Opowiadanie podchorążego Nowaka o tym, jak burmistrz miasteczka V. zamienił swój gród na warownię

0

– Tak, tak, moi panowie – mówił znowu pewnej niedzieli generał, który kart nie znosił, za to uwielbiał długie opowiadania przy kominku – a czy który z was pomyślał kiedy o tym, jak to nas widzą i jak na nas patrzy nasi mili gospodarze w tym kraju?
Sztab zgromadzony wokoło zamilkł. Każdy, jak zwykle, na swój sposób dawał sobie w milczeniu odpowiedź.
– Ja sądzę, że jak najlepiej – zaryzykował pułkownik. – Widzą w nas sprzymierzeńców nieszczęśliwych a wiernych, wiedzą, że Polacy walczyli na północy dalekiej i walczę w Libii, słyszeli o naszym lotnictwie i jego roli we wrześniowej bitwie o Anglię…
– Obawiam się, że jak najgorzej – skontrował major, który był pełen przekory. – Wypełniamy ich miasteczka nieznośnym gwarem i hałasem, nie do uniknięcia w zetknięciu z wojskiem, które wyje w koszarach. Jesteśmy w porównaniu z nimi hałaśliwi, a jednocześnie dużo bardziej ponurzy, jesteśmy…
– Oto poglądy sceptyka i entuzjasty – rzekł generał. – Pewno, że są ludzie obu formatów… Ale przeciętny człowiek, nie zgryźliwy i nie optymista przesadny, ani w złym, ani w dobrym humorze – jakże nas on widzi? Co pan o tym, panie podchorąży?
– Nie umiałbym na pytanie panów odpowiedzieć wprost – zaczął podchorąży. – To pewna, że widzą nas jako innych, zupełnie innych, a czasem niezrozumiałych ludzi. Próbką tego niech będzie moja dzisiejsza historia, niestety, dosyć długa, więc proszę uzbroić się w cierpliwość…
– Widzę, że znowu spędzimy w sposób właściwy dzień świąteczny – zakonkludował generał; – no, do dzieła panowie, do dzieła. Kto whisky, a komu sherry? Zaczynajmy.
I przy odgłosie bulgoczących ponętnie alkoholi rozpoczęło się owo opowiadanie.

W owym czasie burmistrz miasteczka V., którego nazwy ze względu na tajemnicę wojskowy wymienić tu nie można, miał pewną wielką, bardzo ciążącą mu troskę.
Oto V., mimo chwalebnej roli odegranej w przeszłości Szkocji, mimo zabytków w postaci ruin zamku, ruin opactwa i ruin gospody, w której popasał ongi Prezydent, mimo znaczenia w turystyce hrabstwa, nie otrzymało jeszcze po sześciu miesiącach najmniejszej załogi polskiej.
Burmistrz miasteczka V. poczynał już żywić obawy, że wojna zakończy się bez tego, by jego miasteczko, w dziejach królestwa tak wspaniale i niejednokrotnie upamiętnione, wyzyskało tę jedyną na tysiąclecia sposobność posiadania egzotycznej załogi polskiej. Z żalem kalkulował, że druga taka okazja nieprędko się może nadarzy. Myślał ze strapieniem, że różne niedobre dziury, mieściny liczące sobie zaledwie głupich sto czy dwieście lat istnienia, będą mogły szczycić się w przyszłości tą wizytą wojenną, podczas gdy gród zbudowany jeszcze za Malcolma IV, który swe prawa miejskie otrzymał od Marii Stuart, zwolnienie od kosztów związanych z goszczeniem monarchy Jakuba VI, i gościł przez cztery dni Pięknego Księcia, za co mu potem postawiono na garnizonie cały pułk hanowerczyków, nie wpisze tej jeszcze karty polskiej do swych barwnych i bogatych annałów.
Burmistrz miasteczka V. był zbyt dumny, by starać się o to. Nigdy jego poprzednicy na tej zaszczytnej godności nie splamiliby się czymś takim. Uważał, że co się komu słusznie należy, z prawa i starszeństwa, to się należy. Patrzył się tylko czarno na owo postponowanie sprawiedliwego obyczaju i niedocenianie wsławionego grodu.
Wreszcie któregoś popołudnia rozeszła się wiadomość, że miasteczko V. otrzymuje istotnie polski oddział do zakwaterowania, i – co więcej
– do obsady.
– O i my będziemy mówili po polsku – cieszyła się nieletnia ludność miasteczka V.
– Pamiętajcie, byście tym katolikom z kontynentu dały piękny przykład zachowania się dziewczyny purytańskiej – pouczał zacny pastor.
„Będzie z kim chodzić do kina, na herbatę i ciastka u Włocha, na spacer gdy zrobi się ładnie” – myślały purytańskie dziewczęta.
„Mieliśmy już Normanów i Anglików i Hanowerczyków i Irlandczyków, nie zbraknie w naszej chwalebnej historii i owych Polaków” – odetchnął ojciec miasta.

Najpierw przybyli motocykliści, potem kwaterunkowi, potem nowi kwaterunkowi, wreszcie wojsko. Razem z odziałem w sile kompanii, ale wspartym jakimiś kadrowymi formacjami posiłkowymi, z działkiem przeciwpancernym, ze służbą łączności, z moździerzami i z ciężką bronią maszynową, pojawił się sztab owej małej armii. Dowodził wszystkim dyplomowany polski pułkownik z piękną tęczą odznaczeń na lewej piersi. Był to starszy surowy mężczyzna, o twarzy opalonej od wiatru, kościstej i groźnej, o namarszczonych brwiach. Stąpał jakby sam był czołgiem największego kalibru, („jego portret w wielkiej sali radnej dobrze by robił…” – zamyślił się burmistrz.)
Po czym powitał pułkownika piękną mową angielską, w której nie opuścił ani jednego ze świetnych wydarzeń, jakimi historia raczyła ozdobić dzieje tak wspaniałego grodu. Nawet okoliczność, że polował tu na jelenie Robert Bruce, nie została pominięta, ale przeciwnie, wyzyskana celowo, jako że Polacy, żyjący wedle mniemania burmistrza w głębokich borach rosyjskich, powinni ją szczególnie ocenić.
Mowa burmistrza podobała się ogromnie pułkownikowi, kiedy wysłuchał jej z taką miną, jakby zrozumiał przynajmniej jedno słowo. Następnie odpowiedział nie mniej piękną przemową, na temat dziejów pewnego historycznego pułku polskiego, którego nowym zalążkiem miał być właśnie ów oddział. Pułk ów rozgromił w dalekiej przeszłości potężnego Dżyngischana, który inaczej doszedłby zapewne od morza Azowskiego aż do Szkocji. W parę wieków później nasiekł Niemców na terenie Prus Wschodnich, pod niejakim Grunwaldem, po czym, znowu po paru stuleciach, uczynił to samo z Turkami pod Wiedniem, z Hiszpanami pod Somosierrą i z bolszewikami pod Warszawą, obecnie zaś odbudowuje się na nowo w gościnnej ziemi szkockiej.
Burmistrz wysłuchał z niemniej wielkim skupieniem długiej przemowy pułkownika, pełnej szeleszczących spółgłosek i groźnych liter r, i nabrał przekonania, że pułkownik polski wyłożył mu zapewne swoje horoskopy dalszych losów tej wojny, lub też wyraził swe uznanie dla ludności szkockiej.
Tłumacz, który był w sztabie, podczas późniejszego przyjęcia dopełnił po obu stronach korzystnego wrażenia. Burmistrz odczuł historyczne zamiłowania pułkownika; pułkownik ocenił takie same historyczne zamiłowania ojca miasta. Następnego dnia mieli razem wyruszyć na oględziny najbliższych okolic miasteczka, jego przedmieścia za rzeką, jego lasku i łąk.
„Ten człowiek jest zapewne miłośnikiem przyrody, lubownikiem krajobrazu” – uradował się ostatecznie rozkochany w swym rodzinnym V. burmistrz.
I Polacy wydali mu się nad wyraz sympatycznym narodem.

Nazajutrz, skoro dziesiąta, burmistrz, pułkownik, dwóch oficerów i tłumacz ruszyli ulicami miasta, pozdrawiani ukłonami mieszkańców. Samochód wojskowy o barwach ochronnych zawiózł ich za miasteczko, na drogę wiodącą do Perth. Po kilkuset metrach pułkownik kazał stanąć. Kiedy wysiedli, rozwinął wielką mapę wojskową.
– Pułkownik musi się zorientować w terenie – objaśnił tłumacz.
Burmistrz próbował wytłumaczyć, że znając od dzieciństwa tę okolicę, w której zaroślach grywał niegdyś w Indian i Robinsona Crusoe, potrafi znakomicie zastąpić mapę o nieznanych pułkownikowi nazwach.
Ten jednak, gdy mu przełożono propozycję burmistrza, odmówił grzecznym, ale surowym zaprzeczeniem głowy.
– Pułkownik mówi, że polski regulamin wojskowy nakazuje orientowanie się przy pomocy mapy, możliwie bez uciekania się do pomocy mieszkańców, zwłaszcza w obcym kraju – wyjaśnił tłumacz.
„Przecież my jesteśmy sojusznicy – chciał powiedzieć burmistrz – i jesteśmy we własnym kraju”. Ale nie odezwał się.
Tymczasem pułkownik przyjrzał się mapie, potem okolicy, potem znowu mapie i jeszcze raz okolicy i powiedział do tłumacza kilka zdań, które ten przełożył głowie miasta.
– Pułkownikowi bardzo spodobała się ta okolica…
„All right – pomyślał burmistrz; – ci wojskowi polscy znają się na pięknie krajobrazu. A nie mówiłem, że to mili, kulturalni i czuli ludzie. Tylko że trochę dziwni”…
Miłość krajobrazu szkockiego pociągnęła pułkownika na szczyt niewielkiego, ale o tej porze roku okropnie zabłoconego garbu. Potem zwiodła go znowu w dolinę, którą wiła się wśród mokradeł rzeczka, romantycznie ginąc w kępach łozin i olch. Burmistrz poczuł nieprzyjemne chlupanie wody w trzewikach, albowiem w tym miejscu nawet latem bywało zawsze mokro. Wspaniałe buty pułkownika, oficerów i tłumacza, robione jeszcze w Warszawie, gdzie dobre szewstwo, myśliwskie i jeździeckie, było słynne na cały kontynent, zniosły doskonale brodzenie w wodzie. Ale miejskie obuwie głowy miasta odmówiło posłuszeństwa. Obłocony, przemokły, szedł nieszczęsny gospodarz kraju, nie wiedząc czy mają go rozpierać uczucia radości, że okolice szkockie czynią na tych Polakach tak niespodzianie głębokie wrażenie, czy też powinien się raczej przyznać, że w tej porze roku nie tak bardzo przepada za wycieczkami krajoznawczymi. W dodatku na owym błotku przy rzece pułkownik bawił ogromnie długo. Chodził po sto metrów w jedną i po sto metrów w drugą stronę.
– Co ci Polacy widzą tak pięknego w tym błocie? – denerwował się z wolna najcierpliwszy ze szkockich burmistrzów.
– Pułkownik powiada – rzekł znowu tłumacz – że ta łączka jest bardzo piękna…
– Zapewne – odrzekł uprzejmie burmistrz, który czuł już niechybny katar – tylko że to błoto…
Uwaga burmistrza została z całą dokładnością zakomunikowana pułkownikowi, który niezupełnie podzielił ów pogląd.
– Pułkownik powiada, że to błoto jest świetne. Pułkownikowi bardzo podoba się owo błoto. Pułkownik zapytuje, przez ile miesięcy w roku jest w tym miejscu aż tyle błota…
„To nie żadni Polacy – pomyślał burmistrz – ale bociany; istne bociany. Im chodzi tylko o błoto i jak długo tu jest takie błoto. Może jeszcze zapyta, czy żaby z tego błota są smaczne?” Ale wszystko to ukrył w głębi duszy i wyjaśnił ostatkiem uprzejmości:
– Jeżeli o błoto chodzi, trwa ono cały rok, z wyjątkiem jakich dwóch tygodni sierpnia, ale i to nie zawsze. Dawno chciano zmeliorować tę łączkę. Niestety, robocizna od czasu jak rządzili labourzyści była droga, pasza zaś nie bardzo się opłacała, jak w ogóle gospodarstwo rolne.
Tu pomyślał, że może jednak ów zaniedbany moczar pod samym miastem wywrze na Polakach, narodzie rolniczym, niekorzystne wrażenie:
– Ale teraz wszystko się zmieniło. Odcięcie naszych wysp od ferm duńskich i od dowozu zza morza ogromnie ożywiło w całej Wielkiej Brytanii rolnictwo, podniosło niezwykle hodowlę. Jest więcej krów i owiec, potrzeba więcej paszy, toteż i ceny są lepsze. Na pewno na wiosnę przystąpimy do osuszenia tego bagienka i będzie tu wspaniała, sucha łąka…
– Broń Panie Boże – zakrzyknął pułkownik i powiedział moc rzeczy w niezrozumiałym słowiańskim języku.
– Pułkownik mówi, że aż do końca tej wojny nie można osuszać tej dolinki. Przeciwnie; najlepiej by było, gdyby można zalać jeszcze wodami tamto pólko, o…
– Ależ tam są ogrody warzywne – jęknął nieszczęsny burmistrz – wspaniałe ogrody warzywne…
Pułkownik zaśmiał się złym i krótkim śmiechem.
„Polacy kochają błoto, a nie znoszą jarzyn – zakonkludował ostatecznie burmistrz jednego z najbardziej historycznych miasteczek pięknej Szkocji – ale to nasi sojusznicy i goście; trudno. Dziwni swoją drogą ludzie”…
Mimo to odczuł ulgę, kiedy gość i sojusznik zeszedł wreszcie z mokradła na szosę.
Potem doszli do starego murowanego młyna z czasów królowej Anny, i pułkownik kazał sobie pokazać młyn. Podziwiał grubość kamiennych staroświeckich murów. Po drabinie wdrapał się na strych. Własnoręcznie wybił otwór w gontowym nadpróchniałym dachu, wysunął głowę i gapił się czas dłuższy na okolicę.
„Może on przed wojną był malarzem? A może fotografem krajobrazu? że tak wyszukuje skąd tu widok najpiękniejszy?” – myśleli razem burmistrz i stary młynarz, który na widok dziury w dachu, wyłamywanej najspokojniej przez wysokiego oficera, zbaraniał na amen.
Potem poszli na wzgórze pod lasem, po czym zeszli na pastwisko baranie, potem podeszli do ruin katolickiego opactwa zburzonego przez purytańskich żołnierzy Olivera Cromwella. Burmistrz pocił się, bo wojskowi szli szybko i byli tak zagadani, że mało na niego zwracali uwagi. To jedno tylko rozumiał, że nigdy, przenigdy, nikt nie interesował się tak głęboko krajobrazem Szkocji jak ci właśnie Polacy. Ta myśl lała się oliwą kojącą na wyczerpane nerwy.
Aż wreszcie, z grzbietu najwyższego wzgórza, nad samym miasteczkiem, roztoczył się najszerszy, najdokładniejszy widok. Burmistrz, nie zważając już na niebezpieczeństwo reumatyzmu, przysiadł sobie na kamieniu polnym i zgnębionym wzrokiem patrzył na swych polskich wojskowych towarzyszy. Stali nieco wyżej od niego. Pułkownik z twarzą jeszcze bardziej skupioną niż zawsze, energiczną, zamkniętą, tłumaczył coś pozostałym oficerom. Niekiedy szukał czegoś palcem na podsuwanej przez nich mapie, albo odchodził na kilkanaście kroków, aby zaraz powrócić. Czasem wyciągał przed sobą, wskazująco czy rozkazodawczo, ramię. Podlegli mu oficerowie odważali się niekiedy na wtrącenie jakiejś ostrożnej uwagi. Najczęściej ich wzrok czytał w nieruchomej twarzy wodza lub biegł za wskazaniem jego ręki.
„Wygląda jak Wellington pod Waterloo – pomyślał teraz burmistrz. – Albo jak Kichener pod Khartumem. O, Wielka Brytania ma wspaniałą flotę, ale Polska ma wielkich żołnierzy. Nawet na zwykłej przechadzce w polu wygląda tak jakby dowodził ze wzgórza wielotysięcznymi armiami”.
Wreszcie dyskusja oficerów nad krajobrazem szkockim dobiegła najwidoczniej końca, i w tej samej chwili wspaniały pułkownik przypomniał sobie jakoś istnienie swego cywilnego i brytyjskiego towarzysza. Uśmiechnął się do niego po raz pierwszy na całej wycieczce uśmiechem pełnym głębokiej, serdecznej szczerości. Burmistrz wyczuł w tym uśmiechu niezrozumiałą, ale bardzo męską przyjaźń.
– Please – powiedział pułkownik – i zagadał coś dłużej do tłumacza.
Ten po chwili kablował dalej:
– Pułkownik powiada, że jest zupełnie zadowolony z tej okolicy…
„Zadowolony? – pomyślał burmistrz; – pewno chciał powiedzieć, że mu się podobała”. I uśmiechem podziękował za komplement.
– Pułkownik jest nawet zdania, że bardzo niewiele potrzeba, by ten krajobraz stał na wysokości zadania – ciągnął tłumacz.
„Na wysokości zadania? Chyba mi się przesłyszało; jakże krajobraz ma stać na wysokości zadania ? Jakiego znowu zadania?”
– Pewne niewielkie uzupełnienia są jednak do tego nieodzowne…
Burmistrz wystraszonym wzrokiem obrzucił dobrze sobie znaną okolicę. Przemowa pułkownika przypomniała mu naraz, nie bardzo wiedzieć czemu, opinię, wydaną onegdaj w Edynburgu u najznakomitszego tamtejszego dentysty o jego uzębieniu. „Wszystko w porządku – powiedział po oględzinach dentysta. – Należy tylko usunąć te dwa siekacze u góry, tamten trzonowy, ząb mądrości po lewej, nałożyć dwie złote korony na tamte w głębi i spiłować zupełnie tamten przedni. I to wszystko”.
Pułkownik gestami wspomagał teraz tłumacza.
– Przede wszystkim trzeba będzie podnieść stan wody na rzece przez podniesienie grobli…
– Woda zaleje owe ogrody warzywne na lewym brzegu – wyrwało się okrzykiem bólu ojcu miasta.
– O to właśnie chodzi – podkreślił spokojnie z uczuciem sadystycznej radości tłumacz. – Te ogrody, a także tamte dalsze pola… Jak najdalej. To grunt.
Burmistrz oniemiał zupełnie.
– Dalej – ciągnął tłumacz w ślad za palcem pułkownika – trzeba będzie wycięć te wszystkie drzewa nad rzekę…
– Olchy – zawył w burmistrzu miłośnik rodzimej przyrody? – Te stare, nasze olchy? Które tak pięknie robię w krajobrazie.
– One właśnie zasłaniają krajobraz – podkreślił tłumacz.
– Jaki tam krajobraz; tam dalej jest równe, odkryte pole…
– Ano właśnie. Potrzeba nam wszędzie takich równych, odkrytych pól…
Burmistrz oniemiał po raz wtóry. Ręka pułkownika, jak niebezpieczny sęp, zwróciła się ku pastwisku, na którym pasły się czarnogłowe owce.
– Tędy przejdzie wielki, głęboki rów. Przecież tam już jest rów – jęknął burmistrz – tam owca się schowa w tym rowie.
Sataniczny śmiech targnął oficerami, gdy im przedłożono opinię burmistrza. Nieszczęśnik słuchał jak wyroku dalszych słów tłumacza:
– Tu przyjdzie prawdziwy rów, głębokości czterech metrów, szerokości trzech i pół. W tamtym jarku przejdzie zapora wysokości trzech metrów. Tamte gruzy oplecione bluszczem…
– To ruiny katolickiego opactwa – jęknął burmistrz…
– Tamte gruzy, oplecione bluszczem, wysadzi się dynamitem. Tamten skraj lasu się zetnie. Tam zrobi się wyręb. Tamta ferma…
Tu pułkownik coś wtrącił.
– Nie; tamta ferma może zostać. Ona się tam nawet przyda. No i widzi pan: pułkownik miał rację, gdy zapewniał pana, że szkocki krajobraz ma niezwykłe, niedocenione walory. Bez większego trudu da się z tego krajobrazu tak wiele zrobić.
Naraz, dopiero teraz, wszystko stało się burmistrzowi jasne i proste. Zrozumiał dziwaczne formy, jakie zamiłowanie do krajobrazu przybierało u tych polskich oficerów. Zrozumiał owo chodzenie tam i na przełaj, owe przystawania i dysertacje, podczas których nabawił się kataru a może i grypy. Zrozumiał, dlaczego początek tej niezrozumiałej jeszcze przemowy skojarzył mu się z wizytę u dentysty.
– To panom chodzi o to, żeby tę okolicę przekształcić na teren wojenny?
Niezwykła pojętność Szkota wywołała wielkie zadowolenie u pułkownika.
– Pułkownik kazał panu powiedzieć – doniósł tłumacz – że bardzo się cieszy, iż pan, choć cywil, tak wlot zrozumiał o co chodzi. Pułkownik jest gotów wyjaśnić nawet cały plan uzbrojenia, jak my mówimy, terenu, przygotowania go do jego wielkich zadań. Ubagnienie owej dolinki uczyni ją nie do przejścia dla niemieckich czołgów, nawet lekkich.
Burmistrza przeszedł dreszcz niepokoju na myśl, że niemieckie czołgi mogą nie tylko wylądować w Szkocji, ale jeszcze znaleźć się tam, gdzie teraz pasły się owe owce. Zarazem jednak uczuł i przypływ dumy, że owa niepozorna łączka u bram miasteczka V. może stać się grobem pancernych potworów. Zamienił się cały w słuch.
– Cekaemy z młyna, wsparte ogniem erkaemów, będę miały tam ogromnie szerokie pole do obstrzału, zwłaszcza gdy już zetniemy te zawadzające drzewa…
„Biedne moje olchy – jękło w duszy burmistrza współczucie. – Ale też pocoście w tym miejscu wyrosły?” – obudziła się naraz jakaś nieznana dotąd pretensja.
– Rów przeciwczołgowy na tym pastwisku przed nami – wywodził tłumacz – stanowić będzie dostateczną zaporę z tej strony. Działka przeciwpancerne będą stąd miały śliczne, maleńkie zadanie.
„Jak oni się pieszczą taką myślą” – pomyślał burmistrz, i wyobraził sobie naraz czołgi pogruchotane w olbrzymim rowie, ludzi zawalonych żelastwem i armaty bijące z niewielkiej odległości w owo kłębowisko ciał i maszyn.
– Tędy – ciągnął tłumacz – położona będzie główna zapora ogniowa broni maszynowej.
„Zapora ogniowa? – starał się wyobrazić sobie w swej cywilnej wyobraźni burmistrz. – Zapora ogniowa?”
– Tu zastosowany zostanie ogień boczny…
– Ogień boczny – szeptał przerażony burmistrz – ogień boczny?…
– Nasze erkaemy zza drogi będą trzymały ogniowo tamte aż pola…
– Ależ od drogi tamtych pól nie widać – stęknął burmistrz.
Oficerowie zaśmiali się życzliwie.
– Tamte pola będą trzymane ogniem pośrednim cekaemów, który wali poprzez te wzgórza. To cała matematyka, ogień pośredni. Wspaniała rzecz. Mam nadzieję, że pan się o tym niebawem sam przekona…
(Znowu widmo Niemców zamigotało na oszronionych polach miasteczka V.).
– Tu zamkniemy przejście ryglami ogni i stąd i stąd. Tędy wystarczy ogień jednego erkaemu. Na ten jarek – bardzo niebezpieczny jarek – pójdą moździerze i granatniki. Bo tam jest pole martwe…
– Tam nie ma żadnego pola – opierał się burmistrz – to tylko głogi i krzaki. Jakież to pole?
– Martwe. Pan nic nie wie. Być może, że założymy tam jeszcze miny naciskowe. Jeśli chodzi o obronę przeciwlotniczą, to do tego celu wieża kościoła jest jak stworzona. A także dach. No i stryszek młyna. Bardzo dobre, dostatecznie zamaskowane, miejsce…
Wzrok wszystkich spoczął na romantycznych, oplecionych pnączami, ruinach dawnego opactwa.
– Co to za niepotrzebne rumowiska. One znowu stwarzają sztucznie martwe pole…
–To było opactwo katolickie, zburzone ostatecznie przez tego niegodziwego Cromwella w r. 1653 – tłumaczył burmistrz w nadziei, że ułagodzi katolickie serca Polaków.
–Cromwell dobrze zrobił – osądził pułkownik – szkoda tylko, że nie doprowadził dzieła do końca. Na wojnie wszystko musi być dopięte do ostatniego guzika i zburzone do ostatniej cegły. Sprowadzi się saperów i dokonamy dzieła Cromwella.
I ze słowami pocieszenia zwrócił się do zgnębionego burmistrza.
– Widzi pan, jak przy pomocy kilku zupełnie drobnych zmian można coś zrobić porządnego z tej pięknej okolicy… No, wracajmy do domu. I tak spóźnieni jesteśmy grubo na lunch.

Grypa burmistrza, która wystąpiła zaraz po powrocie z jego przechadzki z polskimi oficerami, przemieniła się w nocy w niepokojące majaczenia. Domownicy słuchali z przerażeniem jak poprzez niespokojny sen mówił o niemieckich czołgach topiących się w błocie, o jakichś zaporach na dachu młyna, o polach martwych i o Cromwellu. Wezwany nad ranem doktór przybył tam jednak już wtedy, kiedy chory zapadł wreszcie w głęboki, trochę tylko nierówny, sen.
– Ja nie wiem, panie doktorze, co to może znaczyć, ale on ciągle majaczył coś o ogniu. I jakoś tak dziwnie, niezrozumiale. Raz mówił o jakimś ogniu bocznym, raz o jakimś poślednim, to znowu o zaporze ogniowej. Ciągle ogień i ogień…
– Obawiam się, pułkowniku, że będziemy mieli kłopot z tym burmistrzem – dowodził w tym czasie tłumacz – on się w żaden sposób nie zgodzi na wycięcie tych olch, na rozszerzenie moczaru, na usunięcie ruin…
– Musi się zgodzić, bo przecież nam powierzono tu prace nad zorganizowaniem terenu – odpowiedział niewzruszenie pułkownik – zresztą choć nie umiem po angielsku, ale znam się na ludziach. Ten człowiek się zgodzi. A wie pan, dlaczego? Bo ma poczucie historii.
– Właśnie dlatego nie pozwoli na zburzenie ruin, których nie zniszczył do końca nawet Oliver Cromwell…
– Właśnie dlatego się zgodzi…
Burmistrz był chory jeszcze przez środę. Nie mówił niemal do nikogo, tak długo i milcząco coś w sobie rozważał. We czwartek przyszli go odwiedzić co znaczniejsi ojcowie miasta. Kiedy się zeszli, przemówił do nich w sposób następujący:
– Gentelmen, mam wam pewne bardzo ważne rzeczy do zakomunikowania. Jak w przeszłości, tak teraz ponownie nasze drogie miasto zostało postawione wobec pewnych konieczności wojennych. Powiem: historycznych. Najbliższe okolice V. zostały włączone do jednej z wewnętrznych linii obronnych. Dowódca polski, który tu przybył, doskonały gentelman, obejrzał razem ze mną te właśnie  okolice. Jednakże, zdaniem tego wybitnego dowódcy nadają się one doskonale na walkę obronną i powstrzymywanie największych nawet pancernych rajdów.

Ksawery Pruszyński

[„Wiadomości Polskie” (Londyn) nr 79, 1941]

Przedruk za: Ksawery Pruszyński, Wybór pism 1940–1945, słowo wstępne: Włodzimierz Odojewski, Polonia Book Foundation, Londyn 1989

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here