Obyczaje polityczne

0

Racya stanu
Zasady postępowania
Uczciwość traktatów
Równowaga polityczna
Rozbiory
Dyplomacya
Wojna

Racya stanu

Państwo jest celem samo w sobie, jest ono najwyższym zwierzchnikiem i nie uznaje żadnej innej władzy ponad sobą. .,Panujący są bogami, – głosiła doktryna – i tylko Bóg może orzekać o ich sądach i osobach”. Władcy katoliccy nie uznawali wyższości władzy papieża; poza sferą religijną, był on równy innym monarchom. „Któż mógłby być sędzią w tych sprawach – pisał Richelieu, – któż mógłby je rozważać bezstronnie? Nie może tego uczynić papież, bo jest władcą doczesnym i nie wyzbył się aż do tego stopnia ziemskich dążeń, by zająć stanowisko zupełnie niezależne. Jedynie Bóg może o tem stanowić. Dlatego też królowie podlegają tylko Bogu, bo On wyłącznie posiada znajomość ich czynów”.

Zwracać się w takiem znaczeniu do Boga, to znaczy zwracać się do historyi, która jedynie wykazać może zamiary Opatrzności. W rzeczy samej dla oceny zdarzających się faktów potrzeba jakiegoś kierunku i jakiegoś miernika, państwo może je znaleźć tylko w samem sobie, w swej wszechpotędze. Najwyższą zatem racyą państwową jest racya stanu, czyli zasada dobra powszechnego, stawiana przez Rzym Starożytny. Ta zasada istniała zawsze w polityce, a Odrodzenie przywróciło jej dawny wpływ i odtąd rozwój jej był równoległy do tworzenia się wielkich państw nowoczesnych. Zapożyczyły więc one z Rzymu tak samo ducha swej polityki, jak i formy urządzeń.

Z tą zasadą słusznie łączy się imię Macchiawella, lecz był on raczej obserwatorem, niż teoretykiem, i główne znaczenie jego dzieła polega na tem, że umiał nadać mu cechy rzeczywistości Opisuje on to, co widzi, i poprostu tłumaczy swą zasadę przez politykę współczesnego pokolenia. Tak sądził o Macchiawellu Richelieu, który czerpał z niego natchnienie i uważał za „konieczne” zasady tego „poważnego i pełnego prawdy pisarza”. W „Apologii Macchiawella” pióra jednego z uczniów kardynała spotykamy zdanie: „Jego zasady są tak stare, jak świat i państwa, nie głosi on nic szczególnego ani nowego, a tylko opowiada to, co zrobili nasi poprzednicy, i to, co ludzie dzisiejsi muszą niezbędnie stosować w praktyce z pożytkiem dla swej działalności”.

W tym względzie spotyka się najgłębszy myśliciel z największym politykiem starej Francyi, i w tem spotkaniu niema nic przypadkowego; „Państwa zginęłyby, gdyby często nie naginano prawa do konieczności… Nie mogąc wzmocnić sprawiedliwości, usprawiedliwiono siłę”, mówił Pascal, a Richelieu, który stosował z wielką wytrwałością, zasadę dobra powszechnego, doprowadza ją w swym „Testamencie politycznym” do ostatecznej konsekwencyi: ,,Kto ma siłę, ma często i słuszność w sprawach państwowych, a słabemu z trudnością przychodzi udowodnienie swej racyi wobec większości świata”.

Panowanie Ludwika XIV nie wpłynęło na zmianę opinii publicznej. „Najwyższe prawo, czyli racya stanu – według słów Saint-Simona, – w dalszym ciągu kieruje czynami monarchów; w XVIII w. widzę tylko jeden wyjątek, lecz należy on do takich, które potwierdzają regułę: jest to mianowicie Fryderyk W. i jego „Anti-Macchiawell”. Pisał on tę rozprawę pod wpływem ambicyi akademickich, gdy przyszła rzeczywistość, zerwał z krępującymi więzami teoretycznych zasad i rzucił na cztery wiatry swe dawne wypracowania. Macchiawell miał odwet, a pod koniec wieku losy zgotowały mu jeszcze świetniejszy, nie był to jednak fakt nowy i nie wywołał zdziwienia wśród ludzi rozważnych. „Cały świat gani tego autora – mawiał ktoś z otoczenia Mazzariniego – lecz wszyscy stosują w życiu jego zasady, a przedewszystkiem ci, którzy go ganią”. Z wieku XVIII nastąpiło obniżenie charakterów i zasad: zamiast wyniosłej ironii Pascalu i surowej szczerości Richelieugo zapanowało gryzące szyderstwo Voltaire’a i cynizm Fryderyka II-go.

Myśl ludzka zwraca się chętnie ku złemu i znajduje w tem upodobanie, lecz przy tem wyrafinowanem zepsuciu racya stanu rządzi niemniej despotycznie. Panuje ona wszędzie, gdzie ma się dość siły na to, by bezkarnie dążyć do wskazanych przez nią celów. Podsuwa ona te samo zamiary w Wiedniu i w Berlinie, jest przedmiotem nauczania młodych władców i przyszłych ministrów; Bielfeld np. pisze w swych „Urządzeniach politycznych”: „Bez względu na to, w jakich okolicznościach może znaleźć się państwo, podstawowa zasada racyi stanu pozostaje niezmienna. Jest to twierdzenie, przyjęte przez wszystkie ludy starożytne i współczesne, że dobro narodu jest zawsze najwyższem prawem”. „Wielkie państwa – pisał w 1791 roku dyplomata austryacki –powinny kierować się zawsze tylko racyą stanu. Interes powinien brać górę nad uczuciem, bez względu na jego słuszność”.

Racya stanu więc stanowi regułę, a wzrost państwa jest przedmiotem polityki. „Kto nie zyskuje, ten traci”, pisała Katarzyna II. Idea wielkości państwa ściśle łączy się z jego rozmiarami, są to tak stare zasady, jak same społeczności ludzkie. Odkąd powstały zbiorowiska ludzi, zawsze walczyli oni między sobą, by podbijać lub bronić się. Grabież i podbój są równie stare, jak chciwość, a ta ostatnia narodziła się wraz z ludzkością i przez wszystkie wieki była tytułem do sławy monarchów. […]

Zasady postępowania

[…] wejdźmy do gabinetu męża stanu, gdzie on ukazuje się takim, jakim jest naprawdę. Mamy u La Bruyere’a jego doskonały portret; ten. kto go zgłębi, pozna zarazem całą współczesną politykę.

„Minister albo poseł to kameleon, Proteus”, lecz zmienia on się według swej woli, „czerpie on radę z czasu, miejsca, okoliczności, swej siły lub słabości, z ducha narodów, z którymi się porozumiewa, z temperamentów i charakterów osób, z którymi prowadzi układy. Jego poglądy, zasady, cała polityka dąży do togo, by nie dać się oszukać, a oszukać innych”. A jednym z najpewniejszych środków do osiągnięcia tego celu jest mówić prawdę, w tej sztuce celuje polityk. Jest on dość głęboki i skryty, by umieć ukryć prawdę, głosząc ją, jeżeli mu zależy na tem, by ją wypowiedzieć, lecz żeby mu nie uwierzono; lub też bywa on szczery i otwarty, ażeby, gdy będzie ukrywał to, co nie powinno być znane, wzbudzić w przeciwnikach mniemanie, że wiedzą wszystko, o co im chodzi. Popiera on swych sprzymierzeńców, jeżeli widzi w tem korzyść dla swych zamiarów”, popiera nawet słabych i łączy ich przeciwko silnym „dla utrzymania równowagi”, chyba, że połączy się potem z silnymi, by przechylić szalę i drogo sprzedać słabym swą opiekę i przymierze. Pozatem jest on człowiekiem światowym, wysoce uczciwym i zawsze umie się odpowiednio zachować. Doskonale posiada on wszelkie odcienie językowe i umie używać stylu właściwego dla swej epoki, celuje w wynajdywaniu szlachetnych pozorów. „Ma wciąż na ustach pokój, przymierza, spokojność publiczną i dobro powszechne, a w gruncie rzeczy myśli tylko o swoich interesach, t. j. o korzyściach swego monarchy lub swej respubliki”, lecz sam nie wierzy w swe słowa i nie jest zarozumiały. „Zawsze kieruje on swe działania ku rzeczom zasadniczym i każdej chwili gotów jest im poświęcić drobnostki i urojony punkt honoru”.

W wieku XVIII zmienia się ton, lecz tylko ton, zmieniają się używane epitety, przytaczane powody wystąpień, według zapatrywań dnia i rządzącej zasady. Weszło w modę wyśmiewanie się, a sceptycyzm stał się panującym kierunkiem; polityk przybrał postawę niedowierzającą, nawet w swe własne talenty. „Każdy, według słów Voltaira, ma wrodzone dążenie do zwiększenia swej mocy; jeżeli okoliczności nadarzą się ku temu, natychmiast intrygant ciągnie stąd zyski; wpływ kobiet, pozyskanych pieniędzmi, czy innymi sposobami, sprzeciwia się układom, wpływ innych nawiązuje je nanowo, decyduje o wszystkiem kaprys, humor, pogarda lub zbieg okoliczności. Słowem, drobnostki”.

„Oto jak się dzieje na świecie – stwierdza Fryderyk Wielki – rządzi tu kum i kuma”. W gruncie rzeczy Fryderyk nie wierzy w to i, choć nazewnątrz czci ,,dobre bóstwo, Jego Wysokość przypadek”, jest w gruncie rzeczy najbardziej zastanawiającym się, przezornym i najmniej ryzykującym z polityków. Ma on swe powiedzenia, przeznaczone na czas uczty i swe zasady gabinetowe, a temi ostatniemi przypomina Richelieu’go. „Nie łudźmy się, fortuna, przypadek są to słowa, które nie mają istotnego znaczenia. Trzeba korzystać z okoliczności i rozpoczynać działanie, gdy one układają się pomyślnie, lecz nie należy pozostawiać wszystkiego przypadkowi. Polityka wymaga cierpliwości, a arcydziełem człowieka zręcznego będzie robienie każdej rzeczy w swoim czasie. Ten, kto najlepiej obmyśli swe postępowanie, zwycięży innych, którzy działają mniej konsekwentnie od niego”. […]

Polityk, w miarę potrzeby, umie być uczuciowym, będzie się unosił, kochał przyrodę, nawet płakał. (Dyplomacja, obok swych encyklopedystów, będzie miała i swą „Nową Heloizę”. „Cesarzowa płacze, lecz zabiera” — wyraził się Fryderyk II o Maryi Teresie po rozbiorze Polski).

Taki kierunek rządzi w całym świecie i wszelkie subtelności prowadzą do jednego celu: „nie dać się oszukać, a oszukać innych”. Politycy wiedzą o tem i zawsze wnoszą do wzajemnych stosunków głębokie niedowierzanie. „Państwo, pisał dawny minister spraw zagranicznych, powinno zawsze udawać zucha, jak człowiek, który żyje między zawadyakami. Takimi zawadyakami bowiem są narody Europy, a dzisiaj bardziej, niż kiedykolwiek, wszelkie układy są nieustającą walką między ludźmi chciwymi i zawsze gotowymi do zaborów”.

Uczciwość traktatów

Jeżeli racya stanu kieruje polityką, to interes państwa stanowi rękojmię pewności zobowiązań, znaczy to, że ta pewność wcale nie istnieje. Nigdy też wszelkie zobowiązania nie cieszyły się długoletniem trwaniem, stwierdza ze smutkiem Bodinus w XVI w.: „Od dwustu lub trzystu lat utrwaliło się przekonanie, że niema tak pięknego traktatu, któryby nie został złamany i nieledwie ustaliła się zasada, że, jeżeli panujący był zmuszony do zawarcia niekorzystnej umowy lub pokoju, może od niego odstąpić przy pomyślnym zbiegu okoliczności”. Wiek XVII dorównywał pod tym względom XVI-mu, a XVIII przeszedł je oba.

Fryderyk W. w początkach swych „Pamiętników” traktuje „o wypadkach zerwania przymierza” i rozróżnia cztery rodzaje: odstąpienie przez sprzymierzeńca, konieczność uprzedzenia go, siła wyższa, brak środków, zapomina jednak o piątym, który zdarza się najczęściej i który był mu znany z własnego doświadczenia: racya stanu, czyli interes polityczny. Fryderyk, tak samo jak Macchiawell, tylko opisuje zwyczaje swej epoki. „Jeżeli ma się do czynienia z waryatami, oszustami, osobistymi nieprzyjaciółmi czy współzawodnikami – mówił kardynał Dubois, który sam był znawcą tych stosunków – przezorność wymaga, by podejmować zobowiązania względem nich z jak największemi ostrożnościami”.

Niema jednak takich ostrożności, które mogłyby zabezpieczyć przed chciwością i sofizmatami racyi stanu. Za przykład mogą, służyć wypadki, które zdarzyły się w połowie XVIII wieku i które są żywym obrazem współczesnych obyczajów, a mianowicie wojna o sukcesyę austryacką. Wszelkie sposoby i gwarancye, jakich może dostarczyć prawo publiczne, zostały użyte przez cesarza Karola VI dla zapewnienia swej córce, Maryi Teresie, następstwa tronu w krajach dziedzicznych austryackich; utrwalił on jej prawa wydaniem „sankcyi pragmatycznej”, zatwierdzonej przez wszystkie sejmy monarchii, otrzymał następnie od pretendentów uroczyste zrzeczenie się ich praw, a wreszcie akt ten został notyfikowany wszystkim mocarstwom, które go uznały wyraźnie i zobowiązały się formalnymi traktatami do wieczystego jogo poszanowania. A jednak nieledwie nazajutrz po śmierci Karola VI i ci monarchowie, którzy się zrzekli swych praw, i ci, którzy poręczali prawa Maryi Teresy, rozdarli swe podpisy, złamali słowo i połączyli się razem dla podziału jej dziedzictwa. Nigdy dotąd racya stanu nie przeciwstawiła się tak jaskrawo zasadniczym wymogom honoru i sprawiedliwości. Tylko Anglia dotrzymała swych zobowiązań, lecz trzeba pamiętać, że to dochowanie wierności leżało w jej interesie. Takie były współczesne obyczaje całej Europy. […]

Z takich przesłanek wyprowadzano prawo publiczne, rozstrzygające o wzajemnych stosunkach. „W sprawach politycznych — mówił baron Bielfeld— trzeba się wyzbyć teoretycznych poglądów ogółu o sprawiedliwości; słuszności, umiarkowaniu, prawości i innych cnotach narodów i ich kierowników. Wszystko sprowadza się, ostatecznie do siły. Siłą zdobywa się wszystko, nawet uznanie, które w pewnej mierze również ulega przedawnieniu, jak i inne uzurpacye. Cynicy wprost oświadczają, że pomyślny skutek usprawiedliwia środki; mędrcy zaś muszą się zgodzić, że, jeśli nie usprawiedliwia, to zmusza do zapomnienia o nich. „Nie należy – pisał francuski mąż stanu w ostatnich latach istnienia monarchii – uspokajając się co do zamiarów króla pruskiego tem, że będzie on się obawiał ściągnąć na siebie nienawiść, bo z czasem nienawiść do środków, jakimi zostało stworzone państwo, rozwiewa się, a potęga zostaje”.

[…] Wojna jest środkiem rządzenia i najwyższym argumentem racyi stanu. Uznaje się ją za sprawiedliwą z chwilą, gdy doszło się do przekonania, że jest konieczna; prowadzi się wojny dla zdobyczy i dla utrzymania stanu posiadania, w celu odparcia napaści lub dla jej uprzedzenia. Coligny, namawiając Karola IX do uderzenia na zagrażającą mu Hiszpanię, oświadczył, że „lepiej jest podłożyć ogień pod dom sąsiada, niż czekać, zanim on podpali nasz dom“. „Monarchowie – mówił Henryk IV– muszą się zdecydować na los młota lub kowadła, ja wolę dać dwa uderzenia mym nieprzyjaciołom, niż samemu otrzymać jedno z ich rąk. Kartezyusz, który przecież nie był zwolennikiem macchiawellizmu, uznawał, że ten pogląd nie sprzeciwia się filozofii. „Sprawiedliwość między monarchami – rzekł on do pewnej damy, która pytała się go o zdanie o „Księciu”—ma inny zakres, niż między ludźmi prywatnymi. Należy odróżniać przyjaciół, czyli sprzymierzonych i nieprzyjaciół, w stosunku do ostatnich panujący ma niejako prawo czynić wszystko, byle było to z korzyścią dla niego lub dla jego poddanych; w tym wypadku nie potępiłbym połączenia lisa ze lwem, czyli przebiegłości z siłą. A nawet uznałbym za nieprzyjaciół wszystkich, którzy nie są sprzymierzeńcami, ażeby mieć prawo wypowiedzieć im wojnę, jeżeli to może być pożyteczne, ponieważ z chwilą, gdy stają się oni podejrzanymi lub groźnymi, ma się zasadę niedowierzać im”. A słynny ustęp z „Ducha praw” o zapobiegawczych wojnach jest skrótem tych zasad.

Jeżeli uznaje się za słuszne wypowiedzenie wojny dla uprzedzenia niebezpieczeństwa, to jest rzeczą konieczną przyśpieszyć jej początek, by zaskoczyć wroga i udaremnić jego plany. Często zarzucano Fryderykowi II-mu jego niespodziewane napady i atakowanie z zasadzek, lecz wszak on tylko podejmował odważnie i przeprowadzał z powodzeniem to, o czem jego współcześni albo myśleli, nie decydując się jednak na stosowanie tych zasad w praktyce, albo czego próbowali bez powodzenia. „Wielkie mocarstwo, które ma wielkie zamiary – mówił do Ludwika XV-go jego tajny doradca, hrabia de Broglie – wykonywa je, nie bacząc na hałasy, następnie będzie ono regulowało obrachunki z sąsiadami i napewno będą one dlań korzystne”.

W 1755 r. Anglicy zaatakowali niespodzianie Francyę na morzu, bez wypowiedzenia wojny; w Wersalu przypuszczano, że stało się to za porozumieniem z dworom wiedeńskim. „Wojskowi – opowiada Bernis – byli zdania, że atak Anglików należy uważać, jako początek akcyi, oddawna obmyślonej i ułożonej razem ze sprzymierzoną Austryą, że zatem dla złamania tych planów należy zająć Niderlandy”. Namawiał do tego król pruski, zapewniając, iż ma 140,000 gotowego wojska, że uderzy na Czechy, równocześnie gdy Francuzi wykonają atak na Belgię. Nie usłuchano go i postąpiono słusznie, jak się okazało, bo w tym samym czasie układał się on z Anglią przeciwko Francyi. Te wypadki zdarzyły się w lipcu i sierpniu 1755 r.; doszło to do wiadomości Maryi Teresy, która we wrześniu odkryła Ludwikowi XV odstępstwo Prus i zaproponowała mu odwrócenie frontu i wystąpienie przeciwko królowi pruskiemu. Ludwik XV odmówił i zgadzał się tylko na przymierze odporne. Marya Teresa zwróciła się wtedy do Rosyi i dnia 25-go . marca 1756 r. oświadczył jej ambasador w Petersburgu, że Austrya jest gotowa uderzyć na Fryderyka z 80,000 wojskiem. Cesarzowa pragnęła przyśpieszyć akcyę i miała słuszność, bo Fryderyk nie czekał, by dać czas swym wrogom dla zawierania koalicyi. „Czy mam nos do szczutków? – mówił on do posła angielskiego – ta dama pragnie wojny, będzie więc ją miała. Nie mogę nic innego uczynić nad rozpoczęcie pierwszemu kroków nieprzyjacielskich. Wojska moje są w pogotowiu, należy złamać ten związek, zanim stanie się zbyt silnym”.
Wkroczył więc do Saksonii, a stąd pomaszerował na Czechy. W ten sposób zaczęła się wojna siedmioletnia.

Zacytowane zdarzenie jest bardzo charakterystyczne, daje ono przykład sposobu wyrokowania i zobaczymy niebawem, że w 1792 r. zwolennicy wojny z Austryą powoływali się dla usprawiedliwienia proponowanego wystąpienia na przykład Fryderyka z 1756 r.

Równowaga polityczna

[…] Opinia najtrudniej wybacza bohaterom grzechy powszednie i dlatego sumienie polityków bywa pobłażliwe, gdy chodzi o wielką niesprawiedliwość, a bardzo wymagające w małych rzeczach. „Źle jest łamać słowo bez powodu – mawiał Fryderyk – bo wtedy nabiera się opinii człowieka zmiennego i lekkomyślnego”, Richelieu był zdania, że najmądrzejszem postępowaniem będzie dochowywanie wierności zawartym traktatom po przeprowadzeniu dokładnych obliczeń. „Stanowi to największą siłę monarchów”. Zarówno nie trzeba kusić się o rzeczy małe. „Co do księstwa warmijskiego – pisał król pruski – to gra nie warta była świeczki, jest to tak mała zdobycz, że nie stanowiłaby dostatecznego wynagrodzenia za hałas, jaki wszcząłby się z togo powodu. Pospieszne zabieranie rzeczy drobnych nadaje cechę nienasyconej chciwości”. Fryderyk dochodzi wprost do tego wniosku i chełpi się z tego. Sumienie Maryi Teresy, pomimo wielu łez, doprowadza ją wreszcie do tegoż punktu: „Trzeba umieć wykonywać i dla niewielkiej korzyści nie gubić swej opinii wobec Boga i ludzi”, pisała cesarzowa do Kaunitza.

Nastąpił dzień spotkania wyniosłej matrony i filozofa z Sans-Souci, podali sobie wtedy ręce i przyjęli wspólną komunię ciała Polski. Cesarzowa płakała, a król się śmiał, lecz jedyną różnicą między nimi było to, że cesarzowa żądała zwiększenia swego działu Polski za swe wyrzuty sumienia i większej ilości Polaków za swe skrupuły. Żądania jej spełniono i to stanowi jedyne zadośćuczynienie, jakie moralność otrzymała w tej sprawie. Podbój, który jest zasadą i uwieńczeniem wszelkich przedsięwzięć, znajduje ograniczenie w samym przedmiocie sporu, a nadużycie siły niszczy samo dzieło. Trzeba mieć siłę dla podboju, lecz trzeba być rozsądnym i sprawiedliwym dla utrzymania zdobyczy. Rabelais, który widział w monarchii francuskiej przykład dobrze obmyślanych i zręcznie przeprowadzonych podbojów, w ten sposób określił ich podstawę: „Sposób utrzymania nowopodbitych krajów nie polega na ucisku, niszczeniu i dręczeniu ludów, jak błędnie, ku swemu pohańbieniu, myśleli niektórzy. Trzeba postępować z podbitymi jak z nowonarodzonem dzieckiem, karmić je, kołysać i bawić; jak rekonwalescenta, wracającego do zdrowia po ciężkiej chorobie, należy je pieścić, ochraniać i pokrzepiać. Postępowaniem, pełnem miłości i dobroci, utrzymuje się w spokoju to, co z trudem zostało zdobyte. Kto postępuje inaczej, nie tylko utraci zdobycz, lecz spadnie nań jeszcze zła sława, że zyski te były bezprawne, skoro mu się z rąk wysunęły. A gdyby nawet utrzymał je do końca życia, lecz odpadły za jego następcy, to w każdym razie spadnie nań toż potępienie i pamięć jego będzie przeklęta, jako niegodziwego zdobywcy”.

Rabelais był bardzo przewidujący i trzysta lat doświadczenia potwierdziło zdanie tego oryginalnego umysłu. Montesquieu, zbadawszy sposoby, jakimi Francya zdobyła i utrzymała Alzacyę, Roussillon, Flandryę i Franche-Comté streścił swe uwagi w następujących wyrazach: „Celem wojny jest zwycięstwo, celem zwycięstwa – podbój, a podboju – utrzymanie. Podbój jest nabywaniem, a treścią nabywania – zachowanie i użytkowanie, a nie niszczenie”. Naturalną granicę podboju stanowi zasymilowanie. Nie należy podbijać tego, czego nie można zachować, a zachować to znaczy zjednoczyć. „Obowiązkiem zdobywcy jest choć częściowe powetowanie wyrządzonego zła, prawo podboju określa on w taki sposób: jest to prawo konieczne, słuszne i nieszczęśliwe, które zawsze pozostawia do spłacenia ogromny’ dług wobec natury ludzkiej”. I tylko przez spłatę tego długu podbój nabiera mocy prawnej. „Prawo podboju—mówi Bossue t– które zaczyna się od przemocy”, zmienia się przez zgodę narodów i spokojne władanie niejako w prawo powszechne i naturalne“. […]

Ponieważ w Europie niema pustych przestrzeni, można się wzbogacać tylko na koszt innych, lecz wszystkie mocarstwa są zgodne co do togo, by nie dać nikomu wznieść się ponad inne. Jeżeli jeden ma pretensyę do przeważnej części zdobyczy, natychmiast powstaje przeciwko niemu związek pozostałych. W ten sposób z wielkich mocarstw tworzy się rodzaj związku uczestnictwa; zobowiązują się one poniekąd do zachowania swego stanu posiadania, do zdobywania w miarę wkładów i niedopuszczenia, by ktokolwiek z nich mógł narzucać swą wolę innym. To właśnie nazywa się równowagą europejską.

W rzeczy samej po wielkich wojnach, które wyniszczyły i zmordowały wszystkich, ustaje walka na pewien czas, zawiera się układy i z krzyżujących się dążeń i przeciwstawiających się nawzajem sił wynika wreszcie stan równowagi. Lecz te same przyczyny, które go sprowadziły, niebawem go niweczą. By stan ten mógł trwać, trzeba, by nie było zmian, co jest niemożliwe, musiałoby nie być ani silnych, ani słabych, ani skąpych, ani rozrzutnych, ani energicznych, ani niedołęgów. Dla złamania równowagi dość, by jedno państwo upadało, a drugie zreformowało się.

Instrukcya z połowy XVIII w. uznaje równowagę jedynie za sprawę opinii, którą każdy może interpretować według swych poglądów i osobistych interesów. Zasada równowagi bywa wysuwana przeciwko dążeniom innego państwa do przewagi: Francya np. wysuwa ją przeciwko Austryi, Anglia zaś przeciwko Francyi. W powstających związkach każdy kieruje się tylko swoją korzyścią, a jeżeli korzyść ta często wymaga hamowania silnych, to bardzo rzadko doradza popieranie słabych, których posiadłości są pożądane. Powinna istnieć równowaga sił, a to przeważanie wymaga podziału: potrzeba wtedy przeciwwagi; dostarczają jej słabi zwyciężeni, co doprowadza do korzyści silnych, ambitnych i zręcznych. Wywyższenie Prus było logicznym wynikiem tego systemu: były one przeciwwagą tak długo, aż poczuły się na siłach, by z kolei przeważyć szalę na swoją stronę. Równowaga nie stanowi zatem ani zasadniczej reguły, ani gwarancyi prawnej. Współcześni rozumieli to dobrze, to też w miarę tego, jak coraz jaśniej zarysowuje się ta prawda, wzrastają zbrojenia. […]

Biorąc naogół, niema innej gwarancyi nad dobrze zrozumiany interes, ani innej zasady nad przeciwstawienie interesów. Zwyczaj sprowadza się do takich zasad, opartych na doświadczeniu: „co jest dobre do zagarnięcia, jest dobre do zachowania”, poddaje chęć i wszyscy słuchają jej; „to tylko jest dobre do zagarnięcia, co jest dobre do zachowania” – dodaje roztropność, lecz bardzo niewielu słucha tego zastrzeżenia. Trzeba rozszerzać swe granice, mówi ambicya, łączmy się więc z silnymi i zgadzajmy się na podział, jeśli oni tego żądają, a najgłówniejszą rzeczą jest uregulowanie warunków przetargu”. „Lepiej – odpowiada rozwaga – panować wśród rozdzielonych i podrzędnych jednostek państwowych, niż rywalizować z potężnym sąsiadem. Należy – wnioskuje przezorność – rozpoczynać to tylko, co może być doprowadzone do końca”. Takie rozumowanie stanowi jedyną ochronę państw i przed własnemi pragnieniami, i przed bezprawiem innych. Nie tak przedstawiano zwykle Europę dawnego porządku, lecz taką była ona w rzeczywistości i tak trzeba na nią patrzeć, by zrozumieć jej stosunek do rewolucyi francuskiej.

Rozbiory

[…] Z tego punktu widzenia przez logiczny rozwój idei i faktów dochodzi się do uznania podziału jakiegoś państwa nie za tranzakcyę między rywalizującemi uroszczeniami ani za konieczną konsekwencyę wojen sukcesyjnych, lecz za normalny środek dyplomatyczny, używany w celu uniknięcia wojen przez zaspokojenie z góry rozmaitych pragnień, które w przeciwnym razie mogłyby wystąpić gwałtownie. Choć ta konsekwencya wydaje się na pierwszy rzut oka paradoksem wobec zasady równowagi, wynika jednak z niej tak bezpośrednio, że narzuca się równocześnie z jej określeniem. Wielki zamiar Sully’ego mieścił w sobie powszechny przewrót w stanie posiadania Europy. Cały traktat westfalski opiera się na wywłaszczeniu księstw duchownych dla pożytku Europy, t. zw. sekularyzacya stanowiła precedens w tym kierunku, a potem rewolucya znalazła tę zasadę w zbiorach prawnych, i zastosowała ją, w życiu.

Dwa państwa współczesne z racyi swego położenia geograficznego i wewnętrznego stanu mogły podledz temu rodzajowi tranzakcyi: były to – Turcya i Polska. Tu mogli wszyscy znaleźć zaspokojenie, to też myśl o rozbiorze tych państw istniała oddawna, a w XVIII w. stała się powszechną. W 1782 r. Rosya i Austrya zgodziły się co do podziału Turcyi, a w 1772 r. przeprowadziły wraz z Fryderykiem II rozbiór Polski, ponieważ nie mogły dojść z nim do porozumienia w sprawie podziału Turcyi. Chociaż król pruski rozpoczął tę akcyę i doprowadził ją do końca, lecz równocześnie cały świat o tem myślał. Polska była jakby ruchomością Europy i nikt nie robił sobie skrupułu, by spekulować nią zgodnie ze swym własnym interesem. W ciągu jednego roku między grudniem 1768 a sierpniem 1769 r. kanclerz Kaunitz proponował Maryi Teresie pozyskanie króla pruskiego za cenę Prus polskich, w tym samym czasie król pruski żądał od Rosyi dwóch prowincyi polskich, jako wynagrodzenia za przymierze, i Rosya zgadzała się na to żądanie; poseł francuski podsuwał równocześnie myśl rozbioru Polski i w Wiedniu – by oderwać Austryę od Prus, i w Berlinie – w celu oderwania Prus od Austryi; Turcya wreszcie, choć prowadziła wojnę o niepodległość Polski, gotowa była wydać swego sprzymierzeńca Austryi za cenę pomocy tej ostatniej przeciwko Rosji.

Uczestnicy podziału z 1772 r. powoływali się na dawne prawa, lecz była to tylko kwestya stylu, w gruncie rzeczy nie przywiązywali do tego żadnej wagi i nie spodziewali się kogokolwiek przekonać. „Mam niewysokie pojęcie o naszych prawach”, przyznawała się Marya Teresa. „Jeżeli Austryacy zabierają, dwa starostwa – odpowiadała Katarzyna II, – czemuż inni nie mają wziąć również?” „Niech tak będzie – zdecydował Fryderyk, lecz dodał, jeżeli prawa nasze nie są zbyt dobre, nie trzeba ich wyszczególniać”. Deklaracja z 1772 r. podporządkowała mniemane prawa zasadzie równoważności zdobyczy, jedynej, na którą on zgodził się powołać. „Jakiekolwiek mogą być rozmiary i granice pretensyi, nabyte wskutek nich posiadłości powinny być zupełnie równe”.

„Jest to – pisał Fryderyk – pierwszy w dziejach przykład podziału, przeprowadzonego zupełnie spokojnie przez trzy mocarstwa”. Nie miał on być ostatnim. Po rozbiorach, dokonywanych w celu uregulowania sporów lub w celu zapobiegania im, doszło do tego, że dzielono państwo przez proste porozumienie się, dla wygody, i rozbiory stały się celem i środkiem politycznym. Państwa stale patrzyły z przerażeniem na rozwój tej zasady, która zagrażała im wszystkim, a jednak zdobyła ona sobie prawo obywatelstwa w dyplomacyi i stanowiła treść wszelkich korespondencji w końcu okresu przedrewolucyjnego. […]

W Spirze w 1689 r. żołnierze Ludwika XIV zrabowali katedrę, gdzie spoczywały groby ośmiu cesarzy, a ich popioły zostały rzucone na wiatr. Louvois chciał przerazić w ten sposób Niemców. Nie cofano się nawet przed rozpętaniem namiętności i ślepego fanatyzmu tłumu. W 1601 r. rozeszła się w Paryżu pogłoska o śmierci Wilhelma III. „Zaczęły się — pisze Louvois — radosne uroczystości, pijatyka”. Policya próbowała tłumić to wzburzenie, lecz tłum otaczał agentów, ściskał ich, całował i wciągał w swoje szeregi. Ruch ten ogarnął i prowincyę, wszędzie podniecony lud radował się ze śmierci wroga. Był to pierwowzór karmanjoli, lecz tę karmanjolę wprawiła w ruch królewskość. Posłuchajmy, co mówi człowiek współczesny, będzie się nam zdawało, że rzecz się dzieje w wieku następnym, w okresie pełnego rozwoju sankiulotyzmu: „W ciągu kilku dni miało się przyjemność oglądania portretów tego księcia i jego żony wieszanych, rozdzieranych, włóczonych po błocie lub obwożonych na osłach z ubliżającymi napisami i t.d.”. W ten sposób pod rządami monarchy, który uważał siebie za niezwalczonego obrońcę lub mściciela zgwałconego majestatu, interpretował lud w Paryżu zasady racyi stanu, a policya tolerowała to wszystko. Uczono się zatem, że królowie mogą popełniać zbrodnie, że można ich sądzić i że króla zdrajcę lub wroga można nie uważać za króla. A jeżeli posunąć to rozumowanie dalej, to lud zwróci się przeciwko władzy króla i król stanie się uzurpatorem, zdrajcą i wrogiem. A więc zupełnie prosta droga prowadzi do 1793 roku.

Dyplomacya

Dyplomacya jest wyrazem zwyczajów politycznych, a dyplomaci dawnego porządku tworzyli, nawet wśród najświetniejszych sfer, grupę odznaczającą się szczególniej wyszukanym wykwintem. Nic chodzi tu o wykształcenie znajomości form lub sposób wyrażania się, lecz o treść rzeczy, trzeba poznać zamiary i dokumenty, by zrozumieć, jak łatwo dostosowała się ta dyplomacya do środków rewolucyjnych, a ludzie rewolucyi do sposobu postępowania dyplomatów.

Układy stały się intrygą wyższego stopnia i ogromnej wagi i to stanowiło podstawę tej subtelnej sztuki. Państwami rządzi tylko interes, lecz można zniweczyć czyjeś zamiary lub zmylić rachuby. Panuje racya stanu, lecz rządzą namiętności i przez nie to kieruje się ludźmi. Polityka tylko tem żyje, to znaczy, że często zniża się aż do upodlenia. Dawna Europa nie miewała skrupułów, ani dbała o fałszywą delikatność.

Zresztą w XVIII wieku nie spotykamy bardziej skandalicznych przykładów od stosunków na dworze Ludwika XIV w XVII w.: tu drżenie najpotężniejszych ministrów i wszystkiego, co tylko było wielkiem, króla Anglii, królowej, posłów, przed wdową po Scarronie, tym słynnym kalece bez nóg, guwernantką nieprawych dzieci królewskich, za Ludwika XV, Marya Teresa nie zawahała się starać o przychylność pani Pompadour. „Była ona – jak głosi urzędowy dokument – depozytaryuszką wynurzeń najgłębszych uczuć tej księżny dla króla”. Cesarzowa otworzyła swe serce przed kochanką Ludwika XV dla zawarcia przymierza z Francyą, zrobiła nawet jeszcze więcej, gdy w parę lat później chodziło o uznanie rozbiorów Polski, dokonanych wbrew temu przymierzu i gwałcących je. Sprawa była trudna, trzeba było się bardzo poniżyć, siedemnastoletnia córka Maryi Teresy zaślubiła właśnie delfina Francyi i cesarzowa poleciła jej pochlebiać pani Du Barry. „Nic wymagam uniżania się, ani zażyłości – pisała do swego posła – lecz grzeczności, winnej ze względu na osobę dziada i króla, wobec korzyści, jaka może stąd spłynąć na nas i dla dobra obu dworów; być może, że od tego zależy przymierze. Spodziewam się po panu i po mej córce, że dołożycie wszelkich starań w tym celu i że ona wyzwoli się od przesądów, które mogłyby ją natchnąć do działania w przeciwnym kierunku. Nic nie mogłoby powetować dobra, jakie w ten sposób dałoby się osiągnąć”.

Jeżeli zatem monarchini, odznaczająca się wysoką uczciwością, nabożna i nieskazitelna osobiście co do charakteru, jest zmuszona do takich ustępstw, to, oczywiście, jawni sceptycy, kierując swemi sprawami, poruszają się z zupełną swobodą na terenie tak odpowiednim do ich działania. W Petersburgu ma się znowu do czynienia z faworytami. Wszędzie ta sama gra, niekiedy posuwa się ją bardzo daleko, przynajmniej w zamiarach i zupełnie poza granice przyzwoitości. Dostarczyć kochanki królowi, faworyta królowej i cesarzowej, a nawet księżniczce krwi, żonie domniemanego następcy tronu, to ulubione środki, używane przez dyplomacyę. Pewna osobistość, która odgrywała bardzo ważną rolę na scenie wielkiego świata, na pożegnalnej audyencyi otrzymała instrukcyę, dającą się wyrazić w następującym dwuwierszu:
„Jakież rozkazy otrzymam, o królu?
Podobać się tej kobiecie i stać się jej kochankiem”.

Przekupstwo stało się głównem narzędziem działania, sprzedajność szerzy się wszędzie. Margrabia d’Argenson podkreśla ze słuszną dumą piękny wyjątek wśród ogólnego upadku. „Przekupstwo nie przedostało się do biur spraw zagranicznych, trzeba to uznać za fakt, zbliżający się nieledwie do cudu, który czyni honor narodowi francuskiemu, tem bardziej, że pensye urzędników są bardzo nizkie, a szanse powodzenia małe”. D’Argenson jest zdania, że „sposób przekonywania zawsze z pieniędzmi w ręku przyszedł z Anglii”. Był on tam bezwarunkowo często w użyciu, lecz trzymano go się i na lądzie.

Świadczą o tem najdawniejsze traktaty o sztuce prowadzenia układów; la Bruyère między cechami dyplomaty wylicza umiejętność ofiarowywania w porę pieniędzy, a przynajmniej dyplomata powinien tak się zachowywać, by myślano o nim, że jest skłonny do przyjęcia zapłaty. „Umie on zainteresować tych, z którymi się układa, nie chce, by uważano go za niezdobytego, owszem, pozwala przypuszczać, że jest wrażliwy na swe położenie materyalne i w ten sposób ściąga propozycye, które odkrywają tajemne poglądy, zamiary i środki, i korzysta z nich”.

Większość dyplomatów XVIII wieku korzystała z tego w całej rozciągłości, nie poprzestając na samem kokietowaniu. Postępowano też bez ogródek. W 1716 roku Dubois prowadził układy ze Stanhopem i pisał w ten sposób do regenta: „Zaryzykowałem otwarte postawienie kwestyi i doznałem najżywszej radości, widząc, że pozwolił mi wszystko wypowiedzieć aż do wysokości sumy, którą określiłem na 600,000 liwrów, wysłuchał tego bez gniewu”. W początkach rewolucyi francuskiej pełnomocny minister austryacki w Stambule, Thugut, któremu oddano kierownictwo polityki austryackiej w tem wielkiem przesileniu, pobierał od 1768 r. pensyę od króla Francyi.

Oprócz takich handlów bieżących bywały stałe wielkie targi peryodyczne: sejmy w Szwecyi i w Polsce. W 1763 i 1766 r. sejmy szwedzkie kosztowały Francyę: pierwszy 1,400,000 liwrów, a drugi – 1,830,000. Minister rosyjski, Panin, zaproponował w Wiedniu i w Berlinie w 1773 r. utworzenie zapasowego kapitału i kasy dla przekupstwa we wspólnych działaniach.

Lecz głównym rynkiem był sejm wyborczy Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Tu cały świat był gotów brać lub dawać. W 1741 r., gdy szło o wybór Bawarczyka na cesarza, Bell-Isle prowadził licytacyę, lecz jako człowiek ostrożny, płacił dopiero po głosowaniu. Ta przezorność bywałą potrzebna, bo np. elektor koloński wziął 100,000 florenów od Austryi, lecz otrzymał od spowiednika pozwolenie cofnięcia się bez zwrotu pieniędzy. Tenże system stosuje się nawet do konklawe. „Król powinien – pisał minister Ludwika XIV– używać wszelkich środków, jakimi rozporządza, a więc namowy, zręczności, a nawet pieniędzy, które są sposobem najpewniejszym i najszybciej wiodącym do celu, zresztą oddawna używanym na dworze rzymskim dla zapewnia sobie obioru mniej stronnego papieża“. To też tajne kapitały i pensye stanowią ważną pozycyę w budżecie kancelaryi państwowej. A jednak jakby intrygi oficyalnej dyplomacyi były niewystarczające i jakby w tej sztuce intryg, przekupstwa i podstępów było jeszcze coś do zrobienia, przed czem nawet ona cofała się, powstała dyplomacya tajna, która tak uwikłała się w spiskach, że uczyniła z dziejów negocyacyi XVIII w. labirynt nie do wybrnięcia. Zawsze używano tajnych agentów dla spraw drażliwych lub dla postawienia ryzykownych propozycyi, lecz nigdy w takiej mierze, jak w XVIII w. Mogłoby się zdawać, że w pełni władzy absolutnej rozwinęło się wśród monarchów zamiłowanie do romantyczności, spisków i przygód. Ich sceptycyzm i nieufność są tak wszechstronne i głębokie, tak oni sami nadużywali wszelkich podstępów, że doszli do zwątpienia o wszystkiem i o wszystkich, a szczególniej o własnych powiernikach. Dla zdobycia ich zaufania trzeba ludzi nieznanych, którzy przystępują do tajemnicy, używając umówionych słów i znaków, zapomocą których dają się poznać. Powstaje w ten sposób rodzaj masoneryi dyplomatycznej, gdzie są mistrzowie i adepci.

U Ludwika XV przechodziło to nieledwie w manię, lecz w gruncie rzeczy on tylko stosował w wyższym stopniu to, co robili inni. Europa była literalnie zasypana przez jego tajnych agentów i wszyscy ubiegali się o tę rolę. Finansiści, literaci, przed którymi otwierały się wszystkie drzwi, widzieli w tej działalności coś, co schlebiało ich miłości własnej, a odgrywanie roli męża stanu i dyplomaty, choćby tylko w przedpokojach, głaskało ich próżność. Voltaire wzbudzał w tej roli politowanie. Diderot nie miał żadnego znaczenia, jedynie Grimm oddał pewno usługi swym panom i został nawet zaliczony do stałych agentów. Wszyscy ludzie ambitni próbowali karyery na tej drabinie, stąd to wyszedł Dumourier. W spisach tajnej dyplomacyi znajdujemy wiele sławnych imion, a najsławniejszymi ze wszystkich stali się dwaj ludzie, którym śmierć Fryderyka dostarczyła sposobności do rozpoczęcia karyery w tajnej dyplomacyi zanim wystąpili na szerokiej arenie. Na propozycyę Talleyranda wysłano Mirabeau do Berlina dla obserwowania wypadków. Było to niejako próbą ich obu: Mirabeau pełnił obowiązki posła, a przyszły negocjator traktatów wiedeńskich – rolę ministra in partibus.

Pod sceną, w kuluarach i za kulisami mnożyli się awanturnicy. Zapełniali oni hotele, podsłuchiwali pod drzwiami, kręcili się po korytarzach, handlując tajemnicami, gotowi zawsze kupić wszystko, co było do sprzedania i sprzedać wszystko, jeżeli miał kto kupić. „Przyjmowany w jednem mieście, więziony w drugiem”, jak bohater Beaumarchais’go, bywał taki awanturnik częściej przyjmowany, niż wypędzany. Był on faktorem w tym handlu przemytniczym dyplomacyi, agentem tej tajnej giełdy i kommiwojażerem. Cynicy, jak Casanowa, szarlatani, jak Cagliostro, wciskali się na dwory i zdobywali sobie miejsce w dyplomacyi.

Widziano margrabiego de Poterat, spekulanta i spiskowca, poszukiwanego niedawno przez policyę, rodzaj oszusta, szpiega, w roli upełnomocnionego wysłańca dyrektoryatu na dwór wiedeński, i był on tam przyjęty i słuchany. Nie o wiele go przewyższający hrabia d’Antraigues stał się duszą emigracyi, a. chwilowo na jej czele stał rycerz tegoż rodzaju, Roques de Montgaillard. Rewolucya nie stworzyła tej czeredy intrygantów, którzy krążyli po całej Europie, istnieli oni przedtem w ukryciu, a wyrzuciła ich tylko na powierzchnię. Rozpoczęli też natychmiast działalność, pora była odpowiednia: budowla była zburzona i można było się do niej dostać tylko podziemnem wejściem. Do tej roboty byli oni jedyni. Przyzwyczajono się oddawna do posługiwania się nimi, znano też wielu z nich, choć coprawda, ze złej strony. Użyto więc ich i szybko stali się niezbędnymi, nie tylko po stronie rewolucyi, lecz i w partyi emigrantów i na najstarszych dworach.

Przekupywać, oszukiwać lub przeciągać na swą stronę agentów było rzeczą dość niebezpieczną i kosztowną. Prostszym i tańszym środkiem zdobywania sekretów dyplomatycznych było otwieranie listów. „Stało się to tak powszechnym i tak znanym zwyczajem – pisze autor „Urządzeń politycznych” – że prawie wszędzie dla uniknięcia złych skutków wprowadzono w użycie cyfrowanie”. Ale klucz można kupić, a przytem niema takiej kombinacyi, przynajmniej dotychczas, któraby nie dała się po pewnym czasie rozwiązać. „Czarne gabinety są instytucyą państwową, a tak zwani interceptorzy stanowią stałe źródło informacyi”.

Wyrobili się specyaliści w sztuce rozpieczętowywania listów, odcyfrowywania i zapieczętowywania ich z powrotem. Słynni byli w tej mierze agenci paryscy, nie ustępowali im w niczem wiedeńscy, posiadali oni nie tylko klucz cyfry poselstwa francuskiego, lecz nawet klucz tajnej korespondencyi Ludwika XV.
I tą właśnie drogą francuski minister spraw zagranicznych, d’Aiguillon, dowiedział się o „sekrecie królewskim”, który oddawna już nie był tajemnicą dla dworu wiedeńskiego. Kardynał Rohan, ówczesny poseł tego dworu, przekupił jednego z agentów czarnego gabinetu i między cennymi dokumentami, otrzymanymi wtedy od niego, znalazły się listy hrabiego Broglio, pisane do jednego z sekretarzy ambasady bez wiedzy posła i ministra spraw zagranicznych,

Uniknąć przejmowania listów można było jedynie, powierzając je odważnym, pewnym i pilnym kuryerom, lecz i to było środkiem połowicznym. „Pamiętaj pan starannie cyfrować swe depesze – pisał w 1788 r. hr. de Montmorin do pewnego agenta francuskiego we Włoszech – nawet te, które powierzasz kuryerom hiszpańskim. Nie mówiąc już o innych wypadkach, kuryer, jak się to zdarza, może być porwany”.

W czerwcu 1685 roku Louvois, uprzedzony, że kuryer cesarski z Hiszpanii będzie przejeżdżał przez Alzacyę, pisał do Montclara, komendanta Strasburga: „Król uważa za niezbędne w obecnej sytuacyi zrewidować tego kuryera i odebrać mu depesze. Poleca więc panu rozstawienie na drodze pocztowej między Strasburgiem a Sawernią trzech lub czterech pewnych ludzi, którzy by to uczynili. Trzeba szukać bardzo starannie i w jego rzeczach i przy nim pod pozorem szukania pieniędzy”. Gdy kuryer bronił się, mógł stracić życie, a nawet zabijano czasami naumyślnie, by łatwiej można było uwierzyć w napad bandytów. „Trzeba – pisze Bielfeld – wybierać do tych przedsięwzięć ludzi silnych i nieposzlakowanej wierności”.

Kuryer był osobistością nieznaczną i ginął bez śladu, wszyscy wiedzieli, że na drogach rozbijają bandyci, wszystkie rządy uznawały, że ich policya była nie wystarczająca dla stłumienia rozbojów. Było rzeczą jeszcze zuchwalszą i trudniejszą zatrzymać i zrewidować samego ambasadora, a przecież i to zdarzało się, pomimo listów bezpieczeństwa. Porwanie Mareta i Semonville’a w 1793 roku było powtórzeniem zamachu, dokonanego w tem samem miejscu i analogicznych okolicznościach w XVI wieku: wtedy posłowie francuscy, udający się na dwór Solimana, zostali zamordowani w Medyolanie z rozkazu rządu cesarskiego, a papiery ich zabrano. Zamach w Rastadzie w 1799 r. miał również precedensy podobne, choć mniej dawne. Podczas kongresu w Kolonii w 1674 r. pisał Louvois do hrabiego d’Estrades: „Zdaje się, że Lisola (pełnomocnik cesarski) wyjedzie niebawem z Leodyum, by wrócić do Kolonii. Byłoby bardzo pożądanem zaaresztować go, a nawet nie stało by się nie złego, gdyby go zabito, byle on lub ci, którzy z nim będą, zaczęli się bronić; jest to człowiek bardzo zuchwały, używa on całej swej energii i zręczności, na jakich mu nie zbywa, na szkodę Francyi. Uczynił byś pan wielką przysługę Jego Królewskiej Mości, urzeczywistniwszy ten projekt”. Lisola zdołał uniknąć niebezpieczeństwa, lecz ten system wszedł w użycie i w miesiąc później żołnierze cesarscy porwali księcia Fürstenberga, pełnomocnika elektora kolońskiego, pozostającego pod opieką Ludwika XIV. Uprowadzono go do Wiednia, gdzie zatrzymano go aż do zawarcia pokoju.

W wieku XVIII postępowano w dalszym ciągu według tej samej tradycyi. Fryderyk posunął do ostatnich granic przejmowanie korespondencyi. Podejrzewając w 1756 r., że szerzy się przeciw niemu spisek i że dowody na to są w Dreźnie, zajął to miasto bez wypowiedzenia wojny i zabrał archiwa państwa. Nauka nic poszła w las. Następnie dość często zdarzały się przykłady podobnych czynów. Porwanie księcia d`Enghien na terytoryum neutralnem, sąd nad nim i tajna egzekucya, a w gruncie rzeczy zasadzka i morderstwo; zajęcie Rzymu i aresztowanie papieża, zawładnięcie archiwami Watykanu są ostatnimi faktami w tym rodzaju.

Wojna

[…] Dzieje wojen XVII wieku są właściwie ponurym komentarzem akwafort Callota i Romain de Hooge’a. Żołnierze wydają się nam brutalni, armie nieporządne i bez dyscypliny. Zwyczaje są nieubłagane, wojna powinna żywić wojnę, rekwiruje się też aż do zupełnego wyniszczenia, zabiera się wszelkie skarby, nawet kościelne. Dopóki zwyciężony może płacić, zdobywca zmusza go do tego. Nie jest to tylko środkiem utrzymania armii, lecz sposobem wzbogacania skarbu i zabezpieczenia się na przyszłe wojny. Zdobycz wojenna stanowi najpewniejsze źródło dochodu w oczach współczesnych finansistów. A do tego trzeba jeszcze dodać grabieże, gwałty i pożary. Ciężary wojny spadają na kraj zajęty i rujnują go zupełnie. Wypędza się mieszkańców, uważanych za niebezpiecznych lub poprostu podejrzanych. Resztę ludności ogarnia wtedy przerażenie i emigrują, by uchronić się od zguby, która zagraża nie tylko ich majątkom, lecz im samym i honorowi ich córek i żon. Nakłada się wtedy opłaty na nieobecnych i burzy się domy tych, którzy nie płacą. Pożar stał się klasycznym środkiem przyśpieszania wypłat. „Żadne ataki febry – pisał w 1672 roku Luksemburg – nie są tak regularne, jak nasz zwyczaj palenia co drugi dzień posiadłości tych, którzy są dość nierozumni, by nas do tego zmuszać”. Elektor Palatynatu protestuje nie przeciwko samemu faktowi, lecz przeciwko nadużyciom. „Zdaje mi się – pisze on do Turenne’a – że przy całej surowości nawet, należy podpalać tylko te miejscowości, które odmówiły kontrybucji”. Pali się domy i wiesza się mieszkańców wiosek, skąd strzelano do wojska. „Mieszkańcy miast, miasteczek i wsi – głosi manifest z dn. 25 lipca 1792 r.– którzyby się ośmielili bronić przeciwko wojskom Ich Cesarskich i Królewskich Mości i strzelać do nich, czy to w otwarłem polu, czy to z domów, będą natychmiast ukarani według całej surowości prawa wojennego, a domy ich zostaną zburzone lub spalone”.

Louvois był nieubłaganym wykonawcą tych krwawych dzieł, lecz nie wymyślił on nic nowego, tylko niejako uporządkował utrwalone zwyczaje i wprowadził pewną metodę do chaotycznego postępowania współczesnych. Uważał on, że ten system grozy skłoni prędzej narody do poddania się. „Należy bezwarunkowo – pisał on z powodu sprawy Palatynatu – doprowadzić ludność do rozumu, czy to wieszając ich, czy paląc ich wioski”. Niemcy opierali się wytrwale, obie strony współzawodniczyły ze sobą w okrucieństwie i brutalności w postępowaniu. Ludwik XV kazał spalić pięćdziesiąt domów za jeden spalony u siebie; Niemcy rozstrzelali dwóch jeńców francuskich za jeden spalony dom. Jeżeli jakaś miejscowość broniła się ponad zwykłą miarę, grożono jej załodze, że będzie wysłana na galery. Jeżeli w zdobytej miejscowości znajdowali się emigranci lub zbuntowani poddani, brano się ich do więzienia; jeśli liczba ich nie była wielka, to ginęli na szubienicy, w przeciwnym razie dziesiątkowano ich, a resztę wysyłano na galery. „Muszę powiedzieć panu – pisze ks. Kondeusz w 1673 r. do Louvois – że obecny nastrój ludności jest zupełnie inny, niż lat ubiegłych, wszyscy są doprowadzeni do rozpaczy”. Od 1793 r. powtarzają tę ponurą i monotonną zwrotkę wszyscy generałowie, którzy nie są żołdakami i wszyscy nie sfanatyzowani komisarze. To samo ubolewania odnajdziemy w korespondencyi obcych wojskowych i dyplomatów. Obcy zastosują wobec Francyi, a wojska rewolucyjne do obcych krajów kodeks wojenny Louvois.

W ten sposób pojmowali wojnę ludzie XVIII w. i tak ją prowadzili. D’Argenson za czasów swego ministeryum otrzymał wiele skarg z tego powodu i bardzo się tem przejmował, lecz odpowiadano mu, że litość i wojna nie idą w parze. I mówiono prawdę: wojny ówczesne słynęły z braku dyscypliny wśród armii, z łupiestw zwycięzców i ze skandalicznych poprostu zdobyczy niektórych dowódców. Za armią ciągnęły całe bandy, które żyły z grabieży; były to jakby ruchome przedmieścia, gdzie oficerowie i żołnierze sprzedawali i tracili łupy.

Tworzyły się w ten sposób całe niszczycielskie karawany, które powoli przeciągały przez kraj, szerząc ruinę i zarazę. Jeden ze współczesnych pisał w 1741 r. po przejściu Fryderyka przez Morawy: „Chyba od czasu Gotów nie prowadzono w ten sposób wojny” W 1744 r. Austryacy doszli aż do granic Lotaryngii i wezwali ludność do poddania się, grożąc opierającym się szubienicą, a „przedtem każdy będzie zmuszony sam obciąć sobie nos i uszy”.

Wojna siedmioletnia przewyższyła okrucieństwem swe poprzedniczki. Hrabia de Saint Germain pisze w 1757 r.: „Kraj w promieniu 30 mil jest tak spustoszony, jakby przeszedł tamtędy pożar”. „Jesteśmy otoczeni szubienicami – mówi drugi świadek– morduje się zarówno dzieci i kobiety, jeżeli sprzeciwiają się grabieniu swych domów”. Fryderyk wcielał jeńców do swej armii i to było dla nich szczęściem, w przeciwnym bowiem razie, jak np. pod Crefeldem, wybijano wszystkich, gdy ustawała walka. Straszliwa zajadłość panowała między Rosyanami a Prusakami. Rosyanie po zdobyciu Memla (Kłajpedy) w 1757 roku wciągnęli załogę do swoich pułków i wywieźli mieszkańców: „Nie widziano nic podobnego od czasu najścia Hunnów; wieszano ludność, obcinając im poprzednio nos i uszy, wyrywano im nogi, wnętrzności i serca”. Prusacy wzięli odwet w następnym roku w Kostrzyniu. „Rosyanie – opowiada Fryderyk– stracili 2,000 jeńców i około 15,000 .ludzi, którzy zostali na polu bitwy, bo żołnierze nie dali nu pardonu”.

W 1768 książę Potomkin oblegał od 6-ciu miesięcy Oczakow. „Okrucieństwu Hiszpanów w Ameryce i Anglików w Indyach – pisze jeden z Rosyan – niemogą iść w porównanie z czynami naszego filozofa wojskowego, który tłómaczy „Heloizę” Rousseau’a, mordując każdego, czyj majątek może podrażnić jego chciwość”. Dn. 16 go grudnia przypuszczono szturm: z 20,000 Turków, którzy się tu bronili, zginęło 10,000, miasto zostało wydane na rabunek, który trwał trzy dni, zamordowano wtedy około 6,000 mieszkańców. „Zajadłość żołnierzy była tak wielka – opowiada Ségur – że gdy w dwa dni po szturmie znajdowano dzieci tureckie, wyciągano je z ukrycia, podrzucano w górę i chwytano na bagnety, wołając: „Przynajmniej ci nie zrobią już nic złego chrześcijanom”.

Bierze się zakładników nie tylko dla zapewnienia sobie bezpieczeństwa pochodu, lecz także dla bezpieczeństwa oddziałów, pozostających z tyłu. Belle- Isle, opuszczając Pragę w 1742 r. wziął 16 zakładników, czterech ze szlachty, czterech z duchowieństwa, czterech z urzędników i czterech z mieszczan: mieli oni być odpowiedzialni za los załogi pozostającej w mieście. Posuwano się nawet jeszcze dalej: zajmowano fortecę i okupowano z tego tytułu cały kraj. Książę de Choiseul pisał do Wiednia w 1757 r.: „Prosiłem hrabiego Kaunitza o zawiadomienie ministra hanowerskiego, że jeżeli ten 15 tysięczny oddział angielski, który podobno wylądował we Francyi, uczyni cokolwiek, co sprzeciwiałoby się prawom, szanowanym przez cywilizowane narody, odpowie za to elektorat hanowerski; jedna wieś francusku, spalona przez Anglików, spowoduje pożar miasta hanowerskiego”. Ówczesny minister spraw zagranicznych, Bernis, zgadzał się w zupełności na takie stanowisko: „Byłoby to złą opinią o nas, gdyby przypuszczano, że jesteśmy zdolni oszczędzać dogorywającego nieprzyjaciela… Musimy uważać posiadłości króla angielskiego, jako pewien rodzaj zastawu w naszych rękach”.

Chcąc zdać sobie sprawę ze zwyczajów państw, należących do koalicyi przeciwko Francyi, trzeba przypatrzeć się ich czynom już nie w zdobytych krajach nieprzyjacielskich, lecz w tych krajach okupowanych, które chcą utrzymać w swem posiadaniu: np. w prowincyach polskich, które zostały podzielone i zajęte tytułem zastawu. Żołnierze rosyjscy, „raczej rozbójnicy i złodzieje”, według określenia Rostopczyna, współzawodniczyli w zajadłości walk z Polakami i niebawem przewyższyli ich. Z obu stron mordowano się nawzajem, palono i grabiono w imię religii. Dowódca Rosyan, Saldern, według słów współczesnego świadka, robił wrażenie szaleńca, któremu dano szablę. Fryderyk wyzyskiwał pod względem wojskowym zajęte terytoryum, zakładał tu magazyny, zasilał się żywnością, ściągał kontrybucyę, odżywiał swą armię i posuwał rekwizycyę aż do zabierania Polek dla zwiększenia ludności w Pomeranii, gdzie, jak się zdaje, brakowało kobiet.

Austryacy starali się o większą lojalność w postępowaniu: przeprowadzali oni granice, przeglądali tytuły posiadania, dowodzili swych praw i po przyłączeniu prowincyi stosowali do „reinkorporowanej” ludności surowe rządy swych dziedzicznych krajów. W gruncie rzeczy mimo powierzchownych pozorów ten system nie różnił się od postępowania Rosyi i Prus. W imieniu Maryi Teresy dwaj ludzie: Pergen, kierownik administracyi, i Hadik, dowodzący wojskami, jak opowiada historyk Ferrand, „zaczęli stosować do tego nieszczęśliwego kraju, t. zw. rewolucyjne środki i wprowadzili tu kodeks, który wyprzedził nasze przepisy z okresu rewolucji”. Emigracya została uznana za występek, zabroniono mieszkańcom opuszczać miejsce zamieszkania. Ci, którzy zostali, musieli opłacać wielki okup, a tych, którzy ratowali się ucieczką z pod znienawidzonych rządów, karano konfiskatą mienia. Sędziowie polscy musieli składać przysięgę Austryi i skazywać, według jej wymagań, swych współziomków. Większość ulegała pod wpływem obawy. A w Wiedniu uważano tymczasem, że obaj ci urzędnicy są, za powolni i za pobłażliwi. „Zarzucają, tu hrabiemu Pergenowi – pisał Józef II – że nie jest dość energiczny i, rzeczywiście, wszak jeszcze nic nie zrobił”. Tak samo wyraża się o Hadiku: „Jest on już, za stary do takiego zadania, za powolny i zanadto skrępowany swymi węgierskimi przesądami, które nie mogą mieć tu zastosowania”.

Takie były zwyczaje wojny w końcu istnienia dawnego porządku, to też terroryści łatwo dostosowali się do nich, lecz oprócz dzikiego fanatyzmu wnieśli nową deprawacyę, szczególnie nieznośną, t. j. hipokryzyę ludzkości. Trzeba było wielkiej siły ducha, by oprzeć się ogólnie panującemu kierunkowi: tyranii rozkazów jednych i zaraźliwości odwetu, szerzonej przez innych. […]

Źródło: z dzieła Alberta Sorela z dzieła L’Europe et la Révolution française, (Paris 1903-1904) tłumaczyła dr. fil. Justyna Jastrzębska, Wydawnictwo M. Arcta w Warszawie 1918, Lublin, Namiestnikowska 23. Geprüft und freigegeben durch die Kais. Deutsche Presseabteilung Warschau, den 8 X 1918. T. Nr. 11722. Dr. Nr. 106.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku i Twitterze! Wesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here