Przeczytane, zasłyszane, zobaczone (Lasch, Żuławski, Hoeres, Alfred „Grubas” Benzinger, Streżyńska i inni)

0

W 1997 roku ukazała się w Krakowie nakładem wydawnictwa Platan nieduża książka amerykańskiego filozofa społecznego Christophera Lascha Bunt elit (przeł. Dobrosław Rodziewicz). Jej wydanie – dodajmy – wspomogła finansowo Fundacja Batorego, za co należy się jej nasza dozgonna wdzięczność. Napisana w połowie lat 90. XX w. książka Lascha okazuje się prorocza w kontekście wydarzeń ostatniego roku oraz towarzyszących im debat i polemik. Jej tytuł nawiązuje oczywiście do tytułu słynnej książki Ortegi y Gasseta Bunt mas. Bunt elit polega na tym, że odrywają się one od miejscowego (tubylczego) ludu, stając się mobilną, ponadnarodową, kosmopolityczną, zglobalizowaną klasą (elity finansowe, kulturalne, medialne, częściowo klasa polityczna, itd.) Ci „globaliści” emigrują do własnego, zamkniętego świata, odrębnego w sensie kulturowym i moralnym, od świata, w którym żyje lud.

To, co dzisiaj, po ponad 20 latach, jakie upłynęły do wydania książki Lascha, przeżywa tzw. świat zachodni to akcja tłumienia buntu elit przez lud. Oczywiście lud nie czyni tego bezpośrednio, ale poprzez tych przedstawicieli elit (kontr-elit), którzy, stając się wyrazicielami jego dążeń, tęsknot, lęków, emocji, próbują pod hasłami „obrony interesów ludu” przechwycić dźwignie realnej władzy politycznej. Tak jak to zawsze bywało walka toczy się wewnątrz szeroko rozumianej elity polityczno-kulturalnej („Wiara, że lud walczy przeciw klasie rządzącej, jest iluzją. To nowa, przyszła arystokracja walczy przeciwko niej, posługując się w tym celu ludem”– Vilfredo Pareto).

Aspirująca do władzy kontr-elita jest ludowi nieco bliższa, mówi językiem bardziej zbliżonym do jego języka. Wykorzystuje lud do swoich celów, deklarując wprowadzenie zmian, odpowiadających nie tylko jej własnym interesom, ale także jego realnym – także symbolicznym i kulturalnym – interesom („Niezliczone są przykłady na to, kiedy klasa rządząca, działając wyłącznie dla swojej korzyści, sprzyjała dobrobytowi klasy rządzonej” – Pareto).

Panowanie zglobalizowanej „neoarystokracji”, która, jak zauważył Lasch, odziedziczyła wady dawnej arystokracji, ale nie praktykuje jej cnót, wzbudza coraz większy opór, ponieważ nie tylko wyobcowała się z ludu (taka alienacja jest poniekąd zjawiskiem systemowym), ale ponadto uczyniła go przedmiotem swoich bezustannych zabiegów pedagogicznych, dręcząc go moralnie i ideologicznie. O ile dawne elity arystokratyczne, zajęte swoimi własnymi ważnymi sprawami, w znacznej mierze pozostawiały lud w spokoju (czego niezamierzonym skutkiem był większy zakres wolności jednostek), to współczesna „neoarystokracja” nie tylko ściąga z niego podatki, lecz także dąży – w tej mierze jest nawet zbyt mało „wyobcowana” – do zapanowania nad jego językiem, chce mu narzucić – własny dyskurs („poprawność polityczna”), własne widzenie świata, standardy moralności politycznej, światopogląd, określone style życia, myślenia, mówienia i zachowania. Ponieważ sama swoją władzę legitymizuje nie tylko merytokratycznie, ale również nadal demokratycznie, tym bardziej staje się wobec ludu wyniosła i arogancka, tym bardziej nim pogardza („Nie jestem demokratą, więc ludem nie pogardzam” – Geoges Sorel).

Jak łatwo można przewidzieć, zbuntowane elity nie zamierzają oddać pola i widząc, że hasła „prawdziwej demokracji” i procedury demokratyczne zaczynają zagrażać im samym, dokonują zwrotu w kierunku elitaryzmu, merytokracji i ograniczenia demokracji w imię „wyższych wartości”, których lud nie chce wyznawać. Brytyjski filizof John Gray napisał: „fakt istnienia tylu niejasności w programie gospodarczym prezydenta-elekta wykorzystano jako argument na rzecz tezy, że wyborcom nie można już dłużej ufać. Pogląd ten zdążył już stać się oklepanym liberalnym komunałem. Zabawne jest, kiedy liberałowie zaczynają mówić językiem Gustawa Le Bona, reakcyjnego francuskiego krytyka demokracji, którego opublikowana w 1895 roku praca Psychologia tłumu (przez długi czas będąca biblią wszystkich wierzących w irracjonalność wyborców), stała się intelektualną inspiracją dla europejskich faszystów” (zob. Żelazne prawo oligarchii).

Jest to zabawne, ale i w pełni logiczne, ponieważ teraz to „zbuntowane elity” zagrożone są „irracjonalizmem ludu” – kiedy atakował pod przywództwem demokratów bastiony społecznej reakcji, to, choćby ślepo wierzył w utopię Królestwa Bożego na Ziemi, ex definitione nie mógł być irracjonalny. Teraz, kiedy lud pod przywództwem „nowych demokratów” atakuje „neoarystokrację”, stał się nagle irracjonalny, bo przecież nikt o zdrowych zmysłach nie podniósłby ręki na reprezentantów Rozumu. Ironia historii sprawia, że dawna „arystokratyczna”, konserwatywna krytyka demokracji nagle zyskuje na znaczeniu w obliczu naporu nowych sił politycznych występujących „w imieniu ludu” przeciwko „neoarystokracji”, z przerażeniem obserwującej, że jej monopol na narzucanie ludowi „postprawd” kwestionowany jest przez nosicieli nowych „postprawd”. Na naszych oczach szczerzy demokraci i zwolennicy zmian społecznych pragną zatrzymać historię w momencie, kiedy to oni są na szczycie, aby móc tam pozostać na zawsze. Tak wyobrażają sobie „koniec historii” – ich władza nie będzie mieć końca. A to, jak wiemy, jest niemożliwe.

*****

Niektóre sceny z filmu Andrzeja Żuławskiego Trzecia część nocy, oglądanym w dwa lub trzy lata po premierze, pamiętam do dziś. Dziwne, że później jakoś jego filmowej twórczości nie śledziłem. Z Litego boru wynotowałem sobie uwagę o warszawskim Pałacu Kultury i Nauki: zarys ogólny oparty na planie dworu polskiego, z korpusem głównym, z czterema alkierzami po rogach i barokowo wypukłym tyłem wychodzącym na ogród (s.196). Innymi słowy nad naszą stolicą góruje stary dobry polski dworek! Nawet tutaj szlachetczyzna zwyciężyła. Najbardziej interesująca z polityczno-socjologicznego punktu widzenia są rozważania Żuławskiego na temat funkcjonowania Księstwa Warszawskiego, specyficznego tworu istniejącego wewnątrz PRL-u. O KW pisał w Litym borze, mówi też o tym w książce Żuławski. Ostatnie słowo. Z Andrzejem Żuławskim rozmawia Renata Kim (Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2011). W tejże rozmowie reżyser informuje Renatę Kim i czytelników, że matka Rosemarie (Romy) Schneider Magdalena Schneider (1909–1996) była „ulubioną aktorką Hitlera i Goebbelsa”. Podobno prezes NSDAP podziwiał jej talent już na początku lat 30. Schneiderowie mieszkali niedaleko siedziby wodza na Obersalzbergu; aktorka odwiedziła go w 1941 roku.

Jej dom znajdował się niedaleko siedziby wodza na Obersalzbergu, którego aktorka odwiedziła w 1941 roku. Nie należała do partii rządzącej (członkiem NSDAP był natomiast jej mąż, również aktor,  Wolf Albach-Retty),  nie była osobą szczególnie politycznie zaangażowaną, choć sympatyzowała z narodowym socjalizmem, żadnych oficjalnych zaszczytów nie dostąpiła, nie występowała w filmach stricte politycznych, których zresztą w Rzeszy Hitlera nie kręcono zbyt wiele.

Zagrała w sumie w kilkudziesięciu filmach (m.in. u boku Kiepury), była aktorką w Rzeszy demokratycznej, w Rzeszy narodowosocjalistycznej i w Republice Federalnej. Fakt, że kogoś lubił Hitler, nic jeszcze o lubianym nie mówi. A może jednak, bowiem dalej ciska Żuławski na Magdę Schneider ohydną kalumnię: „Ma zakaz występowania od 1945 roku w kinie i w teatrze i kładzie trzynastoletnią Romy w łóżka starych knurów producentów. Co ta dziewczyna musiała przeżywać?” (str.161). Toż to piramidalna bzdura! Magda Schneider nigdy nie miała   zakazu występowania w kinie i w teatrze, choć bycie gwiazdą filmową w okresie dawnego reżimu nie było zapewne najlepszą rekomendacją po przełomie politycznym 1945 roku. Przede wszystkim jednak , tak jak wielu innych aktorów,  nie występowała zaraz po 1945 roku z tego prostego powodu, że nie było wielu ról grania, gdyż  przemysł filmowy w Niemczech jeszcze nie  stanął na nogi (dlatego zarabiała na życie grając w teatrach objazdowych, występując w rewiach i podobnych przedstawieniach lekkiej muzy). Już w 1948 roku (Romy miała wtedy 10 lat) Magda Schneider zagrała w filmie  Ein Mann gehört ins Haus, potem w 1950 roku w Die Sterne lügen nicht i w 1953 roku (razem z Romy) w Wenn der weiße Flieder wieder blüht. Żuławski nie waha się obrzucać łajnem Bogu ducha winną kobietę, robi z niej rajfurkę trzynastoletniej córki ! No, ale skoro była „ulubioną aktorką Hitlera”, to można jej przypisać każde najgorsze łajdactwo.

*****

Wiele się u nas mówi i pisze o reformach oświatowych, dewaluacji matury, obniżeniu poziomu szkół wyższych itd. Niewielkim pocieszeniem jest, że gdzie indziej też nie dzieje się najlepiej. Już w 1993 roku na łamach monachijskiego kwartalnika „Criticón” analizy „prawdziwej i fałszywej katastrofy oświatowej w Niemczech” dokonał filozof i teolog Walter Hoeres (1928-2016) autor m.in. takich książek jak Rationalität und Gegebenheit in Husserls Phänomenologie (1951), Sein und Reflexion (1956), Der Wille als reine Vollkommenheit nach Duns Scotus (1962), Kritik der transzendentalphilosophischen Erkenntnistheorie (1969), Offenheit und Distanz. Grundzüge einer phänomenologischen Anthropologie (1993), Wesenseinsicht und Transzendentalphilosophie. Thomas von Aquin zwischen Rahner und Kant (2001), Gradatio entis. Sein als Teilhabe bei Duns Scotus und Franz Suárez (2012), Die Sehnsucht nach der Anschauung Gottes. Thomas von Aquin und Duns Scotus im Gespräch über Natur und Gnade (2015).

Obserwować dziś można, pisał Hoeres, skutki szaleńczego uszczęśliwiania narodu w imię ideałów równości: niemieckie gimnazjum i niemiecki uniwersytet spadły do poziomu masowego towaru dla wszystkich. Egalitaryzację wykształcenia należy widzieć jako ostatni i kulminacyjny akt lewicowej strategii mającej na celu wymuszenie równości, ba, jednolitości ludzi i społeczeństwa, nawet wbrew naturze ludzkiej. Pierwszym krokiem na tej drodze była redystrybucja dochodów, drugim rozbicie organicznych struktur takich jak rodzina poprzez coraz silniejsze oplecenie ich siecią ustaw, zarządzeń przy jednoczesnym pozbawieniu ich autorytetu. I wreszcie trzecim krokiem, wynikającym z zasady „strzyżenia trawnika” była egalitaryzacja wykształcenia, tak aby nie mogły powstawać żadne prawdziwe elity.

To, co dokonało się w ostatnich dziesięcioleciach w niemieckich gimnazjach i na niemieckich uniwersytetach to stopniowa likwidacja historycznej tradycji Zachodu. Mamy tu do czynienia, twierdził Hoeres, z rewolucją kulturalną o gigantycznych rozmiarach. Jej bilans jest tyle jednoznaczny co przerażający. Wiedza wielu obecnych abiturientów na temat historii zbliża się do zera. Czymś możliwym jest już dzisiaj, że studenci (nie studiujący historii) mylą Hohenstaufów z Hohenzollernami! Spośród ok. 50 uczestników seminarium na tematy filozoficzno-pedagogiczne, które prowadził autor artykułu, nie znalazł się nikt, kto by odgadł, że głównym ideologiem rewolucji francuskiej i wpływowym jakobinem był Robespierre! Trójka dzieci autora uczęszczająca do gimnazjum we Frankfurcie – mieście Goethego, nie dowiadywała się na lekcjach prawie nic o Goethem, za to karmiona była elaboratami na temat Brechta, Bölla i Grassa.

Katastrofa nie polega tylko na tym, że uczniowie prawie nic nie wiedzą na temat Goethego, Schillera, Eichendorffa, Fontanego, o Hölderlinie nie wspominając, ale także na tym, że lekcje języka niemieckiego nie stanowią już żadnej przeciwwagi dla ogólnego spsienia języka idącego w parze z jego amerykanizacją. Język młodych ludzi jest maksymalnie uproszczony, oparty na krótkich, jakby odrąbanych zdaniach a jednocześnie niejasny, „rozmazany” i pełen stereotypów. Bardzo często bywa jednym wielkim protestem przeciw regułom gramatycznym (coś takiego jak styl od dawna już nie istnieje). Z gimnazjów greka całkowicie zniknęła a łacina pozostała tu i ówdzie na najbardziej rudymentarnym poziomie. Pierwszą i najbardziej elementarną katastrofą oświatową jest to, że młodzież odcinana jest dziś od własnej historii i kultury, co ma zapewne ułatwić stworzenie „wielokulturowego społeczeństwa”, nie posiadającego żadnych korzeni i żadnych tradycji. Hoeres zwracał uwagę na spustoszenia intelektualne spowodowane wyparciem filozofii, historii, historii sztuki, germanistyki, filologii klasycznej przez socjologię, psychologię, politologię, pedagogikę. O ile te pierwsze zbliżają do człowieka, jego czynów i wielkich osiągnięć ducha dając uczniom i studentom możliwość zrozumienia, współodczuwania i współprzeżywania, o tyle np. socjologia czy psychologia mają skłonność do czynienia z ludzi obiektów pociąganych za sznurki niczym marionetki.

Socjologiczne i psychologiczne widzenie rzeczywistości nie polega na pojmowaniu człowieka jako istoty kierowanej ideami i wartościami i przez nie formowanej, ale przeciwnie, na pojmowaniu człowieka jako wytworu społeczeństwa lub wytworu historii jego przeżyć. Jeśli do tego dodać lekcje religii, na których nie uczy się już centralnych pojęć chrześcijaństwa, całkowicie ignoruje historię Kościoła, a zamiast tego prowadzi się luźne dyskusje na temat służby wojskowej, aborcji czy celibatu; jeśli przypomnieć ciągłe „reformowanie” metod nauczania, pakowanie uczniom do głowy coraz większej ilości informacji, których ani sensu, ani ważności nie rozumieją; jeśli wreszcie uzmysłowić sobie, że nie pozostało najmniejszego śladu po dawnym gimnazjum humanistycznym, które nie tylko dobrze kształciło, ale i wyrabiało w uczniach umiejętność jasnego myślenia i wypowiadania się oraz zdolność do solidnej i wytrwałej pracy umysłowej – to będziemy mieli obraz prawdziwej katastrofy oświatowej, a nie tej fałszywej, wieszczonej przez lewicowych pedagogów, którzy bezustannie narzekają na brak szkół, brak nauczycieli, brak pieniędzy na oświatę itd. Hoeres przypomniał słowa Karla Jaspersa z jego książki Duchowa sytuacja epoki (1931): „Ten, kto w młodości uczył się łaciny i greki, czytał starożytnych autorów, przyswajał matematykę, poznał Biblię i kilku wielkich pisarzy swojego narodu napełniony jest światem, który w swej ruchliwości i otwartości daje mu niemożliwą do utracenia podporę i umożliwia mu dostęp do wszystkiego innego. Ale urzeczywistnienie takiego wychowania jest równocześnie selekcją”. „Selekcja”? Brrrr.

*****

Tygodnik „wSieci” (nr 52, 2016/nr 1, 2017) zamieścił rozmowę Piotra Zaremby z Mariuszem Cieślikiem z Instytutu Książki dotyczącą obchodów roku Josepha Conrada. Na pytanie, czy Conrad jest w Polsce popularny, Cieślik odpowiada: „Umiarkowanie. Także dlatego, że po wojnie był zakazany. Zainteresowanie wróciło w latach 70.” Prawda, przed 1956 r., w okresie rządów internacjonalistycznych komunistów Conrad, tak jak i wielu innych autorów polskich i zagranicznych, nie był wydawany, choć ukazały się jego Opowieści wybrane (1952) i Los (1955 – potem kilka wydań do końca lat 60.) Ale później? Wymieńmy utwory „zakazanego” Conrada: Wykolejeniec (1956), Ocalenie (1956), Szaleństwo Allmayera (1956, 1958), Wybór nowel (1957, 1965), Młodość i inne opowiadania (1957), Tajfun i inne opowiadania (1947, 1957, 1966, 1968), Sześć opowiadań (1958), Złota strzała (1958), Smuga cienia (1958), Nostromo (1959, 1961, 1970), Spadkobiercy (1959), Oczekiwanie (1960), Korsarz (1947,1960,1963,1966), Przygoda (1960), Murzyn z załogi Narcyza (1961), Opowiadania (1962), Zwierciadło morza (1963), Siostry (1967), Zwycięstwo (1967), Listy (1968), Lord Jim (osiem wydań z lat 60).

Na temat „zakazanego” Conrada ukazało się kilka książek: Gérard Jean-Aubry Życie Conrada (1958), Maria Dąbrowska Szkice o Conradzie (1959), Zdzisław Najder Nad Conradem (1965), Stefan Zabłocki Józef Conrad Korzeniowski (1967). W okresie, kiedy Conrad był „zakazany”, Tadeusz Baird skomponował dramat muzyczny z librettem Jerzego S. Sity według noweli Jutro z tomu Tajfun i inne opowiadania. Prapremiera utworu miała miejsce w Warszawie 19 września 1966 roku. Jak podaje nieoceniona wikipedia, „w latach sześćdziesiątych XX wieku Telewizja Polska przygotowała i wyemitowała cykl przedstawień Teatru TV opartych na dziełach [„zakazanego” – TG] Conrada. Były to sławne Wieczory z Conradem, a pokazane w tym cyklu dzieła pisarza to m.in. Korsarz, Falk, Murzyn z załogi „Narcyza”, Freja z Siedmiu Wysp, Tajny agent i Smuga cienia”.

Jest przecież znana polska bibliografia Conradowska (1896-1992) Wandy Perczak; tam sobie można wszystko sprawdzić, ale najwidoczniej Mariusz Cieślik tak bardzo zajęty jest urzędowaniem w Instytucie Książki, że nie ma czasu czytać książek, więc wygaduje farmazony. Czego to się nie dowiedzieliśmy o tamtych czasach, że zakazana była Ania z Zielonego Wzgórza, Leszek Kołakowski, Hamsun, Rodziewiczówna a teraz Conrad. Niedługo dowiemy się, że w PRL-u w księgarniach dostępny był jedynie krótki kurs Historii WKP(b) a rodzicom wolno było nucić dzieciom do snu wyłącznie Międzynarodówkę.

*****

Od kilku już lat po polskich gazetach i portalach internetowych krąży demoniczny sierżant tajnej policji wojskowej Alfred Benzinger (ksywa „Grubas”), który po wojnie kontynuował pracę dla państwa w służbach specjalnych RFN. Ówże „Grubas”, osobnik diabelnie sprytny, zaproponował na początku 1956 roku swojemu przełożonemu Reinhardowi Gehlenowi, aby rozpocząć w niemieckich mediach propagowanie terminu „polskie obozy koncentracyjne” w odniesieniu do obozów założonych przez narodowych socjalistów na terytorium Polski. Miało się to przyczynić do wybielenia Niemców. Pomysł „Grubasa” okazał się strzałem w dziesiątkę i obecnie w mediach na całym świecie termin ów od czasu do czasu się pojawia.

Problem w tym, że dotychczas nie podano ani jednego (!) źródła potwierdzającego fakt akcji „Grubasa” (zob. rozmowę z prof. Krzysztofem Ruchniewiczem). Najprawdopodobniej mamy więc do czynienia z kompletnym wymysłem, którego bezrefleksyjne powtarzanie niezbyt dobrze świadczy o stanie umysłu powtarzających. Zresztą, kto wie, może to nasze służby podrzuciły zmyśloną historyjkę o „Grubasie” naiwnemu p. Leszkowi Pietrzakowi, który, zdaje się jako pierwszy, wpuścił tę (dez) informację do obiegu medialnego?

Pozostawiając na boku, wyraźnie widoczne w rozprzestrzenianiu się bajeczki o akcji „Grubasa”, mechanizmy „psychologii tłumu”, zwrócić warto uwagę na pewien aspekt całej sprawy. Ci, którzy dali się nabrać na te konfabulacje, twierdzą mianowicie, że wymyślony przez „Grubasa” termin „polskie obozy koncentracyjne” „dość szybko został przeniesiony do USA”. Odwraca to naturalny kierunek przepływu wzorów polityczno-kulturalnych, w tym także semantycznych i językowych: zamiast od zwycięzców do zwyciężonych przepływają one od totalnie zwyciężonych w totalnej wojnie do tejże wojny totalnych zwycięzców.

Jak przebiegała ideologiczno-kulturalno-psychologiczna operacja reedukacji Niemców przez zwycięzców, opisał Caspar von Schrenck-Notzing w opublikowanej po raz pierwszy w 1965 roku książce o „praniu niemieckiego charakteru” Charakterwäsche. Amerikanische Besatzung in Deutschland und ihre Folgen (na ten temat zob. tutaj). Wywołała ona spore poruszenie wśród demokratyczno-liberalnej inteligencji niemieckiej, gdyż podjęła temat stabuizowany i niewygodny w sensie politycznym i psychologicznym. Nic dziwnego, że jej aprobatywne cytowanie rychło zaczęło graniczyć z akademickim samobójstwem. Nie mogło być inaczej, boleśnie raniła ona bowiem dobre samopoczucie demokratyczno-liberalnej inteligencji w RFN, co dobrze oddaje anegdota o pewnym profesorze politologii, który skarżył się, że po jej przeczytaniu zmuszony był przyznać, iż fundamenty jego światopoglądu, wypracowane – o czym był szczerze i głęboko przekonany – z mozołem i w pełni samodzielnie, są niczym więcej niż intelektualnym trybutem spłaconym władzy okupacyjnej.

W 13 lat po ukazaniu się książki von Schrenck-Notzinga podobną problematykę podjął Hans-Joachim Arndt w pracy Die Besiegten von 1945. Versuch einer Politologie für Deutsche. Analizował w niej proces powojennej, dokonywanej pod egidą zwycięzców, transformacji niemieckich nauk politycznych i społecznych tak, aby nie mogły być instrumentem poznania i opisu realnego położenia Niemiec, a także by były bezużyteczne jako źródło wskazówek dla praktycznej narodowej polityki. Miały raczej za zadanie utrwalać powojenne status quo na płaszczyźnie ideologicznej. Przykładem niech będzie, lansowana m.in. przez Habermasa, koncepcja „patriotyzmu konstytucyjnego”. Było to w istocie zastąpienie patriotyzmu ogólnoniemieckiego patriotyzmem erefenowskim i miało cementować podział Niemiec. W ten sposób filozofia polityczna, legitymizując amerykańsko-rosyjskie kondominium, służyła zwycięzcom.

I wreszcie trzecia pozycja w tym cyklu: Stefan Scheil, Transatlantische Wechselwirkungen. Der Elitenwechsel in Deutschland nach 1945 (2012). Kluczowa, obok dwóch wzmiankowanych wyżej, dla zrozumienia duchowej i ideowo-politycznej sytuacji Niemiec. Scheil opisuje jak USA przeprowadzały wymianę niemieckich elit i jakimi metodami dokonały ideologiczno-mentalnej zmiany podbitych, dalece wykraczającą poza eliminację narodowego socjalizmu, aby w ten sposób na zawsze zabezpieczyć owoce zwycięstwa. Tysiące Niemców jako nowoformowana elita jeździło do USA i tam podlegało „demokratyczno-liberalnej” indoktrynacji; prawie wszyscy czołowi intelektualiści, dziennikarze i politycy erefenowscy przeszli przez tę szkołę. Scheil pokazuje, jak pod nadzorem zwycięzców odbywała się „reforma” systemu szkolnictwa, przede wszystkim szkół wyższych, której ważnym elementem było przedefiniowanie klasycznych niemieckich dyscyplin w naukach politycznych i historycznych. Chodziło o wychowanie „nowych Niemców”, którzy niewiele mieliby już wspólnego ze „starymi Niemcami” [ w tym kontekście wskazać należy także na, opublikowany w 1980 r. na łamach redagowanego przez Schrencka-Notzinga pisma „Criticón”, artykuł Roberta Heppa „Nowi Niemcy. O eutanazji narodu” traktujący o procesie wymiany elit niemieckich przez zwycięzców (zob. http://www.tomaszgabis.pl/2013/03/26/robert-hepp-nowi-niemcy-o-eutanazji-narodu)]

Długofalowym celem tej, rozłożonej przez zwycięzców z 1945 roku na wiele lat, operacji była, zdaniem Scheila, likwidacja specyfiki narodu niemieckiego jako narodu pomiędzy Wschodem i Zachodem, oraz duchowości Niemiec jako jednej z metafizycznych kotwic dawnej Europy. Miało to się odbyć tak, aby ten, któremu zewnętrzna potęga zmienia świadomość, odczuwał ten proces jako rezultat własnej refleksji i swobodnie podjętej decyzji.

Twierdzenie, że to Niemcy w osobach „Grubasa” i jego kolegów, zainspirowali zwycięzców, jest, w świetle ustaleń wyżej wymienionych autorów, całkowitym nonsensem. To na amerykańskim Wschodnim Wybrzeżu decydowano o tym, co i jak ma się mówić między Łabą a Renem, a nie na odwrót. Wielu naszych publicystów tego nie chcą dostrzec, ponieważ mąci im widzenie rzeczywistości historycznej zarówno głęboko zinternalizowane z oczywistych przyczyn politycznych (Angloameryka jako sojusznik Polski w XX wieku) pro-anglosaskie uprzedzenie, jak i, równie głęboko zinternalizowane, uprzedzenie antyniemieckie (Niemcy jako wróg Polski od rozbiorów do II wojny światowej). Ich bezwiedna akceptacja układu współrzędnych politycznych jako czegoś oczywistego, warunkuje postrzeganie przez nich historii i polityki. W sposób naturalny pewne fakty znikają wówczas z pola widzenia a pewnych pytań w ogóle się nie stawia, ponieważ po prostu nie przychodzą do głowy.

*****

W tygodniku „wSieci” (2016 nr 43) Ewa Wesołowska cieszy się z kretyńskiego pomysłu ograniczenia limitu gotówkowego do 15 tys. zł dla przedsiębiorców, które przyniesie budżetowi 2 miliardy złotych. Jednak naszej małej totalistce jeden kretynizm nie wystarcza i proponuje wprowadzenie dla obywateli obowiązku płacenia kartą za transakcje powyżej 200 (!) złotych, co przyniesie według niej 2,9 miliarda złotych wpływów do budżetu. Wesołowska aż podskakuje z radości na wieść o kolejnym kretyńskim pomyśle wprowadzenia elektronicznych paragonów (ma dać budżetowi 2,2 miliarda złotych). Dzięki temu banki będą mogły oferować dodatkowe usługi przy zarządzania tymi paragonami, nic więc dziwnego, że elektroniczne paragony bardzo im się podobają. W założeniu wszystkie kasy fiskalne, wydające elektroniczne paragony, miałyby przesyłać je do centralnego rejestru paragonów, który podlegałby resortowi finansów. Widać wyraźnie, że „stawianie na innowacyjność” odnosi się głównie do niesamowitej wręcz innowacyjności urzędników, którzy aż się palą, żeby wespół z kolegami-bankierami kontrolować wszystkie transakcje dokonywane przez obywateli. Polecam na ten temat teksty Dariusza Grabowskiego „Kto chce nam odebrać gotówkę?” oraz „Jak z pomocą rządu pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy”.

Niezwykle innowacyjna jest minister cyfryzacji Anna Streżyńska, która ucieszyła cały naród zapowiedzią, że będzie testować, prawdziwie nowoczesne, biometryczne dowody tożsamości. Ministerstwo Cyfryzacji ma być, „laboratorium pomysłów”, związanych z nowymi formami dokumentów, czyli de facto z nowymi i rozbudowanymi formami i metodami kontroli obywateli. Zawsze kiedy czytam o takich pomysłach, przypomina mi się definicja dowodu osobistego sformułowana przez Ernsta von Salomona: „List gończy, który każdy nosi przy sobie”. Wpatrywałem się kiedyś w gazetową fotografię Streżyńskiej i w pewnej chwili uświadomiłem sobie, że gdzieś już, i to dawno temu, widziałem tę twarz. No tak, oczywiście, Streżyńska jest uderzająco podobna do siostry Mildred Ratched z Lotu nad kukułczym gniazdem ! Na razie jeszcze nie wiem, do kogo podobny jest minister Morawiecki, który marzy o tym, aby nasz kraj był światowym liderem w produkcji dronów. Najwyraźniej władza potrzebuje mnóstwo dronów do śledzenia obywateli przez 24 doby godziny na dobę.

Były prezydent Lech Wałęsa rzucił kiedyś pomysł, żeby oczipować polityków, i był to jeden z jego najlepszych pomysłów. Jako pierwszych proponuję oczipować Streżyńską i Morawieckiego.

Tomasz Gabiś

www.tomaszgabis.pl
Napisz do autora na adres: tomasz.gabis@gmail.com

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułLepsze alternatywy dla muru granicznego Trumpa
Następny artykułCzas rozstrzygnięć, czyli czego nas uczy Oswald Spengler
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/