Propaganda okresu I wojny światowej, czyli Orwell „1914” (część 2)

0
Spis treści
(Część 2)
Anglosascy mistrzowie propagandy
„Telegram Zimmermanna”, „contemptible little army” i medalion „upamiętniający zatopienie «Luistanii»” – trzy przykłady „fake news”
Mit „mydła z ludzi”
Niemcy – wróg absolutny
Co zrobić z pokonanymi barbarzyńcami? Sterylizacja czy reedukacja?

Anglosascy mistrzowie propagandy

Ocenia się, że francuska propaganda była w porównaniu z propagandą innych krajów najbardziej zajadła, niektórzy uważają Francuzów za mistrzów w produkcji sfałszowanych fotografii, których mnóstwo wyprodukowały „warsztaty fałszerskie” w Paryżu. Jednakże prawdziwymi zwycięzcami w tej dziedzinie okazali się ostatecznie Anglosasi, którzy przewyższyli wszystkich w zastosowaniu instrumentarium nowoczesnej propagandy. Z kolei Niemcom brakowało „angielskiego talentu do obłudy, co wyjaśnia po części relatywnie mierne sukcesy ich propagandy” (Calleo). Można by powiedzieć, że niemiecka prostoduszność nie mogła wygrać w starciu z wyrafinowaną a zarazem bezwzględną i brutalną grą Anglosasów.

Do tradycyjnej brytyjskiej praktyki propagandowej należało np. poniżanie zmieniających się wrogów Wielkiej Brytanii: Francuzi byli przedstawiani jako gorsi od niewiernych Turków, Holandia jako druga Kartagina, którą należy zniszczyć, Holendrzy zniesławiani jako ludzie „bez honoru” i jako ci, którzy „nie dotrzymują traktatów” jeszcze częściej niż pogańscy Tatarzy itp. Anglosasi do perfekcji doprowadzili „cant” – metodę polegającą na tym, aby zawsze, w każdych okolicznościach, materialne i polityczne interesy uzasadniać wyższą, uniwersalną moralnością i humanitarnymi celami, imperialną, mocarstwową politykę siły usprawiedliwiać etycznymi koniecznościami, swoim najbardziej jawnie „rabunkowym” wyprawom nadać pozory altruistycznych intencji („mówią Biblia, a myślą bawełna”) – niemiecki tytuł książki amerykańskiego autora Johna V. Densona trafnie brzmi: Mówili pokój, myśleli – wojna. Prezydenci USA: Lincoln, Wilson i Roosevelt (2013). Niektórzy badacze uważają, że jest to tradycja, zawsze otoczonego moralistycznymi frazesami i sloganami, brytyjskiego piractwa.

Na początku sierpnia 1914 roku „Times” napisał, że Wielka Brytania wznosi miecz za tę samą sprawę, co niegdyś przeciwko Filipowi II, Ludwikowi XIV i Napoleonowi, że walczy w imię Prawa i Honoru. Na swoich sztandarach Wlk. Brytania wypisała hasła obrony „praw małych narodów” i „świętości traktatów”. Brytyjscy propagandyści potrafili tworzyć znakomite slogany i hasła, sugestywnie oddziałujące na polityczne emocje. Bez wytchnienia wbijali w głowy swoim obywatelom i tzw. światowej opinii publicznej, że walczą o „Freedom, Justice and Democracy”.

Inaczej niż Rzesza Niemiecka i Austro-Węgry Brytyjczycy jako władcy imperium globalnego mieli możliwości, aby swoją propagandę wojenną kierować praktycznie do całego świata; oddziaływali na USA, na imperium, na dominia, na kolonie, na kraje neutralne – w porównaniu z Wielką Brytanią państwa centralne były izolowane. Wystarczy powiedzieć, że tylko do połowy 1915 r. brytyjskie biuro propagandy wojennej rozpowszechniło w 17 językach 2,5 mln egzemplarzy książek i broszur informacyjnych. Jak niezwykle sprawnie działał aparat brytyjskiej propagandy pokazuje sprawa ostatniej rozmowy kanclerza Rzeszy Theobalda von Bethmanna Hollwega z brytyjskim ambasadorem Edwardem Goschenem, która odbyła się 4 sierpnia 1914 r. Z tego spotkania Goschen sporządził notatkę. Zgodnie z nią gwarancje Wlk. Brytanii dla neutralności Belgii kanclerz określił jako „scrap of paper”, z powodu którego Wielka Brytania przystępuje do wojny. Był to jeszcze jeden dowód niemieckiego barbarzyństwa i militaryzmu – tylko Hunowie mogą tak podchodzić do „świętości traktatów” bezwzględnie szanowanej przez „narody cywilizowane”. Relacji ambasadora Goschena kanclerz Niemiec przeciwstawił – w rozmowie z wysłannikiem Associated Press ze stycznia 1915 – własną. Kanclerz zrekonstruował ze swojego punktu widzenia rozmowę z ambasadorem Goschenem i umieścił ja w szerszym kontekście politycznym. Według niego określenie „ein Fetzen Papier” (świstek papieru) miało taki sens, że to Wielka Brytania traktuje ów (zawarty w 1839 r.), układ jako „świstek papieru”, ponieważ wykorzystuje go w zależności od sytuacji. Neutralność Belgii to dla niej błahostka i wyłącznie pretekst do przystąpienia do wojny. Nie wiemy, który z panów mówił prawdę, a który kłamał. Być może obaj, a być może żaden, może się nie rozumieli lub błędnie interpretowali słowa interlokutora – nie mamy wszak magnetofonowego zapisu ani też relacji obiektywnego, neutralnego świadka. Ambasador mógł być zainteresowany w przedstawieniu kanclerza w złym świetle, kanclerz mógł potem starać się „wybielić”. Jednak najważniejsze jest to, że po wypowiedzeniu wojny przez Anglię cała anglojęzyczna prasa zaczyna używać sformułowania “scrap of paper” w znaczeniu, jakie nadał mu ambasador Goschen. Rozpowszechnione błyskawicznie w USA, w całym brytyjskim świecie, potem w innych językach i w ciągu całej wojny utrzymuje skuteczność jako „argument” zawsze, kiedy chodziło o wszelkie sporne kwestie prawa międzynarodowego, zawarcia pokoju czy propozycji wysuwanych przez stronę niemiecką: „przecież dla nich to tylko świstek papieru”. Zwycięża propagandowo ten, kto jest w stanie narzucić własną interpretację słów i wydarzeń.

Wielkim sukcesem okazał się opublikowany w maju 1915 roku Report of the Committee on Alleged German Outrages, sygnowany nazwiskiem uczonego i dyplomaty Jamesa Bryce`a (1838-1922). Bryce miał opinię człowieka prawego i uczciwego, ceniono go w USA jako historyka, przez pewien czas był brytyjskim ambasadorem w Waszyngtonie, napisał kilka książek życzliwych wobec rządzących Ameryką. Wybór padł więc na niego, aby Amerykanie uwierzyli w informacje zamieszczone w raporcie. Była to doskonale zaplanowana i przeprowadzona, zorkiestrowana akcja. Raport został wypuszczony 13 maja 1915 roku, dokładnie w tydzień po zatopieniu „Lusitanii” z amerykańskimi pasażerami na pokładzie. Trafił do gazet w USA akurat w chwili, kiedy zenitu sięgało oburzenie po zatopieniu „Lusitanii”. Przekonał wielu obywateli w USA, że Niemcy to bestie w ludzkiej skórze. Został przełożony na wiele języków i rozpowszechniony na całym świecie przez brytyjskie War Propaganda Bureau. Zresztą język panującej nad morzami Anglii, język globalnego imperium, był już wówczas językiem światowym a oprócz niego był jeszcze francuski i rosyjski – media aliantów działały od Przylądka Północnego do Kapsztadu, od Kanady po Nową Zelandię, od Mandżurii po Argentynę.

Propaganda państw centralnych ograniczona była w gruncie rzeczy do własnego obszaru, do krajów okupowanych i neutralnych, gdzie napotykała, rzecz jasna, na silniejszą propagandę aliancką. Propaganda brytyjska była propagandą globalną, pracowały dla niej gazety o największych nakładach na świecie. Niemcy nie posiadali tak rozwiniętych medialnych instrumentów władzy i wpływu jak Brytyjczycy. Brytyjski aparat propagandowy w I wojnie światowej – największy jaki dotychczas widział świat – był de facto aparatem globalnym. To Anglia podawała hasła podchwytywane następnie i powielane przez tzw. światową opinię publiczną (czy raczej „opublikowaną”). Brytyjska kampania na rzecz przystąpienia USA do wojny była „jedną z największych kampanii propagandowych w historii” (Philip Knightley). W 1923 roku amerykańskie pismo „The Nation” pisało: „w 1916 r. alianci nagłaśniali każdą możliwą opowieść o niemieckich bestialstwach, aby zyskać sympatię krajów neutralnych i wsparcie ze strony Ameryki. Każdego dnia byliśmy karmieni historyjkami o belgijskich dzieciach, którym poobcinano rączki, kanadyjskim żołnierzu ukrzyżowanym na wrotach stodoły, pielęgniarkach, którym poobcinano piersi, o niemieckim zwyczaju wyrabiania gliceryny, smarów, tłuszczu z poległych itp.

Nie tylko rysownicy, fotografowie, dziennikarze, ale intelektualiści i sławy literackie wspomagały aparat propagandowy. Np. na łamach “Timesa” z 18 września 1914 r. ukazało się oświadczenie, które podpisali m.in. J. M. Barrie, G. K. Chesterton, Arthur Conan Doyle, John Galsworthy, Thomas Hardy, Jerome K. Jerome, Rudyard Kipling, H. G. Wells, Israel Zangwill. Sygnatariusze deklaracji wskazywali na wysiłki Wielkiej Brytanii zmierzające do zachowania pokoju w Europie i potępiali niemiecką „kastę wojskową” za chęć zdominowania całego kontynentu. Definiowali wojnę jako starcie „żelaznej biurokracji Prus” z „wolnymi konstytucjami Zachodniej Europy”. Wielka Brytania wojuje, ich zdaniem, w imię zasady sprawiedliwości, jaka powinna obowiązywać pośród cywilizowanych narodów, broni praw małych narodów, dąży do zachowania ideałów wolności i praworządności Europy Zachodniej zagrożonych prze niemieckie „Krew i Żelazo”. Zatem słuszność jest po naszej stronie, nasza wojna jest sprawiedliwa, nasza sprawa ma żywotne znaczenie dla przyszłości świata. Innymi słowy, intelektualiści po prostu powtarzali slogany oficjalnej propagandy. Zaangażowani autorzy jak Thomas Hardy czy Herbert G. Wells, James M. Barrie otrzymywali pieniądze od rządu za książki wydawane w prywatnych wydawnictwach. Faktycznie prawie cała (w Wielkiej Brytanii wyjątkiem był Bertrand Russell) inteligencja państw Ententy – literaci, intelektualiści, naukowcy oddali swoje pióra patriotycznej propagandzie, w tym „czarnej” propagandzie. Nie tylko zresztą „czarnej”, bo także, i to dosłownie, „angelizującej” własną Sprawę. Wspomnijmy tu opowiadanie (napisane w pierwszej osobie) Arthura Machena „Łucznicy” wydrukowane w „London Evening News” 29 września 1914 r. Grupa brytyjskich żołnierzy, otoczona przez przeważające siły wroga w pobliżu belgijskiej wioski Mons, modli się do św. Jerzego i natychmiast pojawiają się duchy łuczników poległych w bitwie pod Azincourt, wyciągają oni swoje długie łuki i zasypują strzałami zbliżających się Niemców, zabijając ich na miejscu. W kolejnych latach wojny fikcja literacka zaczęła żyć własnym życiem i sam Arthur Machen nie był w stanie przekonać publiczności, że opowieść nie jest prawdziwa. Legenda nabierała coraz większych rozmiarów, pojawiały się różne wariacje pierwotnego motywu– duchy średniowiecznych łuczników, św. Jerzy na białym koniu, Joanna d`Arc, anioły, świetliste byty, zjawy. Najbardziej rozpowszechniony był obraz aniołów-wojowników. W 1915 roku aniołowie pojawili się w kazaniach w całej Anglii, jako dowód, że boska Opatrzność jest po stronie Ententy. Pisano o tym w gazetach w kraju a potem na całym świecie. Według niektórych badaczy w upowszechnianiu legendy „aniołów z Mons” miały czynniki rządowe – kiedy wiosną 1915 r. jasne się stało, że wojna prędko się nie skończy i w narodzie zaczęło się szerzyć zniechęcenia, wojskowe służby informacyjne, by podnieść morale żołnierzy i obywateli oraz podtrzymać prowojenny entuzjazm, wcieliły do armii anielskich wojowników. Obywatele mieli wierzyć, że po stronie Wielkiej Brytanii stoją siły ponadnaturalne, że Bóg interweniuje osobiście przeciwko szatańskiemu wrogowi (God with us).

Pamiętać należy, że w Wlk. Brytanii wydawcy i redaktorzy gazet byli partnerami rządu, że istniała ścisła sieć koneksji, kontaktów i powiązań osobistych, politycznych, zawodowych, towarzyskich właścicieli, redaktorów i czołowych dziennikarzy z politykami. W komisji doradzającej Departamentowi Informacji zasiadał, nazywany „Napoleonem Fleetstreet”, magnat prasowy Alfred Charles Williams Harmsworth, który w 1904 r. otrzymał od króla tytuł baroneta i jako lord Northcliffe zasiadał w Izbie Lordów. Był on właścicielem globalnej sieci gazet (które od około 1908 r. zaczęły stopniowo przechodzić na kurs antyniemiecki); należały do niego: „Times”, „Daily Mail”, „Daily Mirror”, „Evening News”, „Weekly Dispatch”, „Sunday Pictorial”, „Observer”, „Overseas Daily Mail”, „Leeds Mercury”, „Glasgow Herald”, „Manchester Courier”; francuskie wydanie „Daily Mail” wychodziło w Paryżu, rosyjskie wydanie „Timesa” ukazywało się w Rosji jako „Nowoje Wremja”. Lord Northcliffe miał też coś do powiedzenia w „Morning Post”, „Graphic”, „Daily Telegraph”, „Daily News”, „Daily Chronicle”, „Westminister Gazette”, „Manchester Guardian” i innych gazetach. Jego koncern prasowy dysponował

siecią międzynarodowych kontaktów – do zaprzyjaźnionych firm prasowych należały holenderski „Telegraaf”, włoski „Secolo”, „New York Times”, „New York Herald”, „Tribune”, „Sun”, „Sidney Sun”, „Life” „Prensa” (Buenos Aires), „Mercurio” (Santiago de Chile). Ściśle współpracowała z lordem Northcliffem Agencja Reutera, największa międzynarodowa agencja prasowa z siedzibą w Londynie, utrzymująca swoje lokalne biura w Kapsztadzie, Kairze, Aleksandrii, Kalkucie, Bombaju, Singapurze, Penangu, Hongkongu, Szanghaju, Pekinie, Jokohamie, Teheranie, Adelajdzie, Sydney, Melbourne, Brisbane, Wellington. Prasa Northcliffe`a i Agencja Reutera tworzyły wspólnie światową sieć informacyjną. Rzecz prosta, działała ona w ścisłym kontakcie i porozumieniu z kołami politycznymi i wojskowymi, służbami dyplomatycznymi, wydziałami politycznymi MSZ, rządowymi ośrodkami informacji i propagandy jak Official Press Bureau, które wydawało tajne wytyczne dla gazet i czasopism nadając jednolity kierunek całej prasie brytyjskiej. Gazety otrzymywały propagandowe newsy od ośrodków politycznych i rozpowszechniały je w kraju, w dominiach i koloniach oraz w państwach neutralnych.

Anglosaska propaganda wojenna musiała być bardzo intensywna z kilku powodów. Po pierwsze Wlk. Brytania była wyspą, nie miała lądowych granic, nad którymi stałyby wrogie armie, stąd też nie groziło jej bezpośrednie niebezpieczeństwo inwazji. Dlatego niezbędna była propaganda strachu przed straszliwym wrogiem, aby masy przekonać o konieczności wojny, o której rzeczywistych powodach nie miały pojęcia. Po drugie brytyjska armia składała się z ochotników – pomiędzy sierpniem 1914 a grudniem 1915 roku do wojska zgłosiło się prawie 2,5 miliona mężczyzn. Jednym z impulsów tego masowego zaciągu była z pewnością antyniemiecka propaganda strachu i nienawiści, która zarazem miała zagrzewać do walki poborowych (w latach 1915-1916 w Anglii wprowadzono stopniowo przymusowy pobór mężczyzn do wojska).

Pamiętać należy, że także takie jak kraje jak USA, Kanada, Australia czy Nowa Zelandia były oddzielone od Europy oceanami, a zatem pozostawały całkowicie niezagrożone – dlatego trzeba było podgrzać nastroje wywołując strach przed inwazją Zła ucieleśnianego przez Niemców i zagrażającego całemu światu. Trzeba było przekonać narody, że „niemieckie bestie” po pokonaniu Anglii rzucą się nawet na USA, Australię i Nową Zelandię. Wlk. Brytania i Francja chciały na swoją stronę przeciągnąć kraje neutralne, argumentując, że w obliczu starcia „cywilizowanego świata z barbarzyństwem” nikt nie może być neutralny, czyli obojętny wobec Zła, a tym samym współwinny, i musi stanąć do walki przeciwko „Hunom”.

Demonizująca Niemców propaganda potrzebna była także dlatego, że desygnowanie Niemiec jako wroga wymagało przezwyciężenia pewnych naturalnych więzów krwi, kultury i religii łączących oba narody. I Niemcy, i Anglia były konstytucyjnymi monarchiami, z większym zakresem federalizmu i regionalizmu, ale Anglia sprzymierzyła się z państwami centralistycznymi – republikańską Francją i rosyjską autokracją. Oba kraje były protestanckie, a w każdym razie z dominującym protestantyzmem, ale Anglia sprzymierzyła się z katolicką Francją i prawosławną Rosją. Wśród ludności Wielkiej Brytanii Niemcy byli lubiani bardziej niż Francuzi, o Rosjanach nawet nie wspominając. Domy panujące były spokrewnione, istniały rozliczne więzi pomiędzy niemiecką a angielską arystokracją, koligacje i koneksje rodowo-rodzinne, po dyplomaci i politycy obu stron byli zaprzyjaźnieni. Wszystko to wymagało znacznych propagandowych wysiłków, aby argumentami moralnymi uzasadnić przystąpienie Wielkiej Brytanii do wojny (mające swoje przyczyny geopolityczno-ekonomiczne) przeciwko Niemcom – propaganda musiała „mobilizować sumienia” i emocje. Prasa brytyjska donosiła swego czasu o antyżydowskich pogromach w Rosji, która teraz była sojusznikiem; dlatego w brytyjskich mediach o antysemityzm oskarżono nie ją, ale Niemcy. Niemieckie zbrodnie i przewiny miały przesłonić kłopotliwy fakt, że Wlk. Brytania o wolność i demokrację, o suwerenność małych narodów (z wyjątkiem narodu irlandzkiego) walczyła w braterskim sojuszu z „antysemicką”, będącą „więzieniem małych narodów”, autokratyczną carską Rosją, i pomagała tym samym rozprzestrzeniać się ­– jak mówiono w Niemczech – „mongolsko-moskwicińskiej kulturze”.

Wiedzieć też należy, że propaganda przeciwko Niemcom nie zaczęła się w sierpniu 1914 r. Pomiędzy 1895 a 1897 rokiem brytyjski tygodnik „The Saturday Review”, na którego łamach pisali uczeni, pisarze, politycy np. G. Bernard Shaw, H. G. Wells, Winston S. Churchill, W. B. Yeats, Conan Doyle, Rudyard Kipling, Algemon Charles Swinburne, opublikował cykl artykułów na temat polityki zagranicznej Wielkiej Brytanii i „niemieckiego zagrożenia”. W numerze z 1 lutego 1896 r. można było przeczytać: „Przygotujcie się do walki z Niemcami, ponieważ Germania est delenda”.

Londyński “Morning Post” w wydaniu z 2. 9. 1907 pisał: „Istnieje w Anglii niejasne przeczucie, że Niemcy w XX wieku odegrają taka samą rolę jak Hiszpania w 16 a Francja w 17 i 18 w.” Było to ewidentne desygnowanie Niemiec na wroga. Pod koniec 1909 roku bulwarówka „Daily Mail” opublikowała cykl dziesięciu artykułów, których autor Robert Blatchford ostrzegał przed niemieckim zagrożeniem: „Uważam, że Niemcy przygotowują zniszczenie Imperium Brytyjskiego. Nie jesteśmy gotowi do obrony przed nagłym i potężnym atakiem; istnienie imperium jest zagrożone”. W jakiś czas potem pisał: „rządzący narodem niemieckim z rozmysłem i cynicznie szykują się, aby wepchnąć go w nikczemną i desperacką wojnę zaborczą”. Artykuły Blatchforda z „Daily Mail” wydrukowano jako oddzielną broszurę i sprzedano (po pensie) w liczbie 1,6 miliona egzemplarzy. „Daily Mail” przez lata ostrzegał przed niemieckim niebezpieczeństwem i już dwa dni po wypowiedzeniu przez Anglię wojny Niemcom, bulwarówka informowała o niemieckich bestialstwach. Greuelpropganda, (wojenne) horrory, opowieści grozy, sensacyjne historie typowe dla brukowców zapewniały też dodatkowo zyski poprzez zwiększenie nakładu. „Daily Mail” sprzedawano także żołnierzom na froncie. Interes komercyjny właścicieli prasy brukowej zbiegał się z politycznym interesem rządzących.

Nadmieńmy na marginesie, że sianie paniki o zagrożeniu niemieckim oraz propaganda na rzecz zbrojeń i przygotowań do wojny była w okresie kilkunastu lat poprzedzających sierpień 1914 roku także narzędziem wewnętrznych rozgrywek politycznych – walki frakcyjnej wewnątrz obozu konserwatywnego oraz walki konserwatystów przeciw rządowi liberałów.

Brytyjska propaganda w USA na rzecz przystąpienia tego kraju do wojny spotykała się z tam z coraz większą życzliwością i akceptacją. Stopniowo nasilała się też antyniemiecka i proaliancka propaganda amerykańska, która, co oczywiste, ulega spotęgowaniu po przystąpieniu USA do wojny. Ameryka została zalana literaturą przedstawiającą „okrucieństwa Hunów”. Wyprodukowano dziesiątki „prawdziwych filmów wojennych” (rzecz jasna spreparowanych w Hollywood), w których sadystyczni niemieccy żołnierze lądują gdzieś na amerykańskim wybrzeżu, napadają na piękne bezbronne dziewczęta, które potem ratują dzielni amerykańscy bohaterowie, odpierający niemiecką inwazję na USA. Cała armia mówców, dziennikarzy i autorów propagandowych broszur pracowała dla amerykańskiego ministerstwa propagandy noszącego nazwę Committee on Public Information. Brytyjski historyk J.F.C. Fuller napisał, że owa Komisja Informacji Publicznej zamieniła Amerykanów w „propaganda-demented people”.

 „Telegram Zimmermanna”, „contemptible little army” i medalion „upamiętniający zatopienie «Luistanii»”
– trzy przykłady „fake news”

Obie propagandy wojenne Anglosasów stopniowo zlewały się w jeden nurt – tak rodził się kompleks wojskowo-polityczno-medialny Anglosfery. Jak znakomicie potrafi on rozgrywać propagandowo przeciwnika przekonali się Niemcy przy okazji „afery Zimmermanna”. Sekretarz stanu w niemieckim MSZ Artur Zimmermann wysłał w połowie stycznia 1917 r., najprawdopodobniej bez uzgodnienia z kanclerzem i innymi dyplomatami, zaszyfrowany telegram do niemieckiego posła w Meksyku Heinricha von Eckardta. Rozważał w nim możliwość zaproponowania Meksykowi sojuszu wojskowego i pomocy finansowej w przypadku zaatakowania Niemiec przez Stany Zjednoczone. Niemcy mogłyby wówczas poprzeć Meksyk w jego dążeniach do odzyskania dawnych meksykańskich terytoriów zaanektowanych przez USA – w tamtym okresie na pograniczu meksykańsko-amerykańskim toczyły się liczne potyczki np. w okresie od 14 marca 1916 do 7 lutego 1917 roku trwała na terenie Meksyku „ekspedycja karna” armii amerykańskiej mająca rozbić, działające na pograniczu, paramilitarne oddziały, dowodzone przez meksykańskiego rewolucjonistę Francisco „Pancho” Villę. Zimmermannowi chodziło o to, żeby na granicy meksykańsko-amerykańskiej trwał stan napięcia – toczące się potyczki koncentrowałyby uwagę amerykańskiej opinii publicznej i amerykańskich polityków na tym obszarze a odciągały od wojny w Europie.

Wywiad brytyjskiej marynarki wojennej przechwycił, zdeszyfrował depeszę Zimmermanna i przekazał jej treść do Waszyngtonu. 1 marca opublikowana została w USA. Propaganda anglosaska bardzo zręcznie przedstawiła treść telegramu, tak jakby Niemcy na spółkę z Meksykiem (i Japonią na dodatek) chciały okrążyć i dokonać „niczym niesprowokowanego” ataku na niczego się nie spodziewające, „pokój miłujące Stany Zjednoczone”, podczas gdy ewentualny niemiecko-meksykański sojusz wojskowy był u Zimmermanna jednoznacznie warunkowany uprzednim przystąpieniem USA do wojny przeciwko Niemcom. W marcu 1917 r. „New York Times” zaalarmował naród amerykański, że Niemcy „spiskują przeciwko Ameryce”, a 2 kwietnia prezydent Wilson mógł w Kongresie powiedzieć, że „prowadzona przez cesarski rząd niemiecki polityka nie jest niczym innym jak wojną przeciwko rządowi i narodowi Stanów Zjednoczonych. Kongres powinien formalnie zaaprobować narzucony nam stan wojny”. Prasa amerykańska pisała, że „Niemcy uważają nas za wroga”. 6 kwietnia 1917 r. USA – nie przejmując się tym, że Niemcy (jak proponował Zimmermann) sprzymierzą się teraz Meksykiem, który, ufny w pomoc Niemiec, ruszy odbijać Teksas i Arizonę, przystąpiły do wojny z Niemcami. Propaganda anglosaska doskonale wykorzystała depeszę Zimmermanna, dostarczając politykom w Waszyngtonie jeszcze jeden pretekst do wypowiedzenia wojny Niemcom, mimo iż USA ani przez chwilę nie były przez Niemcy zagrożone.

24 września 1914 do rutynowego wojennego rozkazu dziennego skierowanego do żołnierzy przez dowództwo brytyjskiego korpusu ekspedycyjnego został włączony (w tłumaczeniu) niemiecki wojenny rozkaz dzienny z 19 sierpnia 1914 roku, podpisany „Cesarz Wilhelm II, Kwatera Główna, Aix-la-Chapelle)”. W rozkazie tym, którego kopia miała wpaść w ręce Brytyjczyków w trakcie bitwy nad Marną (6 – 12 września 1914), cesarz wzywał, aby „to exterminate the treacherous English”, oraz nazwał siły brytyjskie „contemptible little army” (godna pogarda, mała armia). Co oczywiste „opinia publiczna” w Wlk. Brytanii poczuła się wielce urażona takimi pogardliwymi słowami. Także żołnierzom brytyjskiego korpusu ekspedycyjnego bardzo się to nie spodobało, jednak potem, jak to często bywa, przejęli inwektywę i sami zaczęli się z dumą określać jako „Old Contemptibles”. W 1925 r. powstało nawet stowarzyszenie weteranów nazywające się Old Contemptible Association, którego ostatni członek zmarł w 2006 roku.

Po wojnie, przebywającego na emigracji cesarza pytano, czy rzeczywiście określił brytyjskie wojsko jako „godną pogardy małą armię”. Cesarz odpowiedział: „Przeciwnie, stale podkreślałem wysoką jakość armii brytyjskiej i często w czasie pokoju ostrzegałem, żeby jej nie lekceważyć”. Czy jednak można cesarzowi wierzyć na słowo? Raczej nie, w końcu miał interes, aby się wypierać swoich słów. Jednak z drugiej strony mimo usilnych poszukiwań nigdy nie odnaleziono w archiwach niemieckich oryginału czy też kopii rozkazu w języku niemieckim. W archiwach brytyjskich nie odnaleziono kopii rozkazu cesarza, będącej podstawą tłumaczenia. Ponadto siedzibą Kwatery Głównej wojsk niemieckich nigdy nie było miasto Aix-la-Chapelle. Nigdy też w czasie cesarz tam nie przebywał. Zresztą cesarz nigdy by nie użył nazwy francuskiej Aix-la-Chapelle, ale niemiecką – Aachen. Taki rozkaz byłby jakąś anomalią, ponieważ cesarz w ogóle nie wydawał tego typu rozkazów dziennych; wydawali je wyłącznie dowódcy wojskowi. Treść rozkazu nie zgadza się z rzeczywistą sytuacją na froncie – nie wiedziano wówczas, gdzie dokładnie znajdują się Brytyjczycy. Ponadto nie wiadomo z jakich powodów, cesarz miałby w rozkazie dziennym informować swoich żołnierzy, że na czele wojsk wroga stoi generał (John) French. Treść i styl rozkazu wskazują, że jego prawdziwym adresatem nie są żołnierze niemieccy, lecz żołnierze brytyjscy, to ich oburzenie i gniew na Niemców i cesarza chciano wywołać. Najbardziej prawdopodobne jest więc, że to brytyjskie dowództwo samo napisało, wydało i nakazało odczytać swoim żołnierzom wojenny rozkaz dzienny cesarza Wilhelma II.

Mistrzowskim posunięciem propagandowym Brytyjczyków było rozpowszechnienie na świecie „niemieckiego medalu upamiętniającego zatopienie «Lusitanii»”. Storpedowanie przez niemiecki okręt podwodny tego brytyjskiego statku pasażerskiego było od początku ważnym toposem propagandy płynącej z Londynu, zwłaszcza, że na pokładzie znajdowali się obywatele amerykańscy – fakt istotny ze względu na możliwość oddziaływania na amerykańską opinię publiczną. Na przykład zdjęcie tłumu zgromadzonego przed pałacem królewskim w Berlinie 13 lipca 1914 r., opublikowano z podpisem informującym, że jest to manifestacja berlińczyków wyrażających radość z zatopienia „Lusitanii” w maju 1915 r. W obieg puszczono też kłamstwo, że niemieccy uczniowie dostali dzień wolny od lekcji, aby mogli świętować zatopienie statku.

Wybitny niemiecki medalier Karl Goetz z Monachium zaprojektował i wybił w sierpniu 1915 r. medalion typu pamiątkowego przedstawiający „Lusitanię” jako uzbrojony statek, a nie medal jako odznaczenie lub medalion upamiętniający zatopienie statku. Jego zasięg był niewielki (kilkaset egzemplarzy) i mało kto o nim w Niemczech wiedział. W zamierzeniu artysty medalion miał przedstawiać okoliczności zatopienia „Lusitanii”: statek pasażerski był uzbrojony w działa a na pokładzie były skrzynie z amunicją; ma rewersie widniał punkt sprzedaży biletów Cunard Line – sprzedającym bilety jest kościotrup. Jeden z pasażerów trzyma gazetę, na której można przeczytać „niebezpieczeństwo łodzi podwodnych” – była to aluzja do ostrzeżeń opublikowanych w amerykańskich gazetach przez ambasadę Niemiec w USA, a skierowanych do potencjalnych pasażerów statku.

W 1916 r., brytyjski MSZ, za pośrednictwem wywiadu marynarki wojennej, zdobył jedną z kopii medalionu, sfotografował go i przekazał fotografię do gazet i magazynów w Anglii i do USA, gdzie w rocznicę zatopienia liniowca zdjęcie medalionu opublikował „New York Times”. Wywołało to zainteresowanie i oburzenie tzw. opinii publicznej. Brytyjczycy zdecydowali się więc na masową produkcję. Najpierw War Propaganda Bureau (nazywane od nazwy siedziby Wellington House) puściło w obieg 50 000 replik medalionu, potem MSZ zasugerował dystrybucję na całym świecie. Szacuje się, że wyprodukowano ok. 300 000 brytyjskich kopii oryginalnego medalionu, które były sprzedawane w Wielkiej Brytanii i na całym świecie – w krajach neutralnych, w USA i Ameryce Południowej (do dzisiaj można je bez problemu kupić, natomiast niemieckie oryginały, należą do rzadkości i osiągają o wiele wyższe ceny). To co było prywatną inicjatywą niemieckiego artysty przeznaczoną dla wąskiego kręgu rodaków, stało się międzynarodową cause célèbre.

Medalion sprzedawano w pudełku, z dołączoną ulotką wyjaśniająca, że chodzi o wydany i rozpowszechniany w Niemczech medal upamiętniający zatopienie „Lusitanii”. Z prywatnego dzieła sztuki wytworzonego na sprzedaż, zrobiono oficjalny, niemiecki medal. Najpierw napiętnowano zatopienie „Lusitanii” jako „akt barbarzyństwa”, a następnie chciano pokazać, iż Niemcy właśnie takie postępowanie gloryfikują i pochwalają, produkując medale upamiętniające to „radosne wydarzenie”, co jest drwiną z ofiar. Brytyjscy propagandyści wykorzystali też fakt, że Goetz błędnie podał datę zatopienia „Lusitanii” na 5 maja – statek zatonął 7 maja. Data 5 maja miała – ich zdaniem – świadczyć o tym, że medal wykonano, zanim jeszcze statek zatonął. Innymi słowy: Niemcy wyprodukowali z wyprzedzeniem medal z datą 5 maja, ponieważ na ten dzień z pełną premedytacją zaplanowali zatopienie statku. Los „Lusitanii” był przypieczętowany, zanim jeszcze wyruszyła w morze i tylko jakieś bliżej nieokreślone okoliczności przeszkodziły w jej zatopieniu zgodnie z datą podaną na medalionie Goetza.

W sumie było to mistrzowskie posunięcie kontr-propagandowe: Goetz wyprodukował 500 egzemplarzy medalionu, Brytyjczycy 300 000. Dodajmy, że w styczniu 1917 r. bawarski Kriegsamt zakazał dalszego wykonywania medalionu Goetza i nakazał konfiskatę dostępnych w Niemczech egzemplarzy – zaiste odpowiedź godna mocarstwa zamierzającego panować nad światem! Prawdziwe światowe mocarstwo, czyli Wlk. Brytania chciała osiągnąć kilka celów: przypomnieć zatopienie „Lusitanii” (pomijamy tu wysuwaną niekiedy hipotezę, że brytyjskie kierownictwo posłużyło się „Lusitanią” jako przynętą celowo narażając ją na atak), zwłaszcza w USA, aby umacniać tam prowojenne nastroje (na amerykańskich plakatach werbunkowych do armii używano motywu tonącej kobiety z dzieckiem w ramionach), odwrócić uwagę od blokady morskiej Niemiec i ich sojuszników, łącznie z zatrzymywaniem na pełnym morzu i przeszukiwaniem statków z krajów neutralnych, odwrócić uwagę od używania pasażerów jako żywych tarczy. Kampania miała też „przykryć” krwawe stłumienie dublińskiego „Powstanie Wielkanocnego” z kwietnia 1916 r.

Mit „mydła z ludzi”

Jak działała propaganda wojenna – zwłaszcza anglosaska – najlepiej można pokazać na przykładzie prawdziwego propagandowego hitu – słynnej opowieści o niemieckich „zakładach przetwórstwa poległych żołnierzy”, w których wyrabiano ze zwłok tłuszcz do produkcji mydła, smarów, gliceryny (potrzebnej do produkcji amunicji), nawozów, karmy dla świń, margaryny itp. Przebieg „montowania” historii o „corpse factory”, jednego – jak to określił w 1920 r. Philip Gibbs – „z najgorszych kłamstw propagandy”, z jakim się zetknął w czasie, gdy był brytyjskim korespondentem wojennym, opisał szczegółowo Joachim Neander w pracy The German Corpse Factory. The Master Hoax of British Propaganda in the First World War (Saarbrücken 2013), z której zaczerpnięto część przytoczonych poniżej faktów. Przypomnijmy tu, że, wspomniany wyżej, brytyjski autor i parlamentarzysta Arthur Ponsonby już w 1918 jako pierwszy opublikował artykuł, w którym zdemaskował „opowieść o przerabianiu trupów na mydło” jako propagandowe kłamstwo (w Niemczech ochrzczone mianem „Kadaverlüge”). Ponsonby napisał, że było to jedno z najbardziej odrażających kłamstw wymyślonych w okresie wojny, które podniosło temperaturę nienawiści do Niemców do stanu wrzenia. W siedem lat po zakończeniu wojny strona brytyjska oficjalnie przyznała, że historia, która wywołała taką „furię nienawiści”, że – jak pisało już po wojnie jedno z pism amerykańskich – „normalni, zdrowi na umyśle ludzie zaciskali pięści i ruszali do najbliższego punktu werbunkowego”, została zmyślona.

Pierwszym etapem fabrykowania legendy było oskarżenie Niemców o profanowanie grobów. Alianccy propagandyści robili z nich hieny cmentarne, rozkopujące groby na francuskich cmentarzach w poszukiwaniu cennych rzeczy i metali nieżelaznych. Na jednym z parafialnych cmentarzy Niemcy – pisała prasa – wykopali i otwarli połowę trumien, najwidoczniej w celu ich splądrowania. 28 marca 1917 r .Agencja Reutera podała, że Niemcy systematycznie plądrują groby w poszukiwaniu cynku i kosztowności – niemieccy Hunowie rozkopywali groby, otwierali trumny, rozrzucali szczątki zmarłych. Po anglojęzycznej prasie krążyły nagłówki typu „German Ghouls Ruin French Graves in Search of Metal”, „An Army of Ghouls – German Outrages on the Dead” lub „The Hun as a Ghoul” – Niemcy stawali się rodzajem kanibali, demonów czy wampirów. Wątkiem pokrewnym było rzekome palenie zwłok żołnierzy na wielkich stosach, a także w piecach hutniczych lub krematoriach – smród, dowożonych specjalnymi pociągami, tysięcy palonych zwłok, rozchodził się bardzo daleko, o czym informowali „nanosowi” świadkowie. W ten sposób wywoływano skojarzenie Niemców ze zwłokami, z ich profanowaniem, wykorzystywaniem (plądrowanie grobów) i spalaniem.

10 kwietnia 1917 r. wychodząca w Holandii emigracyjna gazeta belgijska „La Belgique” ogłosiła artykuł pod nagłówkiem “Les Nécrophages” („Zjadacze zwłok”), informujący o wykorzystywaniu zwłok przez Niemców, którzy uważają, że nic nie może się zmarnować, wszystko, nawet ludzkie zwłoki należy traktować utylitarnie, jako źródło zysku. W drugiej połowie miesiąca na łamach emigracyjnej prasy belgijskiej ukazały się informacje o, położonej niedaleko belgijskiej granicy, fabryce w Niemczech, gdzie zwłoki poległych żołnierzy niemieckich przerabiano na techniczne oleje i tłuszcze. Były to sygnały płynące z mniejszych, ale kontrolowanych przez Londyn, ośrodków, łączące się ze sobą, aż powstała ostateczna wersja legendy o przemysłowym przerabianiu ludzkich zwłok, którą zaczęła rozpowszechniać brytyjska machina propagandowa. 17 kwietnia 1917 roku jednocześnie w dwóch prominentnych gazetach brytyjskich „Times” i „Daily Mail”, należących do brytyjskiego magnata prasowego lorda Northcliffe`a ukazała się historia o przerabianiu zwłok przez Niemców. Wybrano z jednej strony tanią bulwarówkę adresowaną do szerokich mas, osiągającą w porywach milion egzemplarzy nakładu, a z drugiej „The Times”, okręt flagowy brytyjskiego dziennikarstwa, tzw. gazetę opiniotwórczą, mającą opinię poważnej i wyważonej, cieszącą się poważaniem i zaufaniem w Wielkiej Brytanii i na świecie, co nadało legendzie wiarygodność. W tym samym dniu tj. 17 kwietnia współpracująca ściśle z władzami i otrzymująca subsydia rządowe Agencja Reutera wypuściła tę historię na cały świat (agencja już wcześniej rozsyłała sfabrykowane informacje, niepotwierdzone plotki i pogłoski). „Times” z 20 kwietnia 1917 r. podał relację sierżanta B. z Kentu, któremu jeden z jeńców opowiedział, że Niemcy wygotowują zwłoki swoich poległych żołnierzy, aby uzyskać karmę dla świń i drobiu, zaś żołnierze niemieccy nazywają margarynę „tłuszczem z trupów”, podejrzewając jakie jest źródło pochodzenia owej margaryny. W artykule „Timesa” z 17 kwietnia z detalami opisano wszystkie etapy procesu przemysłowego przerabiania trupów: transport do długiej, wąskiej komory, kąpiel dezynfekcyjna, suszenie, ekstrakcja, destylacja, wygotowywanie, rafinacja, rozlewanie do beczułek. „Times” pisał, że część otrzymywanych w procesie destylacji składników używana jest przez niemieckich producentów mydła.

Legenda o „robieniu mydła z ludzi” powstała i rozwinęła się, podobnie jak wiele innych, w ramach „partnerstwa publiczno-prywatnego”, czyli ścisłej współpracy prywatnych mediów i ośrodków politycznych – w jej sfabrykowaniu uczestniczyły: emigracyjny ośrodek belgijski Patrie et Liberté w Hadze i jego prasa, prywatne gazety brytyjskie („Daily Mail”, „The Times”), Agencja Reutera, brytyjskie instytucje rządowe: British Army Intelligence, British Department of Information, British War Office, War Propaganda Bureau. Politycy oraz znani reprezentanci życia kulturalnego swoimi wypowiedziami nadawali wiarygodność zmyślonej opowieści (dał się nabrać m.in. Rudyard Kipling). Przy tworzeniu legendy, aby nadać jej wiarygodność, powołano się na fragment relacji niemieckiego korespondenta wojennego oraz na rozkaz niemieckiego dowództwa. Wykorzystano fakt utylizacji przez Niemców padłych lub zabitych koni (takie zakłady utylizacyjne istniały w Niemczech już przed wojną). Występujące w nazwie „Kadaver-Verwertungs-Anstalt” (zakład przetwórstwa padłych zwierząt) słowo „Kadaver”, przetłumaczono jako „ludzkie zwłoki”, podczas gdy w języku niemieckim „Kadaver” odnosi się wyłącznie do zwłok zwierzęcych – zwłoki ludzkie to „Leiche”.

Za Reuterem informację o przerabianiu zwłok podała francuska Agence Havas a za nią gazety francusko-, hiszpańsko- i portugalskojęzyczne. Następnie w jej rozpowszechnianie włączyły się Australian United Service Limited, New Zealand Press Association i inne mniejsze agencje informacyjne. Temat podjęły gazety w Wielkiej Brytanii, Australii, Brazylii, Kanadzie, Chinach, Francji, Holandii, Portugalii, Rosji, Włoszech, Singapurze, Nowej Zelandii, USA, Argentynie, Egipcie, Indiach, na Dalekim i Bliskim Wschodzie, na Malajach, na Tasmanii. W USA były to m.in. „The Sun”, „The Tribune”, „The Washington Times”, „The Washington Post”. Dzięki Reuterowi kampania osiągnęła globalny zasięg. W ciągu następnych tygodni sfabrykowana historia o Niemcach „przerabiających trupy na mydło” (lub coś innego) ukazała się w gazetach na całym globie, na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy. Opowieść o „fabryce ludzkich ciał” obiegła cały świat, docierając do najodleglejszych jego zakątków; w setkach prowincjonalnych, lokalnych gazet na całym świecie informowano czytelników, że Niemcy metodami przemysłowymi przerabiają ludzkie zwłoki na mydło, glicerynę, nawóz itp. Kampania o „mydle z ludzi” miała trzy, sterowane z Londynu, fale – ostatnia wezbrała pod koniec 1918 r. stanowiąc propagandową oprawę „negocjacji pokojowych” w Paryżu.

Temat był rozwijany, rozdymany i ubarwiany np. jedna z włoskich gazet doniosła, że również w Austrii są podobne fabryki, ale jako surowiec Austriacy preferują włoskie ciała, ponieważ z reguły Włosi są bardziej tłuści niż Austriacy. Potem w Polsce odkryto fabryki, gdzie Niemcy zbierali zwłoki Rosjan, aby je przerobić. Pojawiły się doniesienia, że Niemcy przerabiają nie tylko zwłoki własnych żołnierzy, ale także alianckich (być może gdyby wojna potrwała dłużej, pojawiłyby się opowieści, że Niemcy specjalnie zabijają jeńców wojennych lub cywilów na terenach okupowanych, żeby przerobić ich na mydło). W USA ulubionym motywem było „mydło z ludzi” jako wyrób niemieckich fabryk – nacisk położono na to, co każdy codziennie używał. Przeciętny masowy czytelnik wyobrażał sobie jak Niemcy się myją takim „mydłem z trupów”, i przejmowała go groza. Nota bene amerykańscy przeciwnicy przystąpienia USA do wojny straszyli obywateli, że „nasi chłopcy” zabrani do wojska, by bić się z Niemcami, zostaną przerobieni na mydło.

Informacje o tym, że Niemcy używają specjalnych młynków do mielenia ludzkich kości na proszek służący jako nawóz lub dodatek do karmy dla świń, dały asumpt do oskarżeń narodu Bacha, Kanta i Goethego o kanibalizm. Na zamieszczonym w prasie rysunku widzimy niemieckiego rzeźnika w swoim sklepie, na hakach wiszą ludzkie ciała, na ladzie leżą ludzkie głowy, można kupić kiełbasę delikatesową wyrabianą ze zwłok. „Daily Mail” przekonywał czytelników, że ponieważ Niemcy karmiąc świnie i drób ludzkim mięsem uprawiają rodzaj pośredniego kanibalizmu – człowiek je zwierzęta, których mięso powstało z mięsa ludzkiego. „Daily Mail” pisał: „W przyszłym roku obywatel Niemiec, który je wieprzowinę, może jeść swojego ojca lub brata”. Żądano, aby po wojnie zaprzestać sprowadzania wieprzowiny z Niemiec i krajów sąsiednich. „Daily Express” przewidywał, że przez sto lat nikt nie będzie kupował niemieckiej margaryny, miodu, dżemu itp.

W kontekście przerabiania ludzkich zwłok na artykuły spożywcze przypomniano przypadki kanibalizmu w Niemczech w okresie Wojny Trzydziestoletniej, dowodząc, że ma on tam swoją długą tradycję. „Daily Mail” z 21 kwietnia 1917 r. wydrukował artykuł, którego autor przekonywał, że kanibalizm jest immanentną cechą niemieckiego charakteru narodowego. W „Daily Mail” z 26 kwietnia 1917 r. głos zabrał podróżnik, archeolog, etnolog Laurence Austine Waddel. Według niego Niemcy to „dzicy lokatorzy” pośród cywilizowanych narodów Europy, nie są ani Europejczykami, ani Aryjczykami, lecz odrębną rasą, pochodzącą z Azji Środkowej jak Hunowie oraz ich obecni sojusznicy Turcy. Przodkowie Niemców pozbywali się zwłok zmarłych rzucając je psom na pożarcie. Nie tylko na słynnej uczcie germańskich bohaterów w Walhalli jedzono ludzkie ciała, bohaterowie już na ziemi byli kanibalami. Jedna z belgijskich gazet emigracyjnych drukowanych w Holandii poinformowała, że „tłuszcz z Hunów” używany jest w żywieniu w Niemczech jako „sztuczny olej” lub „tłuszcz jadalny”. Jak wspomniano wyżej, chodziło też o „niemiecką margarynę na tłuszczu ze zwłok”. Było to skojarzenie z określeniem „margaryna z trupa” – w ówczesnym niemieckim żargonie wojskowym margarynę nazywano „Leichenfett”, czyli „tłuszcz z trupa”, (na zasadzie naszego określenia „zupa z trupa”). W dawnych czasach żołnierze Ludowego Wojska Polskiego odpowiednio skrojoną kiełbasę nazywali – „ch…j Czombego”, co zdolny propagandysta mógłby zinterpretować, że byli rasistowskimi kanibalami lubiącymi jeść penisa tego wybitnego bojownika o niepodległość Konga.

Strona niemiecka dementowała informacje o „mydle” czy „tłuszczu z ludzi”, ale daremnie, ponieważ, jak napisała jedna z francuskich gazet, Niemcy zawsze kłamią, więc nie można dawać wiary ich dementi. Ponadto, nawet jeśli Niemcy tego nie robili, to na pewno byli do tego zdolni. Jeden z francuskich autorów napisał, że kto nie wierzy w fakty o niemieckich fabrykach przerabiających zwłoki, ten popełnia moralną zdradę, podlizuje się Hunom, chce przerobić dusze Francuzów tak by sympatyzowali z wrogiem. Owszem, nie znaleziono dokumentów i dowodów na „mydło z ludzi”, ale tylko dlatego, że przebiegli Niemcy je zniszczyli. Na szczęście nie wszystkie – w prasie opisywano „mydło z ludzi”, przywiezione do kraju przez żołnierzy służących na froncie. Australijska prasa podała, że niemiecka margaryna wpadła w ręce aliantów i okazało się, że jest z tłuszczu ludzkiego. We wrześniu 1918 r. wojska alianckie zajęły teren wcześniej zajmowany przez Niemców i odkryły pomieszczenie, w którym znajdowały się porozrzucane wokół kotłów martwe ciała, a jakieś ich urwane fragmenty znajdowały się w kotłach. Korespondenci wojenni, żołnierze i inni naoczni świadkowie zwiedzali te pomieszczenia jako „fabrykę zwłok”. Cytowano australijskiego sapera: „Moje oczy mówią, że to jest fabryka zwłok, ale moja inteligencja nie pozwala mi uwierzyć”. I inteligencja podpowiadała mu właściwie, ponieważ była to kuchnia polowa trafiona w momencie, kiedy żołnierze pobierali swoje porcje.

Jeszcze po wojnie prasa podejmowała ten temat np. „Los Angeles Times”, prezentując wiosną 1921 r. „naocznego świadka”, Kanadyjczyka, który przebywał w niemieckich obozach jenieckich i tam pracował. Na pierwszej stronie gazety czytelnicy mogli przeczytać: „Truth About Hun «Human Soap». Famous War Mystery is Authoritatively Cleared up Here by Prisoner Who Served for Years as «Butcher» in German Fctory Fed by Corpses of Men”. Ciąg dalszy na kolejnej stronie z nagłówkiem brzmiał: “Bodies of Dead Babies (!-TG) Made Into Cooking Fat (!-TG). Horrible Experiences of «Butcher» in German Human-Soap Factory are Described by Him”. Ów Kanadyjczyk to jeden z wielu naocznych świadków, którzy widzieli to, co nigdy się nie wydarzyło. Bardziej dociekliwa niż „Los Angeles Times” był gazeta „Singapore Free Press and Mercantile Advertiser”, która w 1926 r. wskazała na odległe źródła legendy o „corpse factory”, przypominając krążącą w latach 30. XIX w. pogłoskę, że pewien sprytny biznesmen wysyła do Anglii statki załadowane kośćmi pozbieranymi na polach bitewnych wojen napoleońskich. Kości owe były następnie mielone i sprzedawane rolnikom jako nawóz. „Przerabianie zwłok” byłoby jednym z przykładów recyklingu i aktualizacji motywów propagandowych i „urban legends” z poprzednich wojen np. we Francji reaktywowano stereotypy i motywy propagandy wojennej z okresu wojny 1870/71, zaś w propagandzie USA Niemcy były traktowane podobnie jak stany południowe z okresu wojny secesyjnej.

Przy okazji bombardowania czytelników „informacjami” o „przerabianiu zwłok na mydło” (miliony na całym świecie wierzyły w te i podobne „fake news”), pisano, że taka „mroczna idea” przerabiania i wykorzystania absolutnie wszystkiego (skóry, tłuszczu, kości mielonych na mączkę) mogła się wylegnąć wyłącznie w niemieckim mózgu. Niemcom nie należy się atrybut człowieczeństwa, zatracili oni całkowicie uczucia cywilizowanego człowieka, zamieniając zmarłych na dywidendę. „Fabryki utylizacji ludzkich zwłok” potwierdzają to, co wiemy o Niemcach, ich postępowanie sprzeczne jest z wszelkimi zasadami człowieczeństwa, to „niesłychany akt dzikości, który zaszokował cały cywilizowany świat”. Nikt w Niemczech nie wzdryga się na myśl o tym, z czego mogą być zrobione ich parówki, mało tego, jeszcze chwalą się publicznie swoimi obrzydliwymi postępkami – o utylizacji ludzkich zwłok (w rzeczywistości padłych zwierząt) pisała wszak sama prasa niemiecka. Na tej podstawie socjolodzy i antropolodzy wyciągali wnioski na temat zbrodniczego ze swej natury charakteru narodowego Niemców. Dlatego świętym obowiązkiem całego świata jest walka z „Hun body-boilers”, kanibalami w pikelhaubach, wykorzystującymi osiągnięcia techniczne niemieckimi dzikusami. Aż do ostatecznego zwycięstwa.

Niemcy – wróg absolutny

Czarna propaganda typu „niemieccy barbarzyńcy”, „niemieccy kanibale” i „niemieckie krwiożercze monstra” (ghule) jest świadectwem przejście od wroga politycznego do wroga absolutnego; wróg polityczny musi być od teraz i moralnie zły, i estetycznie odrażający. Wyraźną skłonność do poniżania wroga jako człowieka bez honoru, jako przestępcę widać było już przed 1914 r. Proces ten jest ewidentnie związany z postępami masowej demokracji oraz ekspansją masowych mediów. W okresie I wojny światowej uległ on ogromnemu przyspieszeniu i spotęgowaniu. W naturalny sposób wojna ideologiczna i psychologiczna przeszła w wojnę quasi-religijną, Przede wszystkim po stronie aliantów była to wielka wojna duchowa prowadzona w duchu mesjanistycznego demokratycznego nacjonalizmu i imperializmu. Starcie wojenne inscenizowano w sferze propagandowej jako quasi-religijne starcie dwóch światopoglądów, wiar i idei, co miało mobilizować masy do wysiłku wojennego i ponoszenia ofiar na rzecz zwycięstwa.

Wojna toczyła się więc nie tylko na podbudowie biologicznych różnic pomiędzy walczącymi stronami, nie tylko teorie rasowe służyły jako podstawa propagandy nienawiści wobec Niemców reprezentujących rzekomo odrębna, obcą i niższą rasę, której członkowie mają inne mózgi, wytwarzają nadmierne ilości kału a nawet wydzielają specyficzny smród (foetor germanicus). Niemcy jako naród spychani byli wręcz poniżej poziomu człowieczeństwa. W przemówieniu z 4 sierpnia 1916 r. Lloyd George ogłosił narodowi i całemu światu: „Nie chodzi o walkę pomiędzy blokami władzy, lecz pomiędzy ideami, które są nie do pogodzenia. Po jednej stronie stoją siły walczące o wolność i postęp ludzkości, po drugiej siły pragnące zdławić wszystko to, co świat – wcześniej czy później – podniesie wzwyż i odnowi”. Wojna była krucjatą sił moralnych „cywilizowanego” świata przeciwko „dzikim Hunom” zagrażającym najwyższym wartościom – prawu, cywilizacji i wolności. „New York Times” pisał o zmaganiach pomiędzy demokracją a absolutyzmem, pomiędzy tym co wiecznie słuszne a tym co monstrualnie błędne. Po jednej stronie stoi Dobro, po drugiej – Zło. Reprezentanci Dobra biorą odpowiedzialność za świat zagrożony przez moce ciemności, bronią uniwersalnych wartości, które mają się urzeczywistnić na skalę globalną.

Prowadzenie wojny w imię Dobra i ogólnoludzkich celów powoduje – i to niezależnie od intencji – że wróg automatycznie pozostaje po stronie Zła. Im wyższe humanitarne cele jednej ze stron, tym większa demonizacja, diabolizacja i dehumanizacja wroga. Jeśli bowiem ktoś walczy w imię najwyższych ideałów moralnych, ba, człowieczeństwa samego, jeśli uważa się za reprezentanta ludzkości, to zgodnie z nieuchronną „dialektyczną” logiką walki politycznej, jego wróg musi być „wrogiem rodzaju ludzkiego”, czyli postawiony zostaje poza nawiasem ludzkości, poza człowieczeństwem. Wojnę toczy „rasa ludzka” przeciwko rasie „niemieckiej”. Dlatego Rudyard Kipling napisał na łamach „Morning Post”: „The are only two divisions in the world today, human beings and Germans”. Jeśli „ludzie” i „Niemcy” to dwie odrębne kategorie, i jeśli Niemcy ludziom zgotowali ten okrutny los, to automatycznie Niemcy nie są ludźmi, lecz podludźmi lub nie-ludźmi.

Herbert G. Wells pisał, że „ta, największa ze wszystkich wojen, nie jest tylko kolejną wojną – jest wojną ostatnią”, czyli wojną mającą zakończyć wojny w ogóle. Argumentem Woodrowa Wilsona za przystąpieniem do wojny było to, że jest to „wojna w celu zakończenia wszystkich wojen”. Źródłem religijno-ideowym takich haseł jest postmillenarystyczny pietyzm z jego wizją tysiącletniego „Panowania Jezusa” na ziemi. Nie różni to się niczym od „Międzynarodówki” głoszącej: „bój to jest nasz ostatni, krwawy skończy się trud”. Wojna jest ostateczną bitwą światowej koalicji Aniołów z Antychrystem, jest Armagedonem i apokaliptycznym starciem Ormuzda z niemieckim Arymanem. Imperium Dobra musi pokonać Imperium Zła.

W I wojnie światowej Niemcy, ci niepoprawni, zatwardziali i skazani na potępienie przestępcy i grzesznicy stoją jako ostatnia przeszkoda na drodze do osiągnięcia wiecznego pokoju i szczęścia ludzkości, analogicznie jak w ideologii marksistowskiej klasy posiadające stanowią ostatnią przeszkodę na drodze do zbudowania bezklasowego społeczeństwa i stworzenia świata wiecznej, rajskiej harmonii społecznej. Mesjański demokratyczny liberalizm jest bliźniaczym bratem mesjanizmu marksistowskiego. Wojna (propagandowa) napędzana utopijną mistyką demokracji, staje się światową misją, globalną krucjatą w imię oczyszczenia ludzkości z „grzechu”, zaniesienia pochodni wolności ludom na całym świecie, ustanowienia „wiecznego pokoju”, czyli Królestwa Bożego na ziemi.

Podczas takiej krucjaty nie walczy się z wrogiem politycznym i wojskowym, ale wytępia wcielenie absolutnego Zła na ziemi, zabija się zbrodniarzy przynależących do niższej rasy, unicestwi niższy gatunek ludzi, podludzi lub nie-ludzi. „Niemieckie bestie” zdolne do każdego okrucieństwa, będące przedmiotem powszechnej grozy nie należą do gatunku ludzkiego. Słychać było sformułowania „niemieckie społeczeństwo postawiło się poza wspólnotą ludzką”; „Niemcy utracili prawo istnienia w cywilizowanym świecie”. Zgodnie z tym propaganda aliancka przedstawiała żołnierzy niemieckich jako przestępców, sadystów, chciwych rabusiów, gwałcicieli, morderców kobiet i dzieci, dzikich „Hunów” opętanych żądzą mordu i zniszczenia, barbarzyńców, wampiry, kanibali, odczłowieczonych dewiantów, którzy niszczą domy, palą i burzą kościoły dla samej żądzy niszczenia, z mordu i destrukcji czerpiąc sadystyczną rozkosz.

„Czarna propaganda”, propaganda nienawiści o niezwykłym wprost natężeniu stworzyła wizerunek „strasznego”, „odrażającego” „złego” Niemca, należącego do jakiejś nieludzkiej rasy, stojącego poza cywilizacją. W ciągu kilku lat udało się zmienić obraz Niemiec i Niemców – potęga i skuteczność propagandy była tak wielka, że Niemcy z kraju o wielkich osiągnięciach we wszystkich dziedzinach spadły do poziomu moralnego pariasa. Tryumfy święciła koncepcja „charakteru narodowego” – skłonność do zbrodni, kłamstwa, rabunku miała być typową cechą niemieckiego charakteru narodowego. Sprawca bestialstw musiał być ze swej natury bestialski i lokować się poniżej człowieczeństwa.

Stan umysłu Niemców jest „bliski szaleństwa”, powierzchowna kultura i osiągnięcia naukowe nie usunęły z niemieckich instynktów najbardziej przerażających bestialskich cech („every German was instinctively and unalterably a babykiller”). Naród filozofów, poetów i kompozytorów zamieniono w mordującą, podpalającą, gwałcącą, rozcinającą brzuchy kobietom i obcinającą im piersi hordę morderców i dewiantów ze skłonnościami kanibalistycznymi (Kurt Baschwitz uważał, że wiarę w te wszystkie wymysły można wyjaśnić jedynie wybuchem „masowej psychozy”).

Wizerunek danego narodu (i jego elity) zmienia się nie dlatego, że ów naród się zmienił, ale dlatego, że zmienia się konstelacja (geo)polityczna (nie „nienawiść” jest przyczyną wrogości politycznej, lecz wrogość polityczna przyczyną „nienawiści”). Dziewiętnastowieczne Niemcy były widziane jako miejsce pokoju i Oświecenia, czarownych zamków; Niemcy byli w oczach innych ludźmi sentymentalnymi, marzycielskimi, niepraktycznymi, pracowitymi, spokojnymi i niechętnymi wojnie. Kojarzono ich z muzyką, fajeczką, metafizyką i szlafmycą.

W drugiej połowie XIX w. budzili podziw w USA i Wielkiej Brytanii. Uważano, że stanowią z Anglosasami jedną rodzinę. Wielu brytyjskich naukowców i dziennikarzy miało wysokie mniemanie o filozofii, kulturze, nauce i instytucjach niemieckich. Historię Niemiec interpretowano jako historię federalizmu, parlamentaryzmu, autonomicznych miast, protestantyzmu. Chwalono je jako kolebkę prawa, cnoty i wolności. W 1905 roku historyk, ambasador USA w Berlinie Andrew Dickson White przedstawiał Niemcy jako twierdzę myśli najwyższego lotu, strażnika cywilizacji, naturalnego sojusznika każdego narodu, któremu na sercu leży rozwój ludzkości.

W świecie anglosaskim negatywnymi cechami obarczano raczej państwa łacińskie i katolickie, z którymi kojarzono autorytaryzm, autokratyczne papiestwo, świętą inkwizycję itp. Sympatyczny i życzliwy obraz Niemców – idealistów i romantyków, dominował do 1870 roku, bo nie wiązał się z ich roszczeniem do władzy. Sytuacja zmienia się wraz z szybkim zwycięstwem Prus nad Francją i zjednoczeniem Niemiec, kiedy Rzesza Niemiecka stała się niejako namacalnym, widzialnym obiektem (geo)politycznym. Wizerunek Niemców staje się niejednoznaczny, by wraz z rosnącą pozycją polityczną i przemysłową Rzeszy (co w oczach Brytyjczyków stanowiło „złamanie równowagi sił” w kontynentalnej Europie), stawać się stopniowo coraz bardziej negatywny. Zmiana obrazu Niemiec i Niemców przebiega paralelnie do zmiany brytyjskiej, a potem amerykańskiej, polityki wobec Niemiec. W okresie wojny następuje przyspieszona rewizja i transformacja historii Niemiec i wizerunku Niemca. Aktualna czarna propaganda wojenna jest rzutowana wstecz – Niemcy od zawsze byli krwiożerczy, autorytarni, wojowniczy, bardziej agresywni niż inne narody, od zawsze byli wrogami reszty Europy.

Do obrazu niemieckiego „absolutnego wroga” wykreowanego przez propagandę strachu i nienawiści zaczęto dopasowywać obraz jego życia kulturalnego i społecznego. Ci, których portretuje się jako barbarzyńskich Hunów z definicji nie mogli i nie mogą mieć żadnych kulturalnych osiągnięć. Wszystko, co niemieckie – niemiecką politykę, sztukę, naukę, gospodarkę, kulturę, historiografię, humanistykę, filozofię, prawo, wychowanie, technologię – należało zdezawuować i zdyskredytować – ponieważ uczyniło Niemców tymi, jakimi pokazywała ich czarna propaganda. Przykład: Niemcy mieli w tamtym okresie wielkie osiągnięcia teoretyczne i praktyczne w dziedzinie chemii, stąd „Daily Express” w kwietniu 1915 roku napisał, że Niemcy to tylko „dzikusy, które przyswoiły sobie wiedzę chemiczną.”

Poszukiwano ojców duchowych „niemieckiego barbarzyństwa” i źródeł zła uosabianego przez Niemców – inspirację dla niemieckiego „imperializmu” i „militaryzmu” miała być twórczość historyka Heinricha von Treitschke oraz filozofia Fichtego, Hegla i Fryderyka Nietzschego, który w Wlk. Brytanii stał się „hate-figur”. Nawet zwykli Brytyjczycy uważali Nietzschego za łobuza w czystej postaci („Jak nie będziesz grzeczny, to przyjdzie Nietzsche i cię zje”!). We Francji Romain Rolland pisał, że dzięki Nietzschemu, który trafił pod strzechy, niemieccy żołnierze „pustoszący Belgię i Francję” czują się jak „Übermenschen” (w obieg puszczono legendę, że niemieccy żołnierze dostają do plecaka oprócz skarpet i komiśnego chleba polowe wydanie Also sprach Zarathustra). Była to pierwsza fala dyskredytacji Nietzschego jako proroka „niemieckiej agresji”.

Filozof, założyciel „amerykańskiego pragmatyzmu” John Dewey w książce German Philosophy and German Politics (1915 – ponownie wydana w 1942 roku) zarodki niemieckiego Zła znalazł w filozofii Kanta (także u innych publicystów Kant występował jako filozoficzny nicpoń odpowiedzialny za zepsucie „niemieckiej duszy”). To on stoi u źródeł niemieckiej mentalności, czyli tej piętnowanej przez propagandę wojenną. Według Dewey`a skłonność Niemców do poddania się kantowskim apriorycznym zasadom rozumu, wynikała m.in. z niemieckiej ortografii (pisanie rzeczowników z dużej litery): „Można sobie wyobrazić cały naród czytelników, który uniżenie pochyla głowę przy każdym z dużej litery napisanym słowem”. Zidentyfikowanie filozoficznych winowajców niemieckiego Zła mogło prowadzić tylko do jednego wniosku: należy usunąć Kanta, Fichtego, Hegla i Nietzschego z filozoficznego kanonu.

Historyk i archeolog z uniwersytetu oxfordzkiego Archibald H. Sayce oznajmił w grudniu 1914 r. na łamach „The Times”, że Niemcy wszystkie swoje odkrycia zapożyczyli lub ukradli innym, a jedynym oryginalnym rysem niemieckiej kultury jest militaryzm, dominujący od zwycięstwa Arminiusza w IX wieku. Nie jest to niczym dziwnym, ponieważ, jak napisał w marcu 1917 r. „New York Times” „umysł pruski nie jest w stanie odróżnić prawdy od fałszu”. Nagle naród, który wniósł tak wielki wkład do kultury europejskiej, sportretowany został jako horda barbarzyńców wyruszających, aby ją zniszczyć. 8 sierpnia 1914 r. filozof Henri Bergson zinterpretował wojnę przeciwko Niemcom jako wojnę „cywilizacji” przeciwko „barbarzyństwu”. 23 sierpnia 1914 r. londyński “Punch” zamieścił na całej stronie rysunek przedstawiający “The Triumph of Culture”: niemiecki żołnierz stojący dumnie nad zwłokami kobiety i dziecka. „German Kultur” stało się inwektywą. Na francuskiej karykaturze widać zniszczony grecki Partenon i „Bosza”, który mówi: „Aha, nasi żołnierze już tu byli”. Inny rysunek przedstawia żołnierza niemieckiego oddającego mocz pod grecką kolumną – oto symbol narodu, który wydał Winckelmanna, Mommsena i tylu innych wybitnych archeologów, filologów klasycznych i badaczy starożytności. Inne obrazki: Niemiec-goryl dzierżący w łapie pałkę z napisem „kultura”, kościotrup symbolizujący Niemców napełnionym krwią kielichem wznosi toast na cześć kultury, kościotrup jako śmierć przychodząca od Niemców, cesarz jako kostucha – wojna jawi się tu jako starcie „cywilizacji śmierci” reprezentowanej przez Niemców, z „cywilizacją życia” reprezentowaną przez Wielką Brytanię, Francję, Rosję i innych przeciwników wojennych Niemiec.

Za książką Alexandra Grafa Brockdorffa Es begann 1914…Von Chauvinismus, Kriegsschuld und deutscher Regierungspolitik (1932), przytoczmy dwa cytaty z wybitnych przedstawicieli francuskiej literatury:

„Naród Lutra i Kanta wynajduje nowe chmury gazu! Jedynie śmierć przynosi i jedynie śmierć jest spełnieniem wszystkich jego marzeń” (Paul Claudel);

„Ten przepełniony krwią naród, który dusił się własną siłą, rzucił się na wroga w delirium buty, gniewu i strachu; bestia w człowieku ledwo spuszczona z łańcucha, już pierwszymi krokami zakreśliła wokół siebie krąg metodycznego okropieństwa. Wszelaka brutalność instynktów i wiary była z rozmysłem podsycana przez tych, którzy trzymali naród w ryzach, przez jego przywódców, sztab generalny, jego profesorów i kapelanów. Wojna zawsze była i będzie tym samym co zbrodnia. Ale Niemcy zorganizowały ją, podniosły mord i pożogę do rangi prawa wojennego. Gniewny mistycyzm będący mieszaniną Bismarcka, Nietzschego i Biblii, dolał oliwy do ognia, nadczłowiek i Chrystus zostali zmobilizowani, aby zniszczyć świat i go odnowić. Odnowa rozpoczęła się w Belgii i jeszcze za tysiąc lat będzie się o tym mówić. Przerażony świat przeżywał piekielne widowisko, kiedy stara, ponad dwutysiącletnia cywilizacja Europy upadła pod brutalnymi i wyrachowanymi ciosami wielkiego narodu, który był jednym z przodujących” (Romain Rolland).

Brockdorff pracował w archiwum prasowym niemieckiego MSZ i przez jego ręce przeszło tysiące wycinków prasowych, gazet, czasopism, fotografii, karykatur z państw wrogich Rzeszy. Pisał on, że z całości tego materiału można wyciągnąć jeden wniosek: „wszystko, co [my Niemcy] mówimy jest kłamstwem. Nie wiemy, co to honor, sumienie, poczucie wstydu, nie mówiąc o życzliwości, współczuciu czy pobożności. Nasza rzekoma religia to zdegenerowany kult bożków, nasza nauka jest albo nieudolnym naśladownictwem albo narzędziem naszego barbarzyństwa. Bohaterowie naszej duchowej historii albo nie są Niemcami, albo należą do wcześniejszych epok, zanim jeszcze ulegliśmy całkowitemu zezwierzęceniu, albo pracują w służbie bestialskiego okrucieństwa a ich celem jest wsparcie bądź tuszowanie naszych okrutnych czynów”.

Mieliśmy do czynienia z atakiem na duchowe, kulturalne, naukowe i światopoglądowe fundamenty narodu niemieckiego. Cała historia Niemiec, ich filozofia, literatura, formy władzy i w ogóle formy życia politycznego zostają objęte podejrzeniem jako te wychowujące „baby-killers”. Oczywistym praktycznym politycznym celem tej propagandy było zniszczenie prestiżu Niemiec i Niemców na świecie oraz wyeliminowanie ich nie tylko jako rywala polityczno-militarnego i gospodarczego, lecz także duchowo-kulturalnego, naukowego, technologicznego.

Co zrobić z pokonanymi barbarzyńcami? Sterylizacja czy reedukacja?

W czasie wojny antyniemiecka histeria doszła do stanu wrzenia, czego skutkiem były fizyczne ataki na obywateli niemieckiego pochodzenia, dyskryminowanie ich w życiu publicznym i gospodarczym. W 26 stanach USA zakazano używania języka niemieckiego, wyrywano „bachelors buton” (bławatek) z ogródków jako narodowy kwiat niemiecki, ostrzegano przed niebezpiecznymi skutkami jedzenia niemieckiej kiszonej kapusty, St. Petersburg zamieniono 18 sierpnia 1914 na Piotrogród, brytyjski dom panujący w 1915 roku zamienił swoje nazwisko z Sachsen-Coburg-Gotha na Windsor. Zmieniano nazwy miejscowości, ulic, gór, degermanizowano imiona i nazwiska, rezygnowano z nauczania języka niemieckiego w szkołach i wycofywano z bibliotek ksiażki niemieckich autorów. Najbardziej zapaleni patrioci żądali wygnania Bacha i Beethovena z sal koncertowych i organizowali publiczne palenie książek niemieckich.

Już w trakcie trwania wojny zastanawiano się, co po zwycięstwie zrobić z pokonanymi „Hunami” i „wrogami rodzaju ludzkiego”. Padały różne propozycje np. jak podaje Erik von Kuehnelt-Leddihn, w napisanym przez jednego z brytyjskich dyplomatów liście do rezydującego w Szwajcarii emisariusza prezydenta Wilsona, George`a Herrona można przeczytać: „Co zaś się tyczy Niemców, to należałoby przyjąć moją propozycję, mianowicie, żeby w krajach cywilizowanych przez pięć lat od chwili zakończenia wojny Niemcy mogli podróżować tylko w psich obrożach z numerami, co jednakowoż nie byłoby zbyt uprzejme wobec psów”.

Francuski geograf Onésime Reclus domagał się „kary z nawiązką” w wysokości 101 miliardów marek w złocie płatnych przez 101 lat i zakończył swoje wywody słowami: „Doprawdy zasłużyli na to, by z pętlą na szyi prowadzić ich na targ niewolników i tam sprzedawać”. Później jednak ograniczył realizację tego żądania do ukarania warstwy kierowniczej: „Teoretyków i praktyków wojny prewencyjnej trzeba prewencyjnie unicestwić”. Francuski pisarz Joséphin Péladan nawoływał: „Wygnajmy język tych morderców z naszych domów, z naszych teatrów; życzyłbym sobie, aby ustawowo raz na zawsze zakazać publicznego jego używania. (…) Wasza kultura jest jeszcze bardziej godna nienawiści niż wasza armia, miano «Niemiec» będzie odtąd najgorszym wyzwiskiem”.

Byli tacy, którzy uważali, że współczesnego Judasza (cesarza) i jego diabelski pomiot trzeba wymazać z powierzchni ziemi, czyli dokonać ostatecznego rozwiązania kwestii niemieckiej. Ponieważ, zgodnie z zasadą „Once a German – always a German!”, Niemcy zawsze pozostaną morderczymi „Hunami”, należy sięgnąć po radykalne środki. Zaproponował je amerykański pastor i pisarz dr Newell Dwight Hillis, który opublikował w 1918 r. książkę German Atrocities, Their Nature and Philosophy: Studies in Belgium and France – półtora miliona egzemplarzy wyciągów z tej książki zostało wydanych przez Liberty Loan Committee. Dr Hillis odwiedził 160 miast i miał czterysta wystąpień na temat Niemców i ich niecnych postępków. W opublikowanej tym samym roku broszurze The Blot on the Kaiser’s Scutcheon (1918) w rozdziale „Judasz pośród narodów” pytał retorycznie „Czy niemieckich mężczyzn należy eksterminować?” (Must German Men Be Exterminated?).

W broszurze amerykańskiego pastora jest jak w pigułce skondensowana cała czarna propaganda strachu i nienawiści skierowana przeciwko Niemcom. Otóż mieli oni chytry plan podbicia najpierw Europy Środkowej, potem Zachodniej, potem Rosji, potem Wielkiej Brytanii, potem obu Ameryk, czyli, mówiąc krótko i węzłowato, planowali podbój całego świata. Chcieli ograbić ludzkość i zdobyć wszystkie jej bogactwa. Berlin („wielki Babilon”). miał zostać stolicą świata, niemiecki cesarz imperatorem świata a wszystkie narody i rasy jego poddanymi. Ostatecznym celem Niemców było zgermanizowanie wszystkich ludzi na całej kuli ziemskiej.

Ich podkładacze bomb, tajni agenci byli w każdej stolicy i w każdym kraju. Ta pajęczyna (szpiedzy, agenci wpływu, dywersanci, sabotażyści, mniejszości niemieckie rozsiane na całym świecie) – miała swoje centrum w poczdamskim pałacu, stamtąd jej czarne nici oplatały cały glob. Niemcy, podaje autor, palili elewatory z pszenicą warte setki milionów dolarów, podpalali magazyny, niszczyli statki z żywnością, podłożyli dynamit pod gmach parlamentu w Ottawie, wysadzali mosty i fabryki amunicji, zarażali nosacizną konie w Szwecji, zatruwali żywność w Rumunii, spiskowali przeciwko Argentynie. Przeciwieństwem imperium cesarza (Imperium Zła) jest Imperium Miłości – Empire of Love (Imperium Dobra), w którym rządził będzie światowy parlament – będą w nim na równych prawach reprezentowane wszystkie narody świata. Ziemia tak długo będąca polem bitwy stanie się ogrodem Edenu.

Stojący na czele „poczdamskiego gangu” spiskującego przeciwko całemu światu cesarz Wilhelm II Hohenzollern to według Hillisa książę kłamców i arcyzłoczyńca z całego serca nienawidzący Stanów Zjednoczonych. Chciał zabić króla Belgii Alberta, ponieważ on i jego sztab generalny wierzyli, że mają prawo zabić każdego króla czy prezydenta, który stanie na drodze wiodącej do spełnienia ich ambicji. Cesarz chciał dla siebie zrabować skarby Luwru. Sprzymierzył się z tureckim sułtanem – rzeźnikiem Ormian, ponieważ przestępcy wybierają sobie towarzystwo przestępców. Niemcy to wspólnicy Turków w „ludobójstwie” Ormian. Krwawy rzeźnik cesarz wziął sobie za przyjaciela krwawego rzeźnika – sułtana; te dwa łotry, dwaj rzeźnicy z rękami powalanymi krwią, stanowią najbardziej morderczą bliźniacza parę na ziemi. Sprzymierzając się z sułtanem cesarz stał się poniekąd muzułmaninem. Cesarz i Hindenburg we śnie widzą już wielki dąb i jego długi konar z konopną liną zakończoną pętlą, na której zbrodniczy władca i jego wojenny sztab zawisną.

Umysł Niemca jest, według pastora Hillsa, odmienny od umysłu przedstawicieli innych ludów. Niemcy to Judasz pośród narodów, myślą, że są wyższą kastę, „rasą panów” a wszystkie inne rasy to świnie. W Niemczech nawet najuboższemu chłopu niemieckiemu wmawiano, że jest nadczłowiekiem (superman). Niemcy z natury są tchórzami i kłamcami. Po raz pierwszy w historii jakiś naród zorganizował kłamstwo w naukę i nauczał oszukiwania jak rzemiosła. Niemcy są zbudowane na kłamstwie. Niemcy nic oryginalnego nie potrafią sami stworzyć, okradli cały świat z wynalazków i osiągnięć naukowych. Nieznane są im miłosierdzie, współczucie, człowieczeństwo. Nie mają wyobraźni i daru miłości do piękna, fabrykę kiełbasy wieprzowej i browar stawiają wyżej niż Partenon, Bazylikę św. Piotra i katedrę w Reims.

Niemiec nie pojmuje, dlaczego inni są oburzeni jego okrucieństwami, ponieważ to, co Amerykanin uznaje za zbrodnię, Niemiec za takową nie uważa. To, co w oczach cywilizowanego świata jest barbarzyństwem i okrucieństwem jak mord, rabunek, kradzież, gwałt, brutalność, to w oczach Niemca jest czymś normalnym – nie może być inaczej, skoro ojcowie niemieccy chwalą swoje dzieci, kiedy te przyniosą do domu skradziony łup. Niemcy niszczą dla samej żądzy niszczenia, bez żadnych wojskowych czy logistycznych konieczności. Metodycznie burzą katedry, średniowieczne kościoły, biblioteki, zamki, domy, niszczą piękno Francji. Dlaczego tak czynią? Z zawiści, ponieważ sami nie potrafią budować takich pięknych domów i kościołów jak Francuzi. To zawiść spowodowała, że zamienili Francję w pustynię.

Hillis opisuje wtargnięcie niemieckich Hunów do pracowni pewnego francuskiego malarza – tną nożami obrazy i niszczą wszystkie piękne przedmioty. Niemcy siekierami wyrąbują sady i winnice. Jeśli my nie możemy mieć takich winnic i sadów, mówili, to Francuzi też ich nie będą mieli. Dla Niemców nie ma nic świętego. Ich dusze są martwe, a kiedy umiera dusza, wszystko umiera. Niemiec kala krew innych – autor cytuje młodą Belgijkę zniewoloną przez niemieckiego oficera i oczekującą jego dziecka: „Niemiecka krew jest zatrutą krwią, niemiecka krew jest jak gnicie i rozkład mojego najgłębszego życia”. Po urodzeniu kobieta zadusiła dziecko (pomiot) Niemca, ale czy można ją za to potępić?

Dalej pisał pastor Hillis: „Prosty spis zbrodni popełnionych przez niemieckich oficerów i żołnierzy zebrany w ponad 20 tomach dowodów niszczy resztki nadziei na ich przyszłość. Dzieci niczym szczury przybijane do drzwi domów, dzieci nabijane na bagnety wśród wiwatów maszerujących Niemców tak jakby dziecko było przepiórką nadzianą na widelec. Matki, starcy i księża ginący w masakrach. Młodzi włoscy oficerowie z poderżniętymi gardłami powieszeni na hakach w sklepach rzeźniczych, bombardowanie szpitali Czerwonego Krzyża, pielęgniarek i białej flagi, wszystkie osiągnięcia cywilizowanego człowieka splugawione i zniszczone, szacunek dla dziecięctwa i starości, świętość kobiecości, zasady honoru, wierność traktatom, wszystko to pohańbione, nie w pijackim widzie lub czy w napadzie szału, ale w przemyślanej, wykalkulowanej, zimnej niemieckiej polityce siania strachu”.

Szczególnie wstrząsający przykład bestialskiego zachowania Niemców to wydarzenia w miejscowości Bapaume – Niemcy zanim się z niej wycofali, obrabowali każdy dom, a następnie wysadzili lub spalili wszystkie budynki z wyjątkiem Hôtel de Ville. Powiesili na nim plakat, że pozostawili ten budynek jako świadectwo swojej miłości do sztuki i architektury, ale potajemnie w piwnicy umieścili kilka ton dynamitu, przyłączyli do niego zegar siedmiodniowy nastawiając go na godz. 12 za siedem dni. Wiedzieli, że o tej godzinie w hotelu będzie najwięcej Brytyjczyków i Francuzów. Spisek się udał, diabelski spryt Niemców się opłacił a ich nienawiść nasyciła: dynamit eksplodował niszcząc budynek i rozrywając gości na kawałki. Inny przykład: po bitwie na zboczach Vimy Ridge w 1917 roku odkryto bunkry i podziemne komory, gdzie oficerowie niemieccy trzymali swoje belgijskie i francuskie seksualne niewolnice. Zanim uciekli, wszystkie je zabili. Niemcy zmusili też do niewolniczej pracy sześć milionów jeńców z podbitych narodów. Każdy z tych sześciu milionów niewolników pracujących na potrzeby armii niemieckiej, mógł w każdej chwili zostać zastrzelony przez strażników.

Niemcy – dowodził Hillis – są pacjentem w szpitalu świata. Każda komórka w ciele politycznym Niemiec jest chora, zżerają je różne rodzaje raka. Niektórzy sądzą, że wobec narodu niemieckiego należy zastosować środki wychowawcze, że trzeba starać się go ucywilizować. Jednakże, uważa pastor Hillis, 19 wieków edukacji nie zmieniło go ani trochę– „naród niemiecki nie ma więcej związków z cywilizacją 1918 roku niż orangutan, goryl, Judasz, hiena, zgniatacz kciuków, nóż do skalpowania w rękach dzikusa”. Wysiłki ucywilizowania Niemców są daremne, nie ma nadziei, że ci barbarzyńcy kiedykolwiek się zmienią. Pisał Hillis: „W czasach Tacyta Germanin był nieświadom tego, co robi, kiedy brał dzieci swoich wrogów i rozbijał ich główki o mur. Niemcy z 1914 i 1918 roku dalej bestialsko mordują dzieci, jedyna różnica polega na tym, że rzeź jest dziś dzięki naukowemu okrucieństwu bardziej wydajna i lepiej skalkulowana, aby podsycić grozę i rozprzestrzenić strach. Leopard nie zmienił swoich cętek. Grzechotnik jest większy i ma więcej trującego jadu w gruczole, niemiecki wilk urósł, podczas gdy kiedyś rozdzierał gardła dwóch owiec, teraz może rozszarpać dziesięć jagniąt w o połowę krótszym czasu”.

Cóż więc robić w tej sytuacji? Wielu ludzi ogarnia poczucie bezsilności, kiedy widzą, jak próżne są próby ucywilizowania Niemców. Ani ich edukowanie, ani wychowanie nic nie dają. Tacyt pisał: „Germanie traktują kobiety z okrucieństwem, torturują swoich wrogów, uprzejmość kojarzą ze słabością” – i wszystko pozostało takie samo. Stąd też wielu ludzi – uważa autor – czuje, że nie ma na świecie miejsca dla Niemców. Pastor Hillis wie, że te „bestie muszą zostać wygnane ze społeczeństwa”, tak jak urzędy zdrowia starają się wytępić choroby typu tyfus czy cholera:

W zupełnej desperacji mężowie stanu, generałowie, dyplomaci, redaktorzy mówią obecnie o obowiązku wręcz eksterminacji narodu niemieckiego [the duty of simply exterminating the German people]. Niedługo odbędzie spotkanie chirurgów z całego kraju, na którym będzie dyskutowany plan opierający się na prawie stanowym Indiany. To prawo upoważnia stanową radę chirurgów do zastosowania nowej bezbolesnej metody sterylizacji wobec zatwardziałych przestępców i nie rokujących nadziei na poprawę idiotów. Rezultatem tej konferencji powinien być apel o zwołanie światowej konferencji rozpatrującej możliwość sterylizacji dziesięciu milionów żołnierzy i oddzielenie ich kobiet tak, że kiedy to pokolenie Niemców przeminie, cywilizowane miasta, państwa i rasy pozbędą się tego strasznego raka, którego należy wyciąć z ciała społecznego”. Kiedy dziesięć milionów niemieckich żołnierzy zostanie bezboleśnie wysterylizowanych, narodowi niemieckiemu trzeba pozwolić, żeby wymarł. Przy życiu można – zaznacza wspaniałomyślnie autor – pozostawić tych, którzy zaakceptują ideę Jezusa – współczucie i życzliwość wobec ubogich i słabych.

Mamy tu w pełnej krasie zarysowany ideał eugeniczny dla całej ludzkości – uszlachetnienie ludzkości poprzez oczyszczenie jej z Niemców. Ten humanitarny projekt nie miał – choćby ze względów czysto praktycznych i logistycznych – wielkich szans na realizację, ale apel o sterylizację „wrogów ludzkości” osiągał cel propagandowy: Niemcy są tak źli, że zasługują na zniknięcie z powierzchni ziemi.

Tak czy inaczej pomysł pastora Newella Dwighta Hillisa, mimo iż wypływał z autentycznej troski o dobro ludzkości, z pewnością uznać należy za nieco zbyt radykalny. Mniej radykalna i bardziej realistyczna była koncepcja lansowana na łamach wydawanego w Bernie czasopisma „Freie Zeitung”. Do jego redaktorów i publicystów należał m.in. późniejszy znany marksistowski filozof Ernst Bloch (1885–1977). Pismo ukazało się po raz pierwszy 14 kwietnia 1917 r. (dzień po wypowiedzeniu przez USA wojny Niemcom) a przestało wychodzić w 1920 r. Na jego łamach głoszono pogląd, że Niemcy są krajem (w przeciwieństwie do innych krajów), gdzie wojna „podniesiona została do rangi zasady państwowotwórczej”; Prusy i cesarstwo niemieckie to nie systemy zasługujące na krytykę, ale inkarnacje radykalnego Zła („radykalne Dobro| reprezentują przede wszystkim USA i demokratyczna Rosja), absolutnej niemoralności, podłości, pozbawionego skrupułów makiawelizmu, instynktu zniszczenia.

Naród niemiecki – pisano na łamach „Freie Zeitung| – jest samolubny, kieruje nim naga żądza władzy. Cały naród, ponieważ nie należy rozróżniać pomiędzy rządzącymi i rządzonymi. Zbiorowo winny jest cały naród, który przez „cztery lata oklaskiwał najhaniebniejsze, diabelskie czyny swojego rządu”. Dlatego należy postawić Niemcy przed „moralnym parlamentem światowym”. Niemcy mają prawo (i obowiązek) do odczuwania – osobiście, wewnętrznie, a nie na pokaz – winy i skruchy. Każdy Niemiec powinien nieustannie przeżywać niemiecką winę za wywołanie wojny, pokornie wziąć na siebie współodpowiedzialność i pokutować, aby wyrwać korzenie zła z życiowego centrum własnej osoby. Program lansowany na lamach „Freie Zeitung” polegał na użyciu moralności jako broni przeciwko pokonanemu wrogowi i stanowił pierwszy projekt psychologiczno-moralno-politycznej reedukacji Niemców; niezbędnej, gdyż nie tylko rozpętali oni straszliwa wojnę, ale ponadto w jej trakcie okazali się „barbarzyńcami”, „baby-killers” i „kanibalami”.

Tomasz Gabiś

LINK do pierwszej części artykulu

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPropaganda okresu I wojny światowej, czyli Orwell „1914” (część 1)
Następny artykułWłasne i obce, obywatele i imigranci, czyli dlaczego państwo narodowe musi się nadal rozwijać
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here