Więcej młodzieńczej zuchwałości i fantazji! (w odpowiedzi redaktorowi Tomaszowi Kwaśnickiemu)

0

Na łamach portalu Kresy.pl jego redaktor i publicysta Tomasz Kwaśnicki podjął polemikę z moim tekstem Poza „ukrainofilią” i „ukrainofobią”. Czas na „ukrainorealizm” ( Okrasił ją odnoszącymi się do mojego artykułu (i mojej osoby) określeniami w rodzaju „moralizatorski patos”, „mordernizatorski żar”, „mentorski, miejscami mocno rozdrażniony ton”, „manifest politycznej poprawności, podlany ciężkim sosem gomułkowskiej frazeologii”, „drapowanie się w zgrzebną togę towarzysza Wiesława”. Świadczą one raczej o irytacji autora, która nie sprzyja merytorycznej dyskusji, ale w końcu każdy ma prawo do subiektywnego odbioru czyjejś wypowiedzi.

Redaktor Kresów wykorzystał ponadto polemikę ze mną jako pretekst do snucia teoretycznych wywodów o narodzie, o wspólnocie narodowej i narodowej wspólnocie politycznej, o narodowej lojalności, narodowej solidarności, polityczności, koncepcjach Carla Schmitta etc. Wszystko to są problemy bardzo złożone i należy pilnie baczyć, żeby zawsze umieszczać je w określonym kontekście (geo)politycznym. Weźmy przykład z historii Niemiec. Założony w ostatniej dekadzie XIX wieku Związek Wszechniemiecki (Alldeutscher Verband), który postulował rozszerzenie granic państwa niemieckiego tak, aby mogło objąć Niemców żyjących w innych krajach europejskich, był przed I wojną światową w najwyższych kręgach polityki niemieckiej uważany – całkiem słusznie – za grono nieodpowiedzialnych „oszołomów”. Bowiem realizacja koncepcji Wszechniemców oznaczałaby rozbicie Austro-Wegier. Skutek ich działań byłby więc dokładnie taki sam jak skutek niepodległościowych dążeń Serbów, Czechów i innych narodów – rozbicie monarchii naddunajskiej. A przecież Austro-Węgry były jedynym realnym sojusznikiem Rzeszy w Europie w czasach narastających napięć międzynarodowych. Sytuacja zmieniła się po rozpadzie monarchii habsburskiej, kiedy Niemcy austriaccy pozostali sami. Wówczas postulat przyłączenia ich do Rzeszy, czyli do niemieckiej wspólnoty państwowej i politycznej, stał się postulatem naturalnym i realistycznym. Przyłączenie Austrii do Rzeszy było logiczną konsekwencją zmian (geo)politycznych, jakie nastąpiły po I wojnie światowej. Przykład ten ma ilustrować fakt, że wszystkie hasła o narodzie, o wspólnocie narodowej, narodowej wspólnocie politycznej etc. muszą być wpisane w konkretną sytuację historyczną i konkretną konstelację (geo)polityczną, inaczej pozostają pustymi abstrakcjami, a co gorsza, kiedy ktoś potraktuje je jako wytyczne do działania politycznego, ten może na naród sprowadzić wyłącznie kłopoty.

I jeszcze jedna drobna uwaga. Kwaśnicki z aprobatą cytuje Stanisława Lema, który powiedział kiedyś o sobie: „jestem lwowianinem i lwowianinem do śmierci pozostanę. Nic się tutaj nie zmieni, ludzie i narody to nie szafa, którą się przesuwa z kąta w kąt”. Niestety, jak pokazuje historia, nie jeden raz zdarzyło się, że ludzi i całe narody przesuwano niczym szafę. Na to jest tylko jedna rada:

trzeba się starać, aby zamiast być szafą, być tym, kto szafę przesuwa. No, ale, żeby być przesuwającym szafę, trzeba mieć, jak to się kiedyś mówiło, „parę w rękach”. Zauważmy też, że Lem pozostał wprawdzie do śmierci „lwowianinem”, jednak przez 60 lat mieszkał w Krakowie (z kilkuletnią przerwą na Wiedeń) i to stamtąd rozsławił polską literaturę na cały świat. Nigdy też po opuszczeniu Lwowa, tego miasta nie odwiedził.

Uniesiony polemicznym zapałem Kwaśnicki przypisuje mi poglądy, których jako żywo w moim artykule nie głosiłem. Pisze, że „ze wstrętem odrzucam projekt lojalności względem najbardziej fundamentalnych, konstytutywnych wręcz dla każdego narodu wartości, uznając za rzecz oczywistą uprzejme opowiedzenie się po stronie wrażliwości narodów ościennych”. Mocne słowa. Kwaśnicki niemal postawił mnie poza narodem polskim. Niech mu będzie. Ale gdzie znalazł u mnie „uprzejme opowiedzenie się po stronie wrażliwości narodów ościennych”?

W innym miejscu Kwaśnicki wywodzi: „Skoro wolno mi się «wypiąć» na rodaka znad Niemna, szykanowanego nierzadko za swoją narodową przynależność, czemuż nie miałbym się «wypiąć» na rodaka znad Wieprza”. Gdzie Kwaśnicki wyczytał, że chcę się „wypiąć” na naszych rodaków żyjących dziś na Ukrainie, Białorusi i Litwie? Nie krytykowałem ani obecnej polityki rządowej nakierowanej na ochronę naszych mniejszości w krajach za wschodnią granicą, ani nie kwestionowałem sensowności inicjatyw służących naszym rodakom czy też stawiających sobie za cel ochronę naszego kulturalnego dziedzictwa na Wschodzie. Ponieważ jednak uważam, że na dłuższą metę „polskości” na dawnych Kresach nie da się utrzymać, proponowałem, aby nasi rodacy przenosili się na terytorium RP. Można się z tym postulatem nie zgadzać, ale skąd przypuszczenie, że ich los jest mi obojętny? Można wszak argumentować, że żyjąc w Polsce, „między Bugiem a Odrą” nie byliby narażeni na (ewentualne) szykany, zyskaliby możliwość pełniejszego uczestnictwa w polskiej kulturze, w politycznym i społecznym życiu narodu. Dlaczego, jeśli ktoś z Ejszyszek przeprowadzi się do Biłgoraja, to ma to być jakaś narodowa tragedia? Kwaśnicki w oskarżycielskim tonie zarzuca mi, że nawołuję do „ostatecznego poświęcenia zarówno kresowych rodaków, jak i całego pozostawionego na wschodzie dziedzictwa”. Dlaczego osiedlenie się naszych rodaków z dawnych Kresów „pomiędzy Odrą i Bugiem” miałoby być ich „ostatecznym poświęceniem”? Przecież ich pozostawanie tam niesie ze sobą groźbę asymilacji, zwłaszcza dla przedstawicieli młodszego pokolenia. W swoim artykule podawałem przykład Niemców, którzy otworzyli szeroko drzwi dla milionów swoich rodaków z Europy Środkowo-Wschodniej oraz z krajów należących do dawnego Związku Sowieckiego i byliby zapewne zdumieni, gdyby ktoś wysunął wobec nich oskarżenie, że ich „ostatecznie poświęcili”.

Kwaśnicki pisze, że moim zdaniem „w dłuższej perspektywie powinniśmy się skupić raczej na wygaszaniu polskości na Kresach niż na bezcelowym jej tam podtrzymywaniu”. Niczego nie zamierzam „wygaszać”, sugeruje to bowiem jakieś aktywne działanie w tym kierunku, a czegoś takiego nie proponowałem. Chodziło mi wyłącznie o to, aby szeroko otworzyć drzwi dla rodaków pragnących się osiedlić „między Bugiem a Odrą”. Pamiętajmy, poza tym, że mamy do czynienia z ogólniejszą tendencją historyczną, którą Niemcy nazwali Ostflucht, a która obejmuje Rosję i całą Europę Środkowo-Wschodnią i Południowo-Wschodnią. Wiele się pisze o tym, że do Polski przyjechało ponad milion Ukraińców, jest więc raczej oczywiste, że strumień Polaków ze wschodu także popłynie na zachód.

Kwaśnicki oskarża mnie, że nawołuję do „ostatecznego poświęcenia całego pozostawionego na wschodzie dziedzictwa”. Polskie dziedzictwo na Kresach ulegało, od chwili naszej samo zawinionej klęski we wrześniu 1939 roku, permanentnej destrukcji przez następne dziesięciolecia i w żaden sposób nie można było temu zapobiec. Znaczącą jego część można dziś oglądać wyłącznie na pocztówkach i fotografiach. Sporo z tego dziedzictwa zostało uratowane dla polskości dlatego, że przewieziono je do Polski leżącej „między Bugiem a Odrą” np. zbiory Zakładu Narodowego im. Ossolińskich czy Panoramę Racławicką, które trafiły do Wrocławia. Poza tym ocalało materialne dziedzictwo przejęte przez państwa, na których terytoriach się znalazło. Warunkiem przetrwania była jego depolonizacja tzn. przestało ono pełnić funkcje, jaką pełniły w ramach polskiej wspólnoty narodowej, a zaczęło służyć narodowościom większościowym w tych krajach, do których przyłączono dawne polskie Kresy. Analogiczny proces odbywał się na Dolnym Śląsku czy Pomorzu: z niemieckiego dziedzictwa pozostało to, co zostało przejęte przez nas Polaków, co wykorzystujemy i utrzymujemy. Warunkiem była jego degermanizacja. Wrocławska Hala Ludowa, zbudowana w ponad sto lat temu przez Niemców stoi i ma się dobrze, ponieważ dobrze służyła i służy nam Polakom. Weźmy dawne niemieckie kościoły i inne budowle sakralne – przetrwały ponieważ zostały przejęte przez polski Kościół katolicki i polskich katolików. Z chwilą, kiedy znikła grupa narodowa, której służyły, która się nimi opiekowała i je użytkowała, były skazane na zagładę. Mogły ocaleć tylko w innych, „cudzych” rękach. Dziedzictwo kulturalne, które nie może zostać zrefunkcjonalizowane i wykorzystane przez nowych właścicieli, będzie – opuszczone i pozostawione własnemu losowi – niszczeć.

Na ile da się zachować zabytki kultury polskiej, które bezpośrednio nie służą tamtejszym narodom, a są wyłącznie zabytkami i świadectwami polskości, i jak je utrzymać – w sytuacji, gdy polskie mniejszości są na to zbyt słabe pod względem ekonomicznym i kulturalnym – to sprawa otwarta. W ostateczności ich utrzymanie i tak spadnie na Polaków mieszkających „między Odrą a Bugiem”; to oni mogą na to przeznaczyć swoje pieniądze czy to prywatne, czy publiczne (a to już są kwestie budżetowe). Ale i tak pozostaną one raczej jako symboliczne miejsca pamięci i ślady polskości.

Zauważmy również, że chronić dziedzictwo, które znajduje się na dawnych Kresach, czyli poza granicami naszego państwa, można tylko i wyłącznie na drodze współdziałania, współpracy i dobrych stosunków z Ukraińcami, Białorusinami i Litwinami. Trudno bowiem cokolwiek w tym zakresie osiągnąć, jeśli pomiędzy Polską a tymi krajami trwać będą konflikty, jakaś „zimna wojna” czy coś w tym rodzaju. Przeto każdy, komu na sercu leży los polskiego dziedzictwa znajdującego się na tamtych terytoriach, powinien aktywnie działać na rzecz jak najlepszych stosunków między Polską a jej wschodnimi sąsiadami.

Zatem to Kresy.pl powinny kroczyć w pierwszym szeregu walki o jak najściślejszą współpracę np. z Ukrainą, powinny nawoływać do polsko-ukraińskiego „pojednania”, powinny – w imię dobra polskich mniejszości i ochrony polskiego dziedzictwa kulturalnego – w „ukrainofilii” przebijać nawet giedroyciowców. Tymczasem Kresy.pl pod redakcją Tomasza Kwaśnickiego przypominają niekiedy jakiś „Przegląd Antybanderowski”, podkreślają wyłącznie to, co dzieli nasze narody i prowadzą, „ukrainofobiczne” kampanie propagandowe. Działają więc raczej na rzecz pogorszenia tych stosunków, co przecież może odbić się źle zarówno na naszych rodakach, jak i na możliwościach działania na rzecz ochrony polskiego dziedzictwa kulturalnego. Jak wiadomo, w warunkach konfliktu politycznego, to mniejszości najprędzej padają jego ofiarą, chyba, że ma się siłę, aby udzielić im skutecznej ochrony.

Sprowadzając kwestię polskiej „polityki kresowej” do jej istoty, Kwaśnicki pisze, że „nie chodzi tu o żaden najazd, zabór, interwencję, czy „rozbijanie i osłabianie, jak nas bałamutnie przekonuje Tomasz Gabiś, ale o trywialne egzekwowanie praw naszej mniejszości i równie prozaiczną ochronę naszego dziedzictwa kulturowego”. Podejrzenie Kwaśnickiego, że „nawet tak skromny program” wywołuje u mnie „uczucie wstrętu i trwogi, każące mi stukać się palcem w czoło i pokpiwać z ludzi podnoszących podobne hasła”, jest, delikatnie mówiąc, nieporozumieniem. Przyznam jednak, iż deklaracja, że chodzi o „trywialne egzekwowanie praw naszej mniejszości i równie prozaiczną ochronę naszego dziedzictwa kulturowego”, nieco mnie rozczarowała. Wygląda na to, że choć Kwaśnicki krytykuje „serwowaną nam od lat starą dobrą narodową mikromanię”, to jego – tak zdefiniowana – „polityka kresowa” tejże „mikromanii” nie przekracza, mieszcząc się całkowicie w tym, co w swoim artykule nazwałem „małą polityką wschodnią”.

Z drugiej jednak strony tekst Kwaśnickiego jest świadectwem wewnętrznego rozdarcia, niemożności zdecydowania się, w którym kierunku pójść, jakiego politycznego wyboru dokonać. Kwaśnicki jakby tkwił w stanie zawieszenia pomiędzy „polityką kresową” jako „trywialnym egzekwowaniem praw naszej mniejszości i równie prozaiczną ochroną naszego dziedzictwa kulturowego” a tęsknotą za czymś „większym”. Deklaruje, że niczego nie chce definitywnie rozstrzygać w kwestii utraconych terytoriów, że nie przyjmuje wyroków (historycznego) losu i nie akceptuje wyrządzonych nam Polakom niesprawiedliwości. Pisze o tych, którzy zniechęceni wyrzekają się na zawsze Wilna i Lwowa, ergo on wyrzekać się nie zamierza. W innym miejscu oświadcza, że nie ma jego „przyzwolenia na zabory”, czyli na włączenie Kresów do innych organizmów państwowych. Z pełna aprobatą cytuje Stanisława Cata-Mackiewicza, że Polska pozbawiona ziem wschodnich nie jest „nawet aspirantem do narodu historycznego”, a „staje się materiałem etnograficznym”. A któż godziłby się na bycie wyłącznie „materiałem etnograficznym”?

Czego więc właściwie Kwaśnicki chce? Jeśli odrzuca „narodową mikromanię” – osobiście uważam, że dla narodu lepsza jest mikromania, czyli roztropność i ostrożność niż megalomania, która może prowadzić do narodowych katastrof – to gdzie lokuje swoje ambicje? Chce dbać o dobro naszych rodaków za Bugiem i zachowywać narodowe pamiątki? I to ma być wierność „mitowi Wielkiej Polski”? Może młode pokolenie powinno zdobyć się na jakieś bardziej ambitne projekty polityczne, budować własne mity, wybiegać wyobraźnią w przyszłość, zamiast żyć w muzeum?

Podsuwam pod rozwagę dwa scenariusze. Pierwszy to koncepcja jakiejś formy konfederacji Polski, Litwy, Białorusi i Ukrainy, czyli zbudowanie Unii Środkowo-Wschodnio-Europejskiej. W ramach takiej konfederacji prawa mniejszości polskiej i ochrona polskiego dziedzictwa kulturalnego byłyby, co oczywiste, najskuteczniej zagwarantowane, ale chodziłoby o szerszą koncepcję geopolityczną. Drugi scenariusz zakłada wysunięcie roszczeń terytorialnych wobec Ukrainy, Białorusi i Litwy a w ostatnim etapie inkorporację dawnych Kresów do Rzeczpospolitej. Tego drugiego scenariusza nie da się zrealizować bez „odtrąbienia wsiadanego i ruszenia na Kowno”, od czego Kwaśnicki skwapliwie się odżegnuje. „Wyprawa na Kowno” to metafora oznaczająca wszelkie formy presji politycznej, dyplomatycznej, gospodarczej finansowej czy wojskowej. W tym scenariuszu swoją rolę mogłyby odegrać mniejszości polskie, które wysunęłyby żądania autonomii, specjalnego statusu a w końcu „powrotu do macierzy”. Wówczas z historycznych skamielin mogłyby stać się aktywnymi siłami politycznymi.

Obie te koncepcje są – nie muszę chyba tego specjalnie tłumaczyć – swego rodzaju eksperymentami myślowymi, intelektualną grą, impulsem mającym rozruszać polityczną wyobraźnię. Co nie znaczy, że nie można ich potraktować całkowicie serio, opracowując długofalową, realistyczną (!) strategię polityczną, przeprowadzając rachunek będących do dyspozycji sił, zasobów i środków. I stawiając pytania: jakie tendencje historyczne – narodowościowe, geopolityczne, ekonomiczne, demograficzne sprzyjałyby realizacji tych dalekosiężnych planów a jakie wręcz przeciwnie – przeszkadzałyby w tym? Jakie musiałyby zaistnieć warunki wewnętrzne i zewnętrzne, aby koncepcje się ziściły? Jakie byłyby reakcje i kontr-akcje innych aktorów zarówno polskiej, jak i międzynarodowej sceny politycznej? Kto byłby sojusznikiem a kto wrogiem? Obie te koncepcje „wielkiej polityki wschodniej” należałoby dopracować z uwzględnieniem aspektów ekonomicznych, językowych, prawno-ustrojowych, religijnych, ideologicznych. Jaka polityka historyczna byłaby dla nich najbardziej użyteczna? Jakie nurty ideowe najlepiej by im służyły? Jak należałoby kształtować propagandę na ich rzecz? Nie chodzi więc o snucie rojeń, ale o rozpoznanie „obiektywnej możliwości” zaistnienia i zrealizowania śmiałych koncepcji politycznych.

Osobiście akceptuję obecne (geo)polityczne status quo, natomiast Kwaśnicki daje pośrednio do zrozumienia, że przeciwko niemu buntuje się jego narodowo-polityczne jestestwo. Niechaj więc on i jego koledzy pokażą, co potrafią, niechaj ‘mit Wielkiej Polski” powstanie na nowo, choćby na papierze, ale jako mit realistyczny, inspirujący do przemyśleń i w tym sensie mit żywy, twórczy, otwierający na przyszłość. Tu jest potrzebna rzetelna praca intelektualna zamiast nostalgicznego biadolenia, poważny namysł nad rzeczywistym położeniem narodu polskiego wśród innych narodów regionu i Europy zamiast jałowego wyrzekania na banderowców.

Tomasz Gabiś

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułZmierzch zachodniej cywilizacji – rozmowa
Następny artykułPropaganda okresu I wojny światowej, czyli Orwell „1914” (część 1)
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here