Spojrzenie na ewolucję i podstawowe problemy demokracji w Polsce

0

Ludowładztwo jako zjawisko społeczno-polityczne czy też idea ma w Polsce głęboko ugruntowaną tradycję, ścierającą się od wieków z innymi koncepcjami ładu ustrojowego i nie ma powodu sądzić, aby w przyszłości było inaczej, pomimo zdecydowanej dominacji w naszych czasach ludowładczej narracji, co zapewne nie będzie przecież trwać wiecznie. Taki wniosek nieodparcie się nasuwa, gdy rzucimy perspektywiczne spojrzenie w przeszłość, w której trudno nie zauważyć zastępowania jednych form państwowości innymi i nie widać powodów, dla jakich precedensy te nie miałyby się powtórzyć w nieco innej postaci w przyszłości, skoro zdaje się, że nawet obwołany postnowoczesnym prorokiem Francis Fukuyama odwołał swoją, głośną niegdyś, hipotezę Końca Historii.

W jej odległym, przedmieszkowym okresie z łatwością odnajdziemy ludowładczość w postaci wiecowej demokracji, charakterystycznej dla przedmonarchicznych czasów. Według dość zgodnych opinii historyków w typowym trybalnym życiu politycznym najwyższa władza spoczywała w zgromadzeniu, na jakie przybywali wolni czyli uzbrojeni mężczyźni po to, aby decydować o najważniejszych dla ogółu sprawach. Trudno nie uznać, że demokracja tego typu jest pod względem stopnia partycypacji suwerena w życiu politycznym bliższa ideału niż współczesne parlamentaryzmy, charakteryzujące się tym, że „lud pije szampana ustami swoich przedstawicieli”. W naszych czasach zasadniczo oczekuje się od mas, aby raz na jakiś czas udały się do lokali wyborczych i oddały swoje głosy na przedstawicieli, którzy wezmą na swoje barki ciężar podejmowania rozstrzygnięć legitymowanych przez, odsunięty na co dzień od sfery decyzyjnej, lud. Inaczej było we wczesnej demokracji wojennej, gdzie stopień alienacji wybrańców był znacznie mniejszy. Wynikało to z mniejszego niż w przypadku typowych współczesnych państw terytorium zajmowanego przez plemienne organizacje, co ułatwiało dość częsty optyczno-akustyczny kontakt społeczeństwa z rządzącymi.

Wśród nich wyróżniał się wódz, który był wybierany dla spełnienia konkretnego zadania w postaci stoczenia zwycięskiej wojny. W przypadku niepowodzenia ginął podczas działań wojennych lub ustępował ze stanowiska, co było zrozumiałe samo przez się, skoro jego misja nie zakończyła się sukcesem. Odpowiedzialność była zatem wyrazista, a w jej egzekwowaniu nie przeszkadzała kadencyjność, której czas jeszcze nie nadszedł. Mieliśmy zatem do czynienia z dość elastycznym krążeniem elit, nie dysponujących jeszcze zinstytucjonalizowanym aparatem ucisku, istnienie jakiego zazwyczaj skłania poddanych do posłuszeństwa. W okresie plemiennego ludowładztwa było ono luźniejsze i warunkowe, gdyż ulegało nasileniu w okresie mającej swoje nieubłagane prawa wojny, po zakończeniu której wracano do egalitarnych zwyczajów, jako że wódz przestawał nim być także wówczas, gdy odniósł zwycięstwo, tyle że w takiej sytuacji wzrastała jego reputacja i stawał się uznanym autorytetem.

Ludzie tego typu wyrastali ponad masę współplemieńców, co ewidentnie zagrażało egalitarnemu ideałowi i stanowiło przesłankę dla oddemokratyzowania ustroju, w klasycznym europejskim schemacie podlegającemu procesom arystokratyzacji i monarchizacji, bez których trudno jest myśleć o konstruowaniu ponadtrybalnej państwowości. Gdy już ona powstanie, powrót do niegdysiejszej wiecowości jest niezwykle trudny, ponieważ niezwykle poważnie zagraża ona funkcjonowaniu rozrastającego się państwa, wykazującego coraz mniejszą odporność na oddolne poczynania poddanych czy obywateli, zakłócających biurokratyczne procedury, bez których unowocześniająca się monarchia, względnie republika, nie bardzo może funkcjonować. Zdawał sobie z tego sprawę Władysław Gomułka, gdy w Październiku 1956 r. rzucił w stronę rozentuzjazmowanych tłumów znamienną frazę: „Dość wiecowania!”.

Wiecowość ma, być może niezamierzony, historiozoficzny wymiar, ponieważ wyraża niekompatybilność podstawowej postaci pozbawionego pośredniczących, wypaczających wolę suwerena, ludowładztwa, z wymogami funkcjonowania państwa na tyle ludnego, że dorosła część populacji nie jest w stanie pomieścić się na jednym placu czy polu. Prawidłowość ta ma powszechny walor, bowiem występuje nawet w Szwajcarii, przedstawianej jako wzorcowy przykład rozwiniętej demokracji bezpośredniej, co nie sprawia jednak, że na szczeblu kantonu, nie mówiąc już o całej konfederacji, możliwe jest zwoływanie zgromadzeń ludowych.

Zastępowane są one przez rozliczne referenda, które w innych państwach cieszą się jednak znacznie mniejszą popularnością. Z taką sytuacją mamy do czynienia również w Polsce, gdzie od 1945 roku do dziś na szczeblu ogólnokrajowym przeprowadzono raptem 7 referendów. Charakterystyczne jest to, że, przedstawiana jako niezwykle istotne zagadnienie, kwestia zwieńczenia transformacji ustrojowej oficjalnym porzuceniem demokracji socjalistycznej na rzecz jej bardziej liberalnego zamiennika nie została w 1989 roku uznana za tak istotną, żeby twórcy transformacji zechcieli dać okazję szerokim masom wypowiedzenia się na temat tego, czy akceptują nową formułę ustrojową. Ostrzeżeniem mogły tu być wyniki referendum z 1987 roku, gdy okazało się, że obywatele, przynajmniej w świetle rezultatów powszechnego głosowania, nie życzą sobie demokratyzacji rzeczywistości społeczno-politycznej. Zresztą zdaje się, że jeszcze w żadnym państwie nie zapytano ludowego suwerena, czy w swojej większości pragnie nim być, ponieważ byłoby to prowokacyjnie niebezpieczne, wybitnie niepoprawne politycznie pytanie, w związku z czym uznaje się, że lepiej je pomijać w oficjalnym dyskursie, przepełnionym skrajną demofilią, co skutkuje prezentowaniem ludowładztwa jako bezalternatywnego w naszych czasach systemu, który odniósł wiekopomne i nieodwracalne zwycięstwo nad modelami monarchiczno-arystokratycznymi, jakie przez wieki całe niezwykle silnie naznaczały europejską i pozaeuropejską rzeczywistość społeczno-polityczną.

Stopień dominacji niedemokratycznego paradygmatu w poszczególnych państwach nie był jednakowy, o czym dobitnie świadczy niebywały rozkwit polskiej demokracji szlacheckiej, której dumni, często anarchizujący heroldowie, począwszy od początków XV w. głosili konieczność ograniczenia królewskiej władzy, znajdując doskonały argument w elekcyjnej postaci rodzimej monarchii, przy czym obiór władców przyjął postać antyarystokratycznej elekcji viritim, dającej każdemu szlachcicowi możliwość partycypacji w wybieraniu głowy państwa, co stanowiło ewidentne odwołanie do trybalnej wiecowości. W Rzeczypospolitej władców wybierano dożywotnio i nie zawsze wzdragano się przed dynastycznością, tym niemniej jej drugorzędne znaczenie względem dogmatu obieralności świadczy o sile prastarej demokratycznej tradycji, utrzymującej się nad Wisłą na przekór zwyciężającym gdzie indziej absolutystycznym trendom. Przykład szwajcarski, polski, w mniejszym stopniu węgierski, a od połowy XVII wieku również angielski, pokazuje, że absolutna monarchia, pomimo tego, iż w XVI, XVII i XVIII stuleciu stanowiła podziwiany i usilnie lansowany „eurostandard”, nie była jedynym stosowanym w Europie rozwiązaniem, co można uznać za przejaw żywotności różnych prawnopolitycznych filozofii, nadających „zachodniemu przylądkowi Eurazji” specyficzny, pluralistyczny klimat ideowy.

Nie zanikł on także w XIX stuleciu, które przyniosło rosnącą modę na monarchię konstytucyjną, jaka nie ominęła ziem polskich, o czym dobitnie świadczy zarówno Księstwo Warszawskie, jak i Królestwo Polskie. Godne uwagi jest to, że podczas gdy monarchiczność z biegiem czasu w wielu europejskich państwach została odrzucona, to dogmat konieczności posiadania spisanej konstytucji zrobił zawrotną karierę, przy czym dla monarchii niezwykle istotnym wzorcem była francuska Karta z 1814 r., która po wschodniej stronie Atlantyku odegrała na gruncie ustrojowym znacznie większą rolę niż republikańska Konstytucja USA z 1787 r. Do postanowień tej drugiej podchodzono ze sporą ostrożnością także w tych europejskich państwach, które wybrały republikańską drogę rozwoju. Niemożliwość radykalnego oderwania się od (nieoddzielonej Wielką Wodą) przeszłości sprawia, że wariant przeniesienia na postfeudalny grunt radykalnych i wyrazistych rozwiązań funkcjonujących w Stanach Zjednoczonych posiada nielicznych zwolenników, co sprawia, że amerykańska wersja demokracji pod wieloma względami jest odmienna od europejskiej także w tych krajach Starego Lądu, które, tak jak Polska, „pozbyły się monarchicznego balastu”.

Niegdyś wydawało się, że republikanizacja ustroju stanowi conditio sine qua non wprowadzenia demokratycznych porządków, trudnych do pogodzenia z tymi, jakie występują w cesarstwie czy królestwie, opartych na założeniu podporządkowania masy poddanych jednemu panującemu. Co prawda przywoływany już casus I Rzeczypospolitej, w granicach której elekcyjne królestwo koegzystowało ze szlachecką demokracją, relatywizował znaczenie sprzeczności między ukoronowaną monokracją a ludowładztwem, tym niemniej jeszcze w pierwszej połowie minionego stulecia zdecydowana większość demokratów odruchowo opowiadała się za republiką. Trend ten na europejskim gruncie doprowadził po II wojnie światowej do likwidacji monarchii na wschód od Żelaznej Kurtyny, gdzie zaprowadzono sowietoidalne ludowładztwo, zdecydowanie i skutecznie „wyrzucające feudalne i burżuazyjne rupiecie na śmietnik Historii”.

Na oczyszczonym terenie zabrano się za instalowanie alternatywnego względem zachodniego modelu demokracji, co zakończyło się, przynajmniej na razie, przetrwaniem tej odmiany ludowładztwa, jakiej komuniści rzucili wyzwanie, choć z drugiej strony Chińska Republika Ludowa rzuca rosnący cień na pogrążony w kryzysie Zachód, do którego na europejskim podwórku w ideowym wymiarze dołączyły „demoludy” po symbolicznym runięciu Muru Berlińskiego w 1989 r. Jego fragmenty skutecznie przygniotły z mozołem konstruowany w Środkowej i Wschodniej Europie Realsozialismus, tym niemniej teoretyczne dylematy z nim związane bynajmniej nie przepadły w „Czarnej Dziurze Historycznego Niebytu”, co sprawia, że historiozoficzne pytanie o jego miejsce na Arenie Dziejów wciąż jest aktualne i pozostanie takim także w przyszłości. Warto zatem zastanowić się nad fenomenem ludowej czy socjalistycznej demokracji, nad generalną relacją między tą postacią ludowładztwa a innymi instytucjonalnymi próbami urzeczywistnienia hasła, względnie marzenia, przekazania władzy ludowi.

W oficjalnym przekazie, jaki obowiązywał w Polsce Ludowej i sojuszniczych względem niej krajach, zmierzająca do komunizmu demokracja socjalistyczna stanowiła najbardziej postępową odmianę ludowładztwa. Jeśli uznamy słuszność tego stwierdzenia, to łatwo dostrzeżemy, że dzisiejsza, „postkomunistyczna” demokracja jest bardziej reakcyjna, w większym stopniu przypomina niegdysiejsze, przedrewolucyjne ustroje z ich nieegalitarnymi, stanowymi rozwiązaniami, charakterystycznymi dla ancien régime’u. Ich ponowna częściowa restauracja po 1989 r. skłania do zastanowienia się nad słusznością hipotezy Bierdiajewa o nadciąganiu Nowego Średniowiecza, co oznaczałoby, że Historia „zwija się”, odtwarzając w odwrotnej kolejności przebyte już onegdaj przez Europejczyków etapy. Z drugiej strony brak głębokich, ontologicznie istotnych różnic między radzieckopodobnymi systemami instalowanymi w Europie Środkowo-Wschodniej po 1944 r. a ustrojami, które je zastąpiły po 1989 r., zachęca do konstatowania istnienia zasadniczo niezmiennych praw obowiązujących w każdej państwowości, których istnienie odkryjemy, jeśli uda nam się zdystansować od natrętnie głoszonych „mądrości aktualnego etapu” i sine ira et studio spojrzeć komparatystycznie na zmienne formy bytu państwowego.

Gdy oddamy się takiemu porównywaniu, to bez specjalnego trudu zauważymy, że w zasadniczym swym trzonie współczesny model polskiego, zinstytucjonalizowanego w ustawie zasadniczej życia państwowego, stanowi powielenie tego, co odnajdziemy w Konstytucjach z 1921 czy też 1952 r. Wciąż mamy do czynienia z demokracją parlamentarną, polegającą na tym, że obywatele legitymizują Sejm do tego, aby w ich imieniu stanowił prawo. Wybory konsekwentnie są powszechne, równe, bezpośrednie i tajne, dzięki czemu stwarza się ogólne gwarancje unikania rażących dyskryminacji w procesie kreowania oficjalnej elity politycznej, mającej się wyróżniać nie urodzeniem we właściwym rodzie, a zdolnością do masowego pozyskiwania przelewanych na papier głosów uwiedzionego elektoratu. Powoduje to, że zasadniczy schemat przedstawicielskiego ludowładztwa jest kontynuowany w kolejnych wersjach polskiej państwowości, dzięki czemu możemy mówić o sejmokracji jako nieusuwalnym, zazwyczaj centralnym elemencie sformalizowanych rodzimych systemów politycznych, począwszy od wyborów w 1919 r. aż po nasze dni.

Zasadniczym zmianom nie uległy bynajmniej w trakcie którejś z XX-wiecznych transformacji ustrojowych podstawowe zadania polskiej legislatywy, której jedyną lub ważniejszą częścią jest Sejm. Cały czas uchwala on prawo, dokonuje wyboru premiera oraz obsadza inne ważne urzędy w państwie, jak również rozlicza osoby przez siebie powołane z ich poczynań. Dostrzegamy więc stałe wypełnianie przez Sejm funkcji prawodawczej, kreacyjnej (kreacja władzy wykonawczej) i kontrolnej. Realizowanie tych trzech podstawowych przejawów aktywności sejmowej będzie się różniło w szczegółach w zależności od lansowanej na danym etapie rozwoju mody ideologicznej, tym niemniej podstawowy szkielet instytucjonalno-funkcjonalny pozostaje mniej więcej ten sam, gdyż nie zaistniały na tyle istotne powody, które wymusiłyby fundamentalnie radykalne przemiany. W swoim głębszym wymiarze zatem rodzima sejmokracja nie ulega jakimś potężnym wstrząsom, skutkującym oczywistą dla wszystkich zmianą parlamentarnego paradygmatu.

Podobnie należy ocenić funkcjonowane instytucji Prezesa Rady Ministrów. Wszak nie uległa zmianie ani jej nazwa, ani miejsce w systemie organów władzy państwowej. To samo dotyczy organu, na czele którego stoi premier. Poza nim w skład najważniejszego kolegialnego organu w ogólnokrajowej strukturze administracji państwowej wchodzą konsekwentnie wicepremierowie i ministrowie. Tym ostatnim w strukturach ich urzędów podlegają przede wszystkim dyrektorzy departamentów. W skali całego kraju poza ministerstwami funkcjonują centralne organy administracji państwowej, natomiast w terenie reprezentują ją przede wszystkim podporządkowani premierowi wojewodowie.

Stwierdzamy, że administracyjny szkielet, względnie kościec, państwa w swojej hierarchicznej strukturze pozostaje generalnie w kolejnych Rzeczypospolitych taki sam pomimo szeroko nagłaśnianych reform zwiększających względnie zmniejszających ilość województw czy też likwidujących lub przywracających powiaty, nota bene istniejące na ziemiach polskich z niewielkimi, jak się okazuje przerwami, od początku XIV w., co jest dodatkowym argumentem na rzecz tezy o przewadze ciągłości nad zmianami w nowoczesnej historii polskich struktur państwowych. Na co dzień działają one w sporej mierze pod kierownictwem premiera, wzmocnionego prawnie pod koniec XX stulecia dzięki nowej Konstytucji z 1997 r., umieszczającej rodzimy system rządów w parlamentarno-gabinetowym schemacie, przekształconym co prawda w zestawieniu z brytyjskim oryginałem, niemniej jednak zachowującym podstawowe cechy filozofii sprawowania władzy, jaka się za nim kryje.

Jest ona integralnie związana z sejmokracją, dzięki której naród polityczny może (teoretycznie) wyrażać swoją wolę za pomocą przemawiających i głosujących posłów. Wśród parlamentarnych wotowań różnej rangi wyróżnia się to, dzięki któremu legislatywa udziela lub nie demokratycznego namaszczenia premierowi, dzięki czemu zaciera się monarchiczna geneza tej instytucji. Nie jest on już królewskim faworytem, uzyskującym dzięki przychylności koronowanego monokraty możliwość kierowania pracami ministrów. W „epoce szalejącej demokracji” szef gabinetu legitymowany jest przez legislatywę, przy czym decydujące znaczenie ma wola polityczna jednego lub więcej ugrupowań dysponujących wystarczającą większością w jednoczęściowym parlamencie lub w ważniejszej z jego izb.

Zasada ta była akceptowana zarówno na gruncie Konstytucji Marcowej, jak i następujących po niej ustaw zasadniczych z 1952 i 1997 r. pomimo tego, że zarówno w pierwszej pełnej konstytucji II RP, jak i w pierwotnej wersji Konstytucji Lipcowej expressis verbis nie ma mowy o stronnictwach politycznych. Wystarczy jednak, choćby pobieżnie, zapoznać się z polską historią polityczną XX wieku, aby stwierdzić, że partyjnictwo jest jej niezbywalnym, niezwykle ważkim elementem, nieodłącznie związanym z parlamentarno-gabinetowym systemem rządów, zainstalowanym w Polsce najpierw po I wojnie światowej, a następnie ponownie w 1947 roku. Co prawda w Polsce Ludowej był inny system partyjny niż w latach 20-tych lub po 1989 r., niemniej jednak reguła obsadzania gabinetu przez koalicję mającą większość w Sejmie pozostaje niezmienna, o czym najlepiej wiedzą prominentni politycy PSL, gdyż ugrupowanie to uczestniczyło w podziale stanowisk w rządzie przed wojną, w warunkach demokracji ludowej i socjalistycznej oraz współcześnie, spełniając rolę „arki przymierza między dawnymi i nowymi laty”. Ciekawy przykład tego elastycznego ugrupowania potwierdza w całej rozciągłości aprobatę ze strony polskiej klasy politycznej dla zasady łączenia silnej pozycji w Sejmie ze współkształtowaniem obsady personalnej Rady Ministrów.

Konstatujemy, że rodzima demokracja parlamentarna po 1918 r. przybrała typowy dla nowoczesnego ludowładztwa kształt partiokracji z tendencją do instytucjonalizacji stronnictw politycznych, znajdującą swój wyraźny przejaw w ich konstytucjonalizacji, jaka dokonała się w 1976 r. i została powtórzona w postpeerelowskiej Konstytucji z 1997 r. Zarówno w PRL-u, jak i w RP czymś oczywistym było i jest, że klucz partyjny rozstrzyga o tym, kto zajmie najważniejsze stanowiska w państwie. Dzieje się tak pomimo tego, że poziom upartyjnienia drastycznie spadł, co powoduje, że dzisiejsze stronnictwa, w porównaniu ze swoimi odpowiednikami z „poprzedniego okresu”, jawią się jako byty znacznie bardziej elitarne. Jednakże communis opinio specjalistów wciąż wskazuje na stronnictwa polityczne jako na bezalternatywne podmioty, niezbędne do tego, aby wprawiać w ruch machinę państwa.

Na aktualnym etapie rozwoju, nacechowanym, według oficjalnej doktryny, nomokratyzacją państwowości oraz jej przesyceniem ideologią prawoczłowieczyzmu, spory nacisk kładzie się na działalność takich organów jak Trybunał Konstytucyjny i Rzecznik Praw Obywatelskich, mających chronić ludność przed samowolnymi poczynaniami władzy. Na wszelki wypadek warto zatem przypomnieć, że instytucje te pojawiły się (wraz z Trybunałem Stanu) w polskim porządku ustrojowym podczas stanu wojennego oraz lat, jakie oddzieliły go od obrad Okrągłego Stołu. Wypada z tego wyprowadzić wniosek, że demokracja socjalistyczna, przynajmniej w swoim schyłkowym okresie, da się pogodzić z istnieniem posiadających dość słaby legitymizacyjny związek z Suwerenem organów, podważających poczynania innych segmentów władzy publicznej, w tym również – mającego teoretycznie znacznie bardziej demokratyczny charakter – Sejmu. Jego pozycja względem Trybunału Konstytucyjnego uległa w nowych warunkach ustrojowych znacznemu osłabieniu, co powinno skłaniać do głębszego namysłu nad zagadnieniem stopnia ludowładczości aktualnej formacji ustrojowej w zestawieniu z poprzednią, zazwyczaj współcześnie rutynowo przedstawianą jako obciążona rozlicznymi wadami. Niewątpliwie tak było, co nie znaczy, że uzyskanie w dzisiejszej „bezprzymiotnikowej demokracji” przez Trybunał Konstytucyjny przewagi nad Sejmem trudno jest uznać za przejaw „postępującej demokratyzacji stosunków społeczno-politycznych”. Zostały one dość wyraźnie nacechowane tak typowym dla Trybunału, podobnie zresztą jak w przypadku sądów, „merytokratycznym odchyleniem”, wybitnie relatywizującym demokratyczne zaklęcia.

Są one bardziej odpowiednie w odniesieniu do wyborów prezydenckich, odwołujących się do tradycji wolnej elekcji polskich monarchów. Skutki tej ostatniej były zazwyczaj bardziej długotrwałe, skoro obiór miał charakter dożywotni, co zwiększało jego znaczenie, nadając mu teoretycznie otoczkę większej powagi. Republikanizacja formy państwa doprowadziła jednak do tego, że zwyciężył dogmat kadencyjności, narażający skarb państwa na periodyczne wydatki, jakie są ponoszone na organizację i przeprowadzanie elekcji do rozmaitych instytucji władzy publicznej.

Zdaje się, że znajdujący się wśród nich urząd Prezydenta RP wciąż cieszy się sporym prestiżem, co można odczytywać jako przejaw akceptacji dla demontażu Polski Ludowej, której oficjalne nastanie w 1952 r. skutkowało zastąpieniem prezydentury przez Radę Państwa, choć przykład Czechosłowacji pokazuje, że utrzymanie jednoosobowego charakteru głowy państwa było do pogodzenia z budowaniem sowietoidalnego socjalizmu. W obu wariantach wychodzono z założenia konieczności utrzymania konstrukcji głowy państwa, uznanej widocznie za niezbędną również w demokracjach odchodzących od „skompromitowanych, burżuazyjnych wzorców”. Te ostatnie z kolei w wielu kwestiach naśladowały „feudalne przeżytki”, która to prawidłowość ewidentnie występuje w odniesieniu do podmiotu postawionego formalnie na szczycie piramidy władzy państwowej. W tradycyjnym modelu jest nim monarcha, zastępowany zazwyczaj po republikanizacji niekoronowanym monokratą w postaci prezydenta, co tłumaczy się spełnieniem zapotrzebowania społecznego w postaci –trudnej do wyparcia ze świadomości mas poddanych czy obywateli – tęsknoty za personalizacją najwyższej władzy w państwie.

W takich jak Polska Ludowa państwach „Obozu Pokoju i Socjalizmu”, gdzie przeprowadzono eksperyment w postaci demonokratyzacji instytucji głowy państwa, w roli króla czy prezydenta występował zazwyczaj Pierwszy Sekretarz Partii – również wówczas, gdy jego szczególna rola polityczna nie była usankcjonowana poprzez powierzenie mu jakiegoś kluczowego stanowiska w konstytucyjnych strukturach władzy publicznej. Zakładano, że nie jest to potrzebne, skoro oficjalna propaganda nieustannie utrwalała przekonanie, że przywódca Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej jest, jako przywódca Awangardy Klasy Robotniczej, Ojcem Opatrznościowym dla współobywateli, Najwyższym Autorytetem doskonale znającym historycznie potwierdzone prawidłowości rozwoju społecznego, dzięki czemu potrafi on sprostać wyzwaniom teraźniejszości i przyszłości.

Problem w tym, że pomimo tego, iż uczeni konstytucjonaliści głosili urbi et orbi zastąpienie w socjalistycznych warunkach ustrojowych monteskiuszowskiej dyrektywy podziału władzy dogmatem jedności władzy państwowej, istniała konkurencyjna względem niej struktura w postaci Kościoła Katolickiego, rywalizującego ze sporym powodzeniem z komunistami o rząd dusz. W takim stanie rzeczy przypisywanie Prymasowi Wyszyńskiemu spełniania funkcji Interrexa, mającego „przeprowadzić Katolicki Naród przez Czerwone Morze”, miało swoje uzasadnienie w popularności, jaką cieszył się w sporej części społeczeństwa, widzącej raczej w nim niż w Genseku osobę kontynuującą Misję Dziejową, realizowaną niegdyś przez pochowanych na Wawelu monarchów, zapatrzonych zgodnie z narodową mitologią w Wielką Ideę, nazywaną po łacinie Polonia Aeterna. Dla wielu z tych, którzy nie akceptowali socjalistycznych przekształceń, to raczej Prymas niż I Sekretarz zasługiwał na miano Duchowego Przywódcy Narodu. W 1978 r., gdy Kardynał Karol Wojtyła stał się Papieżem Janem Pawłem II, to właśnie on stał się dla wielu Najwyższym Autorytetem.

Właśnie dlatego w Sierpniu 1980 r. strajkujący stoczniowcy powiesili jego portret na bramie Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Ów strajk legitymizował w odczuciu wielu Polaków przywództwo Lecha Wałęsy nad wielomilionową „Solidarnością”, rzucającą wyzwanie zużywającemu się reżimowi. Po wprowadzeniu stanu wojennego i przyznaniu mu Nagrody Nobla, Wałęsa stał się dla licznych polskich obywateli „moralną głową państwa”, symbolem aspiracji do życia w innym ustroju społeczno-politycznym, mającym lepiej spełniać oczekiwania szerokich mas. Nadzieje te w jakiś sposób urzeczywistniły się pod koniec lat 80-tych, gdy Wałęsa przestał być „prywatnym obywatelem”, ponieważ odegrał zasadniczą rolę w obradach Okrągłego Stołu, umożliwiających mu objęcie stanowiska Prezydenta RP, co jednak nie przełożyło się raczej na wzrost jego popularności, jak stało się to w przypadku niektórych jego następców na najwyższym urzędzie w republice. Instytucjonalizacja jednoosobowej głowy państwa w pewnym, może nawet sporym stopniu zlikwidowała rozziew między oficjalnymi a „drugoobiegowymi” przywódcami Narodu i Państwa.

Do ich grona wypada zaliczyć ex officio każdorazowego z urzędujących premierów, skoro w RP mamy system parlamentarno-gabinetowy. Został on zainstalowany w powojennej rzeczywistości polityczno-ustrojowej pomimo tego, że w „Polsce lubelskiej” sięgnięto do francuskich wzorców rewolucyjnych– Krajowa Rada Narodowa była odpowiednikiem Konwentu, a Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego stanowił rodzimą wersję Komitetu Ocalenia Publicznego. Były to jednak tylko przejściowe rozwiązania, bowiem odwołanie się do Konstytucji Marcowej skutkowało ponownym przeflancowaniem na nadwiślański grunt powstałej onegdaj spontanicznie w Anglii konstrukcji, umieszczającej „strategiczną oś rządzenia” między parlamentem a gabinetem.

Conditio sine qua non funkcjonowania tego rodzaju systemu rządów jest istnienie legislatywy oraz rządu. Warunki te, podobnie jak w zdecydowanej większości państw świata, były spełnione zarówno w II RP, jak i w Polsce Ludowej oraz obecnie. Polskie i powszechne doświadczenia pokazują, że najczęstszą przyczyną zastępowania parlamentarno-gabinetowego systemu rządów jakąś alternatywą jest istnienie silnego, przynajmniej w wymiarze instytucjonalnym, ośrodka prezydenckiego, osiągającego dominującą pozycję w egzekutywie. W Polsce stało się tak po zamachu majowym, co zostało usankcjonowane przez „faszystoidalną” Konstytucję Kwietniową. Aktualna konstrukcja ustrojowa w RP częściowo nawiązuje do jej rozwiązań, gdyż pozycja głowy państwa wciąż jest silniejsza niż w klasycznej wersji systemu parlamentarno-gabinetowego, w której brytyjski monarcha zasadniczo ma nie ingerować w bieżące procesy kierownicze. W przeciwieństwie do niego od polskiego Prezydenta oczekuje się aktywności, choć jej pożądane rozmiary wciąż wzbudzają kontrowersje.

Dotyczą one przede wszystkim podziału stref wpływów między ośrodkiem prezydenckim a rządowym. Zgodnie z oficjalną doktryną konstytucyjną ten drugi powinien być silniejszy. Jego siła bierze się z poparcia sejmowej większości, legitymizującej poczynania premiera i ministrów. Jest to konstrukcja, która przypomina o zwycięstwie odniesionym niegdyś przez parlamentarzystów nad monarchami, dzięki czemu suwerenność ludu miała się ujawnić w całej okazałości. W republikach prezydenckich przejawia się ona poprzez poparcie mas dla któregoś z kandydatów na najwyższy urząd w państwie, którego legitymacja po zwycięstwie w elekcji jest bardziej wyrazista niż niewybieranego bezpośrednio przez obywateli premiera. Jednakże skupienie wielu kompetencji w pałacu prezydenckim nasuwa łatwe porównanie z monarchiczną wersją monokracji, co daje się wykorzystać jako argument na rzecz „premierowskiej” wersji ludowładztwa.

W polskich warunkach ustrojowych uległa ona wzmocnieniu po 1989 r. Wcześniej szefowie gabinetów mogli przywodzić na myśl swoich odpowiedników w konstytucjonalizujących się monarchiach, gdzie wciąż jeszcze wola panującego była niezwykle istotnym czynnikiem. W demokracji ludowej i socjalistycznej monarchowie zostali zastąpieni przez będącą awangardą Ludu Pracującego Miast i Wsi Partię, kojarzoną odruchowo z jej Pierwszym Sekretarzem, spełniającym lepiej lub gorzej społeczne zapotrzebowanie na Ojca Narodu. Jego pozycja w odniesieniu do premiera była porównywalna do monarszej, pomimo innego sztafażu ideologicznego.

Zdarzało się, jak w przypadku Bieruta czy Jaruzelskiego, łączenie kierowniczego stanowiska w Partii z premierostwem, ale było to traktowane jako wyjątek od reguły niepołączalności najwyższego stanowiska partyjnego z administracyjnym. Praktyka ostatnich kilkunastu lat historii politycznej Polski pokazuje, że być może utrwala się odwrotna, charakterystyczna dla standardowego systemu parlamentarno-gabinetowego zasada, polegająca na kierowaniu gabinetem przez przywódcę zwycięskiego w wyborach stronnictwa. Dzięki temu zyskuje on duży zakres władzy, znajdując oparcie zarówno w rządzie, jak i w parlamentarnej większości, a na dodatek Prezydent RP, jak pokazuje praktyka polityczna, nie musi bynajmniej reprezentować innego ugrupowania.

Istnieje co prawda legalna opozycja, ale w sytuacji jej ilościowego zdominowania w ważnych państwowych instytucjach przez przedstawicieli obozu rządzącego nie ma ona możliwości skutecznego przeciwstawiania się posunięciom tych, który trzymają w swoich rękach najważniejsze dźwignie władzy. Byłyby one zapewne niewystarczające, gdyby pojawił się poważny zamiar dokonania zmian w Konstytucji RP, ale również bez nich siła układu rządzącego jest całkiem znacząca, co nadaje rodzimemu ludowładztwu rys demokracji sterowanej, w jakiej przeforsowuje się rozstrzygnięcia wbrew najbardziej nawet uzasadnionym zastrzeżeniom opozycjonistów.

Zgodnie z tradycyjną logiką demokratyczną ich los jest zasłużony, bowiem przegrali elekcję, a już starożytni orzekli, że vae victis. W klasycznej majorytokracji ci, którzy nie potrafili przekonać do siebie większości elektoratu, powinni się pogodzić z losem i czekać na kolejne wybory z nadzieją na korzystny dla siebie obrót Koła Fortuny, pozwalający na zmianę miejsc, skutkującą tym, że w rządowych ławach zasiądą dotychczasowi opozycjoniści po to, aby odegrać się na obalonych rządzących za „długie lata prześladowań”. Spektakl ten może być odgrywany od nowa przez kolejne lata następnej kadencji pomimo tego, że aktorzy ewentualnie zamienią się rolami. Alternatywą dla tego schematu są chwiejne rządy wieloczłonowych koalicji, zagrożonych szybkim rozpadem. Ten wariant był czymś typowym w II RP przed zamachem majowym oraz w pierwszych latach III RP i według przeważającej opinii jest czymś gorszym od modelu „ustabilizowanego gabinetu na całą kadencję albo i dłużej”.

Rodzi się pytanie, czy takie nastawienie „przeważającej części światłej opinii publicznej” jest słuszne, czy nie zachodzi groźba zastąpienia zjawiska nazwanego przez Lecha Wałęsę przedemokratyzowaniem czymś w rodzaju „rozsądnej, pozbawionej wszelkich skrajności i wypaczeń demokracji”, gdzie na ołtarzu stabilności rządów spala się z ochotą „wszelkiego rodzaju warcholskie zagrożenia”? Ich archetypicznym przykładem jest liberum veto, traktowane w szkolnych podręcznikach jako potężny gwóźdź do trumny I Rzeczypospolitej, a przecież w perspektywie dzisiejszego orędowania za prawami mniejszości wszelkiego rodzaju jest to instytucja jak najbardziej godna uwagi i namysłu. Wszak Historia naucza, że bynajmniej nie zawsze większość ma rację, co zachęca do przyjrzenia się z troską zagrożeniom niesionym przez majorytokrację, w swojej masowej wersji ex definitione napędzanej oficjalnie przez mechanizmy właściwe dla nierozumnej psychologii tłumu. Można mieć nadzieję, że jest on kierowany przez „Grupkę Wiedzących i Bardziej Oświeconych”, ale nigdy nie ma pewności. Jej brak oznacza, iż być może mądrzejsi o przyszłe doświadczenia potomni przyznają rację tym, którzy zostali pokonani przez parlamentarne maszynki do głosowania.

Ich dosyć sprawne funkcjonowanie, przekładające się następnie np. w Polsce na decyzje podejmowane przez reprezentujący sejmową większość gabinet, świadczy o tym, że zasada podziału władzy de facto obowiązuje w mniejszym zakresie niż to się oficjalnie deklaruje. Konstytucyjna delimitacja między poszczególnymi segmentami władzy niejednokrotnie ma znacznie mniejsze znaczenie niż polityczne odróżnienie ludzi znajdujących się w obozie władzy od tych, którzy zaliczają się do opozycyjnego względem niego układu.

Decyzje podejmowane przez kierownicze gremia najsilniejszej w danym okresie czasu siły politycznej są następnie realizowane za pomocą zdominowanego przez nią aparatu państwowego wbrew słusznym (bądź nie) zastrzeżeniom przeciwników pokonanych w wyborach. Mają oni do dyspozycji pewne możliwości legalnego sprzeciwiania się posunięciom układu rządzącego w postaci np. obstrukcji parlamentarnej lub odwoływania się do Trybunału Konstytucyjnego, lecz gdyby posunięcia tego typu były nazbyt często skuteczne, to powstałoby ryzyko niesterowalności państwowej nawy, znajdującej się w stanie permanentnego dryfu z powodu niemożliwości przekuwania woli politycznej w działania podejmowane przez instytucje administracyjne i inne. Wówczas „Polska stanęłaby nierządem”, co, według dosyć rozpowszechnionej opinii, jest zgubne dla państwa, z czego wynikałoby, że rządzący powinni dysponować możliwością przeforsowywania swoich postanowień w zdecydowanej większości przypadków. Taka dyrektywa stoi w sprzeczności z dogmatycznie rozumianą zasadą podziału władzy, gdyż konsekwentne realizowanie tej zasady oznaczałaby przekształcenie się wyodrębnionych konstytucyjnie części aparatu państwowego w autonomiczne segmenty, zazdrośnie strzegące swoich kompetencji przed ingerencjami podejmowanymi przez funkcjonariuszy publicznych z innych instytucjonalnie wyodrębnionych sektorów systemu władania.

Skonstatowanie tej prawidłowości oznacza, że w sporym stopniu wciąż funkcjonuje, uznawana w Polsce Ludowej za kanoniczną, zasada jedności władzy państwowej. Konieczność jej obowiązywania tłumaczono ustrojową prawidłowością socjalistycznego ludowładztwa, polegającą na przezwyciężeniu klasowych sprzeczności, co skutkowało anihilacją burżuazyjnego modelu pluralistycznej demokracji konfrontacyjnej, kojarzonej zazwyczaj z monteskiuszowskim postulatem oficjalnej fragmentacji władzy państwowej.

Warto jednak pamiętać o tym, że Monteskiusz odnosił swój „racjonalny dogmat” do monarchii konstytucyjnej, gdzie niewybieralna, uniezależniona od partyjnych rozstrzygnięć głowa państwa w naturalny sposób odróżniała się od pozostałej części aparatu władania, który według francuskiego teoretyka dzięki idei separacji władz miał być zabezpieczony przed autorytarnymi zakusami panujących. Po ich osłabieniu obawy tego rodzaju przestały mieć znaczenie, otwierając z kolei pole dla, roztaczanej przez Rousseau, wizji zjednoczonego w budowie swojego republikańskiego państwa ludu, nie potrzebującego dla realizacji swojej suwerenności żadnych „chińskich murów”, oddzielających legislatywę od egzekutywy czy judykatury.

Interesujące jest to, że przekonanie o zasadniczej jedności władzy państwowej jest tradycyjnie rozpowszechnione na północ od Kanału La Manche, gdzie w monarchicznej otoczce kształtował się system parlamentarno-gabinetowy. Stopniowa konstytucjonalizacja angielskiego królestwa doprowadziła do tego, że w ewolucyjnym procesie monarcha został zastąpiony przy sterze nawy państwowej przez premiera bez akompaniamentu oficjalnych zawołań o zmianie paradygmatu władzy państwowej.

Klasa polityczna „perfidnego Albionu” zdaje sobie sprawę z tego, że w gruncie rzeczy nie jest to możliwe, gdyż prawdziwa natura państwa i władzy państwowej są niezmienne, bo stale istnieje zapotrzebowanie społeczne na dysponującą możliwością użycia przymusu organizację, która wznosi się ponad regionalne, klasowe, rasowe czy partyjne rozbieżności i zapewnia podporządkowanym sobie ludziom bezpieczeństwo, jakiego istotnym elementem jest możliwość szukania instytucjonalnej oraz psychologicznej ochrony u jakiegoś państwowego Najwyższego Autorytetu. We wzorowanym na brytyjskich rozwiązaniach demokratyczno-liberalnym parlamentaryzmie w mniejszym lub większym stopniu staje nim się premier, będący na co dzień „Twarzą Państwa”. Traktowany jest on przez opinię publiczną jako podstawowa emanacja państwa, przekazująca wszak oficjalnie legislatywie swoje władcze zamiary i rozliczana przy urnach wyborczych przez elektorat z ich realizacji. To szef gabinetu ma być tym, kto rozbudza nadzieję „na lepsze, godniejsze i bardziej dostatnie życie” i w przypadku zawiedzenia nadziei ludu zostaje przezeń przekreślony w „doniosłym akcie wyborczym”, bo przecież „łaska ludowego suwerena na pstrym koniu jeździ”, w związku z czym na miejsce zużytego faworyta przychodzi nowy, roztaczający swoje obietnice i spektakl zaczyna się da capo. Możliwy jest też typowy dla nieustabilizowanej demokracji wielopartyjnej wariant wymiany premiera z gabinetem pomiędzy wyborami, popularny w RP w pierwszej połowie lat 90-tych wariant, ale później wyparty przez (niecierpliwe) oczekiwanie opozycji na kolejny werdykt elektoratu. W historii postpeerelowskiej RP siedmiokrotnie zrealizowano angielski zwyczaj, polegający na tym, że szefem gabinetu zostaje przywódca zwycięskiego w elekcji ugrupowania/

Co prawda wciąż konieczne są często rządy koalicyjne, ale ich dwuczęściowa formuła jest wielokrotnie prostsza od siedmiopartyjnego gabinetu Hanny Suchockiej – najbardziej pluralistycznego w pookrągłostołowej historii politycznej Polski. Ówczesny „rozkwit politycznego bogactwa” skutkował szybkimi obrotami karuzeli gabinetów, przywodzącymi na myśl włoskie powiedzenie o „rządzie sezonu plażowego”. Zjawisko to znane jest nie tylko z powojennej Italii, lecz również z III i IV Republiki Francuskiej czy niemieckiej Republiki Weimarskiej lub Polski przed 1926 r. Wydaje się, że jest ono zatem czymś typowym wówczas, gdy aplikuje się sprawdzony w angielskich warunkach model w kontynentalnej Europie, charakteryzującej się większym zróżnicowaniem postaw politycznych niż bardziej zdyscyplinowani Brytyjczycy, ad nauseam powielający banalny system dwupartyjny.

Ciekawe jest to, że po południowo-wschodniej stronie Kanału La Manche nie pojawia się on pomimo wysiłków w postaci pięcioprocentowego progu wyborczego, konstruktywnego wotum nieufności czy przeznaczania budżetowych pieniędzy przede wszystkim dla największych stronnictw. Poczynania te przynoszą pewne efekty, ale pomimo to kontynentalne systemy partyjne wciąż są bardziej złożone niż brytyjski, co niejednokrotnie przekłada się na wielopartyjne gabinety, obecne wszak również w Polsce Ludowej, gdzie utrwalonym zwyczajem politycznym było współtworzenie rządów przez PZPR, ZSL i SD. Trudno nie uznać tego za ukłon składany w stronę tradycji wielopartyjności, głęboko zakorzenionej na Starym Kontynencie.

Powoduje ona, że, w sporym stopniu mechaniczne, importowanie systemu parlamentarno-gabinetowego skutkuje jego zniekształceniem z powodu istnienia niezwykle istotnej przeszkody w postaci braku solidnego, pewnego zaplecza parlamentarnego dla szefa gabinetu, muszącego w takiej sytuacji gros uwagi przeznaczać na walce o niepewne polityczne przetrwanie. Bywa też tak, że przez całe miesiące nie można skonstruować gabinetu z powodu niemożliwości osiągnięcia porozumienia między przywódcami partyjnymi, która to możliwość w najbardziej spektakularny sposób przejawiła się w Belgii. Powstające w niezmiernych bólach rządy są od swego zarania naznaczone syndromem słabości, co zdecydowanie ułatwia przesilenia, dymisje, długotrwałe konsultacje i kolejne mozolne próby klecenia gabinetu, nie mogącego liczyć na wyraźną większość w legislatywie, jeśli w końcu uda się go zmontować. Jeśli się nie uda, to odbywają się przedterminowe wybory, które zasadniczo nie powodują zmian, gdyż kandydat na premiera znów musi mozolnie pokonywać przeszkody stwarzane przez nieustabilizowaną wielopartyjność. Najbardziej znanym w demokratyczno-liberalnej Europie wyjątkiem od tej prawidłowości jest Republika Federalna Niemiec, gdzie kanclerski model rządów powiązany z systemem dwóch i pół partii, nawet po modyfikacjach spowodowanych pojawieniem się kolejnych „połówek”, jak do tej pory pozwala na zazwyczaj niezagrożone funkcjonowanie rządu między odbywającymi się w zaplanowanych terminach wyborami, co skłania niektórych polskich specjalistów do formułowania postulatów implantowania niemieckiego rozwiązania w Polsce, z czym zresztą w jakimś stopniu mamy już do czynienia. Jest to zbyt krótki odcinek czasu, aby ogłaszać sukces eksperymentu. Może się wydawać, że jego utrwaleniu sprzyjałoby takie zwiększenie kompetencji premiera, które pozwoliłoby mu osiągnąć prawno-polityczny status niemieckiego kanclerza.

Realizacja takiego planu, obecnego od dłuższego czasu w polskim myśleniu o konstytucyjnym ustroju politycznym de lege ferenda, nie obeszłaby się bez dalszego zmniejszenia uprawnień głowy państwa, które zostały poważnie okrojone nie tylko w porównaniu z Konstytucją Kwietniową, ale również w zestawieniu ze stanem prawnym w 1989 r., kiedy została przywrócona w Warszawie polska prezydentura. Pozbawienie rodzimej głowy państwa kolejnych możliwości brania aktywnego udziału w polityce wiązałoby się, jak pokazują doświadczenia wielu republik, z ryzykiem osłabienia instytucji, posiadającej według wielu największy potencjał zaufania społecznego, co może się przekładać na umieszczanie jej w centrum zarówno państwa, jak i egzekutywy. Największą zaletą lub wadą (ocena zależy od filozofii politycznej wyznawanej przez komentatora) takiego rozwiązania jest uniezależnienie lokatora pałacu prezydenckiego od wewnątrzparlamentarnych fluktuacji, będących wszak pochodną mniej lub bardziej precyzyjnego odwzorowania politycznych poglądów społeczeństwa. Ex definitione w znacznie mniejszym stopniu mogą one znaleźć odbicie w jednoosobowej instytucji. Wszak wynik wyborów prezydenckich jest znacznie bardziej zero-jedynkowy niż rezultat parlamentarnej elekcji, skutkującej w demokracji konfrontacyjnej istnieniem w parlamencie opozycji, dla której brak jest miejsca w organie jednoosobowym. Skłania to niejednokrotnie obieralne głowy państwa do deklarowania, że są „prezydentami wszystkich obywateli”, co może iść w parze z posunięciami, mającymi na celu zdystansowanie się od obozu, którego poparcie zapewniło elekcję. Jeśli są one skuteczne, to głowa państwa uzyskuje szansę na stanie się – o ile rozwiązania konstytucyjne umożliwiają taką opcję – ogólnonarodowym przywódcą, wyznaczającym kierunki rozwoju państwa i społeczeństwa,.

Artur Ławniczak

Obraz: Honoré Daumier „Le Ventre Législatif” (The Legislative Belly)

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPrzeczytane, zasłyszane, zobaczone (Hermann Hesse, Monika Hanulak, Heinrich von Treitschke, Montinari, Kondylis, Auden i inni)
Następny artykułWielokulturowość na przykładzie Kanady. Ubóstwienie Obcego
Dr hab. Artur Ławniczak, adiunkt w Katedrze Prawa Konstytucyjnego na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. Opublikował książki: "Finansowanie partii politycznych" (2001), "Prawowitość aktualnej postaci państwa polskiego" (2007), "Ustroje polityczne państw latynoamerykańskich" (2008), "Istota władzy państwowej i jej formy" (2010), "Monarchiczne i republikańskie głowy państwa w Europie" (2011), "Losowanie w sferze publicznej. Między wróżeniem a głosowaniem (2012)". Przetłumaczył z języka francuskiego i opracował "Elementarz antyamerykański" (1994) autorstwa Roberta Steuckersa, Arnolda Hautbois, Xaviera Marchanda i in.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here