Propaganda okresu I wojny światowej, czyli Orwell „1914” (część 1)

0
Spis treści
(Część 1)
Zwycięstwo „czarnej propagandy” nad Niemcami
Fałsze, manipulacje i dezinterpretacje
Cesarz Wilhelm II Hohenzollern jako wcielenie Zła
Niemcy – odrażający, brudni, źli

Zwycięstwo „czarnej propagandy” nad Niemcami

I wojna światowa zaczęła się jako wojna gabinetowa, by szybko przekształcić się w wojnę totalną z udziałem olbrzymich mas ludzkich – zarówno żołnierzy, jak i ludności cywilnej – mobilizowanych, psychologicznie i moralnie, przez rozbudowane aparaty propagandowe do walki z wrogiem, do ofiar i poświęceń na rzecz ojczyzny, prowadzącej słuszną i sprawiedliwą wojnę przeciwko Złu. Jak pisał Harold D. Lasswell w klasycznej książce na temat propagandy Propaganda Technique in the World War (1927): „Tak wielki był psychologiczny opór wobec wojny w nowoczesnych narodach, że każda wojna musi sprawiać wrażenie wojny obronnej przeciwko groźnemu morderczemu wrogowi. Musi być jednoznaczne, kogo opinia publiczna ma nienawidzić. Wojna nie może być skutkiem światowego systemu kierowania sprawami międzynarodowymi ani głupoty czy złej woli wszystkich klas rządzących, lecz zachłanności wroga. Wina i niewinność muszą być przypisane geograficznie i wina musi być po drugiej stronie frontu. Jeśli propagandysta chce zmobilizować nienawiść ludu, musi pilnować tego, aby puszczać w obieg wszystko, co potwierdza wyłączną winę wroga”.

Do realizacji celów wojennych zaprzęgnięto słowo i obraz: prasę, plakaty, ulotki, fotografie, rysunki, karykatury, broszury, pocztówki, sztuki teatralne, filmy. Propaganda strachu i nienawiści, gloryfikacja i idealizacja własnych działań i celów, a demonizacja i diabolizacja wroga wyznaczyły na całe XX stulecie kurs propagandy, dostarczyły wzorów i metod manipulowania emocjami i myślami całych narodów, wzbudzania masowej histerii. To, co potem nazwano „orwellowską propagandą” jest rozwinięciem propagandy demokratycznej okresu I wojny światowej. (zob. mój artykuł Demokratyczne wojny totalne).

Wprawdzie wszystkie wojujące strony używały masowej propagandy, wszystkie uruchomiły wielkie propagandowe machiny, to jednak w dość zgodnej opinii historyków bezapelacyjne zwycięstwo odniosła propaganda aliancka, zwłaszcza anglosaska, wobec której państwa centralne były bezradne i bezsilne – Niemcy i Austro-Węgry (a też i Turcja) przegrały wojnę propagandową jeszcze zanim poniosły klęskę militarną. Niemcy od początku stali na straconej pozycji, ponieważ zaraz na początku wojny Brytyjczycy przecięli sześć niemieckich kabli transatlantyckich, zdobywając praktycznie monopol na kablowy przekaz z Europy do Ameryki i na inne kontynenty. Niemcy mieli bardzo utrudniony dostęp do amerykańskich mediów i ograniczoną możliwość przesyłania wiadomości do USA. Brytyjczycy mogli blokować dostęp do swoich kabli gazetom, które uznawali za „proniemieckie”. Tym samym amerykańskie gazety były w informowaniu o kwestiach europejskich zależne od brytyjskich agencji informacyjnych. Brytyjska blokada morska nie tylko w znaczący sposób zakłóciła handel morski Niemiec, ale także utrudniła im międzynarodową komunikację.

Przewaga materialna państw koalicji antyniemieckiej znalazła odbicie także w przewadze propagandowej i psychologicznej. Niemiecka propaganda nie była w stanie skutecznie kwestionować propagandy adresowanej do Amerykanów przez państwa Ententy, głównie przez Wielką Brytanię, która miała też większe niż Rzesza Niemiecka możliwości propagandowego wpływania na kraje neutralne – Niemcy były w znacznej mierze odcięte od tamtejszych rynków informacyjnych.

Według wielu badaczy i publicystów historycznych wobec intensywności alianckiej negatywnej propagandy tzw. propagandy grozy i bestialstw (Greuelpropaganda) propaganda państw centralnych robiła wrażenie nieprofesjonalnej, bezsilnej i niemal zabawnej. Na tej płaszczyźnie Rzesza Niemiecka nie potrafiła propagandzie alianckiej przeciwstawić czegoś równorzędnego, raczej kompromitowała się i ośmieszała. W sferze wizualnej niemiecka propaganda była zbyt słaba, ospała, nazbyt wytworna i elegancka, zbyt grzeczna, aby podżegać do nienawiści i rozpalać emocje. Karykatury były dość łagodne, przypominające te z niemieckich przedwojennych czasopism satyrycznych i humorystycznych; było to raczej wykpiwanie i ośmieszanie wroga niż jego demonizacja. Propaganda niemiecka sprawiała wrażenie amatorskiej, była pozbawiona inicjatywy, defensywna i reaktywna, polegała na zaprzeczaniu oskarżeniom, demaskowaniu kłamstw propagandy wroga, usprawiedliwianiu motywów przystąpienia do wojny. Była to raczej obronna kontr-propaganda, o wiele łagodniejsza niż agresywnie negatywna, „czarna”, ofensywna propaganda aliantów. Niemcy nie stylizowali wrogów na potworów tak jak czyniły to aparaty propagandowe Ententy, odwołujące się do najbardziej prymitywnych instynktów plebsu (np. wykorzystywanie motywu „crime and sex”).

Niemiecka propaganda nigdy nie diabolizowała wrogów, nie pokazywała ich jako krwiożercze, nieludzkie bestie, jej wizerunek wroga był dość banalny i w sumie poczciwy. Ukazywała Niemców w sposób odwrotny niż propaganda wrogów („My Niemcy jesteśmy cywilizowani, kulturalni, szlachetni, rycerscy” itd.) W większym stopniu niż aliancka odwoływała się do rozumu a nie do emocji. W sumie okazała się wysoce nieefektywna. Był to jeden z wielu czynników klęski Niemiec – Niemcy byli zbyt „delikatni”, zbyt przywiązani do „prawdy”, mieli więcej skrupułów niż francuscy, brytyjscy i amerykańscy demokraci, których wola władzy i panowania sprzężona była z mesjańskim przekonaniem o reprezentowaniu najwyższego Dobra i konieczności naprawy świata zagrożonego przez Zło.

Ponadto, inaczej niż propaganda aliancka, która miała przed sobą de facto jednego wroga – Niemców, i na nim się skupiała, propaganda niemiecka stała w obliczu koalicji różnych wrogów. Niemcy nie mogli się zdecydować, kto jest ich głównym wrogiem; mieli „wrogów, ale nie mieli „koncepcji wroga”, co utrudniało im prowadzenie działań propagandowych. Dodatkowym handicap stanowiło to, że Niemcy wolniej niż kraje wrogie rozwinęły wpływ na „opinię publiczną” a ich aparat propagandowy był mniej scentralizowany niż w państwach Ententy. Niemcy byli jednym głównym wrogiem dla wszystkich koalicjantów, a wśród Niemców – Prusacy. Zarazem atak na Prusy, „prusactwo”, „pruskość”, „sprusaczenie” itp., wymierzony we „wroga do kwadratu”, zjednoczyciela Rzeszy, czyli odpowiedzialnego za Zło, które Niemcy sprowadzili na świat, był strategicznym posunięciem propagandowym obliczonym m.in. na wywołanie podziałów pomiędzy Niemcami południowymi a północnymi.

Przewagę propagandy wrogów Rzeszy i pewną nieudolność Niemców widać dobrze na przykładzie medialnego wykorzystania faktu śmierci dwóch kobiet. Kiedy w październiku 1915 r., Edith Cavell skazana została na karę śmierci przez niemiecki sąd wojskowy za pomaganie w ucieczce jeńcom, jej śmierć przez rozstrzelanie znakomicie wykorzystano propagandowo – na całym świecie powstały obrazy, rysunki słabej kobiety przed plutonem egzekucyjnym. Wydarzeniu temu poświęcono 30 oddzielnych publikacji. Niemcy natomiast nie potrafili w ten sam sposób spożytkować faktu rozstrzelania przez Francuzów w 1917 r. pod zarzutem szpiegostwa Maty-Hari. Przedstawiali ją jako niewinną ofiarę (co do pewnego stopnia było – jak dzisiaj wiemy – prawdą) francuskiego „szaleństwa wojennego”, ale niewiele więcej potrafili z tej sprawy wycisnąć. Natomiast alianci, zwłaszcza Wielka Brytania, okazali się mistrzami w zręcznym manipulowaniu światową opinią publiczną za pomocą propagowania legendy o niemieckich złoczyńcach i sadystach zabijających niewinną kobietę.

Niemieckie techniki propagandowe i metody, jak też przekazywane przez ich media treści, odeszły w przeszłość w momencie przegranej Niemiec (któż chciałby naśladować zwyciężonych?), i dlatego zajmowanie się nimi dziś przynosi niewiele poznawczego pożytku. Liczy się tylko propaganda zwycięzców, ponieważ to ona kształtuje obraz przeszłości, tworzy wzory do naśladowania na przyszłość, ma wpływ na dalszy tok wydarzeń. Warto więc przyjrzeć się propagandzie wojennej zwycięskiej Ententy, która bardzo szybko stała się przedmiotem naukowych i publicystycznych analiz zarówno w Niemczech, jak i w innych krajach: Phillip Gibb, Now It Can Be Told (1920), Ferdinand Avenarius, Das Bild als Verleumder. Bemerkungen zur Technik der Völkerverhetzung (1920), tenże, Die Weltkarikatur in der Völkerverhetzung. Was sie aussagt, und was sie verrät (1921), Edward Cook, The Press in the War Time (1920), Hans Ehlers, Farbige Worte im England der Kriegszeit. Ein Beitrag zur Entwicklungsgeschichte von Schlagwörtern, Modewörtern, geflügelten Worten und ähnlichen (1922), Kurt Baschwitz, Der Massenwahn, seine Wirkung und seine Beherrschung (1923), tenże, Der Massenwahn: Ursache und Heilung des Deutschenhasses (1932), Harold Dwight Lasswell, Propaganda Technique in the World War (1927), Arthur Ponsonby, Falsehood in War-Time. Containing an Assortment of Lies Circulated Throughout the Nations During the Great War (1928), George Sylvester Viereck, Spreading Germs of Hate (1931), Hans Thimme, Weltkrieg ohne Waffen. Die Propaganda der Westmächte gegen Deutschland (1932), R.H., Abrams, Preachers Present Arms (1933), James Duane Squires, British propaganda at home and in the United States from 1914 to 1917 (1935), Hermann Wanderscheck, Weltkrieg und Propaganda (1936), tenże, Die englische Lügenpropaganda im Weltkrieg und heute (1940), J. R. Mock, Larson Cedric, Words that Won the War: The Story of the Committee on Public Information, 1917-1919 (1939), H.C. Peterson, Propaganda for War: The Campaign against American Neutrality, 1914–1917 (1939), George G.Bruntz, Allied Propaganda and the Collapse of the German Empire in 1918 (1938), James Morgan Read, Atrocity Propaganda 1914-1919 (1941), Heinrich Dietz, Agitation und Massenhysterie in England. Propagandamethoden historisch gesehen (1941), Hans-Joachim Tilse, Die Wurzeln des Deutschenhasses in Frankreich. Die Lehren der französischen antideutschen Propaganda, 1914–1918 (1941).

Po II wojnie światowej analizy i badania propagandy wojennej okresu 1914-1918 kontynuowano w różnych krajach: Franz Josef Scheidl, Geschichte der Verfemung Deutschlands, Band 1: Greuelpropaganda im Ersten Weltkrieg (1967), Cate Haste, Keep the Home Fires Burning. Propaganda in the First World War (1977), M. L. Sanders, Philip M. Taylor, British Propaganda during the First World War, 1914-1918 (1982), Udo Walendy, Alliierte Kriegspropaganda 1914-1919 (1984), Peter Buitenhuis, The Great War of Words. Literature as Propaganda 1914-1918 and After (1989), Gary Messinger, British Propaganda and the State in the First World War (1992), Peter T. Scott, The Secrets of Wellington House: British Covert Propaganda 1914-1918 (1996), David Gordon, „A Common Design: Propaganda and World War” [w:] The Costs of War. America`s Pyrrhic Victories, edited by. John V. Denson (1999), Hermann Joseph Hiery, „Angst und Krieg. Die Angst als bestimmender Faktor im Ersten Weltkrieg“ [w:] Franz Bosbach (Hrsg.), Angst und Politik in der europäischen Geschichte (2000), Klaus Topitsch, Die Greuelpropaganda in der Karikatur, [w:] Raoul Zühlke (Hrsg.), Bildpropaganda im Ersten Weltkrieg ( 2000), Iris Kaplan “Die abgehackte Hand” – Ein Beitrag zur Ikonographie der französischen Hetzkarikatur als Teil der antideutschen Propaganda während des Ersten Weltkriegs, [w:] Zühlke, Bildpropaganda…, Andreas F Beitin, Geprägte Propaganda. Karl Goetz und seine “Lusitania-Medaille” [w:] Zühlke, Bildpropaganda…, Robert A Wells, Mobilizing Public Support for War. An Analysis of American Propaganda During World War I (2002), Celia Malone Kingsbury, For Home and Country. World War I Propaganda on the Home Front (2010), David Monger, Patriotism and Propaganda in First World War Britain (2012), Philip Jenkins, The Great and Holy War: How World War I Became a Religious Crusade (2014), Karlheinz Weißmann 1914 – Die Erfindung des häßlichen Deutschen (2014), Steffen Bruendel, Othering/Atrocity Propaganda [w:] 1914-1918-online. International Encyclopedia of the First World War, ed. by Ute Daniel, Peter Gatrell, Oliver Janz i in. (2014).

Nie musimy dodawać, że po polsku nie ukazała się chyba żadna z tych publikacji. Można odnieść wrażenie, że w Polsce panuje dziwny brak zainteresowania propagandą jaką uprawiali (a może wciąż uprawiają?), nasi, zwłaszcza anglosascy, przyjaciele.

Fałsze, manipulacje i dezinterpretacje

W trakcie wojny propagandę uprawiały rządy, organizacje powiązane z rządem, organizacje prywatne i prywatne gazety. Krążyły kłamstwa oficjalne, fałszywe doniesienia, zmyślone relacje, pogłoski, plotki, sfałszowane dokumenty, informacje nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. I wojna światowa przynosi pierwszą w XX wieku falę „totalitarnej” propagandy. W kwietniu 1923 roku amerykańskie pismo „The Nation” napisało: „Każdy widzi, że szpalty większości naszych dzienników były w czasie wojny aż po krawędź pełne kłamstw i trującej propagandy”. Brytyjski parlamentarzysta i publicysta Arthur Ponsonby pisał w 1928 roku: „Ilość bredni i kłamstw, które w czasach w wojny we wszystkich krajach podawane były pod płaszczykiem patriotyzmu, jest wystarczająca, aby każdy przyzwoity człowiek zarumienił się ze wstydu”. Zaczęła się „era postprawdy”, pojawiły się „fake information” na niewyobrażalną dotąd skalę. Pewne realne zdarzenia czy zjawiska były błędnie odczytywane, zniekształcane, dezintepretowane. Wyolbrzymiane przez wojenną histerię urastały do monstrualnych rozmiarów. Zawsze wybierano interpretację niekorzystną dla Niemców. Jak funkcjonował ten mechanizm dobrze pokazuje przykład brytyjskiej fotografii przedstawiającej trofea wojenne, wśród których znajdował się m.in. „bicz”, coś w rodzaju kańczuga. Sugerowano więc, że ten „bicz” musiał służyć Niemcom do wielce niecnych celów, w rzeczywistości była to zwyczajna niemiecka trzepaczka do dywanów. Ze zwykłej trzepaczki zrobiono nieomal narzędzie tortur. Tak działa propaganda wojenna.

Inny przykład: kiedy po kilkudniowym oblężeniu oddziały niemieckie 9 października 1914 roku zajęły Antwerpię, niemiecka gazeta „Kölnische Zeitung” napisała: „Kiedy powiadomiono o zajęciu Antwerpii, odezwały się kościelne dzwony”. Francuska „Le Matin” zrobiła z tego informację: „Według «Kölnische Zeitung» po zajęciu twierdzy duchowieństwo Antwerpii zostało zmuszone do bicia w dzwony”. Następnego dnia londyński „Times” napisał: „Według tego, czego dowiedział się «Le Matin» z Kolonii, belgijscy duchowni, którzy po zajęciu Antwerpii odmówili bicia w dzwony zostali usunięci ze swoich funkcji”. Włoska „Corriere della Sera” doniosła, że „według tego, co «Times» dowiedział się z Kolonii za pośrednictwem Paryża, belgijscy kapłani, którzy odmówili bicia w dzwony przy zajęciu Antwerpii, zostali skazani na pracę przymusową”. Następnie paryska „Le Matin” ponownie podjęła temat: „Według informacji, które dotarły do «Corriere della Sera» z Kolonii przez Londyn, potwierdza się, że barbarzyńscy zdobywcy Antwerpii ukarali księży za ich bohaterską odmowę bicia w dzwony, wieszając ich na dzwonach głową w dół jako ich żywe serca”.

Inny przykład to pogłoska, że w Niemczech deifikowano marszałka Hindenburga, czego dowodem miało być śpiewanie pieśni „Hindenburg ist unser Gott”. W rzeczywistości chodziło o znany hymn luterański „Ein feste Burg ist unser Gott” (Warownym grodem jest nasz Bóg). Całkowitej dezinterpretacji poddano patriotyczną pieśń autorstwa „postępowego demokraty” represjonowanego przez rząd pruski, Hoffmanna von Fallerslebena „Niemcy, Niemcy ponad wszystko w świecie” (Deutschland, Deutschland über alles, über alles in der Welt). Niezliczoną ilość razy cytowano ją w prasie zmieniając jej rzeczywisty sens, który brzmiał: Niemcy – zjednoczone – są dla nas wartością wyższą niż wszystkie inne rzeczy w całym świecie. Dokładnie tak samo jak w zdaniu „kocham cię ponad wszystko w świecie”. Słowa te skierowane były nie przeciwko reszcie świata, lecz przeciwko rozdrobnieniu Niemiec, przeciwko księstwom i królestwom niemieckim. Dezinterpretowano je nadając im inny sens: niechaj Niemcy panują nad wszystkim w świecie, niechaj będą ponad wszystkimi innymi narodami. Miały służyć jako oczywisty dowód woli ekspansji i dominowania nad światem i innymi narodami. Frazeologiczny zwrot z trzeciego wersu pierwszej strofy „zu Schutz und Trutze” (sojusz dla ochrony i obrony, czyli służący wzajemnej ochronie i wspólnemu odparciu ataków), już w 1903 r. francuski filozof i socjolog Alfred Fouillée, w książce Esquisse psychologique des peuples européens błędnie, a być może celowo, przełożył jako „pour se défendre et attaquer” („aby się bronić i atakować”).

Jedną z najbardziej skutecznych legend propagandowych było wymyślenie posiedzenia Rady Koronnej (Kronrat) w Poczdamie 5 lipca 1914 r. Miała to być „tajna konferencja”, w której uczestniczyli, oprócz cesarza, najwyżsi dowódcy wojskowi, politycy, dyplomaci i przemysłowcy. Cesarz miał na niej ujawnić, że zaplanował i zdecydował o rozpętaniu wojny w Europie. Ta sfabrykowana historia była ważnym wątkiem propagandy służącym jako dowód niemieckiej „winy” za wywołanie wojny. Pozwalała dostarczyć jak najszerszym kręgom społecznym łatwo zrozumiałej, ba, niezwykle prostej odpowiedzi na pytanie o odpowiedzialność za wyrzeczenia i cierpienia, które je dotknęły: w tym oto a tym miejscu, w tym oto a tym dniu, te a nie inne osoby, znane z imienia i nazwiska, podjęły decyzję o puszczeniu w ruch straszliwej wojennej machiny. Już 7.9.1914 r. napisała o tym holenderska gazeta “Nieuwe Rotterdamsche Courant”. Londyński „Times” z 28 lipca 1917 r. zainicjował odpowiednią kampanię prasową. Do owego „tajnego posiedzenia” nawiązał w przemówieniu wygłoszonym w londyńskiej Queenshall 4 sierpnia 1917 r. premier Lloyd George oznajmiając światu, że 5 lipca 1914 roku zawiązano, opracowany w najdrobniejszych szczegółach, przygotowany z bezlitosną cyniczną determinacją, podstępny, perfidny, spisek w celu rozpętania wojny.

A jak sprawy miały się w rzeczywistości? W jaki sposób propagandzie udało się skonstruować „spisek przeciwko pokojowi”? W połowie czerwca 1914 r. minister spraw zagranicznych Austro-Węgier hrabia Leopold von Berchtold przygotował memorandum na temat sytuacji międzynarodowej państwa po zamachu na arcyksięcia Ferdynanda, oraz środków, jakie zamierza ono podjąć. Do memorandum dołączono pismo cesarza Franciszka Józefa. Szef gabinetu ministra hrabia Alexander von Hoyos przekazał te pisma austriackiemu ambasadorowi w Berlinie hrabiemu Ladislausowi (László) von Szögyény-Marich von Magyar-Szögyen und Szolgaegyháza. 5 lipca 1914 r. ambasador został zaproszony na rozmowę do cesarza Wilhelma. Wczesnym popołudniem spożyli razem śniadanie, a następnie odbyli rozmowę w małym ogrodzie Nowego Pałacu – rezydencji cesarskiej w Poczdamie. O godz. 17 cesarz przyjął ministra wojny generała Ericha Georga Antona von Falkenhayna w obecności generała-pułkownika Hansa von Plessena i szefa gabinetu ministra generała piechoty barona Moriza von Lynckera – omawiano pisma otrzymane z Wiednia. O godz. 18 cesarz przyjął kanclerza Theobalda Bethmanna-Hollwega, który przybył razem podsekretarzem stanu w MSZ Arthurem Zimmermannem. Następnego dnia cesarz miał płynąć na urlop do Norwegii; kanclerz namawiał go, żeby nie odwoływał podróży. Wieczorem cesarz przyjął jeszcze kapitana marynarki Hansa Zenkera, który przybył w zastępstwie nieobecnego wiceadmirała Paula Behnckego. 6 lipca, bezpośrednio przed wyjazdem do Kilonii cesarz, gotowy już do podróży, przyjął najpierw zastępcę sekretarza stanu w Urzędzie Marynarki Wojennej admirała Eduarda von Capellego (sekretarz stanu admirał Alfred von Tirpitz przebywał na urlopie) oraz generała Hermanna von Bertraba, reprezentującego, również przebywającego na urlopie, szefa sztabu generalnego Helmutha von Moltkego, i omawiał z nimi bieżącą sytuację. W Kilonii, na jachcie „Hohenzollern” cesarz spotkał się na kolacji z przemysłowcem Gustavem Georgem Kruppem von Bohlen und Halbach. Tę serię, rozłożonych na dwa dni, spotkań i audiencji cesarza, w trakcie których monarcha nie wydał żadnych dyspozycji i nie podjął żadnych decyzji, propaganda aliancka skleiła w jedną „Radę Koronną”, która zagościła na łamach prasy światowej. Po drodze, niczym podczas zabawy w głuchy telefon, rosła liczba i ranga uczestników fikcyjnego „spisku przeciwko pokojowi” – w Poczdamie (tzn. w gazetach krajów Ententy) pojawili się, nie wiadomo skąd, minister spraw zagranicznych Austro-Węgier Leopold von Berchtold, premier Węgier hrabia István Tisza, szef sztabu armii austro-węgierskiej generał Franz Conrad von Hötzendorf, arcyksiążę Fryderyk Karol Habsburg, admirał Alfred von Tirpitz. Było to co najistotniejsze dla skutecznej propagandy: nazwiska, miejsce, data, tajna narada, spisek. Tego a tego dnia określeni ludzie podjęli decyzję o wywołaniu wojny; to przemawiało do wyobraźni mas, potrzebujących jasno wskazanych winowajców i momentu, w którym „to wszystko” się zaczęło. I tak to posiedzenie „tajnej Rady Koronnej”, które nigdy się nie odbyło, stało ważnym „dowodem” winy za wywołanie wojny.

Inny przykład to oskarżenie Niemiec przez Brytyjczyków i ich ormiańskich sojuszników o zorganizowanie (lub pomoc w zorganizowaniu) masakr Ormian w Turcji. Ponieważ propaganda niemiecka utrzymywała, że podjudzeni przez Rosjan Ormianie zabili 150 000 tureckich muzułmanów, Brytyjczycy przebili tę liczbę ponad pięciokrotnie, lansując opowieść o tym, że z rak Turków zginęło 800 000 Ormian. We wstępie do drugiego raportu Jamesa Bryce`a „The Treatment of Armenians in the Ottoman Empire,1915-1916” (London 1916), którego głównym autorem był Arnold Toynbee, napisano, że to co zostało zaprezentowane w raporcie to „one long catalog of horrors for which hardly any parallel can be found either in ancient or modern history” (wygląda to wczesną wersję tezy o “nieporównywalności” i “unikalności” późniejszej zbrodni). Ambasador amerykański w Konstantynopolu Henry Morgenthau włączył się do gry o liczby i podbił stawkę ogłaszając, że cesarz i sułtan wspólnymi siłami zamordowali milion Ormian. Sami Ormianie uznali potem, że 800 000 czy milion to za mało i przebili dziesięciokrotnie liczbę rzekomo zabitych przez siebie muzułmanów, ustalając, że ich samych zginęło 1,5 miliona. Być może gdyby wojnę wygrały Niemcy i Turcja, to kto wie, czy nie dodano by jednego zera do liczby 150 000 zamordowanych rzekomo przez Ormian muzułmanów i do podręczników historii wszedłby fakt, że Ormianie zamordowali 1 500 000 muzułmanów. Zamiast ludobójstwa Ormian mielibyśmy ludobójstwo tureckich muzułmanów, które pochłonęło 1,5 mln ofiar (w różnych krajach kwestionowanie ludobójstwa popełnionego na Turkach byłoby zapewne prawnie zakazane).

Propaganda angielska nagłaśniająca sprawę „ludobójstwa Ormian” miała, oprócz normalnego wywołania nienawiści do „tureckich ludobójców”, cel bardzo praktyczny: przygotowywała mianowicie moralne usprawiedliwienia rozbioru Imperium Otomańskiego. Podobnie postąpili Brytyjczycy z koloniami niemieckimi – przypisując Niemcom masakry, niesłychane okrucieństwa popełniane na tubylcach w Niemieckiej Afryce Południowo-Wschodniej przygotowywali moralne uzasadnienie dla aneksji kolonii niemieckich. Piętnując wroga jako przestępcę, sankcjonuje się moralnie zastosowane wobec niego surowe środki. Ponadto, podnosząc zbrodnie innych do rangi tego, co jest z niczym nieporównywalne, relatywizuje się i minimalizuje zbrodnie oraz inne nieprawości własne oraz popełniane przez sojuszników.

Cesarz Wilhelm II Hohenzollern jako wcielenie Zła

Cesarz Niemiec Friedrich Wilhelm Albert Viktor von Hohenzollern (1859-1941) był dla wrogiej propagandy nie tylko głównym „spiskowcem przeciwko pokojowi”, winowajcą wywołania wojny w Europie, czyli podstępnej napaści na „miłujące pokój narody”, wilkiem otoczonym przez owieczki, lecz także personifikacją Zła. Stworzona w 1914 roku litografia Maurice`a Neumonta zatytułowana „1914! Les Assassins!” („1914! Mordercy!”) przedstawia cesarza Wilhelma (oraz cesarza Franciszka Józefa I) jako mordercę, w czarnym płaszczu, noszącego maskę, dzierżącego w ręce zakrwawiony nóż, depczącego traktaty; w tle widnieje cesarski orzeł ze szponami, z których kapie krew. Chodziło o spersonalizowanie abstrakcyjnego wroga, zdemonizowanie go i obarczenie wyłączną winą za wywołanie wojny, aby tym łatwiej uczynić zeń przedmiot nienawiści mas (masowa propaganda musi być spersonalizowana, inaczej jest nieskuteczna). Jak wiadomo Napoleon Bonaparte był w Anglii przedstawiany jako kanibal pożerający dzieci na śniadanie. Podobnie potraktowany został cesarz Wilhelm II, który w rzeczywistości był anglofilem, a na Wyspach Brytyjskich wcześniej postacią dość popularną i lubianą. Jego matką była wszak córka królowej Wiktorii Victoria Adelaide Marie Luisa Princess Royal of Great Britain and Ireland. W dzieciństwie, które spędził w Windsorze, lepiej mówił po angielsku niż po niemiecku. Kiedy w 1907 r. jako cesarz przyjmował delegację dziennikarzy z Wysp bawiącą w Berlinie rozmawiał z nimi po angielsku. Podziwiał angielski, oczywiście arystokratyczny, styl życia. Był ukochanym wnukiem królowej Wiktorii. Kiedy 18 stycznia 1901 r. cesarz dowiedział się, że jego babka umiera, natychmiast udał się do Londynu. Czuwał przy jej łożu, zmarła niemal na jego rękach. Po śmierci królowej czekał na pogrzeb dwa tygodnie, troszcząc się o wszystkie sprawy związane z uroczystościami pogrzebowymi. Podczas pobytu w Anglii cesarz udekorował lorda Robertsa, głównodowodzącego armii brytyjskiej najwyższym pruskim odznaczeniem Orderem Orła Czarnego. W publicznych wystąpieniach apelował o przyjaźń niemiecko-brytyjską, o alians polityczny obu państw, w którym Anglia strzeże mórz, a Niemcy lądu, oraz o ograniczenie zbrojeń w przyszłości. W dzień odjazdu, kiedy jechał ulicami Londynu, tłum londyńczyków pozdrawiał go burzliwymi owacjami.

W 1907 r. Wilhelm II jako znak przyjaźni niemiecko-angielskiej ufundował przed pałacem Kensigton w Londynie posąg brytyjskiego króla Wilhelma III Orańskiego. Jeszcze w 1913 roku w prasie brytyjskiej spotkać można było opinie o cesarzu Niemiec jako o wytwornym dżentelmenie, na którego słowie można polegać, jako o gościu zawsze serdecznie witanym, przyjacielu, człowieku honoru itp.

W kontekście stosunków rodzinno-politycznych cesarza Wilhelma wspomina się często wywiad, jakiego udzielił dziennikowi „Daily Telegraph” w 1907 r. Wyciąga się z niego poszczególne zdania dowodząc na przykład, że cesarz obraził w nim Anglików nazywając ich „szaleńcami” – tymczasem cesarz użył po prostu idiomatycznego zwrotu „mad as March hares”: „You English are mad, mad, mad as March hares”. Przypomnijmy tło i okoliczności tej „afery”. Jesienią 1907 roku cesarz odbył kilkudniową oficjalną wizytę w Wielkiej Brytanii, a po jej zakończeniu udał się na trzytygodniowy urlop, który spędził na zamku Highcliff Castle (Dorset) należącym do angielskiego arystokraty Edwarda Jamesa Stuart-Wortley`a. Prowadzili tam – w języku angielskim oczywiście – długie prywatne, luźne rozmowy o możliwościach poprawy stosunków niemiecko-brytyjskich. Obecny przy rozmowach dziennikarz Harold Spencer wybrał pewne opinie i oceny cesarza a następnie ułożył je w fikcyjny wywiad. W rok później, w październiku 1908 r. „wywiad”, ukazał się w „Daily Telegraph”, a następnie został przedrukowany po niemiecku w „Norddeutsche Allgemeine Zeitung”. Kanclerz Bülow, któremu cesarz przedłożył „wywiad” do wglądu, aby, przed udzieleniem zgody na publikację w londyńskiej gazecie, przejrzał go i naniósł poprawki lub dokonał skreśleń, nie naniósł żadnych poprawek a nawet, jak potem twierdził, w ogóle „wywiadu” nie czytał, lecz przekazał go podwładnym w MSZ; tam rzekomo dokonano minimalnych poprawek a kanclerz przesłał go z powrotem cesarzowi. Według innych historyków kanclerz jak najbardziej czytał „wywiad”, lecz – z niewiadomych powodów – nie dokonał żadnych poprawek, a potem kłamał, aby oddalić od siebie odpowiedzialność.

Wywiad, który nie był naprawdę wywiadem, ponieważ cesarz nie odpowiadał na konkretne, postawione przez dziennikarza, pytania wywołał swego rodzaju kryzys polityczny w Niemczech. Kryzys doprowadził do poważnego osłabienia pozycji politycznej monarchy, ale przyczyną „afery” nie były niektóre, rzeczywiście mało dyplomatyczne fragmenty „wywiadu”, pewne niedyskrecje impulsywnego i spontanicznie rozwijającego swoje myśli monarchy.

Pamiętać należy, że sześć lat wcześniej zakończyła się II wojna burska, i większość tzw. „światowej opinii publicznej” była po stronie „małego narodu Burów”, walczącego heroicznie z potężnym imperium brytyjskim. Podobnie było w Niemczech, gdzie od tego czasu w warstwach niższych i średnich przeważały nastroje nieżyczliwe wobec Brytyjczyków. Cesarz dostał się w Niemczech pod ogień prasowej krytyki, ponieważ w „wywiadzie” zdystansował od się swoich rodaków. Uznano, że monarcha nastawiony jest do Brytyjczyków nazbyt przyjacielsko. Albowiem nie tylko wyznał, że jego najgorętsze pragnienie to żyć w jak najlepszej zgodzie z Anglią , i powtarzał, że jest jej przyjacielem, ale na dodatek jako dowody swojej przyjaźni podał, iż podczas wojny burskiej nie przyjął delegacji Burów w Berlinie, gdyż byłby to akt wrogi wobec Wielkiej Brytanii, przeciwstawił się wszelkim antybrytyjskim akcjom politycznym, a nawet wraz ze swoimi sztabowcami opracował plan operacji wojskowej przeciwko Burom, który przesłał swojej „czcigodnej babce Wiktorii”. Te właśnie antyburskie i probrytyjskie wynurzenia cesarza wywołały w Niemczech oburzenie wielu dziennikarzy i tzw. opinii publicznej.

Dodajmy, że według cesarza, Niemcy powinny unikać polityki, mogącej uwikłać je w konflikt z taką potęgą morską jak Wielka Brytania. Rozbudowę niemieckiej floty uzasadniał tym, że udział Niemiec w światowym handlu rośnie i Rzesza musi być w stanie bronić swoich interesów gospodarczych w innych częściach świata, na Dalekim Wschodzie i na Oceanie Spokojnym, gdzie rośnie potęga Japonii. Cesarz proponował Brytyjczykom, żeby wspólnie z Niemcami zapewniali spokój w tamtym rejonie świata. Po wybuchu wojny anglofila, probrytyjsko nastawionego cesarza Niemiec, który w 1913 roku 25 rocznicę wstąpienia na tron obchodził jako polityk, który nie prowadził żadnej wojny, potraktowano jak „potwora z Korsyki” sto lat wcześniej. Jak na komendę, wszystko zostało „zapomniane” i cesarz stał się Wilhelmem–obłąkańcem („crazy dictator”), który chce “podbić i zgermanizować świat”. Jak funkcjonowała czarna propaganda, doskonale widać na przykładzie tzw. huńskiej mowy cesarza wygłoszonej w 1900 roku.

Zanim do niej przejdziemy, pokażmy charakterystyczny przypadek zniekształcania i przekręcania słów cesarza. Jako dowód jego „militarystycznych zapędów” i zamiłowania do „pobrzękiwania szabelką” przytacza się często, użyte przezeń określenie „schimmernde Wehr” – „schimmern” (lśnić, błyszczeć), „Wehr” (obrona, armia, siły zbrojne, broń). Ową „lśniącą broń” identyfikowano zwykle z niemiecką flotą wojenną. Cesarz użył tego sformułowania w mowie wygłoszonej na ratuszu w Wiedniu 20 sierpnia 1909 roku, kiedy mówił o „nierozerwalnym sojuszu i przyjaźni z Austro-Węgrami”. Jednakże w oficjalnym zbiorze mów cesarza mamy nie „schimmernde Wehr”, lecz „schirmende Wehr”, od „schirmen”, czyli „chronić, bronić”, co przeciwko cesarzowi nie daje się wykorzystać. Ponieważ „Schirm” to także parasol, to, używając dzisiejszego języka, powiedzielibyśmy, że cesarz po prostu obiecał, iż Rzesza zapewni Austro-Węgrom „wojskowy parasol ochronny”. Tę wersję potwierdził też jeden ze świadków obecnych w wiedeńskim ratuszu, ówczesny kadet a później generał dywizji dowodzący potem obroną Berlina w 1945 r. Hellmuth Reymann. Prawdziwym źródłem „schimmernde Wehr” jest najprawdopodobniej któraś z niechętnych cesarzowi gazet. I to jej wersję wykorzystuje się do dziś, by ośmieszyć albo oczernić cesarza.

27 lipca 1900 r. krótko po godz. 13 cesarz wygłosił w Bremerhaven mowę do niemieckich żołnierzy wyruszających drogą morską do Azji Wschodniej, aby wziąć udział w międzynarodowej ekspedycji karnej, której celem było stłumienie powstania bokserów. Cesarz miał w niej własnych żołnierzy przyrównać do Hunów, a dokładniej wyrazić życzenie, aby w Chinach ich imię budziło takie przerażenie jak niegdyś imię Hunów. Jest to nieco dziwne, ponieważ Hunowie byli postrzegani jako wrogowie Europy i Niemiec – to tak jakby Marszałek Piłsudski przemawiający do naszych żołnierzy wyruszających na jakąś zbrojną akcję powiedział, żeby słowo „Polak” budziło taką grozę jak „bolszewik”. Hunowie byli fizjonomicznie raczej podobni do Chińczyków, i lepiej się nadawali jako personifikacja „żółtego niebezpieczeństwa” – bardziej sensownie byłoby więc porównanie do nich chińskich rebeliantów a nie własnych żołnierzy. Jest to więc nieco dziwne, ale nie niemożliwe, ponieważ cesarz przemawiał bez kartki, i często w swoich mowach – tak jak było i w tym przypadku –improwizował, dawał się unosić uczuciom, zapędzał się, używał ostrych sformułowań itd.

Co ważniejsze jednak, w swojej mowie miał cesarz wzywać żołnierzy do łamania międzynarodowego prawa wojennego: niedawania pardonu i niebrania jeńców. Należy podkreślić, że swoją przemowę wygłosił pod wrażeniem doniesień prasy brytyjskiej z Chin. W połowie lipca najpierw „Daily Mail” a potem prasa w innych krajach, także w Niemczech, informowała, nie szczędząc wstrząsających szczegółów, że zajęto dzielnicę dyplomatów w Pekinie i wszyscy obcokrajowcy, bez wyjątku, zostali zamordowani – o tym, że wiadomość ta była fałszywa, cesarz jeszcze nie wiedział – w czerwcu rzeczywiście zginął niemiecki poseł Klemens von Ketteler. Nawiązując do tych wydarzeń cesarz mówił: „Macie wymierzyć karę za ciężkie bezprawie, jakie się wydarzyło, Chińczycy podeptali prawo międzynarodowe, w niespotykany w historii świata sposób zaprzeczyli nienaruszalności osoby posła i obowiązkom gościnności”. Prawdą jest, że w trakcie powstania bokserzy dopuszczali się okrucieństw a z ich ręki zginęło wielu chińskich chrześcijan, w tym kobiet i dzieci. Było też wówczas rzeczą sporną jak traktować nieregularne oddziały rebeliantów czy partyzantów, zwłaszcza, że Chiny nie podpisały konwencji haskiej.

Problem też w tym, że mamy do czynienia ze słowem mówionym, nie dysponujemy manuskryptem mowy, ani tym bardziej nagraniem. Sekretarz stanu w MSZ, późniejszy kanclerz Bernhard von Bülow zobowiązał obecnych dziennikarzy, aby nie publikowali mowy bez „autoryzacji”; krótko potem dziennikarze otrzymali oficjalną wersję, rozpowszechnioną także przez agencję prasową Biuro Telegraficzne Wolffa. Inną wersję, ostrzejszą, wydrukowała „Nordwestdeutsche Zeitung”. Wersja z Hunami pojawiła się w prasie lokalnej („Weser-Zeitung” i „Wilhelmshavener Tageblatt” z 29 lipca) a także w opozycyjnej prasie socjaldemokratycznej. Ani w wersji autoryzowanej przez von Bülowa, ani w opublikowanej w 1904 roku w oficjalnym tomie mów cesarza nie ma słowa o Hunach, o niedawaniu pardonu itd. Co ciekawe jednak w oficjalnym tomie mów cesarza redaktorzy poinformowali o istnieniu innych wersji i przedrukowali w przypisie fragment listu jednego z żołnierzy wyjeżdżających do Chin, który pisał, że słyszał słowa cesarza o „niedawaniu pardonu” rebeliantom.

O ile w wersji nieoficjalnej passus o niedawaniu pardonu i niebraniu jeńców – choć sformułowany w stronie biernej i nie wiadomo, kto jest podmiotem tych działań a kto przedmiotem – można interpretować w ten sposób, że podmiotem są żołnierze niemieccy, to w mowie oficjalnej passus ów – także w stronie biernej – wyraźnie daje się odczytać (w nawiasie dodano nawet „wam”) , że to chińscy rebelianci nie będą dawali pardonu ani brali jeńców, na co cesarz przygotowuje własnych żołnierzy i ich ostrzega: „Zachowajcie starą pruską dzielność, okażcie się chrześcijanami w cierpliwym znoszeniu cierpień, niechaj honor i chwała podąża za waszymi sztandarami i bronią, dajcie całemu światu przykład karności i męstwa. Wiecie dobrze, że będziecie się bić przeciwko sprytnemu, odważnemu, dobrze uzbrojonemu, okrutnemu wrogowi. Kiedy zbliżycie się do nich, to wiedzcie, że pardon nie będzie dawany, jeńcy nie będą brani”.

Dodajmy, że odbiór mowy cesarza był raczej pozytywny zarówno w Anglii, jak i we Francji. Neutralni obserwatorzy nie zgłaszali do niej żadnych zastrzeżeń. Ówczesny francuski minister spraw zagranicznych powiedział, że mowa „w całej Francji wywołała jak najlepsze wrażenie”. Po stłumieniu powstania bokserów szybko została zapomniana. Sławna stała się dopiero po 14 latach, kiedy londyński „The Times” z 29 sierpnia 1914 r. (pamiętać należy, że to Brytyjczycy mieli duże doświadczenie w tłumienia rebelii w koloniach), ignorując wersję oficjalną ostatecznie zaakceptowaną przez kanclerza i samego cesarza, wyciągnął nieoficjalną wersję z gazet (pozbawioną kontekstu sytuacyjnego i historycznego), nie do końca jasną, zapisaną z pamięci i rozdmuchaną przez wewnętrznych wrogów politycznych cesarza, chcąc w ten sposób przedstawić Niemców jako potomków Hunów, czyli barbarzyńców ze wschodu, niemal „dzikich Azjatów”, którzy nie przestrzegają europejskich reguł klasycznej wojny, a zatem wobec nich także one nie obowiązują. Wojna z Niemcami stała się tym samym zmaganiem cywilizowanych narodów z „azjatyckimi” barbarzyńcami, z „żółtym niebezpieczeństwem” (kolonialne klisze przeniesiono na Niemców). Na marginesie warto wspomnieć, że po raz pierwszy Niemców do Gotów i Hunów („the Goth and shameless Hun”) przyrównał Rudyard Kipling w pochodzącym z 1902 r. wierszu „The Rowers”.

Poprzez porównanie z Hunami reaktywowane w 1914 r. przez „The Times”, cesarz stał się Attylą, „Super-Hunem”, „postrachem Europy”, stojącym na czele swoich bestialskich hord, wzywającym do mordowania jeńców („ludobójstwa”). Propaganda zbudowała sztuczną ciągłość od „mowy huńskiej” do napaści na „pokój miłujące narody Europy”. Mowa cesarza miała być dowodem na to, że Niemcy opuścili krąg cywilizowanych narodów, zanim jeszcze rozpoczęła się wojna. Skonstruowano taki moralno-charakterologiczno-pyschologiczno-mentalny portret cesarza, aby przedstawić go jako władcę, u którego od dawna już, a właściwie od zawsze, istniała „wola wojny”, i to wojny toczonej „po barbarzyńsku”.

W „seansach nienawiści” pokazano masom okrutnego winowajcę, z monarchy zrobiono „krwiożercze monstrum”, „chciwego potwora”, „wodza barbarzyńców”, napiętnowano jako przestępczego króla, który, wraz ze swoim przestępczym dworem, uczynił ze swojego potulnego narodu hordę dzikusów. 6 sierpnia 1914 r. francuskie pismo “Excelsior” nazwało niemieckiego cesarza „wodzem barbarzyńców”, w czerwcu 1915 r „Financial Times”, doniósł, że cesarz osobiście rozkazał torturować trzyletnie belgijskie dzieci, a jeszcze do tego dokładnie nakazał, jakie tortury należy zastosować. Pojawiały się rysunki, na których osobiście nadzoruje żołnierzy przeprowadzających egzekucję kilkorga małych dzieci. „Daily Mail” z maja 1915 r. poinformował czytelników, iż cesarz osobiście wydał rozkaz zniszczenia katedry w Reims, w tym samym miesiącu „Daily Express” zażądał odebrania mu Orderu Podwiązki, argumentując, że na rozkaz tego „koronowanego zbrodniarza” palono miasta, mordowano starców i dzieci, hańbiono młode kobiety, zatapiano bezbronnych rybaków. „Daily Mail” pisał, że obłąkany cesarz-dyktator, osobiście stoi za wszystkimi okrucieństwami i zbrodniami wojennymi. Londyńskie “Evening News” z 6 sierpnia 1915 określiły cesarza mianem “mad dog of Europe”, „Financial News” podały, że wyznaczył on wysokie premie za zatopienie statku z kobietami na pokładzie.

Cesarz okazał się potworem, jakiego nie widział dotąd cywilizowany świat; pisano, że „zastrzelić go to kazać mu umrzeć godną śmiercią żołnierza, dla tego przestępcy odpowiedni jest stryczek”. W gazetach krajów Ententy ukazywały się rozmaite rysunki i karykatury monarchy. Oto cesarz stoi nad zwłokami zabitych i pomordowanych, zaś podpis głosi: „Tryumf kultury”; cesarz spożywa posiłek– na jednym talerzu ludzka głowa, na drugim ludzkie serca; cesarz nabija ludzi na widelec. W „Punchu” przedstawiono cesarza jako najwyższego kapłana Molocha – napis na brzuchu bożka brzmi: „Niemcy, Niemcy ponad wszystko”.

Publiczność mogła podziwiać portret cesarza skomponowany z martwych ciał, woskową figurę cesarza przeznaczoną do umieszczenia w galerii pospolitych przestępców, monarchę osobiście nastającego na cześć obnażonej kobiety, cesarza-rzeźnika z wielkim nożem ociekającym krwią, cesarza jako sutenera w Piekle Dantego. Na rysunku opatrzonym wersem z Ewangelii „pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie” widzimy go z toporem, z rękami ociekającymi krwią, osobiście odrąbującego dzieciom rączki na drewnianym pniaku, wokół zaś piętrzy się stos odciętych rączek. Inne motywy ikonograficzne: cesarz pod rękę z diabłem, cesarz z ustami zbroczonymi krwią, cesarz ze świńskim ryjem zamiast twarzy, cesarz z twarzą wilkołaka, cesarz jako „wściekły pies”, którego żołnierze alianccy zaganiają z powrotem do Berlina, pies z twarzą cesarza („war dog”) ucieka przestraszony do budy, cesarz jako mucha-plujka, którą należy zabić, cesarz z dymiącym pistoletem w dłoni nazwany „mad dog of Potsdam” ( The mad dog of Potsdam brzmiał tytuł wydanej w Londynie w 1914 r. broszury autorstwa Frederica Nortona), cesarz jako Kain (podpis: „ponad 14 000 cywilów zamordowano na rozkaz cesarza”). Porównywano go z nie tylko z Kainem, ale także z Attylą, Kaligulą, Judaszem, Herodem. Tytuły amerykańskich filmów oddają dobrze ówczesne skrajnie antycesarskie nastroje: „The Kaiser, the Beast of Berlin” „To Hell with the Kaiser”. Cesarz to krwawy despota, bestia z Berlina, szykujący się do podboju całego świata, okrutny agresor, gwałciciel Europy, niszczyciel wolności, przestępca, potwór, spiskowiec, wyłączny inicjator wojny etc. etc. Normalne określenie „Allerhöchster Kriegsherr” czyli „najwyższy dowódca wojenny” tłumaczono jako „All Highest War Lord”, sugerując poprzez użycie słowa „Lord” (Pan, Bóg), bluźnierstwo. Georges Clemenceau (1841-1929) oskarżył cesarza (i jego „wspólników”) o popełnienie „największej zbrodni w dziejach”. W obozach dla rekrutów słomiana figura podobna do cesarza służyła do ćwiczeń posługiwania się bagnetem. Na jednym z rysunków prasowych widać twarz cesarza narysowaną na murze, obok ojciec mówiący do dziecka „jeśli będziesz niegrzeczny, nie będziesz mógł pluć na Wilhelma”. Monarcha zasługiwał wyłącznie na nienawiść i pogardą. Na jednej z ilustracji prasowych symboliczna Marianna odrąbuje cesarzowi głowę.

George Kennan trafnie zauważył, że „w czasie wojny (pierwszej) mocarstwa zachodnie propagowały obraz niemieckiego cesarza, który niczym nie różnił się od późniejszego Hitlera”. W swojej broszurze zatytułowanej Proof that the Kaiser is Anti-Christ (London 1915), upatrujący w cesarzu Antychrysta Samuel George pisał, że robi on wszystko dokładnie odwrotnie niż Chrystus: Chrystus powiedział: królestwo moje nie jest z tego świata, zaś cesarz powiedział: moim królestwem jest cały świat, mój naród podbije świat. Nic więc dziwnego, że bardzo popularne było wezwanie „Hang the Kaiser!”; co bardziej miłosierni chcieli zesłać cesarza na Wyspę św. Heleny lub inną, jeszcze bardziej odizolowaną od świata. Gwałtowna, brutalna antycesarska propaganda była także przygotowaniem psychologicznego i politycznego gruntu pod zniesienie monarchii w Niemczech, aby poprzez wprowadzenie demokratycznej partyjnej republiki osłabić je wewnętrznie. Niewykluczone, że chodziło generalnie o likwidację monarchii w Europie kontynentalnej, bowiem tego typu ataki nieuchronnie podważały instytucję monarchii jako takiej.

Niemcy – odrażający, brudni, źli

Jednym z najdonioślejszych skutków politycznych i psychologicznych propagandy wojennej było wykreowanie postaci złego, odrażającego Niemca i stworzenie negatywnego wizerunku Niemiec. Państwa Ententy prowadziły przeciwko Niemcom „propagandę grozy” (Greuelpropganda) i „propagandę nienawiści”, aby przy pomocy wyolbrzymionych lub całkowicie zmyślonych opowieści stygmatyzować Niemców jako naród krwiożerczych bestii. Obecne w alianckiej propagandzie – pisał jeden z badaczy – „spektrum [niemieckich] bestialstw było praktycznie nieskończone w swojej różnorodności”. Według amerykańskiego historyka Thomasa Fleminga, autora książki The Illusion of Victory. America in World War I, chodziło o stworzenie publicznego wizerunku Niemców jako “potworów zdolnych do każdego rodzaju odrażającego sadyzmu”. „Trik polegał na tym, aby sprawić, że docelowej grupie publiczności jednocześnie ciarki przechodzą po plecach na widok deprawacji podludzi, a jednocześnie może dyszeć żądzą zemsty i samozachwycać się wyniośle czystością swoich własnych humanitarnych motywacji” (Fleming). Według Fleminga odwołanie się do morderczej zbiorowej nienawiści pokrywano lakierem świętoszkowatości. Ludzie, którzy ulegają oficjalnie usankcjonowanej nienawiści, są gotowi do popełniania zbrodni straszniejszych jeszcze niż te, które, jak sądzą, popełnia wróg.

Przez całą wojnę propaganda aliancka pracowicie budowała obraz diabolicznego i ohydnego Niemca budzącego pogardę-strach-wściekłość-nienawiść. Tutaj tkwią korzenie orwellowskich „seansów nienawiści”. Nadmieńmy jednak, że, zdaniem niektórych autorów, nienawiść do Niemców poprzedza wojnę światową, a nie jest jej skutkiem. Pisał na ten temat Max Scheler w książce Przyczyny nienawiści do Niemców (Die Ursachen des Deutschenhasses, 1917). Z kolei Erwin Stransky w pracy Nienawiść do Niemców (Der Deutschenhaß, 1919) analizował geograficzne, etnograficzno-antropologiczne, kulturalne, historyczne, gospodarcze i polityczne, psychologiczne (uwarunkowane psychologią narodu niemieckiego i psychologią innych narodów) „psychopatologiczne” przyczyny nienawiści do Niemców. Warto też zwrócić uwagę na twórczość niemieckiego filozofa żydowskiego pochodzenia Constantina Brunnera , który w kilku tekstach m.in. Nienawiść do Niemców, nienawiść do Żydów i przyczyny wojny (Deutschenhaß, Judenhaß und die Ursachen des Krieges, 1917) za punkt wyjścia obrał tezę, iż „Niemców można trafnie nazwać Żydami nowej Europy”, i że „nienawiść do Niemców ma bardzo podobne przyczyny, co nienawiść do Żydów”.

Do wykreowania „odrażającego” Niemca używano bardzo wielu różnorodnych metod np. przerabiano fotografie i opatrywano je fałszywym podpisem. W „Berliner Lokalanzeiger” ukazała się fotografia trzech niemieckich kawalerzystów trzymających w rękach srebrne przedmioty i inne trofea zdobyte na turnieju armijnym w Grunewaldzie. To zdjęcie opublikowała prasa rosyjska z podpisem „Niemieccy rabusie w Warszawie”, a potem „Daily Mirror” z podpisem „Trzech niemieckich kawalerzystów ciężko obładowanych srebrnym i złotym łupem”. Fotografię oficerów niemieckich nad skrzynkami z amunicją przerobiono na fotografię niemieckich oficerów plądrujących skrzynie z bogactwem we francuskim zamku. Niemiecką fotografię miejscowości Schirwindt (Prusy Wschodnie) znajdującej się w stanie w jakim pozostawiły ją rosyjskie wojska okupacyjne, reprodukowano w prasie jako „francuskie miasto po zbombardowaniu przez Niemców”.

Fotografię-pocztówkę przedstawiającą ofiary antyżydowskiego pogromu w Rosji reprodukowano w prasie francuskiej jako fotografię „ofiar zbrodni niemieckich w Polsce”. Inne zdjęcie z tego samego cyklu podpisano „Niemieckie barbarzyństwo”. Obraz Mojżesza Majmona z 1906 r. „Powrót żydowskiego żołnierza”, którego reprodukcja ukazała się w niemieckim czasopiśmie dla Żydów (żołnierz z armii rosyjskiej zastaje żonę i dziecko zabite w pogromie), opublikowano w paryskiej prasie z podpisem „Po przejściu barbarzyńców”; oczywiście niemieckich. Fotografię z prasy niemieckiej przedstawiającą młodzież szkolną, która prowadzi zbiórkę tekstyliów, prasa francuska opublikowała jako „Zrabowane we Francji”.

Wyżej wspomniane fotografie niemieckich kawalerzystów w roli „rabusiów” były jednymi z wielu ilustracji, karykatur i zdjęć prezentujących Niemców jako chciwych, pozbawionych wszelkich skrupułów złodziei. Jeśli mamy zwyczajne zdjęcie żołnierzy niemieckich palących papierosy, to redaktorzy poinformują czytelników w podpisie, że palą oni kradzione cygara. Wystarczyło dać zdjęcie zwykłego wozu załadowanego czymkolwiek i opatrzyć podpisem, że ładunek został przez Niemców zrabowany. Zaczerpnięta z niemieckiej prasy fotografia żołnierza pochylającego się nad poległym kolegą zamieniła się w Anglii w fotografię „niemieckiego ghula obrabowującego poległego Rosjanina”. Inne motywy z tej serii: żołnierz niemiecki informuje w liście matkę, że dostał odznaczenie za kradzież futra i kosztowności, obwieszony orderami niemiecki kawalerzysta ma do siodła przytroczony skradziony zegar i odciętą głowę wroga. Nie tylko żołnierze i oficerowie to rabusie i złodzieje, ale także pani feldmarszałkowa Hindenburg, która wraz z towarzyszącymi jej damami rabowała francuskie zamki – na jej rozkaz żołnierze pakują do kufrów garderobę pani zamku. Z obrabowywania francuskich zamków znany był też niemiecki następca tronu. „Daily Express” pisał w listopadzie 1914 r., że książę Prus pozostanie na wieczność zapamiętany jako książę wśród włamywaczy i włamywacz wśród książąt (dodajmy, że publikowano także wyssane z palca relacje np. że kronprinz koronował się na króla Belgii na rynku w Menin).

Propaganda aliancka wykorzystywała w różny sposób motyw Czerwonego Krzyża. Pisano m.in., że czym dla byka jest czerwona płachta, tym dla niemieckiego Huna jest znak Czerwonego Krzyża, który musi on automatycznie zaatakować. Niemcy mieli też wykorzystywać znak Czerwonego Krzyża jako kamuflaż, aby móc zabijać wprowadzone w błąd, niczego nie spodziewające się ofiary – na zdjęciu widzimy pojazd ze znakiem Czerwonego Krzyża, za którym ukrywa się niemiecki karabin maszynowy. Albo inna kombinacja: ranny, spragniony jeniec angielski błaga o wodę niemiecką siostrę Czerwonego Krzyża, a ta sadystycznie wylewa ją na ziemię tuż przed jego oczyma. W amerykańskim filmie propagandowym Hearts of the World (1918) D.W. Griffitha Erich Stroheim grał niemieckiego barbarzyńcę – oficera, który wyrywa siostrze Czerwonego Krzyża dziecko i ciska na ziemię, potem zdziera z niej suknię, rzuca na łóżko i chce zgwałcić, a ponieważ płacz dziecka mu przeszkadza, odchodzi do kobiety, wyrzuca dziecko przez okno i kontynuuje gwałt. Z kolei rosyjski film propagandowy pokazywał niemieckie pielęgniarki jako zakonnice dobijające sztyletem rannych na polu bitwy.

Wspominaliśmy wyżej o cesarzu osobiście obcinającym rączki dzieciom. Zmyślona historyjka o obciętych rączkach belgijskich i francuskich dzieci od sierpnia 1914 r. obiegła cały świat i była niezwykle popularna w propagandzie alianckiej – ewidentnie była to projekcja: to co (podobno) mieli czynić Belgowie dzieciom w Kongu Belgijskim zostało odwrócone i rzutowane na Niemców; zamiast dzieciom murzyńskim z Konga status ofiary przyznano dzieciom belgijskim.

W różnych wariacjach motyw ten pojawiał się zarówno w relacjach prasowych, jak i na rysunkach publikowanych w prasie i innych propagandowych publikacjach. Już 27 sierpnia 1914 r. paryski korespondent „Timesa” powołał się na relację naocznego świadka, który widział jak niemieccy żołnierze obcinają rączki belgijskiego dziecka czepiającego się sukni matki. „Times” opublikował relacje francuskich uchodźców, którzy ze zgrozą opowiadali, że niemieccy żołnierze obcinają ręce małym chłopcom, żeby nie mogli oni w przyszłości służyć Francji jako żołnierze. Na innym rysunku matka trzyma niemowlę z obciętymi rączkami, sama także ma obciętą rękę. Niemcy obcinali rączki nie tylko chłopcom, lecz także dziewczynkom – dziewczynki bez rączek były nawet częściej eksponowane niż chłopcy (dziewczynki bardziej wzruszą). Krążyła także figurka belgijskiej dziewczynki z wyciągniętymi w górę rączkami bez dłoni – jako bibelot do postawienia na kredensie. Publikowano rysunki, na których niemieckim żołnierzom z kieszeni płaszcza wystają rączki obcięte dzieciom; żołnierze niemieccy wysyłają do domu dziecięce rączki jako trofea, ba, jedna z francuskich gazet z września 1915 r. pokazała niemieckich żołnierzy jedzących (!) rączki obcięte dzieciom– jedna z wariacji tematu niemieckich kanibali.

W propagandzie alianckiej występowały również dzieci nabite na lance i bagnety, dzieci przybite do drzwi gwoździami, dziewczynka wykorzystywana jako żywa tarcza, chłopiec, któremu Niemcy obcięli uszy, siedmioletni chłopiec belgijski, który drewnianym pistoletem celował do najeźdźców i został na miejscu zastrzelony, ustawione pod murem dziecko, które rozstrzeliwuje niemiecki żołnierz (potem z jednego żołnierza robi się cały pluton egzekucyjny). Według prasy zdarzyło się, że niemieccy żołnierze zapytali belgijskiego chłopca o drogę do miasteczka, a kiedy ten nie odpowiedział, bo nie rozumiał ich języka, niewiele myśląc ucięli mu obie dłonie.

Prasa doniosła o 12-letniej dziewczynce belgijskiej, której niemieccy żołnierze odcięli nos, rozkroili brzuch a żołądek wyciągnęli na wierzch. Pojawiały się masowo rozpowszechniane historie o zatrutych cukierkach rozdawanych lub zrzucanych z samolotów i Niemcach radujących się widokiem otrutych, wijących się w męczarniach, dzieci. Można się było dowiedzieć, że Niemcy dają dzieciom granaty ręczne do zabawy i śmieją się, kiedy granaty eksplodują rozrywając je na kawałki. Duchowni Kościoła anglikańskiego w kazaniach ostrzegali ludność, że po dokonaniu inwazji na Wyspy Brytyjskie, Niemcy „zabiją wszystkie dzieci płci męskiej” – oczywiste nawiązanie do biblijnych motywów.

Inne bestialstwa w niemieckim stylu: 30-35 niemieckich żołnierzy wkroczyło do domu pewnego woźnicy w Sempst, związali go, a następnie w jego obecności pięciu lub sześciu z nich zgwałciło jego trzynastoletnią córkę, potem nadziali ją na bagnety, bagnetami zadźgali jego dziesięcioletniego synka a żonę zastrzelili, on sam cudem się uratował, ponieważ do Tempst przybyli belgijscy żołnierze i gwałciciele musieli salwować się ucieczką. Ówczesne media podawały, że w tej miejscowości Niemcy zgwałcili wszystkie dziewczęta. Według relacji „naocznego świadka”, w pewnym belgijskim miasteczku żołnierze niemieccy wyciągnęli z domów dwadzieścia młodych kobiet, położyli je na stołach na głównym placyku, po czym każdą z nich gwałciło po kolei co najmniej 12 „Hunów”, podczas gdy reszta przyglądała się i gorąco im kibicowała. W jednym z belgijskich klasztorów Niemcy – poinformowała prasa – zgwałcili wszystkie zakonnice.

„The Star” z 16 września 1914 r. doniósł o 23-letniej pielęgniarce, której niemieccy żołnierze obcięli piersi i zostawili na śmierć – obcinanie piersi kobietom było jedną z ulubionych rozrywek niemieckich żołnierzy. Opublikowano też relację amerykańskiego żołnierza, który, kiedy wraz ze swoim oddziałem wkroczył do miejscowości, z której wycofali się Niemcy, znalazł nagą dziewczynę przybitą gwoździami do wrót stodoły. Inne motywy: kobiety i dziewczęta z odciętymi członkami i wbite na pal, kobiety jako żywe tarcze.

Z kolei „Times” informował o Kanadyjczyku przybitym do drzwi bagnetami a następnie zastrzelonym. Kanadyjscy żołnierze „na własne oczy” widzieli swoich trzech rannych kolegów ukrzyżowanych przez Niemców. Motyw ukrzyżowania odwoływał się do chrześcijańskich uczuć religijnych i naturalnych skojarzeń z męczeńską śmiercią Jezusa. W innej relacji nawiązanie jest bezpośrednie: Niemcy zdjęli figurę Jezusa Chrystusa z miejscowego dużego krzyża i na jej miejscu przybili kanadyjskiego żołnierza. Publiczność na świecie dowiadywała się o brytyjskim żołnierzu, któremu Niemcy obcięli język, innemu mężczyźnie obcięli głowę; pisano również, że Niemcy zarażają jeńców bakteriami gruźlicy, że zasypali wyjścia do kopalń, aby udusić belgijskich górników, że celowo atakują szpitale, palą żywcem rannych, mordują jeńców uprzednio wyłupiwszy im oczy, przywiązują nagich jeńców do kół dział artyleryjskich a niemieccy lekarze podcinają jeńcom żyły. Według „Timesa” każdy niemiecki pułk posiadał na wyposażeniu specjalną maszynę służącą do oblewania budynków ropą naftową i dysponował oddziałem wyszkolonych podpalaczy. Pokazywano niemieckich oficerów jak pod kulami pędzę swoich tchórzliwych żołnierzy do walki albo biczują greckich jeńców. Za zezwoleniem zwierzchników niemieccy żołnierze plądrują i rabują, strzelają z armat do zabytkowych budynków bez jakiejkolwiek potrzeby wojennej, świadomie, celowo, z czystej radości niszczenia. Jeśli na zdjęciu widnieje kilku zwykłych uśmiechniętych żołnierzy niemieckich, to podpis pod nim głosi: „grupa podpalaczy i morderców zadowolona z efektów swojej roboty”.

W morderczej robocie Niemcy ochoczo pomagali także swoim sojusznikom. I tak np. „Daily Telegraph” z 22 marca 1916 r. piórem swojego korespondenta w Rzymie, doniósł, że rządy alianckie zabezpieczyły dowody i dokumenty, które będą wkrótce opublikowane, mówiące o tym, iż Austria i Bułgaria są winne straszliwych zbrodni w Serbii, gdzie masakry są gorsze niż te popełnione przez Turków w Armenii. Zgodnie z wiarygodnymi informacjami – pisała angielska gazeta – liczba ofiar przekracza 700 000. Kobiety, dzieci i starców zamykano w kościołach i zabijano albo bagnetami, albo przy pomocy gazu. W jednym z kościołów Belgradu uduszono gazem 3000 kobiet, dzieci i starców. Istnieją też naoczni świadkowie, którzy widzieli jak Niemcy i Austriacy przekazywali Bułgarom maszyny do produkcji śmiercionośnego gazu i instruowali ich jak używać tych instrumentów w celu eksterminacji (to exterminate) ludności serbskiej. Jest to typowa Greuelpropaganda, pozwalająca jednocześnie zamienić Serbów, oskarżanych o zorganizowanie terrorystycznego zamachu na arcyksięcia Ferdynanda, w ofiary „ludobójstwa” (inna sprawa, że w okresie I wojny światowej Niemcy rzeczywiście używali gazów m.in. HCN do odwszawiania odzieży).

Na karykaturach i ilustracjach niemieccy „baby-killers”, mieli nieco azjatyckie rysy twarzy jak członkowie barbarzyńskiego, szczególnie brutalnego i strasznego plemienia, „Hunów” (było to odwołanie się do motywu „żółtego niebezpieczeństwa”). Obraz podstępnego, diabolicznego, prymitywnego, opętanego żądzą mordu, sadystycznego i odrażającego Niemca-Huna, który z rozkoszą oddaje się masakrowaniu dzieci, gwałceniu kobiet i obcinaniu im piersi, rabowaniu i zabijaniu ludności cywilnej, maltretowaniu jeńców, podpalaniu wszystkiego co się da, to stały składnik alianckiej propagandy w okresie wojny. Niemiec spada nawet poniżej człowieczeństwa np. na jednej z karykatur niemiecki żołnierz siedzi w klatce, zaś podpis głosi: „bestia w klatce”, na innym rysunku jeńcy niemieccy zamknięci w klatce, do której przymocowana jest tabliczka z napisem: „Bądź miły dla zwierząt”. Takie odczłowieczenie (animalizacja i insektyzacja) Niemców bywało częstym zabiegiem propagandy, zwłaszcza wizualnej. Niemiec występuje jako „Neandertalczyk”, małpolud King Kong, jako goryl (z napisem „Gott mit uns”), jako bakteria, insekt (pchła, kleszcz, pluskwa) i inne zwierzęta. Częsty motyw to Niemiec z głową wilka, goryla, świni itd. (zob. na ten temat artykuł Karlheinza Weissmana).

Tomasz Gabiś

Druga część tekstu pojawi się na naszym portalu już za tydzień.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułWięcej młodzieńczej zuchwałości i fantazji! (w odpowiedzi redaktorowi Tomaszowi Kwaśnickiemu)
Następny artykułPropaganda okresu I wojny światowej, czyli Orwell „1914” (część 2)
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here