stronę obżerających się niewolników.

„Nikt Polaków nie zwycięży! – myślał optymistycznie pan Ludwik w drodze na Żoliborz. – Będziemy mocarstwem.” Humor mu dopisywał, ponieważ był teraz pewien, że ulica starego kompozytora jest właśnie tą, którą był zaszyfrował. Niepokoił się tylko leciutko, czy nie spóźni się za bardzo na ważne zebranie, piąta już bowiem dochodziła. Na szczęście udało mu się tym razem wcisnąć do tramwaju.

Tłok w wozie panował ponad wszelkie wyobrażenie. Nastrój za to wśród pasażerów był doskonały. Wielu ludzi zdążyło już podpić na imieninach i właśnie dwaj wątli biuraliści śpiewali na głos piosenkę z repertuaru starej Mistinguetty: Ça, c’est Paris! Gdy skończyli, zaintonowali „Wołga, Wołga…” Zwyczajem od dawna w Warszawie ustalonym konduktorzy nie wymagali od pasażerów wykupywania biletów. Sprzedawali natomiast kolorowe mydełka. Równolegle zaś do tramwaju jechała przez dłuższy czas zielona buda z żandarmami udającymi się na zwykłe uliczne łapanie ludzi. W basenie na placu Krasińskich, tak samo jak na Marszałkowskiej, pełno było kąpiących się nagusów.

Tymczasem na Żoliborzu, ku któremu zdążał pan Ludwik, wśród wielu rozlicznych spraw działy się i następujące: przy ulicy Dygasińskiego, tak umiejętnie zaszyfrowanej „operą”, schodzili się do domu numer trzydziesty szósty członkowie Związku Polskiej Prawdy Podziemnej, natomiast pobliska ulica Gomółki i dom oznaczony, niestety, numerem tymże samym, był celem członków innej organizacji, z tamtą zaciekle walczącej, a ochrzczonej „Lont”. Zebrania obu stowarzyszeń miały na celu sprecyzowanie podstaw ideowych oraz ostateczne uchwalenie przyszłości Polski i metod zniszczenia przeciwników.

Gdy piąta wybiła na zegarze, a potem minął akademicki kwadrans, członkowie Związku Polskiej Prawdy Podziemnej poczęli się niepokoić nieobecnością pana Ludwika (pseudonim „Profesor”), ponieważ wynalazca był mężem zaufania fabrykanta marmolady, ten zaś ich ruch polityczny, tzw. dynamiczny imperializm etyczny, od niedawna finansowo wspierał. Powód zniecierpliwienia lontowców przy ulicy Gomółki był podobny, czekano tam bowiem również na osobistość ważną. Miał nią być specjalny wysłannik Głównego Komitetu Wykonawczego „Lontu”, czyli tzw. Egzekutywy, ktoś zatem z samej góry i z głosem decydującym na dzisiejszym zebraniu. Wielka więc radość i podniecenie zapanowały wśród licznie zgromadzonych lontowców, gdy jeden z nich, ryży i ruchliwy mężczyzna, zresztą prowokator i agent gestapo, dostrzegłszy przez okno starszego pana, który przystanął przy numerze trzydziestym szóstym, zawołał z triumfem:
– Idzie!

Rzeczywiście, pan Ludwik stał przed domem, badając jego wygląd zewnętrzny i domyślając się wyglądu wnętrza. Po chwili wkroczył do środka, a niebawem lekko uchylone drzwi mieszkania numer siedem wskazały mu właściwy cel podróży. Wszedł więc i w przedpokoju znalazł się wobec urodziwego młodzieńca, który stanął przed nim na baczność. Wynalazca nie zdziwił się tym oczywiście, ponieważ reprezentując finanse przyzwyczajony był do objawów szacunku. Tym niemniej przeprosił z wrodzoną grzecznością za spóźnienie, po czym został przez urodziwego młodzieńca wprowadzony do obszernego gabinetu i wśród szmeru zaciekawienia, jaki rozszedł się po szczelnie zapełnionym pokoju, zajął miejsce w głębokim fotelu. Następnie drzwi gabinetu zamknięto i dźwięczny dzwoneczek dał znać o rozpoczęciu obrad. Szmery przycichły, jeszcze tylko przez chwilę ryży zakonspirowany prowokator mówił coś do sąsiada dość głośno, po czym i on zamilkł i urodziwy młodzieniec o postawie i ruchach wojskowego, przewodniczący zebrania, jak się okazało, stanął za małym stolikiem i zabrał głos zacząwszy w te słowa:
– Jestem szczęśliwy, że w imieniu delegatów naszych warszawskich podziemnych grup bojowych wyrazić mogę radość z powodu przybycia na dzisiejsze zebranie człowieka reprezentującego mózg i wolę tych ludzi, którym my, szarzy bojownicy świętej sprawy, ufamy bezgranicznie i którzy prowadzą nas ku zwycięstwu.

Lekki szmerek dał się dokoła słyszeć, a oczy zebranych zwróciły się ku wysłannikowi Egzekutywy. „Oho! – pomyślał wynalazca – bardzo widać potrzebują pieniędzy.” I ukradkiem, spod myśląco przymkniętych powiek, począł się dokoła rozglądać.

Delegatów warszawskich grup bojowych było z górą dwudziestu, wśród nich kilka kobiet. Większość zebranych stanowili młodzi chłopcy w normalnych strojach konspiracyjnych, składających się z długich butów, sportowej koszulki, sportowej marynarki i junackiej twarzy. Kilku natomiast chłopaków, zapewne mieszkańców Żoliborza, przyszło na zebranie w szortach, tenisówkach i lekkich koszulkach. Po ich ubrudzonych rękach i zakurzonych nogach łatwo było poznać, że dopiero co grali w piłkę nożną lub siatkówkę. Panienki także były z lekka na styl konspiracyjny podcharakteryzowane. Ryży prowokator, również w długich butach i wojskowych bryczesach, siedział pod ścianą i palcem dłubał w zębach. Za oknem świeciło słońce i fruwały zalatane jaskółki.

Pobieżne zlustrowanie zebranych zaniepokoiło cokolwiek pana Ludwika, ujrzał bowiem dokoła siebie same twarze nieznajome. Odpędził jednak czym prędzej niedobre myśli i uważnie począł słuchać mówcy.
– W dniu dzisiejszym – mówił tamten – możemy śmiało powiedzieć, że jesteśmy silni i gotowi do objęcia rządów. Stwierdzam to z głębokim przekonaniem i jednocześnie z wiarą, że odbywające się w tej chwili w całym kraju zjazdy naszych delegatów zgłaszają tę samą co my dojrzałość i gotowość. Nadchodzi nasza godzina! „Lont”…
Panu Ludwikowi nieprzyjemny dreszczyk przeszedł po plecach.
– „Lont” – podniósł głos przewodniczący – zapali Polskę. Lontem naszej siły wykujemy moc i potęgę naszej ojczyzny. Z dumą podniesiemy nasze sztandary! A dla wrogów i zdrajców będziemy nieubłagani. Zdepczemy ich i zniszczymy!

Wynalazca bez trudu domyślił się, o kim między innymi mowa. Ciągnąca się od dwóch lat walka pomiędzy Związkiem Polskiej Prawdy Podziemnej i „Lontem” nie wynikała wprawdzie z różnic ideowych, idee bowiem były te same (dynamiczny imperializm etyczny), lecz z rozłamu, jaki w pewnym momencie na tle sporów personalnych rozbił Związek Odrodzenia Polski na dwie frakcje: właśnie Związek Polskiej Prawdy Podziemnej i „Lont”. Ponieważ Związek Polskiej Prawdy Podziemnej pomawiał „Lont” o zdradę, ten zaś o to samo oskarżał zetpepepowców, spór zaostrzał się i obecnie, przy ogólnie podniesionej temperaturze życia konspiracyjnego, wszedł w fazę nieubłaganej nienawiści.

– Mamy wielu wrogów – ciągnął dalej mówca – więc będziemy ich likwidować kolejno i systematycznie. Zdradzieckich zetpepepowców też w odpowiedniej chwili dosięgnie nasza karząca ręka. Żaden z tych tchórzów i nikczemników nie zostanie w przyszłej Polsce starostą. Za nami jest Bóg, a więc cały naród. Jak Polska szeroka, od Bałtyku aż po Morze Czarne, poniesie się tryumfalny marsz naszych zwycięskich nóg.

Króciutka przerwa, jakiej mówca potrzebował dla zaczerpnięcia oddechu, przywróciła wynalazcy zmąconą przytomność umysłu. Rezygnując ze słuchania dalszego ciągu przemówienia zastanawiać się począł, jak się wywikłać z niezupełnie bezpiecznej sytuacji. Niestety, niczego rozsądnego wymyślić nie zdołał. I wtem z tych rozważań wyrwała go cisza, która, jak się zaraz domyślił, musiała już trwać dobrą chwilę. Rzeczywiście oczy wszystkich obecnych zwrócone były ku niemu, a przewodniczący, pochylając lekko głowę na znak szacunku, gestem prawej dłoni zapraszał go do zabrania głosu. „Przepadło” – pomyślał wynalazca. Aby zyskać na czasie, poważnie skinął głową w stronę urodziwego młodzieńca. Ten natychmiast usunął się zza stołu i usiadł obok.

W pokoju było okropnie duszno i szaro od dymu papierosów. Za to poza zamkniętymi oknami słoneczko na wolności przygrzewało i jaskółki radośnie igrały. Ryży prowokator wyjął z ust palec i odchrząknął. Inni konspiratorzy też zaczęli chrząkać. Dwóch chłopaków w szortach wymieniało między sobą znaczki pocztowe.

Pan Ludwik zorientował się, że nie wolno mu dłużej zwlekać, i chociaż wciąż nie wiedział, co powiedzieć, podźwignął się z fotela i nadając swojej intelektualnej twarzy wygląd jak najbardziej skupiony i uroczysty, bez pośpiechu posunął się ku prezydialnemu stolikowi. Chrząkania ścichły. Stanął zatem za skromną trybuną konspiracyjną, obie dłonie oparł o stół i chwilę tak stał – nieruchomy, poważny, z pochyloną głową. Cisza zaległa jak w piwnicy w oczekiwaniu na nalot bombowców. Tylko jaskółki beztrosko za oknem poćwirkiwały.

Wtem wynalazca energicznym ruchem podniósł głowę, przesunął po tłumie zebranych ciężkie, powolne spojrzenie i wnikliwie spoczął nim na jednym ze słuchaczy, a był to przypadkiem ryży prowokator.
– Przyszedłem dzisiaj do was z ciężkim sercem – zaczął cicho, lecz dobitnie akcentując brzemienne w skutki słowa.

Ten nieoczekiwany wstęp wywołał pewne poruszenie.
– Tak! – powtórzył wynalazca. – Z ciężkim sercem tu przyszedłem, nie mogę i nie chcę tego taić. Jeszcze zaś ciężej jest mi mówić, dlaczego tak jest. Jedynie wasza młodość, wasz entuzjazm, wasza wiara bezinteresowna i czystość waszego młodzieńczego idealizmu ułatwiają mi moje ciężkie i bolesne zadanie. Bo wy sami jesteście najlepszą bronią przeciw kłamstwom i zdradom.

Szmer wzrósł. Kilku chłopców wstało z krzeseł, a przewodniczący niespokojnie spojrzał na swego zwierzchnika.
– Zdrada jest zawsze rzeczą bolesną – ciągnął wynalazca, rozpaczliwie poszukując w sobie dalszego ciągu – a cóż dopiero zdrada tych, którym się wierzyło i ufało! Zdrada! Zdrada! Jakimiż słowami podobną zdradę napiętnować? Jakimi karami taką zdradę ukarać? Pytam się was, młodzieży!

Przez chwilę wynalazca wychwytywał ze ścisku poszczególne rozognione, młodzieńcze twarze i mierzył je sondującym spojrzeniem. Nagle, wsparty lewą ręką o stolik, drugą z wyciągniętym jak strzała wskazującym palcem wymierzył gwałtownie w słuchaczy.
– Zdradzono was! – krzyknął tragicznym głosem. – Oszukano was!

Na te niesłychane słowa zawrzało. Konspiratorzy poczęli wskakiwać na krzesła i zeskakiwać z nich, zaciskać pięści i miotać pytania i przekleństwa. Niektórzy szczękali pistoletami, a jeden młodziutki jasnowłosy chłopaczek wydobył nawet spod płaszcza automat. Z sąsiednich willi wyglądać poczęli zaciekawieni wrzawą mieszkańcy.

Przewodniczący zebrania pobladł i twarz ukrył w dłoniach. Natomiast ryży prowokator sądząc, że został zdemaskowany, tak się dalece ze strachu zapomniał, iż wskoczywszy na tapczan wykrzyknął:
– Zlitujcie się, mam żonę i dwoje dzieci!
Sądząc, że zwariował, ściągnięto go natychmiast z tapczana, a ponieważ począł się szamotać, paru chłopców w szortach przydusiło go kolanami do ściany.
Wynalazca wyciągnął przed siebie obie dłonie.
– Spokój, młodzi ludzie! Bardziej niż kiedykolwiek potrzeba nam zimnej krwi.
– Nie przelewajcie niewinnej krwi! – zawył pod ścianą prowokator.
Jedna z delegatek dostała histerycznego śmiechu.
– Kto zdradził? – rozległy się głosy. – Hańba! Dowody! Żądamy dowodów!
– Niestety! – odkrzyknął wynalazca – są dowody. Za waszymi plecami, w tajemnicy przed szarymi żołnierzami grup bojowych, Komitet Egzekutywy nawiązał łączność ze zdradzieckim Związkiem Polskiej Prawdy Podziemnej. Za miejsca w tamtejszej Egzekutywie zaprzedano nikczemnie waszą ideę, waszą młodą krew!
– Oooo! – jęknął przewodniczący.
– Hańba! Hańba! – krzyczeli delegaci.

W tym momencie prowokatorowi udało się oderwać od ściany. Jednym susem skoczył na środek pokoju i upadłszy przed wynalazcą na kolana, wyciągnął dłonie.
– Darujcie mi życie! – załkał głośno. – Przysięgam, że już nigdy nie będę prowokatorem. Mam żonę i dwoje niewinnych dziateczek…
Wynalazca cofnął się o krok.
– Agent między nami! – krzyknął wielkim głosem.
– Agent! – powtórzyli konspiratorzy.
– Już nigdy nikogo nie zdradzę, nigdy… – płakał rzewnie oskarżony.
Natychmiast kilku chłopców rzuciło się na prowokatora. Serwetą zatkano mu usta i związanego wepchnięto pod tapczan. Ale nikt nie zdążył po tym nieoczekiwanym zdarzeniu ochłonąć, gdy wtem rozległo się mocne stukanie do drzwi wejściowych.
– Gestapo! – krzyknął ktoś. – Zdrada!
Lecz wynalazca tknięty genialną intuicją natychmiast się zorientował.
– Spokój! – zawołał. – Przyszedłem tu do was w tajemnicy przed zdradziecką Egzekutywą. Sumienie Polaka kazało mi uprzedzić was i ratować. Niczego się nie obawiajcie. Otwórzcie drzwi, za nimi właśnie stoi zdrajca.

Rzeczywiście był to spóźniony na skutek imieninowego obiadu wysłannik Egzekutywy „Lontu”, tłuściutki i różowy pan pachnący wodą lawendową. Niezwłocznie obezwładniono go, związano i zamknięto w łazience, gdzie miał czekać na wyrok.

Gdy wzburzone tylu niespodziewanymi zdarzeniami umysły nieco się uspokoiły, wszystko poszło jak najlepiej. Wynalazca uzgodnił na stronie z urodziwym młodzieńcem plan dalszego działania. Obaj ustalili konieczność natychmiastowego ostrzeżenia grup prowincjonalnych oraz omówili najważniejsze sprawy wynikające z nowej i dosyć skomplikowanej sytuacji, w jakiej się „Lont” znalazł. Zadecydowano również wydelegować nie zwlekając dwóch lontowców na ochotnika, celem wykonania słusznego wyroku śmierci na wysłanniku zdradzieckiej Egzekutywy. Natomiast prowokatora, zgodnie z sugestią wynalazcy, postanowiono na razie nie uśmiercać, lecz wykorzystać go dla celów „ubezpieczeniowych”, jak to pan Ludwik trafnie i z dużym zrozumieniem polityki określił.

Celem zgładzenia zdradzieckiego wysłannika Egzekutywy zgłosili się na ochotnika wszyscy chłopcy, wobec tego wynalazca zalecił przewodniczącemu zebrania wybór drogą losowania. Ale nim do tego doszło, okazało się, że uwięziony w łazience wysłannik zmarł nagłą i naturalną śmiercią na skutek udaru sercowego, czym w sposób najoczywistszy potwierdził swoją haniebną rolę oraz własne tchórzostwo. Wobec tak pomyślnych okoliczności pan Ludwik w imieniu fabrykanta marmolady ofiarował ocalonej organizacji poważną i stałą subwencję. Na koniec, aż do chwili unormowania wewnętrznych stosunków w „Loncie”, sam objął naczelne kierownictwo Egzekutywy, urodziwego młodzieńca mianując swoim zastępcą, a jednego z chłopców w szortach, niesłychanie dumnego z tego wyróżnienia, łącznikiem pomiędzy sobą i bojowymi grupami.

W czasie tych ważnych i doniosłych narad politycznych krótka letnia burza przeszła nad Warszawą i gdy pan Ludwik znalazł się na dworze – powietrze było czyste, a świat niewinny i świeży jak buzia przebudzonego ze snu dziecka. Niestety wynalazca, jak większość wybitnych mężów stanu, nie miał czasu zachwycać się urokiem przyrody. Spieszył się do miasta chcąc jeszcze przed godziną policyjną skomunikować się osobiście z przyjacielem, fabrykantem Kałkarowickim. Udało mu się to.

Solenizant w gronie licznych przyjaciół i jeszcze liczniejszych nieznajomych kibiców siedział w tej samej „Batawii”, w której pan Ludwik pożegnał go był przed kilku godzinami. Relację wynalazcy przyjął fabrykant z nieukrywanym zadowoleniem. Od dawna przestała mu wystarczać marmolada i chciał bodaj jedną organizację podziemną posiadać na własność. Nie pożałował zatem pieniędzy uczonemu przyjacielowi. Pan Ludwik od razu otrzymał większą zaliczkę na koszta reprezentacji oraz na wydatki związane z koniecznością ukrywania się, ze względu bowiem na swoje nowe obowiązki musiał natychmiast porzucić imię wsławione kosmetycznymi wynalazkami i zacząć niebezpieczne, lecz pełne zasług i chwały życie podziemne. O, ojczyzno miła, czymże ty się zdołasz wypłacić bohaterom wolności?

Jerzy Andrzejewski

Źródło: Jerzy Andrzejewski, Niby gaj. Opowiadania 1933-1958, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1961. Opowiadanie Przebudzenie lwa powstało w 1944 roku.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here