Przeczytane, zasłyszane, zobaczone (Maria Skóra, Warufakis, Jouvenel, Buadrillard, Ratzinger i inni)

0

Nie ma powodu, aby się bać lub mieć nadzieję. Musimy tylko poszukać sobie nowych broni (Gilles Deleuze)

*****

Socjolożka i ekonomistka dr Maria Skóra jest Senior Project Manager w berlińskim think-tanku Centrum Progresywne (Das Progressive Zentrum). Wcześniej pracowała dla Humboldt-Viadrina Governance Platform w Berlinie. Uczestniczyła jako ekspertka w projektach Fundacji im. Friedricha Eberta i Fundacji im. Heinricha Bölla. Biuletyn Niemiecki nr 59 (październik 2015) wydawany przez Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej zamieścił jej artykuł „Republika Federalna Niemiec a kwestia imigrancka”. Znalazło się w nim następujące zdanie: „Odbudowa powojennych Niemiec nie udałaby się, gdyby nie wysiłek Gastarbeiterów (z niem. pracowników gościnnych), bez których też późniejszy niemiecki Wirtschaftswunder (cud gospodarczy) nigdy by się nie ziścił”. Zajmijmy się gastarbeiterami, zostawiając na boku kwestię, czy po 1945 r. w ogóle miał miejsce jakiś „cud gospodarczy” – prawdziwym „cudem gospodarczym” była bowiem tzw. druga rewolucja przemysłowa, której centrami od lat 80. XIX wieku były Stany Zjednoczone i Niemcy. To wówczas powstała baza przemysłowa Niemiec, która w okresie II wojny światowej została wprawdzie naruszona, ale nie zniszczona, i po pewnym czasie przemysł niemiecki mógł znowu pracować na pełnych obrotach.

Według dr Skóry bez imigrantów (gastarbeiterów) ani powojenna odbudowa Niemiec Zachodnich, ani „cud gospodarczy” nie byłyby możliwe. Jest to kompletny nonsens. W 1954 roku udział gastarbeiterów w całej liczbie zatrudnionych pracowników w Niemczech wynosił 0,4%, w 1960 – 1,5%, w 1971 – 10,3 %. Byli to robotnicy niewykwalifikowani lub przyuczeni do zawodu, pracujący na najniższych stanowiskach w przemyśle. Ekspertka myli przyczynę ze skutkiem – Włosi, Portugalczycy, Hiszpanie, Turcy czy Grecy zaczęli przyjeżdżać dopiero wtedy, kiedy Niemcy własnymi rękami odbudowali swój kraj (Niemcy Zachodnie) i dokonali „cudu gospodarczego”. Dynamicznie rozwijające się i bogacące Niemcy przyciągały robotników z innych, mniej rozwiniętych krajów, w których brakowało miejsc pracy.

Podobnie działo w okresie pierwszego, właściwego „cudu gospodarczego”, na przykład mój dziadek Wojciech będąc kilkunastoletnim chłopcem pojechał z braćmi na początku XX wieku do Westfalii, bo tam był prężnie rozwijający się przemysł i potrzebowano rąk do pracy Oczywiście, mój dziadek jako młody robotnik też przyczyniał się do wzrostu PKB Rzeszy Niemieckiej, ale żaden ówczesny ekspert raczej nie ośmieliłby się dowodzić, że to polskim robotnikom przyjeżdżającym do „Reichu” za pracą, zawdzięczają Niemcy ówczesny „cud gospodarczy”.

Ekspertka zamiast analizować rzeczywistość rzutuje w przeszłość obecną propagandę władzy na temat uchodźców i imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu, głoszącą, że „imigranci są warunkiem rozwoju gospodarczego w Niemczech”. Zatem i w przeszłości musiało być tak samo. Potem dziennikarze będą się na dr Skórę powoływać dowodząc, że ponieważ powojenna odbudowa i „cud gospodarczy” nie byłyby możliwe bez gastarbeiterów, to dzisiejsi imigranci z Afganistanu, Syrii czy Maroka też przyczynią się do nowego „cudu gospodarczego” (tu pytanie do ekspertki: czy gdyby imigranci zostali u siebie, to dzięki nim także w ich krajach „ziściłby się cud gospodarczy”?). Zamiast przyjąć do wiadomości prosty fakt, że to wysoki poziom cywilizacji przemysłowo-technicznej zbudowanej przez Niemców, rozwój gospodarczy, inwestycje, zamożność przyciągały kiedyś i przyciągają dziś imigrantów, twierdzić się będzie, że to imigranci podtrzymają poziom cywilizacji przemysłowo-technicznej i podniosą zamożność Niemiec.

Maria Skóra uprawia nie ekspercką analizę, ale powtarza ideologemy imigracjonizmu zgodne z ogólnymi założeniami przyjętymi przez erefenowską klasę rządzącą. Chodzi jednak o coś więcej. Niemcy już, już myśleli, że jest coś, z czegoś mogą być dumni, że odbudowali kraj po totalnej klęsce, sprawili „cud gospodarczy”, stali się ponownie najsilniejszym państwem przemysłowym w Europie i na świecie. Ale nie, od czego są eksperci, ci wybiją im tę niesłuszną myśl z głowy: to gastarbeiterzy, imigranci, „Obcy”, „Inni”, są twórcami ich sukcesu, to im go zawdzięczają, im powinni za to dziękować. Gdyby Niemcy przypadkiem uwierzyli, że sami sobie zawdzięczają powojenne odrodzenie gospodarcze, zaczęłaby ich rozpierać narodowa duma, a od narodowej dumy jest jeden krok do nacjonalizmu, zaś od nacjonalizmu jeden krok do narodowego socjalizmu. Dlatego należy odebrać Niemcom możliwość bycia dumnym z „odbudowy” i „cudu gospodarczego”, wmawiając im, że zawdzięczają to nie sobie, lecz „Innym” i „Obcym”. Maria Skóra realizuje hasło erefenowskiej klasy polityczno-kulturalno-medialnej „Wehret den Anfängen!” – niszcz zło w zarodku! Duma z „odbudowy” i „cudu gospodarczego” zawiera w sobie potencjalne poparcie dla nowego Hitlera, dlatego trzeba ją zdusić w zarodku. Temu samemu celowi służy interpretowanie 25 powojennych lat (1945-1970), będących wielkim sukcesem Niemiec jako „postnazizmu”. „Odbudowa” i „cud gospodarczy” są wszak dziełem pokolenia wojennego i.e. „nazistowskiego”. Do tego pokolenia należało prawie 8 mln członków NSDAP, którzy aktywnie, z wielkim zaangażowaniem budowali gospodarczo-polityczne i instytucjonalne zręby nowej republiki (odznaczyli się także w innych dziedzinach np. założycielami „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, jednej z najważniejszych gazet w demokratyczno-liberalnej RFN, byli, działający w aparacie prasowym i propagandowym narodowosocjalistycznych Niemiec, Paul Sethe, Karl Korn i Erich Welter). To pokolenie wojenne, obejmujące miliony członków NSDAP postawiło kraj na nogi po totalnej klęsce, to dzięki niemu Niemcy stały się gospodarczą potęgą i mistrzem świata w eksporcie. Z tych osiągnięć współczesnym Niemcom nie wolno być dumnym, gdyż byłoby to równoznaczne z podziwem dla „nazistowskich” dziadków i rodziców, a taki podziw mógłby wywołać nawrót „nazizmu”.

*****

Na portalu „Krytyki Politycznej” przeczytałem „Manifest Demokratyzacji Europy” wydany przez paneuropejski ruch Democracy in Europe Movement 2025 (DiEM25), którego liderem jest Janis Warufakis. Napisano tam m.in.:

„Zdemokratyzujmy UE! Bo Europa będzie albo demokratyczna, albo się rozpadnie! (…) Nasz cel, zdemokratyzowanie Europy, jest jak najbardziej realistyczny. A na pewno nie jest bardziej utopijny od samego powstania Unii Europejskiej. W rzeczy samej, jest wręcz mniej utopijny od próby utrzymania przy życiu obecnej, antydemokratycznej, rozpadającej się Unii Europejskiej. (…) Jeśli do tego czasu nie uda nam się uczynić Europy demokratyczną, jeśli jej autokratyczne siły skutecznie tę rodzącą się demokrację zduszą, wówczas Unia Europejska runie pod ciężarem swej własnej pychy; rozpadnie się na kawałeczki, a jej upadek pociągnie za sobą niewyobrażalne trudności – w Europie i poza nią”.

Ileż razy można powtarzać, że to właśnie demokratyzacja zagraża zjednoczonej Europie. Jak każdy wielonarodowy twór, na który składają się narody o własnej historii i odrębności polityczno-państwowej, Unia Europejska trzyma się właśnie na „deficycie demokracji”. Jej „demokratyzacja” spowoduje jeszcze zacieklejsze walki o władzę i zasoby, wzrost napięć i wewnętrznych konfliktów. Jest to prosta droga do rozkładu UE. Warufakis to bez wątpienia człowiek – o czym świadczy jego, może niezbyt odkrywcza, ale wnikliwa, książka Globalny Minotaur – bardzo inteligentny i rozumiejący istotę mechanizmów politycznych i ekonomicznych (oczywiście na tyle, na ile pozwalają mu na to generalnie błędne założenia teoretyczne), ale tutaj nagle jakby naprawdę wierzył w moc demokratycznych sloganów. Lewica nie jest chyba świadoma tego, że znalazła się w sytuacji bez wyjścia: albo ocalą Unię Europejską godząc się na jej „autokratyczny” charakter, czyli wyprą się swojej demokratycznej tożsamości w imię uratowania nadrzędnej koncepcji politycznej, albo będą Unię demokratyzować uruchamiając lub wzmacniając siły odśrodkowe, które doprowadzą do jej szybszego rozpadu.

Już 40 lat temu konserwatywny niemiecki pisarz polityczny Hans-Dietrich Sander (1928-2017) dowodził, że europejska unia gospodarcza nie przekształci się sama z siebie w unię polityczną, ba, bez zastosowania środków politycznych nie jest możliwa nawet unia gospodarcza, która zasługiwałaby na to miano. Z zimnym realizmem Sander stwierdzał, że imperialny twór nie może zostać ani stworzony, ani utrzymany bez hegemonii i bez przemocy. Nie oznacza to, rzecz jasna, że do stworzenia politycznej unii europejskiej potrzebna jest nowa wojna, ale to, że nie uda się jej stworzyć bez politycznego przywództwa, bez politycznego nacisku i nic w tej kwestii nie zmienią lamenty i krzyki na temat Napoleona i Hitlera. Polityczna unia europejska, może powstać tylko wówczas, kiedy jej założyciele są w stanie wyeliminować partykularne interesy, sprzeczne z interesami nowej całości. Potem ich następcy muszą złamać opór, który odnawia napięcia, aż w końcu interesy nowej całości staną się identyczne z interesami większości jej członów. Nigdy inaczej nie było i być nie może: „Przymus jest nieunikniony, ofiar nie da się uniknąć, mogą one jedynie zostać złagodzone – najlepiej przez silną odpowiedzialną władzę, która trzyma proces mocno w cuglach. To byłoby jednak opowiedzenie się za hegemonią i przemocą w tej lub innej formie, o tej lub innej intensywności” (Sander). Takiej odpowiedzialnej, silnej władzy w UE ani widu, ani słychu, więc pozostaje jedynie ględzenie o przezwyciężeniu „deficytu demokracji” jako remedium na dezintegrację Unii, czyli proponowanie lekarstwa, które jedynie przyspieszy postępy choroby.

*****

Na jakiegoś diabolicznego wręcz osobnika wyrósł w niektórych środowiskach politycznych George Soros. Tymczasem Lyndon LaRouche – wyczytałem to dawno temu w jednej z jego publikacji – utrzymywał, że Soros był tylko frontmenem, wystawionym na pierwszą linię człowiekiem Jacoba Rothschilda i Jamesa Goldsmitha. To oni dwaj kryli się w rzeczywistości za imperium finansowym Sorosa. Przeto nie demonizujmy go – był on i najprawdopodobniej jest nadal jedynie wykonawcą prac zlecanych mu przez o wiele bardziej potężnych graczy.

*****

Przyglądając się krwawym potyczkom posłów w parlamencie i ich pojedynkom na ubitej ziemi studiów telewizyjnych, pamiętajmy, co w 1914 roku w swojej książeczce Republika koleżków pisał Robert de Jouvenel (wuj Bertranda de Jouvenela): „mniejsza jest różnica pomiędzy dwoma posłami, z których jeden jest rewolucjonistą, a drugi nie jest, niż między dwoma rewolucjonistami, z których jeden jest posłem a drugi nie”. Posłowie, pisał de Jouvenel, skądkolwiek się wywodzą, zeszli się tam, dokąd dążyli, czyli w parlamencie. I tylko to jest dla nich ważne. Tak jak piechur, artylerzysta czy kawalerzysta zawsze jest żołnierzem, tak poseł liberał, socjalista, radykał i umiarkowany, rewolucjonista czy reakcjonista, przede wszystkim jest posłem. Tak było 100 lat temu, tak jest i dziś. De Jouvenel twierdził ponadto, że poseł musi dzielić czas pomiędzy trzy zasadnicze zajęcia: bieganie, obiecywanie i pisanie. Musi również cały czas atakować ministrów, aby załatwili mu tę czy inną sprawę. Ministrowie zaś muszą najwięcej czasu spędzać na bronieniu się przed oblegającymi ich posłami. Ot i cała kwintesencja demokracji parlamentarnej.

*****

W liście do Krystyny Zachwatowicz i Andrzeja Wajdy z 15 maja 1985 roku Józef Czapski napisał: „Norwid nie znosił kultu Polaków do zebrań i rocznic i mówił, że skłonność do tego świadczy o «umarłości społeczeństwa»” („Zeszyty Literackie” 132, 2015 nr 4, s.126). Od czasów Norwida niewiele się, niestety, zmieniło.

Andrzej Wajda w eseju o Andrzeju Wróblewskim pisze: „Kiedy go [Cezanne`a] spytano, co robił w 1870 roku podczas wojny z Prusakami, odpowiedział, że namalował kilka studiów plenerowych w miejscowości, w której właśnie wtedy się znajdował” (ZL 132, s.158). I to był artysta prawdziwie zaangażowany w sprawy kraju.

Pisarka i dziennikarka Sybille Bedford (1911-2006) w reportażu „Dania 1962. Szkic do portretu kraju” podziwia Duńczyków: „Czytają. Jeśli zajrzeć do statystyk, piętnaście książek na głowę w porównaniu z jedną w Stanach Zjednoczonych”. Skąd u Duńczyków taki czytelniczy zapał? Odpowiedź przynosi następny akapit: „Jedzą dużo i dobrze, cielęcinę, śmietanę, masło i maślankę, świeżą i wędzoną wieprzowinę, wędzone i świeże ryby, skiby wielkich okrągłych serów, kartofle, jajka, marynowane buraki i zdrowy czarny chleb” (ZL 132, s.88).

*****

Zmiana kierunku w tę, zmiana kierunku w tamtą stronę, a moja pozycja pozostaje niezmienna – pocieszał się kurek na dachu (Raimund Vidranyi)

*****

Dewiza portalu „Kultura Liberalna” brzmi „Z centrum najwięcej widać”. Mnie się zdaje, że z centrum mało i źle widać. A wynika to z natury samego centryzmu, albowiem centryści nie mogą zajmować zdecydowanego stanowiska w istotnych sprawach, ponieważ popadliby wówczas w ekstremizm, a to jest w ich oczach najcięższy grzech. Centryści uważają, że nie należy być skrajnym, bo to niebezpieczne, dogmatyczne i może doprowadzić do różnych strasznych rzeczy. Ale choć tak bardzo odżegnują się od wszelkiego ekstremizmu, wcale nie są nań odporni. Można być przecież skrajnym centrystą! Wyczuł to świetnie pewien niemiecki artysta kabaretowy zakładając Partię Radykalnego Środka. Jako partyjny znaczek zaproponował agrafkę noszoną pod klapą marynarki, aby czasami nikt jej nie zobaczył. Trzeba wiedzieć, że po niemiecku agrafka to „Sicherheitsnadel”. I właśnie „Sicherheit”, czyli bezpieczeństwo, jest tym, czego najbardziej łakną ludzie środka. Po prostu asekurują się na wszystkie strony.

Typ centrowca świetnie opisał jeden z najwybitniejszych katolickich myślicieli politycznych XIX wieku (w XX i XXI wieku już o takich trudniej) Hiszpan Juan Donoso Cortés. Są to ludzie, którzy nie mówią ani nego, ani affirmo (lub mówią jednocześnie – w Niemczech są to ci, którzy na pytanie „ja oder nein?”, odpowiadają „jein” ) i którzy chcą żyć w przyjaźni zarówno z zasadami, jak i kontr-zasadami. W związku z tym wydani są na łup „zmiennych energii politycznych”. Przy czym prawie zawsze centrum otwiera się na lewo („Centrum to rozwodniona lewica” – Erik von Kuehnelt-Leddihn).

Ze środka nigdy nie wypływa żaden twórczy impuls, żadna idea, którą ktoś mógłby się przejąć, żaden godny uwagi pomysł. Środek jest po prostu płaski lub pusty. „Środek jest tylko matematyczną abstrakcją, zaś żywy człowiek stoi albo na prawo albo na lewo od środka. W środku stoi tylko znak drogowy, który wskazuje drogę na prawo albo na lewo” (Willi Schlamm). Sam znak nie posiada żadnej własnej treści. Dlatego centrum najmocniej przyciąga tych wszystkich, którzy nie mają zdecydowanego poglądu w żadnej ważnej kwestii, którym najłatwiej jest zaakceptować wszystko, co „umiarkowane”, mętne, nieokreślone, połowiczne.

Centryści sądzą, że w środku jest najbezpieczniej, gdyż najszybciej można tam dokonać obrotu o 180 stopni. Jednakże jest to bezpieczeństwo złudne, bowiem w momentach decydujących, kiedy rozstrzyga się albo-albo, tak-nie, wtedy centrystów, jeśli nie zdążą rozpierzchnąć się na wszystkie strony świata, zdominują wrogowie z prawa lub z lewa.

Moim skromnym zdaniem w poszukiwaniu bezpieczeństwa należy iść daleko albo na lewo, albo na prawo, aż dojdzie się do muru. Kiedy się przekonamy, że dalej iść już nie można, należy stanąć tak, by mieć mur za plecami. Będziemy wtedy pewni, że nikt nie zaatakuje nas zdradziecko od tyłu. Istnieje co prawda ryzyko, że ktoś może nas przyprzeć do muru, jednak tego ryzyka nigdy nie da się uniknąć.

Przypominam sobie jak na początku lat 90. ubiegłego wieku brałem udział w jakiejś konserwatywnej konferencji w Warszawie, na którą przybyli m.in. przedstawiciele niemieckiej chadecji. Przy winie gawędziłem z jednym z nich na różne ideowo-polityczne tematy; w końcu znużony już nieco jego centrowym przynudzaniem, wyznałem mu, że ode mnie na prawo jest już tylko mur. Spojrzał na mnie spod oka i powiedział: „Herr Gabiś, Pan to chyba jest już po drugiej stronie muru”.

*****

Jesteś pan człowiekiem umiarkowanym w poglądach, czyli miernotą oddającą nieocenione usługi nikczemnikom. Takich jak ty umiarkowańców można wykorzystać do złych celów, ale dla dobrych jesteś bezużyteczny (z powieści Hermana Melville`a Oszust)

*****

Były papież, kardynał Joseph Ratzinger, z niewiadomych powodów nazywany papieżem-emerytem (tak jakby nadal był papieżem, tyle że na emeryturze), uważany jest za kościelnego konserwatystę. Nie należy jednak zapominać, że w okresie II Soboru Watykańskiego był Ratzinger postępowym teologiem, choć nie tak radykalnym jak jego koledzy Hans Küng, Johannes-Baptiste Metz czy Edward Schillebeecx. To, co niegdyś było lewicowo-progresywne, kilkadziesiąt lat później wydaje się poczciwie konserwatywne. Ponieważ Ratzinger już dalej na lewo się nie przesunął i wiernie trwał na tych samych progresywnych pozycjach, co w latach 60., mógł uchodzić potem za konserwatystę.

*****

Wiele się dziś mówi o kryzysie, a nawet śmierci „liberalnej demokracji”. Według Erika von Kuehnelt-Leddihna „demokratyczny liberalizm” to „wewnętrznie sprzeczna, niechlujna myślowo, mętna mieszanina filozoficznego relatywizmu, socjalizmu, prymitywnej wiary w postęp i lewicowego braku zasad”. Najwyższy czas na włożenie tiszerta z napisem „Nie płakałem po liberalnej demokracji”.

*****

Jean Baudrillard pytany w wywiadzie udzielonym „Le Nouvel Observateur” w 2003 r. o film braci Wachowskich Matrix (w pierwszej części można rozpoznać okładkę jego książki Symulakry i symulacja, która ukazała się w 1981 roku) odpowiedział: „Matrix to film o Matrixie, który mógłby zostać wyprodukowany przez Matrix”. Jednak, pocieszył nas późny kartezjanista Baudrillard, nie ma powodu, aby w obliczu tej trudnej sytuacji być pesymistą czy wręcz nihilistą ponieważ System, wirtualność, Matrix, wszystko to powędruje na śmietnik historii.

*****

Na fali studenckiej rewolty 1968 roku założono w Paryżu „eksperymentalny” Université de Vincennes mający być alternatywą dla tradycyjnych uniwersytetów. Związani z nim byli znani poststukturaliści jak np. Michel Serris, Michel Foucault i Gilles Deleuze. Przeczytałem gdzieś, że Guy Debord nie lubił teoretyków z Vincennes z powodu niechęci zarówno do ich teorii, jak i do ich sposobów zarabiania na życie. Na przykład Michel Foucault realizował latach 70. kilka projektów badawczych finansowanych przez Ministerstwo Infrastruktury. Wielu innych znanych neomarksistowskich socjologów i filozofów m.in. Deleuze i Guattari uczestniczyło w badaniach finansowanych przez to ministerstwo i brało od niego zlecenia. Innymi słowy krytyczni, zbuntowani intelektualiści byli na garnuszku rządu. Moralno-ideowy purysta Debord zapewne podejrzewał, że po prostu dali się kupić. Jednakże sprawa nie jest taka prosta, bowiem w latach po 1968 roku rządowi technokraci zwracali się do krytycznych intelektualistów, aby wspólnie zastanowić się, co z radykalnej krytyki da się zastosować w praktyce. Gdyby Foucault, Deleuze czy Guattari robili coś wbrew sobie, „wbrew sumieniu” to owszem, zasługiwaliby na krytykę, skoro jednak w Ministerstwie Infrastruktury urzędowali ich wielbiciele, mający możność wcielania w życie choćby części ich radykalnych postulatów, to dlaczego nie mieliby wziąć grantu czy umowy-zlecenia? Można nawet rzecz całą odwrócić: to nie Foucault, Deleuze i Guattari byli „płatnymi sługusami reżimu”, to funkcjonariusze reżimu realizowali ich koncepcje. Foucault, Deleuze i Guattari stanowili prawdziwą władzę i to na ich usługach pozostawali ministerialni urzędnicy.

*****

W Doom Patrols Stevena Shaviro wyczytałem, że w USA nie tylko są wybitni imitatorzy Elvisa Presley`a, ale także imitatorzy najwybitniejszych imitatorów Presley`a, by tak rzec, imitatorzy drugiej generacji. I niech ktoś zarzuci amerykańskiej kulturze brak wyrafinowania. Jak wiadomo w kwestii Presley`a ścierają się dwa obozy: zwolennicy teorii spiskowej uważający, że Presley nie żyje, i przedstawiciele racjonalnego myślenia przekonujący, że Presley sfingował własną śmierć i nadal żyje w ukryciu. Być może pogodzi ich Shaviro, podejrzewający, że u końca swojej kariery, kiedy występował w Las Vegas w swoim jednoczęściowym białym kostiumie obszytym kryształami, Presley był symulakrum siebie samego. Czyli żył i nie żył jednocześnie.

*****

U Filipa Springera opisującego bardzo trudną sytuację mieszkaniową w przedwojennej Warszawie znalazłem opinię Stanisława Szwalbego z 1937 roku: „Świętym prawem kapitalisty jest zysk. Kapitalista prywatny szuka lokat rentujących, od tego jest kapitalistą. Czekać i liczyć na budownictwo małych, tanich mieszkań z inicjatywy prywatnej – to w najlepszym razie ułuda” (Filip Springer, 13 pięter, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, s.112). Szwalbe był wprawdzie socjalistą, ale bycie socjalistą nie zwalnia od myślenia i obserwowania świata. Idziemy sobie po mieście i widzimy sklep z eleganckimi zegarkami po 3000 złotych. Z pewnością kapitalista (producent zegarków) znalazł „lokatę rentującą”. Kilka ulic dalej jest sklep z zegarkami po 30 złotych, czyli coś w sam raz dla nas. A przecież zgodnie z logiką Szwalbego nie ma prawa ich być, bo przecież „czekać i liczyć na produkowanie tanich zegarków z inicjatywy prywatnej – to w najlepszym razie ułuda”. Podobnie nie powinno się opłacać produkowanie tanich butów, tanich ubrań, tanich komputerów itd. A jednak się je produkuje, sprzedaje i na nich zarabia. Dlaczego z mieszkaniami miałoby być inaczej?

*****

Mateusz Kijowski, lider ruchu społecznego dzielnie broniącego demokracji, miał ostatnio pewne kłopoty z powodu niejasności w finansach ruchu. Na dwutygodnik.com czytam rozmowę z tłumaczami Javiera Maríasa Carlosem Marrodánem Casasem i Ewą Zaleską. Carlos Marrodán Casas mówi, iż Marías powtarza wielokrotnie: „Nie można ufać facetowi z kucykiem ani facetowi w bermudach”. Kijowski, którego widziałem w telewizji przemawiającego na demonstracji przeciwko aktualnym stosunkom politycznym w naszym kraju, wprawdzie bermudów nie nosi, przynajmniej na tej demonstracji nie miał, być może dlatego, że odbywała się w grudniu, ale ma kucyk! Czytajcie Maríasa!

*****

Biorę czasem do ręki tak zwane opiniotwórcze gazety, żeby się przekonać, jakie opinie są tam tworzone. Na szczęście nie jestem ciężarną kobietą – Guido Ceronetti dziwił się, jak to jest, że ciężarna kobieta czyta codzienną gazetę i od razu nie roni.

*****

W gwiazdach co i rusz coś nowego. NASA i Europejskie Obserwatorium Południowe (ESO) ogłosiły ostatnio o odkryciu niezwykłego pozasłonecznego układu planetarnego. Wokół gwiazdy TRAPPIST-1, zlokalizowanej około 40 lat świetlnych od Słońca, krąży aż 7 planet o rozmiarach podobnych do rozmiarów Ziemi. No patrzcie Państwo, siedem planet! Kto by pomyślał. Ale pamiętam, że polscy astronomowie odkryli kiedyś nieznany do tej pory układ planetarny, oddalony od mojej ulicy o 15 000 lat świetlnych. No, no, to rzeczywiście kawał drogi. Inny nasz astronom oznajmił, że Czarne Dziury nie istnieją. Jakie to ma znaczenie, istnieją czy nie istnieją. A może słuszna jest hipoteza fizyka Kipa Thorne`a (podaję za: Ceronetti, Drzewa bez bogów), że może cały wszechświat to tylko Czarna Dziura. Dziura wśród Czarnych Dziur.

Dowiedziałem się też, że w naszym kochanym przytulnym wszechświecie istnieje co najmniej trzy razy więcej gwiazd niż dotychczas sądzono. Pesymiści szacowali, że w naszej Mlecznej Drodze jest ok.100 miliardów gwiazd, a takich „Mlecznych Dróg” jest we wszechświecie 100 miliardów, optymiści natomiast wyliczali, że na galaktykę przypada nie 100 miliardów, a bilion gwiazd, zaś liczbę galaktyk oceniali nie na 100, lecz 500 miliardów. Okazało się, że nawet optymiści byli zbyt mało optymistyczni. Wiemy dziś, że każda z tych 500 miliardów galaktyk liczy przeciętnie nie jeden, a trzy biliony gwiazd. Czyli kiedy 500 miliardów pomnożymy przez trzy biliony, to nam wyjdzie, ile jest gwiazd we wszechświecie. Rzeczywiście, sporo tego. Chyba możemy z optymizmem patrzeć w przyszłość wszechświata, który zresztą jest, jak uważał Allan Watts, gigantyczną plamą Rorschacha.

Ale, co tam, niechaj sobie Słońce krąży wokół Ziemi, ziemia mnie interesuje nie Ziemia, naszej ziemi pozostańmy wierni jak stary kanonier Nitschke nawoływał. Co nas obchodzą Czarne Dziury i Dziurki, supernowe, superstare, białe karły, czerwone olbrzymy, Big-Bunki, ciemna materia, która jest tak ciemna, że nikt nigdy jej widział. Podobno wszechświat się rozszerza, a niech się w rozszerza w diabły, z naszym życiem nie ma to nic wspólnego, ważne, żeby nasze życie się rozszerzało. Zresztą w ogóle nie wiadomo, czy naprawdę się rozszerza, bo jak się niedawno dowiedziałem, amerykański astrofizyk William Sumner już w 1994 roku na łamach „Astrophysical Journal” dowiódł, że wszechświat się kurczy, a nie rozszerza. Jak będziemy zbyt długo zwlekać z różnymi sprawami, z ważnymi rozmowami i spotkaniami, to tak się skurczy, że z niczym nie zdążymy. Cieszę się bardzo z odkrycia pana Sumnera, bo małe jest piękne. Budzę się każdego ranka ze świadomością, że nasz stary dobry wszechświat trochę się przez noc zmniejszył. Myślałem, że pędzimy na oślep w nieznane, a okazuje się, że wracamy do domu. Dziękuję panie Sumner, bardzo dziękuję.

Tomasz Gabiś

www.tomaszgabis.pl
Napisz do autora na adres: tomasz.gabis@gmail.com

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułOpowiadanie podchorążego Nowaka o tym, jak burmistrz miasteczka V. zamienił swój gród na warownię
Następny artykułCzy możliwa jest „Nowa Jałta”?
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/