Czy możliwa jest „Nowa Jałta”?

0

28 stycznia bieżącego roku odbyła się pierwsza rozmowa telefoniczna pomiędzy Władimirem Putinem a nowym prezydentem USA Donaldem Trumpem. Nie przyniosła żadnych nieoczekiwanych rezultatów w postaci, na przykład niezwłocznego cofnięcia sankcji przeciwko Rosji. Rozmówcy ograniczyli się do zapewnień o utrzymywaniu regularnych kontaktów i kontynuacji współpracy w zakresie walki z międzynarodowym terroryzmem, w pierwszej kolejności z „Państwem Islamskim”.

Jednak politolodzy od dawna zwracają uwagę na dziwną sympatię, jaką Trump niezmiennie darzy Putina – okazywał to zarówno w okresie kampanii wyborczej, jak i po objęciu urzędu prezydenta. Sytuacja ta nie ma precedensu w historii USA – nigdy dotychczas kandydat na amerykańskiego prezydenta nie obsypywał jakiegokolwiek zagranicznego lidera komplementami. Tym bardziej prowadzącego agresywną politykę zagraniczną, wychwalającego upadły Związek Radziecki (który był głównym przeciwnikiem USA), stojącego na czele państwa, w którym antyamerykanizm jest faktycznie oficjalną linią polityczną.

Według środków masowego przekazu w trakcie rozmowy Trump i Putin porozumieli się między innymi w sprawie „koordynacji” działań USA i Rosji w Syrii. 70-letniego Trumpa porównuje się czasem z innym republikaninem, Ronaldem Reaganem, który również wywodził się z show-biznesu, a prezydentem został mając lat 69. Nie sposób sobie jednak wyobrazić, by Reagan po wygraniu wyborów w 1980 roku zadzwonił do Breżniewa i zaproponował mu „współpracę” w walce z powstańcami w Afganistanie, do którego ZSRR wprowadził wtedy wojska. Ten historyczny kontrast dobitnie pokazuje, w jak w odmiennej epoce żyjemy.

Jednocześnie obecna, postmodernistyczna epoka obfituje w „powtórki z historii”. Na przykład terrorystyczne „Państwo Islamskie” jest już propagandowo określane mianem „nowego Hitlera”, a walka wymaga międzynarodowej koalicji. W Rosji pojawiają się projekty zorganizowania powtórki Porozumień Jałtańskich z 1945 roku, które określiły kształt powojennego świata. Tyle, że wtedy spotkali się przywódcy ZSRR, USA i Wielkiej Brytanii, a teraz proponowane jest spotkanie liderów Rosji, USA i Chin. Miałoby się ono odbyć również w Jałcie, co równałoby się faktycznemu uznaniu aneksji Krymu.

Porozumienia Jałtańskie cieszą się złą sławą wśród mieszkańców Europy Wschodniej. Roosevelt i Churchill zgodzili się wtedy, by kraje wschodnioeuropejskie weszły do sowieckiej „strefy wpływów”, co spowodowało narzucenie im na prawie pół wieku spowodowało narzucenie im na prawie pół wieku posłusznych Moskwie reżimów komunistycznych . O projekcie tym pisał w gazecie „Wiedomosti” rosyjski filozof Aleksandr Rubcow. Na razie pomysł takiego spotkania można jeszcze rozpatrywać w kategoriach fantastyki politycznej, jednak historia lubi sprawiać niespodzianki. Zwycięstwo Trumpa w wyborach prezydenckich w USA w ubiegłym roku też wielu wydawało się nieprawdopodobne, a zaledwie 5 lat temu nikt nie spodziewał się, że Rosja zacznie wojnę z Ukrainą.

Dzisiejsza Rosja usiłuje stawiać się w jednym szeregu z USA i Chinami, chociaż nie ma to żadnego odzwierciedlenia w kondycji jej gospodarki. O ile udział USA w światowym PKB wynosi 24,41% a Chin – 15,41%, o tyle udział Rosji wynosi ledwie 1,77%. Głównym uzasadnieniem jej uczestnictwa w ewentualnej koalicji jest rosyjski potencjał jądrowy, jak dawniej drugi po amerykańskim. Kiedy wpływ państw na arenie międzynarodowej zaczyna być określany nie za pomocą kryteriów gospodarczych, a siły rażenia broni, to wracamy do XX wieku. I znów pojawiają się historyczne pytania – dlaczego upadek komunizmu na świecie oraz rozpad ZSRR nie doprowadziły – o czym wielu marzyło na początku lat 90-ych XX w. – do powstania nowego ładu światowego, który wyeliminowałaby zagrożenie wojnami światowymi?

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, można wskazać na jeden podstawowy błąd, będący źródłem smutnych następstw. Od razu po upadku Związku Radzieckiego nie zwołano żadnego międzynarodowego forum (na wzór, na przykład, Konferencji Helsińskich z 1975 roku), które zanotowałoby i usankcjonowało te zmiany geopolityczne oraz określiło nowy kształt stosunków pomiędzy krajami postsowieckimi i powstającą wówczas Unią Europejską. Wielu liderów politycznych stwierdziło wówczas, że wolność przyszła sama, po czym stracili czujność… Na początku bieżącego stulecia światowe ceny ropy i gazu gwałtownie wzrosły, co w sposób niebywały wzbogaciło rosyjską gospodarkę i doprowadziło do nowego wzrostu imperialnych ambicji Kremla. Europa – jak się okazało – w ogóle nie była na to przygotowana!

Dojście Trumpa do władzy to historyczna odpowiedź na iluzję, jakoby globalne wartości liberalne zwyciężyły raz i na zawsze, podczas gdy one potrzebowały aktywnego rozwoju i ochrony. Dziś głównym obrońcą tych wartości jest Unia Europejska, dlatego można już zauważyć, że to właśnie ona stanowi główny cel rosyjskiej imperialnej propagandy. Natomiast z Ameryką Trumpa putinowska Rosja stara się porozumieć – ponieważ i Trump, i Putin reprezentują myślenie „blokowe”. Ponieważ uważają się za „pragmatyków”, nie traktują poważnie dialogu na poziomie wartości. Jednak czysty, wyrachowany „pragmatyzm” może mieć fatalne skutki uboczne. Wie o tym sam Trump, którego biznes wielokrotnie bankrutował. Rozumie to i Putin, któremu Krym i wschodnie obwody Ukrainy wydawały się „łatwą zdobyczą”, lecz doprowadziły do wciąż rosnących międzynarodowych sankcji przeciwko Rosji.

Niedawno Trump podpisał zarządzenie o wyjściu Stanów Zjednoczonych z Partnerstwa Transpacyficznego, które skupiało 12 demokratycznych państw regionu i 40 % światowej gospodarki. Alians ten stanowił poważną konkurencję dla rosnącej potęgi gospodarczej Chin. Ciekawe, że Trump często używa antychińskiej retoryki, a przecież wyjście USA z tej struktury wzmacnia rolę Chin na Dalekim Wschodzie. Taki sam izolacyjny „pragmatyzm” Trump demonstruje w stosunku do tradycyjnych dla Zachodu związków transatlantyckich, chociaż ich osłabienie automatycznie doprowadzi do osłabienia samych Stanów Zjednoczonych – innymi słowy, do rezultatów zupełnie odwrotnych do hasła głoszonego w kampanii wyborczej „Make America great again”.

„Nowa Jałta” przewiduje, że cała przestrzeń postsowiecka stanie się rosyjską „strefą wpływów”. Kremlowscy działacze oczekują, że w zamian za wspólną, amerykańsko-rosyjską operację przeciwko „Państwu Islamskiemu” na Bliskim Wschodzie, Trump przymknie oczy na neoimperialne ambicje Putina w stosunku do krajów ościennych. Pytanie brzmi: czy Europa zaprezentuje w końcu twarde stanowisko? Czy wolni Europejczycy zgodzą się być obiektem kolejnego podziału świata przez supermocarstwa? Jednak ci, którzy marzą o „Nowej Jałcie”, wyraźnie nie zauważają skali zmian, jakie zaszły na świecie od początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Społeczeństwo obywatelskie rozszerzyło się na cały świat, a jego wspólne wartości są więcej warte niż wszelkie „bloki geopolityczne”. Dlatego też obywatele mogą stanowczo przeciwstawić się tym prezydentom, którzy marzą o zajęciu foteli „światowych przywódców” minionej epoki. Podobnie jak kiedyś, gdy ich – nie zaplanowana przez polityków – rewolucja obywatelska, obaliła mur berliński.

Wadim Sztiepa

Z rosyjskiego przełożył Sebastian Markiewicz

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here