Przeczytane, zasłyszane, zobaczone (Hermann Hesse, Monika Hanulak, Heinrich von Treitschke, Montinari, Kondylis, Auden i inni)

2

„Drzewa były dla mnie zawsze najwymowniejszymi kaznodziejami. Czczę je, gdy rosną narodami lub rodzinami w lasach i gajach. A jeszcze bardziej czczę je, gdy stoją samotnie. Są jak samotnicy. Nie jak pustelnicy, którzy za przyczyną jakiejś słabości uciekają od świata, ale jak wielcy, osamotnieni ludzie, jak Beethoven lub Nietzsche. W ich wierzchołkach szumi świat, ich korzenie spoczywają w nieskończoności, ale one nie zatracają się w tym, lecz z całych sił swego życia dążą tylko do jednego: aby wypełnić swoje własne, w nich zamieszkujące prawo, aby rozwinąć własną postać i wyrazić same siebie. Nic nie jest świętsze, nic bardziej wzorcowe niż piękne, silne drzewo. Drzewa są świętościami. Kto potrafi z nimi rozmawiać i ich słuchać, ten doświadcza prawdy. One nie prawią nauk i recept, one spokojnie głoszą jedno: praprawo życia” (Hermann Hesse)

*****

W Magazynie „Książki” „Gazety Wyborczej” (nr 1, marzec 2017) Joanna Olech pisze o znakomitej rysowniczce i ilustratorce książek Monice Hanulak. Cytuje słowa artystki: „Największym wrogiem studenta grafiki jest komputer. Po latach dominacji elektronicznych mediów dziś w ilustracji światowej następuje powrót do tradycyjnych narzędzi. Odręczny rysunek, nawet jeśli nieporadny, ma w sobie naturalną szlachetność, podczas gdy komputer daje złudne wrażenie profesjonalizmu, za którym nic nie stoi. Mój przyjaciel ironizuje, że polska szkoła ilustracji to dziś tekstura w tle plus komputerowo wrzucone farfocle. Taka łatwizna jest w złym guście”. To jest miód na moje serce! Zatrzymać cyfrową demencję, póki nie jest za późno!

*****

Dochodzą mnie biadolenia od znajomych z prorządowej prawicy, że w naszym kraju nasila się oszczercza propaganda skierowana przeciwko rządowi Prawa i Sprawiedliwości. Proponuję, żeby porównali ją ze starą, dobrą antyrządową propagandą anarchistów:

„Nie będąc niczym innym jak przestępczym syndykatem, rząd potrafi produkować jedynie cztery rzeczy: nędzę, cierpienie, śmierć i kłamstwo. Każdy kto twierdzi inaczej, kłamie.

Nie będąc niczym innym jak przestępczym syndykatem, rząd zawsze – obojętnie czego dotyczy jego wypowiedź – uprawia kłamliwą propagandę, stanowiącą osłonę jego złodziejstwa i przemocy. Każdy kto twierdzi inaczej, kłamie.

Nie będąc niczym innym jak przestępczym syndykatem, rząd we wszystkich swoich działaniach kieruje się zawsze chęcią zdobycia jeszcze większej ilości pieniędzy i jeszcze większego zakresu władzy. Każdy kto twierdzi inaczej, kłamie.

Nie będąc niczym innym jak przestępczym syndykatem, rząd zawsze osiąga coś przeciwnego do deklarowanych przez siebie celów. Dzieje się tak, ponieważ wszystkie cele deklarowane przez rząd są zawsze kłamstwem. Każdy kto twierdzi inaczej, kłamie

Nie będąc niczym innym jak przestępczym syndykatem zajętym wyłącznie okradaniem i zabijaniem pod płaszczykiem kłamstwa, że dostarcza usług i zapewnia bezpieczeństwo, rząd musi cały czas śledzić, monitorować i kontrolować myśli, postawy, zachowania i wypowiedzi swoich ofiar (poddanych). Każdy kto twierdzi inaczej, kłamie”.

To jest dopiero mocna, antypisowska propaganda, w porównaniu z którą krytyka PiS-u ze strony „Gazety Wyborczej” czy „Newsweeka” robi wrażenie wyważonej, powściągliwej, umiarkowanej, w gruncie rzeczy dobrotliwej.

 *****

Pełnomocniczka prezydenta Poznania ds. przeciwdziałania wykluczeniom p. Marta Mazurek powiedziała: „Wielu z nas wychodzi dziś na ulice z poczuciem, że historia zatacza błędne koło”. Panią Mazurek wyśmiali panowie Gociek i Gmyz z „Do Rzeczy”, pouczając ją, że wypowiedziane przez nią zdanie mało ma wspólnego z językiem polskim. Zapewne, jest to jeden z wielu przykładów mylenia lub łączenia różnych frazeologizmów przez osoby występujące publicznie. Ale to, co się z tej kontaminacji wyłoniło ­– kapitalne, jakby wzięte z Ciorana: „Historia raz po raz zatacza błędne koło”.

 *****

Georges Bataille zawyrokował: „Nietzsche jako jedyny jest poza komunizmem”. Co ciekawe, wybitny znawca twórczości filozofa i redaktor wielkiego krytycznego wydania jego dzieł Mazzino Montinari był członkiem Komunistycznej Partii Włoch. Czyżby skryta, nieprzeparta tęsknota za czymś całkowicie odmiennym?

*****

Bardzo dobrą wiadomość znalazłem w tygodniku „wSieci” (2017 nr 8). Okazuje się, że aż 7 mln Polaków nie posiada konta bankowego! Oznacza to, że ich transakcje finansowe leżą poza zasięgiem bankierów, inwigilatorów, kontrolerów i nadzorców. Ale cóż to? Redaktorzy tygodnika wcale z tego faktu zadowoleni nie są. W bankierskiej nowomowie bełkoczą coś o „wykluczeniu finansowym”! Redaktorzy robiący sobie autoreklamę jako „niepokorni” i patriotyczni, chcieliby siedem milionów niepokornych Polaków, siedem milionów polskich patriotów, za wszelką cenę wepchnąć w system bankowy, żeby międzynarodowa kasta bankierów mogła nabijać sobie kabzy a służby specjalne obcych mocarstw mogły wszystko wiedzieć o finansach wszystkich Polakach. Przymilający się bankom i służbom minister rozwoju i finansów już planuje, że wypłata emerytur i rent będzie następować w formie bezgotówkowej na rachunek płatniczy – de facto bankowy. Tak w praktyce realizuje ideały „Solidarności Walczącej” – walcząc o klientów dla bankierów i solidaryzując się ze służbami bezpieczeństwa.

*****

Uwagi na marginesie bitwy o Trybunał Konstytucyjny. Wielce charakterystyczne jest to, że gorący zwolennik tej instytucji, znany prawnik i filozof prawa Hans Kelsen nie mógł się zdecydować, czy rozstrzygnięcia trybunału uważać należy za akty sądownicze, czy też raczej za negatywne akty ustawodawcze. Jeśli nawet Kelsen nie wiedział, to skąd mają to wiedzieć Rzepliński czy Przyłębska? Sceptyczny co do roli trybunałów konstytucyjnych, wielce ostatnio w Polsce popularny, Carl Schmitt już w 1931 roku trafnie przewidywał, że skutkiem ich ustanowienia „nie będzie jurydyzacja polityki, lecz upolitycznienie judykatury”.

Spór wokół Trybunału Konstytucyjnego grozi – jak twierdzą niektórzy – wieloma negatywnymi skutkami praktycznymi np. pęknięciem systemu prawnego i sądowniczego. Jednakże nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Owo „dobre” polega na uzyskaniu pożytków poznawczych i intelektualnych, płynących z faktu, że w momencie, kiedy wydarza się – by użyć terminologii Carla Schmitta, Ernstfall, czyli „sytuacja kryzysowa”, „sytuacja zagrożenia”, rozsuwa się ciężka kurtyna słów, pojęć, idei i wartości przesłaniająca widok na rzeczywistość polityczną. Obserwujemy walczące strony, które – by posłużyć się obrazową myślą Ernsta Jüngera z Robotnika – operują pojęciami i słowami typu „wola ludu“, „wolność“, „konstytucja“, „legalność“ niczym zatrutymi sztyletami. Jak ujął to bodajże Arnold Gehlen, w dusznej menażerii współczesnej kultury politycznej drapieżniki krążą czujnie wokół siebie, wymrukując chrapliwie etyczne i prawne formuły.

*****

Grecko-niemiecki myśliciel Panajotis Kondylis (1943-1998) wykazywał, że pewne pojęcia właśnie dlatego stoją w centrum sporów politycznych, ponieważ są (lub mogą być) na tyle wieloznaczne, aby stworzyć zwalczającym się stronom wspólne pole bitwy. W epoce masowej demokracji liberalnej bitwa toczy się na „wartości”: „wartości” jednej strony kontra „wartości” drugiej.

Centralna, celowo wyostrzona do skrajności, teza filozofii politycznej Kondylisa brzmi: „Idee nie istnieją”. Cóż więc istnieje? „Istnieją tylko ludzkie egzystencje w konkretnych sytuacjach, działające i reagujące w specyficzny sposób. Jedna z tych specyficznych akcji i reakcji polega na wymyślaniu lub przyswajaniu idei. To nie idee wchodzą ze sobą w styczność, ale konkretne ludzkie egzystencje, które w ramach zorganizowanych społeczeństw muszą działać w imię idei. Kombinacje idei są dziełem ludzkich egzystencji, które wychodzą przy tym od własnego stosunku do innych egzystencji; ostatecznie idee nie są zwyciężane ani nie zwyciężają, lecz ich zwycięstwo lub klęska są symbolem dla przewagi lub podporządkowania określonych ludzkich egzystencji”. Konkretne „ludzkie egzystencje” ze zmiennym powodzeniem walą się po głowach „ideami”, „pojęciami” „wartościami”. Istnieje tylko „konkretny człowiek w konkretnej historycznej sytuacji”, który musi utrzymać i „obronić swoją pozycję wobec innych konkretnych ludzi znajdujących się w innej sytuacji”.

*****

Zaglądam do książki Alexandry Richie Berlin – metropolia Fausta (t.1, przeł. Zofia Kunert, WAB, Warszawa 2016). Wprawdzie autorka bazuje wyłącznie na demokratyczno-liberalnej historiografii i jej interpretacjach, ale interesujący się historią Niemiec znajdą tu wiele smaczków, zabawnych epizodów i anegdot np. wyborną anegdotę o Fryderyku II, który wyrok śmierci dla pewnego kawalerzysty oskarżonego o spółkowanie ze swoim koniem złagodził jednym krótkim rozkazem: „Przenieść do piechoty”. Za takie gesty kocham królów!

Moją uwagę zwrócił fragment poświęcony Heinrichowi von Treitschke (1834-1896), który w 1874 roku zastąpił Leopolda von Rankego na stanowisku profesora historii na uniwersytecie w Berlinie i stał się jednym z najbardziej wpływowych historyków w kraju, a jednocześnie niezwykle szanowaną osobistością. Studenci stali po kilka godzin w kolejkach, by móc wysłuchać jego wykładu. Gdzie się podziali tacy studenci?

Richie podaje, że oklaski wybuchły podczas jednego z jego wykładów, kiedy krzyczał: „Państwo to nie jest Akademia Sztuk! To jest władza!” (343n). Brytyjscy przodkowie Alexandry Richie, którzy krwią, żelazem, przekupstwem i podstępem budowali światowe imperium, na pewno by się zgodzili z tezą, że państwo nie jest Akademią Sztuk, aczkolwiek wolno zasadnie przypuszczać, że inne narody namawialiby gorąco, aby swoje państwa traktowali jak Akademie Sztuk. Richie pisze, że Treitschke krzyczał (dobrze, że nie „wrzeszczał”), jakby był jakimś ulicznym agitatorem. Niezależnie od tego, że bywał płomiennym mówcą, to niewykluczone, że jego sposób mówienia wynikał z tego, iż od wczesnej młodości nie dosłyszał i z wiekiem głuchł coraz bardziej.

Treitschke stał się jednym z bohaterów alianckiej propagandy wojennej lat 1914-1918, która wystylizowała go na złowrogie wcielenie militarystycznych zapędów Niemców. Zmarły w 1896 roku uczony miał zainspirować cesarza i jego generałów do napaści na świat i ten jego negatywny wizerunek przejęła Richie, która przypomina, że w jednym ze swoich artykułów zawarł Treitschke brzemienne w skutki słowa, które za kilkadziesiąt lat odbiją się echem w całych Niemczech: „Żydzi są naszym nieszczęściem”. W Dzienniku berlińskim (Wydawnictwo Forma, Szczecin 2011), ofiarowanym mi osobiście i sygnowanym przez autora, Kazimierz Brakoniecki pisze: „Treitschke z jego sloganem «Żydzi są naszym nieszczęściem»” (s.121). Berliński historyk jest dziś, jak widać, pamiętany prawie wyłącznie jako autor tego powiedzenia „Die Juden sind unser Unglück”. A przecież zanotowano kilka jego innych powiedzeń, całkiem aktualnych: „To, co obecnie nazywa się poglądami politycznymi, jest najczęściej jedynie wyrazem gospodarczych i socjalnych interesów”, „Źle z narodem, w którym młodość jest bardziej konserwatywna niż starość”, „Panuje dziś przekonanie, że każdy człowiek powinien nosić w głowie masę wiadomości, i to nazywa się powszechnym wykształceniem”, „Bez ciągłej pracy samookreślenia i samorefleksji ludzkie sprawy nie posuwają się naprzód”, „Bóg nie opuścił żadnego narodu, który by sam siebie nie opuścił”, „Sztuka nie zna pośrednich dróg, zna tylko doskonałe lub nieudane dzieła”.

Treitschke należał swego czasu do najbardziej znanych i najchętniej czytanych historyków Niemiec; jest autorem Historii Niemiec w XIX wieku, (5 tomów, 800 stron każdy) i wielu innych książek i artykułów. Wieloletniego redaktora miesięcznika „Preußische Jahrbücher“ współcześni podziwiali, uważali jego eseistykę za olśniewającą, wykłady za wspaniałe pod względem retorycznym, styl za wyborny. Był niewątpliwie niezwykłą osobowością, postacią ważną dla protestanckiej mieszczańskiej inteligencji drugiej połowy XIX w. I jako uczony, i jako narodowo-liberalny „public intellectual” wspierał historyczną legitymizację nowopowstałego państwa. Kiedy w 1886 r. zmarł Leopold von Ranke, Treitschke jako jego następca stał się swego rodzaju „oficjalnym historiografem II Rzeszy”. Pełnił więc rolę podobną do tej, jaką pełnili czy pełnią „oficjalni historiografowie RFN” np. Hans-Ulrich Wehler i Heinrich-August Winkler, którzy, jak prorokuje Michael Klonovsky, popadną w zapomnienie tak samo jak Treitschke, i ta radosna pewność powinna towarzyszyć lekturze ich dzieł.

Nazwisko Treitschkego posiada we współczesnej RFN wyłącznie negatywną wartość symboliczną. Nie ma niemieckiego historyka przed nim lub po nim, który byłaby bardziej od niego pogardzany. Obowiązuje surowy werdykt (post)niemieckiego historyka Wolfganga Wippermanna: „Kto dzisiaj broni Treitschkego, jest antysemitą”. Kiedy jakiś (post)niemiecki historyk niebacznie napisze coś w duchu niemieckim, natychmiast odzywają się ostrzegawcze głosy, że oto „Treitschke redivivus!“, i winowajca musi szybko odszczekać to co piórem czy słowem nagrzeszył.

Kiedy najpierw u Brakonieckiego, a potem u Richie, przeczytałem fragment o Treitschkem, postanowiłem udać się biblioteki uniwersyteckiej, aby osobiście zajrzeć do miesięcznika „Preußische Jahrbücher“ z listopada 1879 roku (tom 44), w którym Treitschke zamieścił kilkunastostronnicowy przegląd wydarzeń i problemów dotyczących sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej zatytułowany „Unsere Aussichten”); w tymże przeglądzie kilka stron poświęcił niemieckim Żydom i antyżydowskim nastrojom w Niemczech – tam pada osławione zdanie „Żydzi są naszym nieszczęściem”. Ponieważ artykuł w „Preußische Jahrbücher“ wywołał wiele gazetowych polemik i odpowiedzi, w numerze grudniowym i styczniowym (z 1880 r.) Treitschke zamieścił dalsze uwagi, wyjaśniające i broniące jego stanowiska (je także uwzględniłem) – wszystkie trzy teksty zebrane razem dostępne tutaj.

Po lekturze artykułu Treitschkego, wyobraziłem sobie, że oto ktoś (parafrazując Richie) pisze: „W jednym z artykułów zawarł Bronisław Łagowski brzemienne w skutki słowa «Rosjanie są naszym nieszczęściem». Albo ktoś inny (parafrazując Brakonieckiego) tak krytykuje krakowskiego filozofa: „Bronisław Łagowski z jego sloganem «Rosjanie są naszym nieszczęściem»”. Na jakiej podstawie sformułowano te opinie? Otóż, załóżmy, że w jednym ze swoich artykułów Łagowskiego znalazło się zdanie: „Jak Polska długa i szeroka rozlega się okrzyk «Rosjanie są naszym nieszczęściem»”.Jak byśmy zareagowali, gdyby na podstawie tego zdania uznano Łagowskiego za „rusożercę”, który głosi, że „Rosjanie są naszym nieszczęściem”? Wiemy przecież skądinąd, że prof. Łagowski taki pogląd, i słusznie zresztą, zwalcza.

Z Treitschkem sprawa wygląda podobnie: „Aż po kręgi najwyżej wykształcone, pośród ludzi, którzy ze wstrętem odrzuciliby od siebie każdą ideę kościelnej nietolerancji i narodowej pychy, rozbrzmiewa jednogłośny okrzyk «Żydzi są naszym nieszczęściem»”. Treitschke wcale nie orzeka kategorycznie , że „Żydzi są naszym nieszczęściem”, ale niejako przytacza pewną rozpowszechnioną opinię. Brane oddzielnie samo zdanie „Żydzi są naszym nieszczęściem”, (podobnie jak „Rosjanie są naszym nieszczęściem”) nic jeszcze nie mówi; dopiero po lekturze całości możemy się przekonać, czy autor się z nim identyfikuje, czy podziela tę opinię w całości albo w części, czy też nie podziela.

Zanim więc ktoś potępi berlińskiego historyka i publicystę (dokonując gwałtu na bezbronnym autorze), powinien przeczytać cały jego tekst. Na początek powiedzmy, że artykuł utrzymany jest w spokojnym styl, nie zawiera żadnych obelg, nikogo nie stara się obrazić czy zranić. Ma oczywiście charakter polemiczny, ale bynajmniej nie jest napisany w napastliwym tonie (tak częstym w antykatolickich czy w antyprotestanckich polemikach toczonych w Niemczech ), stara się obiektywizować problem, zachować chłodny dystans zarówno wobec „żydożerców“, jak i „żydolubów“.

Domaga się swobodnej dyskusji na palące tematy, wychodząc z założenia, że tak jak wolno mówić najbardziej twardo o narodowych wadach Niemców, Francuzów i innych narodów, tak nie należy piętnować jako prześladowcę religii i barbarzyńcę kogoś, kto sprawiedliwie i umiarkowanie rozważa słabości żydowskiego charakteru.

Treitschke nie demonizuje Żydów, nie stosuje łatwych generalizacji, pisze np. o uczciwych, godnych szacunku żydowskich kupcach i przedsiębiorcach, ale też o żydowskich hochsztaplerach i lichwiarzach. Nie traktuje Żydów jako jednolitego bloku, np. Żydzi w Anglii różnią się in plus od części Żydów w Niemczech. Z wielkim uznaniem wyraża się o żydowskich niemieckich patriotach, wychwala pruskich Żydów, którzy w okresie wojen wyzwoleńczych z honorem czynili swoją żołnierską powinność. Pisze: „Grzechem byłoby zapominać o tym, że bardzo wielu Żydów, ochrzczonych lub nie, jak Felix Mendeldsohn, Veit, Riesser i inni – nie wspominając o żyjących – byli niemieckimi mężami w najlepszym sensie; w ich osobach czcimy szlachetne i dobre cechy niemieckiego ducha”. Docenia, że niemiecka prasa zawdzięcza wiele żydowskim talentom, ale konstatuje też, że talenty i wpływy w mediach są często źle wykorzystywane przez Żydów.

Nie przyjmując za własny poglądu „Żydzi są naszym nieszczęściem”, nie chce jednocześnie uznać, że jego źródła są czysto irracjonalne, albo że wina tkwi wyłącznie po stronie niemieckiej. Prawdą jest, przyznaje berliński historyk, że w antyżydowskich pamfletach i wystąpieniach jest wiele brudu i prostactwa, że nastroje antyżydowskie płyną z grubiaństwa plebsu, zawiści na tle materialnym i religijnych uprzedzeń, ale nie tylko. Treitschke poszukuje realnych przyczyn konfliktu i animozji, czyli stara się, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, znaleźć racjonalne jądro nastrojów, oskarżeń i krytyk. Zwraca uwagę, że problemy narodowościowe należy widzieć na tle specyficznej sytuacji młodego państwa niemieckiego po niedawnym zjednoczeniu, że w pewnym sensie naród niemiecki dopiero się tworzy, stąd biorą się wewnętrzne napięcia i konflikty. Kluczowym czynnikiem jest imigracja ze wschodu: „Przez niemiecką granicę rok po roku przenikają z niewyczerpanej polskiej kolebki masy młodych Żydów”: „Imigracja rośnie w oczach, i coraz poważniejsza staje się kwestia jak tę obcą narodowość stopić z naszą”. Dodatkowo sytuację komplikuje fakt, że napływający do Niemiec Żydzi z Polski, noszą w sobie „głębokie blizny wielowiekowej chrześcijańskiej [czyli katolickiej –TG] tyranii”, w ramach której po zajęciu miejsca mieszczaństwa niemieckiego zyskali znośną pozycję ekonomiczną, ale zarazem traktowani byli przez szlachtę z pogardą. Z tego powodu rozwój społeczny polskiego Żydostwa był wykrzywiony i doprowadził do wypaczenia charakteru polskich Żydów. Żydowscy imigranci słabo się integrują, nie asymilują, tworzą, mówiąc współczesnym językiem, „społeczności równoległe”, które hałaśliwie i często nazbyt agresywnie bronią swojej narodowej odrębności. Pośród niemieckich Żydów jest wielu atakujących chrześcijaństwo i niemiecką kulturę – zdaniem Treitschkego żaden angielski Żyd tak negatywnie by się o swoim własnym kraju nie wyrażał. W społeczności żydowskiej dostrzegał takie wady jak: arogancja, nadmierna pewność siebie, rozpychanie się łokciami, wybujała stronniczość, wyniosłość, samochwalstwo, rasowa pycha, megalomania, zbytnie przewrażliwienie na swoim punkcie (odróżniające Żydów niemieckich od Żydów angielskich i francuskich). Widział w tym skutek przekonań religijnych: „Mogą w zaciszu swojej religii wyznawać wiarę w wybraństwo, podobnie jak katolicy, którzy wierzą, że są posiadaczami jedynej i absolutnej prawdy; protestanci przeciwko temu nie protestują, to jest wewnętrzna sprawa danej religii czy konfesji”, natomiast „wybraństwo” to nie powinno znajdować odbicia w sferze publicznej, nie wolno forsować go w dziedzinie społecznej, politycznej czy kulturalnej.

 Był Treitschke klasycznym zwolennikiem liberalnej koncepcji emancypacji Żydów. Pisał: „Nikt rozumny nie może mówić o cofnięciu ani nawet o uszczupleniu dokonanej emancypacji Żydów, byłoby to jawne bezprawie, odstąpienie od dobrych tradycji naszego państwa”. Żydzi mają już wszystkie prawa polityczne, państwowo-obywatelskie, społeczne i kulturalne, i cieszą się pełną wolnością religii. I tak powinno, jego zdaniem, pozostać.

Czego więc oczekiwał od Żydów? Więcej tolerancji i delikatności wobec wiary, obyczajów i uczuć narodu niemieckiego, który ofiarował im prawa ludzkie i obywatelskie. W krytyce i polemice winni Żydzi zachować umiar, odnosić się do narodu niemieckiego z szacunkiem, „posługiwać się naszym językiem, nie po to, aby nas obsmarowywać i obrażać”, okazać pewną wyrozumiałość wobec negatywnych zjawisk w niemieckiej przeszłości i teraźniejszości, powstrzymać się od brutalnych drwin i ostrych polemik, od nienawistnego tonu wobec narodu niemieckiego i chrześcijaństwa, rozumianego szeroko jako chrześcijańska kultura narodowa (drwina jest do przyjęcia tylko wówczas, kiedy płynie z miłości do ojczyzny i przywiązania do własnego narodu). Żydzi powinni się zbliżyć do uczuć, myśli i obyczajów chrześcijańskiego narodu i „opowiedzieć się za niemieckością z jej duchowymi wartościami”, tak żeby ziemia niemiecka nie była dla nich tylko przypadkowym miejscem urodzenia i zamieszkania. Żydzi „muszą stać się Niemcami tak jak to już dawno wielu z nich ku swojej i naszej korzyści zrobiło”. Wielu z tych Żydów, którzy identyfikowali się z duchem niemieckim, cieszy się zasłużonym uznaniem jako niemieccy uczeni i artyści. Należy do nich np. Heinrich Heine, prawdziwie niemiecki poeta, którego twórczość żyje i będzie żyć, natomiast nie należy Ludwig Börne piszący po niemiecku żydowski literat, którego poza filologami nikt nie będzie czytał.

Czy Treitschke odmawiał Żydom prawa do pielęgnowania własnej tożsamości? Nie. Pisał bowiem wyraźnie: „To, czego oczekujemy od naszych izraelickich współobywateli, jest proste: powinni stać się Niemcami, żeby po prostu i zwyczajnie czuli się Niemcami, bez uszczerbku dla swojej wiary i swoich dawnych świętych wspomnień, które dla nas wszystkich są godne czci” (podkreśl. moje – TG). Postulował nie wykluczenie, ale dostosowanie, integrację, „kulturalną konwersję”, ewentualnie asymilację, „rozpłynięcie” się w narodach, których językiem mówią i wśród których żyją, ale, czynił ważne zastrzeżenie: tylko „w tej mierze, w jakiej pozwala na to ich religia, tradycja, swoistość obyczajów”.

Podkreślał, że tak jak Żydzi we Francji, Włoszech i Anglii są w większości dobrymi Francuzami, Włochami czy Anglikami, tak samo Żydzi z Niemiec powinni być dobrymi Niemcami i , podobnie jak w tych krajach, normalnym elementem społeczeństwa obywatelskiego. Wyrażał też nadzieję, że po dokonanej emancypacji w ciągu następnych lat przyjdzie wewnętrzne stopienie i pojednanie. Na marginesie dodajmy, że za pożądaną metodę integracji Żydów z narodem niemieckim uważał małżeństwa mieszane.

Treitschkemu, reprezentującemu politycznie motywowany „integracjonalizm“, chodziło o zapewnienie pokoju wewnętrznego i „jedności narodowej”. Żydzi cieszący się nieograniczoną wolnością wyznania i pielęgnowania dawnych obyczajów i tradycji – tak, Żydzi jako odrębny naród, sam dla siebie, nie traktujący Niemiec jako swojej jedynej ojczyzny – nie. Jeśli Żydzi pójdą tą drugą drogą, wówczas naturalną konsekwencją powinno być – zdaniem Treitschkego – założenie państwa żydowskiego i osiedlenie się w nim. Ówcześni syjoniści z pewnością by temu poglądowi przyklasnęli.

Pomijając więc takie czy inne polemiczne wypady, zwłaszcza po atakach na jego pierwszy tekst „Unsere Aussichten” np. jeszcze ostrzejszą krytykę żydowskiego historyka Heinricha Graetza, któremu zarzucił nienawiść do chrześcijaństwa i pogardą dla narodu niemieckiego, taka była zasadnicza treść wystąpienia Treitschkego. Można oczywiście uważać, że jego postulaty kierowane do społeczności żydowskiej w Niemczech były błędne, że krytyka jej przywar była niesprawiedliwa – on sam zresztą uważał ataki na siebie za niesprawiedliwe i wynikające ze złej woli – ale piętnować go jako „prekursora Hitlera” i „ojca antysemityzmu”, to chyba jednak gruba przesada. Kiedy czytamy zdanie: „w szlachetnych, wysoce utalentowanych narodach w stosunku do Żydów wyładowywały się podłe, ba – nie waham się użyć tego słowa – diaboliczne siły, drzemiące w głębinach ich duszy”, brzmi to raczej jak z Elie Wiesela niż z Treitschkego. Jednak napisał je ten drugi.

Po wyzwoleniu Niemiec spod władzy narodowych socjalistów Treitschke zaczął znikać z przestrzeni publicznej. W NRD zmieniono nazwy wszystkich ulic noszących jego imię. Postawiona w 1909 roku na terenie berlińskiego uniwersytetu (obok pomnika Mommsena) jego statua autorstwa Rudolfa Siemeringa została przez komunistów w 1951 zdemontowana i przetopiona (zob. tutaj) Nic w tym dziwnego, zważywszy, że dobrze znana im była jego opinia, iż „komunizm będący najwyższy wyobrażalnym stopniem równości, jest – ponieważ zakłada stłumienie wszystkich naturalnych skłonności– najwyższym wyobrażalnym stopniem niewoli”.

Nieco inaczej proces ten przebiegał w RFN, gdzie niemiecka lewica ma mu za złe, że zaciekle zwalczał socjaldemokrację i socjalizm. Całkowicie pogrążyło go przede wszystkim owo nieszczęsne zdanie o Żydach, zwłaszcza, że ów „slogan” (bez nazwiska autora) od 1927 roku zdobił jako motto stronę tytułową antyżydowskiego pisma „Der Stürmer” ( red. Juliusa Streichera skazano potem za wydawanie tego pisma na karę śmierci – dokładnie taką samą, jaką jego koledzy z narodowosocjalistycznego aparatu bezpieczeństwa wymierzali podczas okupacji wydawcom i redaktorom podziemnych antyniemieckich czasopism).

Jeszcze w 1952 roku Niemcy przyznali grobowi Treitschkego na berlińskim Alten St.-Matthäus-Kirchhof status grobu honorowego kraju związkowego Berlina, ale w 2003 roku (post)Niemcy tego statusu grób pozbawili (dobrze, że nie splantowali). Od kilkunastu lat trwa stopniowe usuwanie Treitschkego z ostatnich, noszących jeszcze jego imię, ulic. Tak stało się w Stuttgarcie, Norymberdze i Essen. W 2012 roku, po 114 latach, przestała istnieć ulica Treitschkego w Heidelbergu. Kilka lat trwały starania o likwidację, istniejącej od 1906 roku, ulicy Treitschkego w berlińskiej dzielnicy Steglitz. Za zmianą nazwy agitowały m.in. byłe przewodniczące Bundestagu Hildegard Hamm-Brücher (FDP) i Rita Süssmuth (CDU), no i, będący zawsze po linii, członkowie Akademii Ewangelickiej (do tych postaci świetnie pasuje określenie kanclerza Ludwiga Erharda „małe pinczerki”). Jednakże konsultacje społeczne w 2012 przyniosły wynik negatywny, 226 mieszkańców ulicy było przeciw zmianie, 54 za. Przetrwała na razie mała boczna uliczka Treitschkego w Monachium, gdzie od 2015 r. trwa „akcja obywatelska” stawiająca sobie za cel przemianowania jej na aleję adwersarza Treitschkego – Heinricha Graetza.

Rzecz prosta, nazwać dzisiaj ulicę jego imieniem byłoby rzeczą niewyobrażalną. Tam, gdzie mieszkańcy stawili opór próbom zmiany nazwy ulic jak w Berlinie, Karlsruhe i Hanowerze postawiono tablice informacyjne, mówiące o przewinach i grzechach ideologicznych patrona. W Heidelbergu tabliczka z nazwiskiem Treitschkego istnieje nadal obok nowego patrona ulicy nazywającej się obecnie Goldschmidtstraße, tyle że przekreślona. Sam akt zmiany nazwy ulicy ma zostać uwieczniony w ramach polityki pamięci, której „dialektyka” polega na jednoczesnej realizacji dwóch sprzecznych dyrektyw: „Niechaj będzie na zawsze zapomniany”, „Niechaj będzie na zawsze pamiętany” – niechaj będzie na zawsze zapomniany jako (bądź co bądź wybitny) reprezentant europejskiej i niemieckiej kultury i na zawsze zapamiętany jako „prekursor Hitlera”, którym nie był. Zostaje „wygnany na zawsze z narodowej pamięci“, a jednocześnie unieśmiertelniony.

 W 1961 roku historyk Golo Mann (syn Tomasza Manna) stwierdził, że tekst „Unsere Aussichten“ bynajmniej nie był fanatyczny i że spod pióra berlińskiego historyka nie wyszło nigdy nic kłamliwego i nic podłego. Możliwe, że to za te właśnie słowa Mann musiał zapłacić pewną cenę: mianowicie kiedy w 1962 r. miał zostać powołany na uniwersytet w Frankfurcie, interweniowali, wykładający tam, Adorno i Horkheimer i utrącili jego kandydaturę (stanowisko otrzymał marksista Iring Fetscher). Ponieważ autorzy Dialektyki Oświecenia działali zakulisowo, trudno dziś stwierdzić na pewno, czy „załatwili” Manna używając pałki „antysemityzmu”. Tak przynajmniej sądził sam Mann, który po latach publicznie nazwał obu filozofów „draniami” (Lumpen).

*****

Co jakiś czas w masowych mediach pedagodzy, dziennikarze i politycy zabierają głos na temat kar cielesnych. Warto więc odnotować także głos wybitnego poety Wystana Hugh Audena (1907-1973), tak wspominającego swoje szkolne czasy: „Ja miałem świetnego dyrektora, który uczył łaciny i greki. Potrafił być brutalny, ale był nauczycielem z powołania. Gdy miał zły humor, zdarzało mu się zbić ucznia za to, że popełnił błąd składniowy, ale jeśli wypadało to na mnie, nigdy nie miałem poczucia niesprawiedliwości, ponieważ wiedziałem, że błąd wynikł z mojej nieuwagi, nie z tego, że on coś niejasno wytłumaczył” (W. H. Auden „Leonard Woolf, Evelyn Waugh i ja” („Zeszyty Literackie” nr 129, wiosna 2015, s.155). Lanie za błąd składniowy, to naprawdę nie byle co! Zdaje się, że w dojrzałym wieku Auden nie miał ze składnią kłopotów. Dzisiaj to nam dorosłym przydałyby się – jak to się mówiło w moich stronach – lońty za błędy składniowe.

*****

Od palenia marihuany nikt jeszcze nie umarł, za to miliony ludzi poniosło śmierć, ponieważ uwierzyło politykom. Dlaczego więc marihuana jest wciąż zakazana, a politycy wciąż legalni? (Harry Browne)

Tomasz Gabiś

www.tomaszgabis.pl
Napisz do autora na adres: tomasz.gabis@gmail.com

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułWielki Kryzys lat trzydziestych XX wieku a (jeszcze) większy kryzys naszych czasów
Następny artykułSpojrzenie na ewolucję i podstawowe problemy demokracji w Polsce
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

2 KOMENTARZE

    • Udało mi się znaleźć że cytat pochodzi z książki „Wanderung” (1920). O ile mi wiadomo nie została przetłumaczona na polski ale została przetułumaczona na angielski z tytułem „Wandering”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here