Poza „ukrainofilią” i „ukrainofobią” – czas na „ukrainorealizm”

1

17 lat temu pisałem na łamach „Stańczyka” (2000 nr 35) [powtórzyłem to potem w tekście Od Unii Europejskiej do Imperium Europejskiego, zamieszczonym w książce zbiorowej Tożsamość starego kontynentu i przyszłość projektu europejskiego (red. Dorota Pietrzyk-Reeves, seria: Biblioteka Jedności Europejskiej, wyd. Urząd Komitetu Integracji Europejskiej, Warszawa 2007; zob. http://www.tomaszgabis.pl/2009/11/13/od-pierwszej-unii-europejskiej-przez-druga-unie-europejska-do-imperium-europejskiego)],że jądrem Imperium Europejskiego jest dwójprzymierze polsko-niemieckie. To, co dzieje się w Polsce i w Niemczech oraz między Warszawą i Berlinem, ma kluczowe znaczenie dla Imperium. Polska i Niemcy to dwie prowincje tworzące jego kluczowy obszar, jego punkt grawitacyjny, stąd rozrywanie przyjaźni polsko – niemieckiej, sianie niezgody pomiędzy nami Polakami a naszymi „braćmi Szwabami”, szerzenie antygermanizmu i germanofobii w Polsce, a antypolonizmu i polonofobii w Niemczech, wysuwanie wobec siebie roszczeń i pretensji, równoznaczne jest z osłabianiem i rozbijaniem Imperium. Pisałem, że polsko-niemieckie serce Imperium potrzebuje osłony od zachodu i wschodu, potrzebuje zachodnich i wschodnich płuc, wyjścia od zachodu i południa na Atlantyk i na Morze Śródziemne oraz na wschód ku kontynentalnym przestrzeniom Eurazji. Dlatego do polsko-niemieckiego dwójprzymierza przylgnie od zachodu Francja i od wschodu Ukraina, a zatem czwórprzymierze Paryż-Berlin-Warszawa-Kijów będące jednocześnie romańsko-germańsko-słowiańskim trójprzymierzem stanowi podwalinę Imperium Europejskiego. Poprzez „Europejskie Czwórprzymierze” wiedzie droga do geopolitycznej, geostrategicznej i politycznej restytucji Imperium Europejskiego. Ponieważ jednak obecna, będąca historycznym wcieleniem Imperium Europejskiego, Unia Europejska podlega dekompozycji, a co za tym idzie, znalazło się ono w defensywie, na pierwszy plan wysuwają się interesy narodowe. Dlatego z perspektywy narodowej spojrzeć należy także na – tak istotne dla Imperium Europejskiego – stosunki polsko-ukraińskie, ulegające aktualnie, zdaniem wielu obserwatorów, pogorszeniu. Pisze się o rosnącej niechęci Polaków do Ukraińców, o pojawiających się animozjach i konfliktach. Słychać też zaniepokojone głosy, że obecny obóz rządzący odchodzi od, sformułowanej w latach 60. ubiegłego wieku, koncepcji Giedroycia-Mieroszewskiego. Mowa jest o „pożegnaniu z ostpolitik Giedroycia”, która jak wiadomo jako warunek niepodległości Polski zakładała niepodległość Ukrainy, Białorusi i Litwy. Nie była to oczywiście, jeśli chodzi o niepodległość tych trzech krajów, doktryna całkiem oryginalna, np. Alfred Rosenberg w publikacji Przyszła droga niemieckiej polityki zagranicznej (Der Zukunftsweg einer deutschen Aussenpolitik, München 1927) postulował rozczłonkowanie ZSRR „według granic etnicznych“, i oczywiście, wyrażał poparcie dla niepodległości Ukrainy. Pod koniec lat 30. w memorandach na temat Europy Wschodniej naczelny ideolog narodowego socjalizmu opowiadał się za tym, aby własne państwa uzyskali także Białorusini i Litwini. Oczywiście, inaczej niż Giedroyciowi, niepodległość Polski nie leżała Rosenbergowi na sercu.

Jak wiadomo koncepcja Giedroycia została zrealizowana w latach 80. i 90. XX w. w wyniku – jak to ujął niemiecki publicysta Dag Krienen – przeprowadzenia przez Stany Zjednoczone drugiej operacji „Barbarossa”. Zbrojenia przyspieszone za prezydentury Reagana przewyższały we wzajemnych relacjach siły skutki niszczącej bitwy pod Mińskiem i Kijowem, wprowadzenie broni atomowej średniego zasięgu do Europy było porównywalne z zagrożeniem, jakie powstało po zwycięskich „kotłach” pod Wiaźmą i Briańskiem, początek realizacji programu Inicjatywa Obrony Strategicznej („Wojen Gwiezdnych”) był wstępem do bitwy pod Moskwą, której Sowieci, w przeciwieństwie do stoczonej z Niemcami, nie byli w stanie wygrać. Amerykańska operacja „Barbarossa” zakończyła się pełnym zwycięstwem, Układ Warszawski został rozwiązany, Związek Sowiecki się rozpadł – powstały niepodległe Ukraina, Białoruś i Litwa.

Zatem od „polityki wschodniej” Giedroycia Polska odejść nie może, ponieważ nigdy nie była i nie jest jej samodzielnym podmiotem – kto inny ją, na wyższym poziomie geostrategicznym i geopolitycznym, zrealizował. Giedroyc, paryska „Kultura”, tzw. opozycja demokratyczna w Polsce, NSZZ „Solidarność” stanowiły maleńkie partyzanckie oddziały pomocnicze uczestniczące w amerykańskiej operacji „Barbarossa”. Podobnie byłoby, gdyby zaczęto „odwrót spod Moskwy” a Ukraina, Białoruś i Litwa zostałyby np. ponownie przyłączone do Federacji Rosyjskiej; takiemu rozwojowi wydarzeń Polska w żaden sposób nie mogłaby zapobiec, ponieważ odbywałoby się to na płaszczyźnie „wielkiej polityki”, na którą nasz wpływ jest niewiele większy niż ten jaki mieliśmy na planowanie i przeprowadzenie amerykańskiej operacji „Barbarossa”. Żadna samodzielna „wielka polska polityka wschodnia” nie istnieje – dlatego też nie możemy się z niej wycofać, czy z nią pożegnać. Niepodległość Ukrainy jest dla Polski geopolitycznie korzystna, ale to nie od nas zależy, czy Ukraina będzie niepodległa czy nie. Fakt, że na wschodzie nie graniczymy (oprócz okręgu królewieckiego) bezpośrednio z rosyjskim mocarstwem, leży w naszym interesie. Kiedy jednak słuchamy eksperta, który żarliwie przekonuje, że „wzmocnienie niepodległej Ukrainy jest aktualniejsze i ważniejsze niż kiedykolwiek dotąd”, to wiemy, że są to jedynie slogany i pobożne życzenia. Nie dysponujemy bowiem ani zasobami wojskowymi, ani politycznymi, ekonomiczno-finansowym czy dyplomatycznymi niezbędnymi do „wzmocnienia” niepodległości Ukrainy. Jak Polska ma dbać o niepodległość Ukrainy, skoro nawet nie dopuszcza się jej do stołu, przy którym negocjuje się przyszłość tego kraju?

Zacytujmy tutaj Konstantego Jeleńskiego, który w liście do Czesława Miłosza z 10.VII. 1963 r. pisał: „Ostatnie moje (dawne już) rozmowy z Wodzem [Giedroyciem – TG] przekonały mnie ostateczne, że to już nie megalomania, a psychopatia. On robi rewolucję w Rosji, on wbija klin między de Gaulle`em a Kennedy`m – zupełnie jak motyl z bajki Kiplinga, który myśli, że wywołuje grzmoty tupaniem” (Czesław Miłosz, Konstanty A. Jeleński Korespondencja, red. Barbara Toruńczyk, Warszawa 2011, s.34). Uważajmy, żebyśmy się nie upodobnili do tupającego motyla.

Niepodległość Ukrainy jest sprawą elit ukraińskich i wielkich mocarstw, elita polska niewiele ma tu do powiedzenia, ponieważ Polska mocarstwem nie jest. Dlatego mogła się jedynie przyglądać, kiedy Rosja odbierała Ukrainie Krym i przejmowała kontrolę nad wschodnią częścią jej terytorium. Może uprawiać politykę symboliczną, może apelować, wzywać, potępiać, postulować, proponować. Może uprawiać „politykę gestów” jak błyskawiczne uznanie niepodległości Ukrainy, organizowanie koncertów muzycznych i przypinanie sobie pomarańczowych wstążek w okresie tzw. pomarańczowej rewolucji (ważne było poparcie dawnego lidera Pomarańczowej Alternatywy Majora Waldemara Frydrycha) czy też przemówienia polskich polityków na Majdanie w czasie „regime change” w Kijowie. Politycznych gestów nie należy wprawdzie lekceważyć, mogą wszak innych pokrzepić na duchu, nie należy ich jednak mylić z realnymi politycznymi decyzjami.

Nasz pomocniczy udział w „wielkiej polityce” prowadzonej przez wielkich graczy, nakazuje nam zachować dużą ostrożność, ponieważ mocarstwowe centrale mają dziwną skłonność, aby do tzw. rozpoznania bojem rzucać właśnie oddziały pomocnicze. Nie biorąc udziału jako samodzielny podmiot (geo)polityczny w „wielkiej polityce wschodniej ”, możemy i powinniśmy – co oczywiste – prowadzić „małą polską politykę wschodnią”, której celem jest dbanie o – jak to się zwykło mawiać– „rozwój dobrosąsiedzkich stosunków” z Ukrainą (jak też Białorusią i Litwą).

Niektórzy politycy i dziennikarze, powołując się na Giedroycia, prawią o konieczności „wspierania demokracji” na Ukrainie. Podobno tylko Ukraina „demokratyczna może być niepodległa”. W rzeczywistości żadna taka zależność nie istnieje, o czym świadczy choćby fakt, że niepodległa jest np. autorytarna Rosja czy autorytarne Chiny. Ponadto wpływanie na wewnętrzny ustrój innego państwa, na ideologie w nim panujące i na jego system prawno-ustrojowy należy do „wielkiej polityki”, w związku z tym jakiekolwiek samodzielne działania Polski w tej dziedzinie są niemożliwe, ba, nie widać, aby w ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat Polska miała kiedykolwiek realny wpływ na kształtowanie wewnętrznej sytuacji politycznej w obszarze naszego wschodniego sąsiedztwa, nie mówiąc już o wpływie na wybór przez tamtejsze elity takiego czy innego kierunku rozwoju polityczno-gospodarczego.

Stawianie przed polskimi elitami tak herkulesowych zadań jak wsparcie na Ukrainie „procesów demokratyzacyjnych” i „reformowania państwa”, pomoc w „budowie nowoczesnych instytucji państwowych i społeczeństwa obywatelskiego”, „promocja praw człowieka”, łatwo może doprowadzić do ich przeciążenia. Należy przyjąć do wiadomości, że Ukraina (podobnie jak Białoruś i Litwa) ma własną, „narodową drogę do demokracji” i ani naszych rad, ani symbolicznej pomocy nie potrzebuje. Abstrahuję tu od faktu, że „realna demokracja” to – w przeciwieństwie do polukrowanych obrazków z propagandowych czytanek – po części zinstytucjonalizowany, a po części nieformalny, system walk pomiędzy partiami (klikami) o podział środków i zasobów, żerowisko dla lobbystów i zorganizowanych grup interesu, a zatem pole do popisu także dla sił zewnętrznych. Dlatego demokrację wprowadza się częstokroć nie dla wzmocnienia danego kraju, lecz wręcz przeciwnie, dla jego osłabienia, co widać zwłaszcza tam, gdzie destruktywna strona demokracji nie jest równoważona i neutralizowana poprzez ukształtowane w ciągu wieków instytucje i zwyczaje polityczne, silne i zamożne grupy społeczne, wolnościową kulturę polityczną i prawną etc. Być może jest więc dokładnie na odwrót – w konfrontacji z autorytarną, a zatem bardziej dalekowzrocznie planującą i działającą pod silnym, jednolitym przywództwem politycznym, Rosją, oprzeć się jej wpływom mogą jedynie bardziej autorytarna Białoruś czy Ukraina. Jeśli wierzyć demokratycznym mediom, że Kreml „ustawia” wybory w USA, a w Niemczech, Szwecji, Holandii i Francji podobno się do tego szykuje, to powinno być też oczywiste, że autorytarne rządy Moskwy łatwiej rozegrają Ukrainę „demokratyczną” niż „autorytarną”.

Sceptycyzm co możliwości „demokratyzowania” Ukrainy zbiega się akurat z okresowymi ocenami wystawianymi Polsce przez rozmaite ośrodki polityczno-medialne w Europie i USA („New York Times”, „Washington Post”, „Spiegel” et consortes), czyli wydziały Kongregacji Demokratycznej Doktryny Wiary odmawiające Polsce miana „państwa demokratycznego” i „praworządnego”. W tych warunkach nazbyt nachalne „promowanie demokracji” na Ukrainie może spowodować niezręczną sytuację, kiedy, pouczani przez warszawskich demokratów, nasi ukraińscy przyjaciele zaczną powoływać się na opinie wyrażane przez propagandystów swoich mocarstwowych protektorów np. brytyjskich politologów Seana Hanley`a i Jamesa Dawsona, którzy na łamach „Foreign Policy” w nieco denuncjatorskim tonie orzekli autorytatywnie, że „Polska nigdy nie była całkiem demokratyczna”.

Brać też należy pod uwagę, że – jak przewiduje wydawany w Brukseli tygodnik „Politico” – Ukraina zostanie przyjęta do Unii Europejskiej po 2035 roku, czyli nigdy. Zresztą także po stronie ukraińskiej spadać będzie zainteresowanie Unią, ponieważ, jak zapowiadają czynniki unijne, zmniejszać się będzie pula środków przeznaczonych na subwencje rolnicze, fundusze strukturalne, fundusz spójności (czy jak to się tam nazywa), a ponadto do budżetu unijnego przestaną wpływać pieniądze z Londynu, co również zmusi Unię do zaciskania pasa. Wydatnie zmniejszy to jej atrakcyjność w oczach elit będących w finansowych tarapatach, a zatem także elity ukraińskiej.

To, że nie traktuje się serio sloganów o „wspieraniu demokracji” u naszych wschodnich sąsiadów, nie oznacza, że należy zaprzestać prowadzenia w ramach „małej polityki wschodniej” normalnej działalności pod tym właśnie szyldem: organizowanie w Mińsku, Lwowie i Kijowie seminariów i konferencji zatytułowanych „O dalsze pogłębianie demokracji” czy „Demokracja drogą do wolności i dobrobytu”, finansowanie podróży studyjnych dla naszych dziennikarzy, wydawanie tam przekładów książek i broszur polskich autorów, wspieranie i koordynowanie działalności organizacji (poza)rządowych na Ukrainie, nadawanie dydaktycznych pogadanek przez TV Biełsat, działalność Polsko-Ukraińskiego Forum Partnerstwa, stanowiącego „platformę dialogu obywatelskiego i współpracy obu narodów” itd. itp. Wszystko oczywiście w zakresie zależnym od ilości środków finansowych będących w dyspozycji MSZ i innych ministerstw. Niestety, jak twierdzą eksperci, w minionym roku rząd kilkakrotnie zmniejszył pulę pieniędzy przeznaczoną na realizowane przez polskie podmioty „działania demokratyzacyjne” w krajach wschodnioeuropejskich, w tym zwłaszcza na Ukrainie. Cóż, jak każda kwestia polityczna „działania demokratyzacyjne” są także kwestią finansową, więc i one mogą paść ofiarą cięć budżetowych. Nie grozi to chyba na razie aktywności, jaką na tej niwie przejawia poseł do Parlamentu Europejskiego Ryszard Czarnecki, który z dumą oświadczył: „Odbyłem w ostatnich latach kilkadziesiąt podróży do krajów szeroko rozumianej Europy Wschodniej i Azji Środkowej”. Tak liczne i obfitujące zapewne w polityczne rezultaty podróże posła są niewątpliwie integralnym składnikiem polskiej „małej polityki wschodniej”.

Powołam się jeszcze na osobistą rozmowę z pewną młodą osobą „promującą demokrację i zasady społeczeństwa obywatelskiego” oraz „wdrażającą europejskie standardy” w jednym z państw postsowieckich. Na moje pytanie, jakie są efekty tej, jakże ważnej i odpowiedzialnej, pracy, odpowiedziała szczerze (była już po kilku kieliszkach alkoholu), że żadne. Powiedziałem jej, iż tak długo, jak „z Europy” płyną pieniądze na jej pensję, nie powinna ustawać w wysiłkach na rzecz „utrwalania demokracji”.

Narzekaniom na „odejście od polityki wschodniej Giedroycia”, towarzyszą lamenty, że obecny obóz rządzący kładzie nadmierny nacisk na promocję polskości na Wschodzie oraz wzmocnienie opieki nad tamtejszymi Polakami. Znowelizowano np. ustawę o Karcie Polaka zwiększając jej dostępność i atrakcyjność. Rząd deklaruje na tych polach współpracę z licznymi organizacjami pozarządowymi, które już w tej chwili działają na rzecz Polaków żyjących na Ukrainie, Białorusi i Litwie. Z punktu widzenia „małej polityki wschodniej” są to działania jak najbardziej słuszne. Zapytać jednak należy, czy rzeczywiście – jak na portalu Kresy.pl zapewnia nas Karol Kaźmierczak z Ruchu Narodowego – „zachowanie zwartej i licznej wspólnoty Polaków na Kresach to priorytetowy interes Polski”. Omawiając program Ruchu Narodowego Kaźmierczak napisał:

„Podsumowując można tylko stwierdzić, że żadna z polskich partii politycznych nie traktuje w swoim programie interesów Polaków na Kresach tak poważnie, jak deklarują to narodowcy, którzy właściwie stawiają sprawę poparcia dla nich w kategoriach politycznych, a nie charytatywnych. Utrzymanie się wspólnot Polaków na Kresach, a także ochrona polskiego dziedzictwa kulturowego jest dla RN «podstawowym interesem Polski na Wschodzie […] polityka wschodnia musi więc być ściśle sprzężona z polityką kresową tj. każde posunięcie i decyzja polityczna musi zakładać, iż służą one bezpośrednio lub pośrednio ponadpaństwowej wspólnocie narodowej Polaków».”

Jeśli spojrzeć na tę kwestię w kategoriach czysto politycznych, to należy zapytać jaki jest polityczny cel owej „polityki kresowej”. Czy chce się wykorzystać mniejszości polskie jako instrument polityczny, np. jako pretekst do wysunięcia roszczeń terytorialnych czy interwencji w celu „ochrony mniejszości”? A może jako narzędzie osłabiania i rozbijania sąsiedniego państwa? Jeśli tak, to wówczas „polityka kresowa” miałaby jakiś (geo)polityczny sens. Jeśli jednak takich politycznych celów nie ma, to z natury rzeczy nie można prowadzić żadnej polskiej „polityki kresowej”, zwłaszcza, że Kresy przestały de facto istnieć w 1939 roku (w następnych latach przestały istnieć de jure). Kresowa Atlantyda pogrążyła się na zawsze w odmętach historii, zaś Kresy pozostały jako element polskiej tradycji narodowej, składnik polskiej wyobraźni i świadomości historycznej, miejsce akcji polskich powieści, sceneria filmów „płaszcza i szpady” czy sag rodzinnych. Musimy pogodzić się z tym, że polskie dziedzictwo materialne na dawnych Kresach ocaleje tylko w pewnym i to raczej niewielkim, zakresie, gdyż uratować mogłyby je wyłącznie narody, które je przejęły. Niechaj pociechą będzie dla nas, że także poczucie nieodwołalnej utraty może stać się kulturotwórczym impulsem.

Nasi rodacy żyjący na dawnych Kresach nie mogą odegrać już żadnej roli politycznej, są jedynie pozostałością po I i II RP, które przestały na zawsze istnieć i przeniosły się w sferę mitu. Dlatego traktowanie dawnych Kresów jako czynnika polskiej polityki to fantastyka polityczna. Niestety – trzeba to ze smutkiem przyznać – nasi przodkowie „przerżnęli Rzeczpospolitą” – zarówno Pierwszą, jak i Drugą. Tragizm dziejów Polski polegał na tym, że jej droga wiodła od państwa Piastów i imperium jagiellońskiego do Generalnej Guberni i PRL, od europejskiego mocarstwa do sowieckiego protektoratu. Trzecia czy Czwarta (albo i Piąta) RP sowieckim protektoratem być przestała, ale jest przepoczwarzoną Polską Rzeczpospolitą Ludową, która powstała – na mocy decyzji mocarstw zwycięskiej koalicji antyniemieckiej – ze scalenia terytorium Generalnego Gubernatorstwa, ziem wcielonych do Rzeszy Niemieckiej w 1939 roku oraz wschodnich obszarów Rzeszy Niemieckiej. Po 1989 r. status Rzeczpospolitej w hierarchii międzynarodowej się nie zmienił tzn. tak jak wcześniej, nie bierze ona udziału w „wielkiej polityce”. Mityczna Wielka Polska istnieje wyłącznie w rozgorączkowanej wyobraźni młodzieży pełniąc funkcję kompensacyjną. Trwanie przy tym micie jest przejawem eskapizmu odwodzącym od prawdziwych zadań jakie stoją przed naszym narodem, od realnej pracy dla istniejącej tu i teraz, między Odrą a Bugiem, Polski.

O ile w krótko- i średnioterminowej perspektywie „utrzymanie się wspólnot Polaków” na Litwie, Białorusi, Ukrainie, umacnianie i promowanie polskości na dawnych Kresach jest słuszne i potrzebne, to w dłuższej perspektywie należy nastawić się na osiedlanie się naszych rodaków w Polsce (przy czym ich polskość należy pojmować szeroko). Proces ten zresztą już trwa. Nie chodzi o jego sztuczne przyspieszanie, ponieważ o tym jak będzie on przebiegał zdecyduje przede wszystkim prawdziwa siła przyciągania Polski, jej atrakcyjność pod względem gospodarczym, kulturalnym, organizacyjnym. [1]

Przypomnijmy podobny proces, mianowicie dobrowolne wyjazdy Niemców z krajów Europy Środkowo-Wschodniej do RFN. Od początku lat 50. do 1987 r. przybyło do Niemiec 1,4 mln przesiedleńców głównie z Polski i Rumunii. W całym okresie od 1950 do 2005 roku do Republiki Federalnej Niemiec przybyło 4,5 miliona Niemców i osób pochodzenia niemieckiego, w tym 2,3 miliona ze Związku Sowieckiego i państw-sukcesorów, 1,4 mln z Polski, 430 000 z Rumunii, 105 000 z Czechosłowacji i państw sukcesorów, 90 000 z Jugosławii i państw-sukcesorów, 21 000 z Węgier, 56 000 z pozostałych krajów. Wprawdzie protestancki teolog i „konserwatywny rewolucjonista” Wilhelm Stapel pisał w 1932 roku, że „gdyby nasze «mniejszości» na wschodzie i na południowym wschodzie zostały zniszczone, naród niemiecki zostałby poprzez to zrzucony z historycznych wyżyn ku egzystencji historycznej pozbawionej znaczenia (W. Stapel, Der christliche Staatsmann. Eine Theologie des Nationalismus, Hamburg 1932, str. 254), to jednak w Republice Federalnej Niemiec uznano, iż w nowej sytuacji historycznej i geopolitycznej, po upadku Rzeszy Niemieckiej, po przymusowym wysiedleniu milionów Niemców z niemieckich terytoriów wschodnich, które zostały zaanektowane przez inne państwa, dalsze pozostawanie mniejszości niemieckich na wschodzie i południowym wschodzie Europy nie ma żadnego politycznego sensu, natomiast interes demograficzno-ekonomiczny RFN wymaga, aby przesiedlili się oni do „macierzy”. Nie idzie więc o pozostawienie w przyszłości naszych rodaków własnemu losowi, ale o jak najszersze otwarcie bram dla ich osiedlenia się w Polsce. Nadchodząca epoka będzie bowiem epoką koncentracji, epoką skupiania a nie rozpraszania narodowych sił i środków, oszczędnego i rozumnego nimi gospodarowania a nie marnowania ich na realizację fantasmagorycznych przedsięwzięć politycznych.

Od jakiegoś czasu widać, że w stosunkach polsko-ukraińskich coraz większej wagi nabierają kwestie historyczne, czyli sprawa Rzezi Wołyńskiej. Coraz ostrzejsza staje się krytyka ukraińskiej polityki historycznej gloryfikującej Ukraińską Powstańczą Armię. Krytyczne głosy nasiliły się przy okazji filmu „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego, w którym pokazano okrutne konsekwencje wielokulturowości, a ściślej rzecz biorąc, straszliwe skutki kryzysu struktur politycznych i ekonomicznych, w ramach których społeczeństwo wielokulturowe mogło w miarę pokojowo funkcjonować. Pojawiły się opinie, że filmy takie jak „Wołyń” psują dobre stosunki polsko-ukraińskie, są na rękę Moskwie itp. Takie argumenty nie przekonują – Rzeź Wołyńska i losy naszych rodaków na Kresach są nierozerwalną częścią polskiej historii; oddanie hołdu ofiarom to rzecz oczywista i nie „podlega negocjacjom”. Niegłupim pomysłem jest opracowanie „Wołynia” w kilku wersjach językowych – angielskiej, hiszpańskiej, ukraińskiej, rosyjskiej i niemieckiej, i zawieszenie na jutubie.

Recenzując „Wołyń” publicysta tygodnika „W Sieci” Łukasz Adamski napisał: „Opisy tortur są przykładem nie tyle banalności zła, ale dowodem na istnienie niepojętego mroku ludzkiej duszy. Diabelskiego, demonicznego. Mroku piekielnego. Mroku dusz oprawców nie tylko naszych rodaków, ale też Ukraińców, nie chcących wraz z siepaczami UPA mordować swoich sąsiadów. Obcinanie dzieciom języków, wydłubywanie oczu, rozłupywanie dziecięcych czaszek i kazanie oglądania wypływających mózgów ich rodzicom. Brutalne gwałty córek na oczach matek i matek na oczach dzieci, którym potem w krocze wbijano butelki z benzyną. Następnie podpalanie wijących się kobiecych ciał. Wyjmowanie z brzucha kobiet dzieci i roztrzaskiwanie ich główek o drzewa. Tego Smarzowski w swoim filmie nie pokazał. A przecież mógł”.

Oczywiście, że mógł. Jeśli będzie chciał w przyszłości nakręcić „Wołyń 2”, to może pokazać w nim to, co pominął w „Wołyniu”, a co opisuje Stanisław Srokowski w Nienawiści, ba, może oprzeć się na badaniach dra Aleksandra Kormana, który spisał 362 (!) metody mordowania, tortur fizycznych, a także psychicznych, stosowanych wobec Polaków przez członków OUN i UPA w latach II wojny światowej i po jej zakończeniu na południowo-wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej Polskiej. To jest nasza historia, nasza kultura, nasza suwerenna polityka historyczna i żadne względy na „wrażliwość innych” nie mogą dyktować nam, co mamy w tej dziedzinie robić, a czego nie robić.

W prasie można było przeczytać następującą informację: „Społeczny Komitet Budowy Pomnika Pamięci Ofiar Męczeństwa i Ludobójstwa Kresowian chciałby ustawić gigantyczną, odlaną z brązu, rzeźbę na rogatkach Jeleniej Góry przy drodze na Karpacz. Monument kosztował 240 tys. dolarów. Centralnym elementem jest orzeł w koronie, na którego skrzydłach znajdują się nazwy miejscowości, w których UPA dokonała mordów na Polakach. W piersi orła wycięto krzyż. W tym miejscu widoczne są trójzębne widły przebijające dziecięce ciało. U podstawy widać grupę osób. To ojciec, matka z niemowlęciem na ręku i dwoje dzieci. Za nimi płot, na który nabito dziecięce główki. Jedna leży na ziemi. Dolną część pomnika spowijają płomienie” (zob. http://www.gazetawroclawska.pl/dolny-slask/a/czy-kontrowersyjny-pomnik-trafi-na-dolny-slask,11750604/). Ogarnia nas autentyczna zgroza, ale nie zgroza związana z Rzezią Wołyńską, ale zgroza na widok tego kiczowatego monstrum (dlaczego wzorem dla autora nie był rewelacyjny projekt pomnika katyńskiego Stanisława „Stacha z Warty” Szukalskiego, dlaczego tam nie szukał inspiracji?).

To ta niesłychana wręcz szpetota tego pomnika, będąca obrazą dla, nawet najsłabiej rozwiniętego, poczucia estetycznego, winna nas skłaniać do zdecydowanego sprzeciwu wobec pomysłu jego postawienia, a nie to, czy obrażą się nań Ukraińcy. Czymś innym natomiast jest wymaganie od współczesnych Ukraińców, aby uznali ustaloną przez naszych historyków prawdę o Rzezi Wołyńskiej i wzięli na siebie winę za nią, a w konsekwencji, zaprzestali budowania ukraińskiej tożsamości na kulcie Stefana Bandery i micie bohaterskiej UPA. Co i rusz rozbrzmiewają w Polsce apele do Ukraińców, aby wreszcie zmierzyli się ze swoją – zbrodniczą – historią, aby wyrazili skruchę, „oczyścili się z demonów przeszłości”, „stanęli w prawdzie” wobec „ludobójstwa” [2] popełnionego przez swoich przodków i ich potępili. Jak stwierdził filozof z Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Bogusław Paź, „Ukraina musi przyznać się do zbrodni i stanąć po stronie prawdy”. Innymi słowy, współcześnie żyjący Ukraińcy mają się uznać za potomków „ludobójców”. Słychać kierowane do Ukraińców wezwania do posypywania głów popiołem, kajania się, wdziewania worów pokutnych, okazywania skruchy, proszenia (nas) o przebaczenie etc. Jednakże Ukraińcy nie bardzo się do tego palą, bardzo dobrze rozumiejąc, że wzywający chcą im przygiąć karki do ziemi – chcą ich, moralnie „przeczołgać”; najlepiej byłoby, gdyby skruszeni leżeli krzyżem przed wspomnianym wyżej Pomnikiem Pamięci Ofiar Męczeństwa i Ludobójstwa Kresowian. Idźmy więc raczej za radą Jacka Kuronia, który pisał, że „nie wolno zmuszać [Ukraińców] do pokuty” (zob. Jacek Kuroń, Nadzieja i rozczarowanie. Pisma polityczne 1989-2004, Warszawa 2010, s. 657nn). Tym bardziej, że nie dysponujemy wystarczająco silnymi instrumentami politycznymi, aby ich do czegokolwiek zmusić.

Wyznam szczerze, że odczuwam nawet pewien respekt, ba, podziw, wobec Ukraińców (podobnie wobec Turków), że nie pozwalają sobie narzucić takiej wersji historii, w której obsadzeni zostają w roli sprawców „ludobójstwa”, że nie mają zamiaru zaakceptować siebie jako „czarnych charakterów” w historycznym dramacie. Świadczy to o jakiejś witalności narodu ukraińskiego (podobnie jak tureckiego), o zewnętrznej ale i wewnętrznej (duchowej) suwerenności. Ukraińcy nieomylnie wyczuwają, że inni, wzywając ich, aby „stanęli w prawdzie” etc. mają na myśli własne partykularne i wymierne interesy polityczne, a może tylko moralno-psychologiczne i emocjonalne. Jedynie narody zwyciężone, niesuwerenne, podbite także w sensie duchowym (jak śpiewa w „Targu” Jacek Kaczmarski: „Na dachach naszych domów/Posągi obcych bogów/Przed nimi my w pokłonach/Na naszym własnym progu”), narody z przetrąconym kręgosłupem moralnym i politycznym, z wypranymi mózgami i charakterami, wykastrowane duchowo, godzą się na to, żeby inni – niczym kapłani zwycięskiej religii– narzucali im swoją „prawdę”, swoje „prawa”, swoją „filozofię życiową”, rozliczali ich ze zbrodni i win, żądali od nich, aby prosili o wybaczenie, co jest równoznaczne z dążeniem do osiągnięcia moralnej supremacji. U niektórych polskich środowisk ideowo-politycznych supremacja moralna nad ukraińskimi „ludobójcami” zdaje się zastępować utraconą po 1939 roku supremację polityczno-kulturalną. Pragnie się odnieść zwycięstwo nad Ukraińcami – oczywiście moralne. Móc poczuć się moralnym zwycięzcą – któż nie uległby takiej pokusie?

Elita ukraińska, nie uznając polskiej narracji, w której Ukraińców obsadzono w roli „ludobójców”, robi to, co każda dbająca o swój narodowy interes elita polityczna powinna czynić: nie dopuszcza, żeby obcy mieli sposobność przygniecenia jej głowy do ziemi, kiedy będzie się kajała się za grzechy przodków. Podobnie czynią Turcy nie chcąc uznać wersji historii, w której są „ludobójcami”, czy japońscy patrioci pragnący prowadzić własną politykę pamięci a nie tę narzucaną Japonii przez Waszyngton i Pekin. Zwróćmy przy tym uwagę, że zwarta i solidarna diaspora ormiańska była w stanie zorganizować w wielu krajach polityczne poparcie dla swojej „antytureckiej” wersji historii (rezolucje parlamentów, zakazy kwestionowania „ludobójstwa” itp.) a Chiny i USA są mocarstwami i za ich naciskami na Japończyków w kwestiach polityki historycznej stoi realna siła. W naszym przypadku ani jeden z tych czynników nie występuje – poza ewentualnym wsparciem ze strony „antybanderowskiej” Rosji.

Ponieważ Polska i Ukraina są państwami niepodległymi, będą uprawiały w kwestii Rzezi Wołyńskiej i UPA dwie nie dające się pogodzić polityki historyczne. Rzeź Wołyńska, krytyka UPA itd. pozostaną elementami naszej polityki historycznej, zaś Ukraińcy niechaj sami „rozliczają” się z własną historią. Oczekiwania, że uszanują naszą wrażliwość historyczną, czyli zaakceptują swoją rolę jako „ludobójców” i za „ludobójców” uznają Banderę czy Szuchewycza wydają się nierealistyczne. Nie widać oznak, żeby elity ukraińskie zechciały w ogóle odciąć się od UPA i OUN i uznały naszą wersję Rzezi Wołyńskiej; będą raczej swoją prawdę historyczną (prawdę polityczną) podtrzymywać. Dlatego polityka budzenia u nich wyrzutów sumienia nie będzie skuteczna. [3]

Daremność wezwań do skruchy i pokuty, świadomość własnej bezsilności wynikającej z braku instrumentów skutecznego –politycznego, medialnego czy finansowego – nacisku, rodzić może w Polsce coraz większą frustrację w wielu środowiskach ideowo-politycznych i przynieść intensyfikację agresywnej „ukrainofobicznej” retoryki. Składnikiem tego procesu będzie przesunięcie, definiowanej jako „ludobójstwo”, Rzezi Wołyńskiej do centrum polskiej polityki pamięci. Jest to kolejna fala niemal obsesyjnej autowiktymizacji wynikająca z nieubłaganej dynamiki świadomości martyrologicznej, która poszukuje stale nowych ofiar, pożąda ciągle nowej emocjonalno-politycznej „świeżej krwi” i potrzebuje wciąż nowych prześladowców: po Niemcach i Rosjanach, komunistach (w odniesieniu do okresu 1949-56 określanych niekiedy jako „Żydokomuna”) przyszedł czas na Ukraińców, a w kolejce czekają już Litwini, którzy w czasie ostatniej wojny w Podbrodziu i gdzie indziej mordowali Polaków. Po raz kolejny będzie się można upajać cierpieniami naszych przodków, obnosić z ranami zadanymi przez wrogów, pogrążać w rozpamiętywaniu historycznych klęsk. [4] Albowiem Rzeź Wołyńska była naszą wielką narodową klęską, której najbardziej pierwotnym źródłem była nieumiejętność (niemożność) zapobieżenia zagładzie państwa polskiego w 1939 roku.

Do wywindowania Rzezi Wołyńskiej na wysoki szczebel martyrologicznej hierarchii i do wzrostu „ukrainofobii” z pewnością przyczyniło się „ukrainofilskie” nad-zaangażowanie obozu demokratyczno-postępowego (środowisko „Gazety Wyborczej” i „Tygodnika Powszechnego”, Jacek Kuroń, Marcin Wojciechowski, Mirosław Czech, Paweł Smoleński i inni). Nakręcona w III RP spirala „ukrainofilii” odkręca się coraz mocniej w przeciwnym kierunku, gdyż „ukrainofile” nie mają dość siły, aby ją utrzymać w punkcie najwyższego skrętu. Jest to sytuacja analogiczna jak w przypadku powstania warszawskiego – dążenie do jego moralnej delegitymizacji (Michał Cichy o „powstańcach mordujących Żydów” etc.) doprowadziło do czegoś wręcz odwrotnego – kultu powstania zwieńczonego wzniesieniem świątyni w postaci Muzeum Powstania Warszawskiego.

Wszyscy wrogowie polityczni obozu rządzącego III RP automatycznie wybierają „ukrainofobię” jako instrument walki politycznej z tym obozem. To na jego działalność i publicystykę reakcją jest „ukrainofobiczne” nad-zaangażowanie księdza Isakowicza-Zaleskiego (który prezesa ukraińskiego IPN Wiatrowycza nazwał, jakże by inaczej, „Goebbelsem”), prof. Pazia, środowiska skupionego wokół tygodnika „Myśl Polska”, portalu Kresy.pl, aktywistów i publicystów zbliżonych do Ruchu Narodowego. A także Pawła Kukiza, zdaniem którego Stefan Bandera był diabłem (!): „wynoszenie na sztandary portretów bandytów i robienie z nich bohaterów może w przyszłości mieć fatalne konsekwencje. Następne pokolenia mogą czcić diabła, bo takim był Bandera”. Posłowie Kukiz 15 złożyli w Sejmie projekt ustawy o „zakazie promocji banderyzmu”. Innymi słowy, chcą zakazać promocji satanizmu-banderyzmu (!) [5]. Brawo!

Stosunek do Ukrainy, Ukraińców, upamiętnienia Rzezi Wołyńskiej i do ukraińskiej polityki historycznej staje się w coraz większym stopniu przedmiotem wewnętrznej walki politycznej, której temperatura emocjonalna rośnie coraz bardziej. Charakterystycznym przykładem może być wypowiedź cytowanego wyżej wrocławskiego filozofa Bogusława Pazia, który dwa lata temu zamieścił na fejsie film, pokazujący jak w Donbasie separatyści znęcają się nad ukraińskimi jeńcami, i opatrzył go komentarzem: „Banderowskie ścierwa dostają łomot aż miło! I jak tu nie kochać «Ruskich»..?” Paź jakby przenosił się 70 lat wstecz i wcielał się Wołyniaka, który przypatrując się biciu upowców przez sowieckich partyzantów albo enkawudystów, cieszy się: „Banderowskie ścierwa dostają łomot aż miło! I jak tu nie kochać «Ruskich»..?”

Użycie tak brutalnego określenia jak „banderowskie ścierwa” świadczy o jakimś wewnętrznym, ogromnym emocjonalnym rozdygotaniu wrocławskiego filozofa, o niezwykle intensywnych uczuciach nienawiści i pogardy, które, nie znajdując innego ujścia (wszak Paź osobiście żadnemu „banderowskiemu ścierwu” łomotu nie sprawi), wyładowują się w infantylnych fantazjach. Jesteśmy o krok od wybuchu antyukraińskiej histerii, erupcji „zoologicznego antybanderyzmu” zbliżonego do „zoologicznego antykomunizmu” lub „zoologicznego antyfaszyzmu”, co zresztą jest ułatwione poprzez utożsamienie „banderyzmu” z „faszyzmem”. Z psychopolitycznego punktu widzenia są to procesy wielce niebezpieczne, ponieważ zakłócają właściwą „gospodarkę emocjami politycznymi”, racjonalną myśl polityczną i racjonalną politykę zastępują histerycznymi krzykami, werbalnym radykalizmem, przebieraniem się w wytarte historyczne kostiumy. Jeśli procesy te będą postępować, to dojdziemy do punktu, w którym „ukrainożerczy ruscy agenci” ścierać się będą z „polonobanderowcami” – kolejny krok na niższy poziom życia politycznego i umysłowego.

Najprawdopodobniej to względy wewnątrzpolityczne powodują, że w obecnym obozie rządzącym, zwłaszcza w, obdarzonych wysoko rozwiniętą świadomością martyrologiczną, masach partyjnych („zasadniczy substrat: prowincjonalny, sarmacki i mesjanistyczny” – Miłosz w liście do Jeleńskiego z lipca 1968 r.) następuje powolne przesunięcie w kierunku „ukrainofobii”, mimo iż wcześniej bliżej mu było do „giedroycizmu”, którego najbardziej wiernymi kontynuatorami w obozie patriotyczno-niepodległościowym są np. „Gazeta Polska” i portal „Fronda”. Temu procesowi sprzyjają zmiany w układzie sił zachodzące w Europie i na świecie, które czymś anachronicznym czynią tradycyjną, dość naiwną giedroyciowską „ukrainofilię” z jej naczelną zasadą ogólnego „kochajmy się”.

Wyczuwa to prezes PiS Jarosław Kaczyński, który podczas spotkania w Warszawie omawiał z prezydentem Ukrainy Petro Poroszenką wzajemne stosunki Polski i Ukrainy. Według rzeczniczki PiS Beaty Mazurek prezes partii podkreślił, że niepodległość Ukrainy i wspieranie jej dążeń do Unii Europejskiej jest polską racją stanu. Równocześnie bardzo mocno postawił wątek historyczny, a stanowcze odcięcie się Ukrainy od zbrodni UPA uznał za warunek zarówno zbliżenia z Polską, jak i z Europą.

Ponieważ jednak wspieranie niepodległości Ukrainy przez Polskę, będące, zdaniem Kaczyńskiego, elementem polskiej racji stanu, jest możliwe tylko wówczas, gdy oba kraje są „do siebie zbliżone”, to nie można warunkować zbliżenia Ukrainy i Polski „odcięciem się Ukrainy od zbrodni UPA”. Bowiem gdyby Ukraińcy nie chcieli się odciąć, wówczas Warszawa musiałaby zawiesić zbliżenie z Ukrainą a tym samym zaprzestać wspierania jej niepodległości, co byłoby sprzeczne z polską racją stanu. Stawianie przez przywódcę obozu patriotyczno-niepodległościowego kwestii historycznych ponad rację stanu byłoby doprawdy czymś niesłychanym. Bardziej prawdopodobne jest więc, że Kaczyński uważa, iż podnoszenie kwestii historycznych niczym poważnym nie grozi. Innymi słowy to, czy Ukraina zbliży się do Polski i Europy czy też nie, nie ma już dziś większego politycznego znaczenia.

To samo wynika z rozmowy Kaczyńskiego w Radiu Rzeszów. Pytany o ocenę relacji polsko-ukraińskich, prezes PiS powiedział: „Jest ciągle niepewne czy Ukraina pójdzie w stronę, która w Polsce jest nie do zaakceptowania, czyli oparcia swojej historycznej legitymacji o tradycje UPA, o tradycje organizacji, które dopuściły się potwornych zbrodni na Polakach, czy też z tej drogi zrezygnuje”. Władze ukraińskie „łącznie z prezydentem Ukrainy panem Petro Poroszenko” znają stanowisko Polski, bo zostało ono „przekazane i przez pana prezydenta Andrzeja Dudę i przez panią premier, także i przeze mnie”. Prezes PiS powiedział: „Powtarzam: są pewne granice nie do przekroczenia. Myśmy przez wiele lat wykazywali ogromną cierpliwość. I tej cierpliwości jeszcze trochę mamy, ale powtarzam: w tym roku tam będą (na Ukrainie) zapadały bardzo ważne decyzje z tego względu, że są różne rocznice i będziemy się musieli temu przyjrzeć”.

Jest oczywiste, że mówienie o „granicach nie do przekroczenia”, o rzeczach „nie do zaakceptowania”, o cierpliwości, która jest na wyczerpaniu, stawianie „strategicznemu partnerowi”, od którego „niepodległości zależy niepodległość Polski”, warunków, jakich on najpewniej nie spełni, oznacza, że tak naprawdę przestaje się uważać go za „strategicznego partnera”, od którego „niepodległości zależy niepodległość Polski”. Pytany, czy Polska dalej powinna pełnić rolę „adwokata Ukrainy”, Kaczyński oświadczył, że „to wszystko zależy od drugiej strony”. Jeśli więc druga strona nie spełni oczekiwań obozu rządzącego, to przestanie on być „adwokatem Ukrainy”, co oznacza, że rola Polski jako „adwokata Ukrainy” się wyczerpuje.

W wywiadzie dla tygodnika „Do Rzeczy” (2017 nr 6) Kaczyński powtarza, że stosunki polsko-ukraińskie to „znak zapytania”. I dalej mówi: „Nie możemy ciągle przez lata zgadzać się, by na Ukrainie budowano kult ludzi, którzy wobec Polaków dopuścili się ludobójstwa, i to takiego, że choć trudno było przebić w okrucieństwie Niemców, to oni ich przebili. Krótko mówiąc, to sprawa pewnego wyboru Ukrainy. Powiedziałem wyraźnie panu prezydentowi Poroszence, że z Banderą, to oni do Europy nie wejdą.”. Wynika z tej wypowiedzi w sposób oczywisty, że jeśli Ukraińcy dokonają nie takiego wyboru, jakiego oczekuje Kaczyński, jeśli nie wyprą się Bandery, to „nie wejdą do Europy”, czyli drogi Polski i Ukrainy automatycznie się rozejdą.

Ponieważ Bandera i UPA konstytuują antykomunistyczną, antysowiecką i antyrosyjską tożsamość polityczno-historyczną Ukrainy, to domaganie się przez Kaczyńskiego, aby Ukraińcy odcięli się od tej tradycji, oznacza zwycięstwo linii prokomunistycznej, prosowieckiej i prorosyjskiej. Paradoksalnie, Kaczyński żądając od Ukraińców wyrzucenia Bandery i UPA kieruje ich na drogę ku prokomunistycznej, prosowieckiej, prorosyjskiej narracji historycznej, co w oczywisty sposób sprzeczne jest z deklarowanymi do tej pory przez Kaczyńskiego celami politycznymi. Jednakże zdaje się on tym nie kłopotać, ponieważ najwyraźniej uważa, że Ukraina i tak „nie wejdzie do Europy”, więc to, jaką tożsamość historyczno-polityczną wybierze nie będzie miało już większego znaczenia.

Prezes PiS wyraził się, że stosunki polsko-ukraińskie „wyglądają jak znak zapytania”. I to jest bardzo trafne ujęcie całej kwestii: znak zapytania symbolizuje bowiem pewną niedookreśloność tych stosunków. Ponieważ Polska nie może nic realnego zrobić dla niepodległości Ukrainy, to i dla Ukrainy jej wartość jako „adwokata” spada. Ukraina nie jest ani naszym wrogiem, ani sojusznikiem zaś Polska nie jest ani sojusznikiem, ani wrogiem dla Ukrainy (na rozróżnianie pomiędzy wrogiem a sojusznikiem monopol mają mocarstwa). Nasze stosunki nie będą ani świetne, ani fatalne, będą czymś pomiędzy – trochę dobre, trochę złe. Czyli normalne. I tę normalność należy podtrzymywać, rozwijać i pogłębiać.

Czas skończyć z bezrefleksyjnym powtarzaniem frazesu, że „nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy”, ponieważ blokuje to spokojne przemyślenie tych stosunków w zmieniającej się sytuacji międzynarodowej i ogranicza naszą swobodę politycznego manewru (także wobec Rosji). Można odnieść wrażenie, że Ukraińcy wzięli sobie do serca zasadę Giedroycia i ją bezlitośnie wykorzystują: „skoro, jak sami ciągle powtarzacie, niepodległość Polski zależy od niepodległości Ukrainy, to musicie dbać o naszą niepodległość, chuchać na nią, wspomagać wszelkimi sposobami np. udzielać bezzwrotnych pożyczek, i żadnych warunków nam nie stawiać, bo ich spełnienie mogłoby osłabić naszą niepodległość, a w konsekwencji waszą”. Jednakże niepodległość Ukrainy to przede wszystkim sprawa samych Ukraińców oraz jej możniejszych protektorów, do których Polska nie należy. W związku z tym nie powinno się – ulegając temu szantażowi – przemilczać możliwych sprzeczności interesów w dziedzinie polityki, gospodarki czy polityki pamięci. To jest także element normalności.

Cytowany wyżej Łukasz Adamski napisał, że Smarzowski „chciał zrobić wyważony film, mający być katharsis w relacjach polsko-ukraińskich”. A po diabła nam jakieś katharsis? Kiedy ktoś oczekuje „katharsis”, to jeśli „katharsis” nie następuje, jest rozczarowany i poirytowany. Ktoś inny, niepotrzebnie tracąc czas i energię, zabiega o „polsko-ukraińskie pojednanie” [6], nieświadom tego, że nadmierna bliskość jednających się skutkować może – niezamierzonym – wzrostem niechęci (Johannes Gross:Spotkanie narodów nie sprzyja ich porozumieniu”). Są też tacy, co chcą „przebaczać i prosić o przebaczenie”, ale i ta formuła już się zużyła i nie należy do niej powracać. W stosunkach z Ukraińcami powinniśmy stosować ogólną zasadę: nikogo nie prosimy o wybaczenie i sami nie domagamy się od nikogo, aby prosił nas o wybaczenie. Będące naturalną rzeczą upamiętnianie Rzezi Wołyńskiej nie powinno czynić nas więźniami przeszłości. Należy starać się o znalezienie wspólnych momentów z historii Polski i Ukrainy poza okresem II wojny światowej. Mimo iż osobiście opowiadam się za natychmiastowym zatrzymaniem pełzającej „muzealizacji” Polski, to uczyniłbym wyjątek dla Muzeum Kresów Polskich, którego budowa byłaby symbolicznym, psychologicznym i ostatecznym zakończeniem ich egzystencji.

Uważnie przyglądając się temu, co dzieje się na Ukrainie, należy o sprawach ukraińskich rzeczowo informować, zamiast rysować uładzony i wyretuszowany obraz tego kraju lub też prowadzić jałowe, „antybanderowskie” kampanie propagandowe. Potrzebne jest w Polsce krytyczne ukrainoznawstwo sytuujące się poza bezkrytyczną sentymentalną, graniczącą dziś z polityczną naiwnością, „ukrainofilią”, jak i agresywną, ślepą „ukrainofobią”. Od „ukrainofobów” powinno ono wziąć realistyczny i krytyczny opis stosunków politycznych i społecznych na Ukrainie (w tym antypolskich ekscesów „neobanderyzmu”), zaś od „ukrainofilów” uwzględnianie złożoności historii i współczesności Ukrainy, jej trudnego położenia geopolitycznego, a także dostrzeganie różnorodności nurtów politycznych i niejednolitości kultury politycznej w tym kraju (zob. np. ciekawą rozmowę z ukraińskim pisarzem i eseistą Mykołą Riabczukiem). Bezwzględnie należy unikać histerycznego tonu przy rozpatrywaniu spraw ukraińskich. Za wielce szkodliwe uznać należy straszenie Ukrainą („banderowcami”) i siania antyukraińskiej paniki. [7]

Polska „mała polityka wschodnia”, prowadzona w duchu „ukrainorealizmu”, powinna się więc coraz bardziej „normalizować” i „banalizować”. Składają się na nią: zwyczajna współpraca polityczna, dyplomatyczna i gospodarcza, turystyka, wymiana kulturalna, współpraca naukowa, kontakty na wszystkich szczeblach politycznych, dialog równoprawnych partnerów o wspólnych, ale też niekiedy rozbieżnych, interesach. Oba narody, polski i ukraiński, powinny zachować naturalny dystans wobec siebie z elementami zdrowej obojętności. Dotychczasowe, nazbyt pod względem emocjonalnym głębokie (pozytywne lub negatywne) zaangażowanie w sprawy ukraińskie, należy schładzać, zamieniając je – by użyć tu formuły Petera Sloterdijka – w życzliwy brak (nadmiernego) zainteresowania.

Tomasz Gabiś

Obraz: Blessing Ngobeni, „No King No War”, 180×150 cm. Mixed media on canvas. Diptych.

PRZYPISY

[1] Jeśli chodzi o imigrację Ukraińców do Polski, to pierwszą i podstawową zasadą – oprócz oczywistego jej kontrolowania i monitorowania – powinno być, że jest to imigracja do pracy lub po naukę, a nie do polskiego systemu opieki socjalnej. Pomysły przyznania imigrantom ukraińskim świadczeń z programu 500+, wprowadzania klas z ukraińskim językiem nauczania itp. są wyjątkowo głupie, ponieważ po pierwsze wywołują niezadowolenie tubylców i narodowościowe konflikty na podłożu ekonomicznym, a po drugie hamują integrację i asymilację imigrantów.

[2] Byłoby najlepiej, gdyby ze słownika historyczno-politycznego w ogóle wyrzucić pojęcie „ludobójstwa”, które nie posiada żadnej treści, a jedynie służy jako polityczno-propagandowy środek nacisku. Zob. na ten temat klasyczną pracę amerykańskiego anarchisty Jamesa J. Martina The Man, who Invented „Genocide”. The Public Career and Consequences of Raphael Lemkin (Torrance, California, 1984).

[3] Chyba nikt nie sądzi, że rzucenie na stół karty „Ludobójstwo na Wołyniu”, pomoże w negocjacjach z Ukrainą w sprawie eksportu naszego mięsa do tego kraju.

[4] Tym, którzy bez końca pragną rozpamiętywać przeszłość, którzy pogrążają się w historii i z zapałem ją „rekonstruują” grozi, że – jak to ujął Nietzsche – „zatopi ich historia” i zostaną „pogrzebani przez umarłych”. Dobrze byłoby sobie wziąć do serca diagnozę niemieckiego filozofa: „Gdy duchowe zmagania jakiegoś narodu dotyczą głównie przeszłości, będzie to niebezpieczny symptom, oznaka uśpienia, zapatrzenia wstecz i wątłości” (Niewczesne rozważania, przeł. M. Łukasiewicz, Kraków 1996, str.267). Warto tu też przywołać przestrogę Emila Ciorana z jego książki Święci i łzy (przeł. I.Kania, Warszawa 2003, str. 100n). Rumuńsko-francuski „anty-filozof” pisał, że „pamięć jest zanegowaniem instynktu, a jej przerost – nieuleczalną chorobą”. Kiedy teraźniejszość zostaje przygnieciona tą lawiną, którą jest przeszłość, kiedy teraźniejszość unieważniona zostaje pod nawałem wspomnień, „wtedy życie przybiera charakter czegoś nierzeczywistego, jakiegoś niepotrzebnego snu. Jest to wieczność przezroczystych cieni, nieśmiertelność zmierzchów, skamienienie zwidów”.

[5] Jak widać, nie ma w Polsce prawie ugrupowań politycznych, które nie miałyby ochoty czegoś zakazywać. Nawet rzekomo anarchizujący Kukiz nie chce zostać w tyle za innymi zakazywaczami, którzy popadają w radosną ekstazę, kiedy mogą coś innym ludziom zakazać.

[6] W zamierzchłych czasach udzieliłem wywiadu pewnemu konserwatywn0-narodowemu tygodnikowi niemieckiemu. W pewnym momencie rozmowa zeszła na „polsko-niemieckie pojednanie”. Oświadczyłem wówczas: „Kiedy słyszę słowo «pojednanie», odbezpieczam rewolwer”. Odniosłem wrażenie, że przyjęli to ze zrozumieniem, a nawet pewnym respektem.

[7] Niektórzy publicyści straszą „ukraińskimi banderowcami” identycznie jak inni „rosyjskimi Putinowcami” czy „(Wielko)Niemcami”. Nawet tak chłodny umysł jak prof. Bronisław Łagowski nie może się tej tendencji oprzeć. Pytany przez dziennikarza Onetu Tomasza Szeląga (http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/prof-bronislaw-lagowski-rusofobia-to-jest-obecnie-ideologia-panstwowa/51vhw) o Władimira Wolfowicza Żyrynowskiego, który „otwarcie mówił, że Polska może zostać zmieciona z mapy”, Łagowski odpowiada, że o Żyrynowskim nie można w ogóle mówić „bez uśmiechu od ucha do ucha”. Według Łagowskiego Żyrynowski „występuje w mediach jako taki zabawowy przerywnik”. Jest „hecarzem, człowiekiem, który się wyżywa w straszliwych radykalizmach słownych o treści zabawowej, niepoważnej. Branie pod uwagę tego, co mówi, to pomylenie form przekazu: ktoś mówi żartem, jest licencjonowanym błaznem, a traktuje się go w Polsce poważnie i odpowiada urzędowo na jego błazeństwa”. Zdaniem Łagowskiego „politycy i dziennikarze specjalnie eksponują jego słowa, aby uprawdopodobnić swoją tezę, że Rosja czyha na Polskę i przygotowuje jakieś akty agresji. To jest rozmyślnie podtrzymywane, by pokazać: proszę, oto jakie poglądy głosi się w Rosji”.

Zapytany z kolei o zagrożenie ze strony „ukraińskiego nacjonalizmu”, Łagowski podaje przykład książki Dlatego, że jestem Ukraińcem (niestety, wujek Gugle nie potrafił jej znaleźć w nieskończonych zasobach Sieci), w której jeden z autorów wygłasza taki oto pogląd: „Wprawdzie Ukraińcy utracili te 20 tys. kilometrów kwadratowych terytoriów na rzecz Polski, ale to nie jest strata na zawsze, bo czasy i granice się zmieniają”. Apeluje też do rodaków mieszkających na terenach zachodnich, aby powracali na swoje ziemie, które mogą kiedyś wrócić do Ukrainy. W tym przypadku Łagowski nie twierdzi, że o ukraińskim autorze można mówić jedynie „z uśmiechem od ucha do ucha”. Ów ukraiński autor, którego nazwisko przemilcza, jest groźnym rewanżystą i rewizjonistą, a nie jak Żyrynowski, „zabawowym przerywnikiem”, „hecarzem, człowiekiem, który się wyżywa w straszliwych radykalizmach słownych o treści zabawowej, niepoważnej. Branie pod uwagę tego, co mówi, to pomylenie form przekazu: ktoś mówi żartem, jest licencjonowanym błaznem, a traktuje się go w Polsce poważnie i odpowiada urzędowo na jego błazeństwa”.

Zatem Żyrynowski, bądź co bądź szef partii, która w wyborach parlamentarnych w zeszłym roku zdobyła 13% głosów i ma trzeci co wielkości klub parlamentarny w Dumie ­(39 posłów), to śmieszny typ, którego się w Polsce nagłaśnia, aby pokazać „rosyjskie zagrożenie”, natomiast jakiś anonimowy autor ukraiński, który chce odebrać Polsce 20 000 km kwadratowych jej terytorium, to poważny i niebezpieczny polityk! Do Łagowskiego odnieść można dokładnie to, co on sam powiedział o polskich dziennikarzach i politykach: „Łagowski specjalnie eksponuje słowa ukraińskiego autora, aby uprawdopodobnić swoją tezę, że Ukraina czyha na Polskę i przygotowuje jakieś akty agresji. To jest rozmyślnie podtrzymywane, by pokazać: proszę, oto jakie poglądy głosi się na Ukrainie”. Czy Łagowski naprawdę nie zauważa, że staje się zwierciadlanym odbiciem „rusofobów”?

Ukraina oddała Krym, utraciła suwerenność nad wschodnią częścią kraju, o jej losach konferują mocarstwa, a tymczasem jakiś ukraiński oszołom polityczny deliruje majacząc o odbijaniu „utraconych” ziem za Bugiem! Niesamowite zagrożenie! A to nas Łagowski przestraszył na śmierć! Czyżby jego pragnieniem było, aby „rusofobię” miała jako ideologię państwową zastąpić „ukrainofobia”? Czyżby autora Polskiej choroby na Rosję dopadła „choroba na Ukrainę” i zamiast chłodnej analizy serwuje nam tanią propagandę opartą na politycznych i historycznych resentymentach? Czy „choroba na chachoła” nie jest czasami groźna dla naszej publicystyki (i polityki) tak samo jak „choroba na kacapa” czy „choroba na szkopa”?

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPrzebudzenie lwa (1944)
Następny artykułLepsze alternatywy dla muru granicznego Trumpa
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

1 KOMENTARZ

  1. Tekst jest stanowczo za długi.
    Autor przypisuje nam i Ukraińcom rolę motyla. Zapomina tylko o tym, że gdyby Ukraińcy posłuchali Busha seniora, to ZSRS istniałby do dzisiaj. A więc: Sława Ukrainie!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here