Własne i obce, obywatele i imigranci, czyli dlaczego państwo narodowe musi się nadal rozwijać

0

Medialne echa spotkania europejskich partii prawicowych w styczniu 2017 roku w Koblencji były tyleż jednolite, co bezbarwne. Wszystkie gazety i rozgłośnie podkreślały jego groźny potencjał, a zarazem podśmiewały się i kpiły z „międzynarodówki nacjonalistów”. „Nacjonalista”, jak głosi Federalna Centrala Edukacji Politycznej, gloryfikuje własny naród i deprecjonuje inne, ugrzązł w anachronizmach XIX wieku i nic nie zrozumiał ze zbrodni XX wieku. Międzynarodówka w takim składzie to wewnętrzna sprzeczność: jej uczestnicy z natury rzeczy muszą życzyć sobie wzajemnie jak najgorzej.

Ale Frauke Petry nie jest spadkobierczynią ideologii Heinricha Classa, złowrogiego Wszechniemca z czasów cesarstwa, a Marine Le Pen nie jest polityczną prawnuczką generała Georges`a Boulangera, ikony „rewanżyzmu” III Republiki Francuskiej. Istnieją racjonalne powody, by bronić państwa narodowego i ważą one więcej niż dyletancka wiedza historyczna czy romantyczne marzenia o postnarodowej współczesności.

Z drugiej jednak strony trzeba przyjąć do wiadomości zmianę stosunku jednostki do wspólnoty państwowej. Sekularyzacja położyła również kres bojaźliwemu lękowi przed autorytetem państwa. W procesie indywidualizacji człowiek nowoczesny wchodzi w doraźne związki, ale nie toleruje – a przynajmniej tak mu się wydaje – żadnego zwierzchniego kolektywnego autorytetu. Kiedy państwo występuje aktywnie jako instancja władzy, uznawane jest za organ represji, za to bez zastrzeżeń korzysta się z jego usług socjalnych. Dopóki potrzeby obywateli są zaspokajane, nie ma powodu, by zastanawiać się nad podstawowymi założeniami państwa socjalnego i nowymi zależnościami, jakim się poddaje.

Kultura rozrywki, możliwości komunikacji, międzynarodowa oferta mediów, przemysł turystyki i zagospodarowania czasu wolnego doprowadziły do tego, że całkowicie dominuje perspektywa teraźniejszości. Tradycja i refleksja nad kulturą i historią znajdują się w odwrocie. Międzynarodowa kultura mediów i konsumpcji oferuje szeroki wachlarz wzorców identyfikacji i przynagla jednostkę do samooptymalizacji. Kto wpisał się w ten układ współrzędnych, faktycznie może uważać odwoływanie się do państwa narodowego za staroświeckie i zbędne. W Europie Wschodniej próby ponownego ożywienia tradycyjnej kultury narodowej sprowadzają się do nawiązywania do pierwiastków ludowych, które niewiele mają wspólnego ze współczesnością. Są to spóźnione choroby wieku dziecięcego w czasach poradzieckich.

W krajach zachodnich auto definicja w kategoriach państwa narodowego natrafia na dodatkową trudność, ponieważ na terenie państwa nie ma już homogenicznego narodu, pojmującego siebie jako grupę interesu. W rezultacie brakuje oczywistości tego, co własne i co odróżnia „nas” od „innych”. Mamy za to zwolenników globalizmu czy może internacjonalizmu, którzy powodowani interesem ekonomicznym albo zamysłem ideologicznym chcieliby zlikwidować państwo narodowe. I mamy też napływające z zagranicy narodowości, grupy etniczne, kultury. Wielu imigrantów zachowuje się lojalnie, nie sprawia kłopotów, inni są roszczeniowi, krzykliwi, groźni. W każdym jednak przypadku zwolennik państwa narodowego staje przed pytaniem, na jakie „my” ma się powołać, domagając się respektowania interesów narodowych.

Dla globalistów odpowiedź jest prosta: państwo narodowe jako model myślenia i działania zużyło się, a internacjonalizacja i wielokulturowość są faktami niepodważalnymi. Żądanie uznania dominacji jakiejś kultury lub rdzennego narodu danego państwa to w oczach globalistów nie tylko rzecz praktycznie niewykonalna, ale także dyskryminacja i prowokacja Innego. „Własne” i „obce” są dla nich wzorcami równoprawnymi – stale na siebie nachodzą, wzajemnie się ucierają, tymczasowo łączą, częściowo prowadzą do syntezy. Instytucje polityczne i prawne działają jak permanentne komisje pośredniczące i same też są w stanie ciągłego dopasowywania się i nieustannej płynności. Jeśli państwo nie ma „własnego”, dominującego narodu, to nie musi również wytyczać granic, więc i one stają się anachroniczne.

Jest to samobójcze, a także nielogiczne: zakłada zdolność i gotowość do unieważnienia i relatywizacji samego siebie. Bo nawet permanentny chaos, o którym mowa, ma oparcie w akceptowanych ramach konsensu i porządku, zgodnego ze standardami świeckiego państwa europejskiego. Tyle że napływający do Europy migranci pochodzą z kultur, z których bynajmniej nie wszystkie są zorganizowane tak jak świeckie kraje europejskie i coraz więcej przybyszów z zewnątrz wyraźnie okazuje Europejczykom wrogość.

Już między samymi Europejczykami wystarczająco trudno jest wyważyć racje w przypadku konfliktu interesów. Udaje się to jako tako głównie dzięki temu, że sprawnie funkcjonujące państwa narodowe gotowe są współfinansować kraje gorzej zorganizowane. Rola transnarodowej Unii Europejskiej polega na tym – przykładem ratowanie euro – by za zasłoną jakiejś rozmamłanej ideologii europejskiej uprawiać uwspólnotowienie bałaganiarstwa. Beneficjentem tego jest Bruksela, która zagarnia przy tym dla siebie coraz więcej niekontrolowanej władzy. Również konflikty z kulturami pozaeuropejskimi Bruksela wykorzystuje jako za okazję do wydawania autorytarnych zarządzeń i wskazań, które narodom mają wybić z głowy ideę ich suwerenności i dążenia samozachowawcze. Robiąc tak dalej, Unia Europejska może w końcu stać się pasem transmisyjnym dla pozaeuropejskich wrogów Europy.

Ta perspektywa przyznaje rację zwolennikom państwa narodowego we wszystkich krajach i określa wspólnotę ich interesów. Staro-nowe państwo narodowe, które reprezentują, musi za swoje podstawowe założenia uznać sekularyzację, internacjonalizację i indywidualizację i bardzo stanowczo zdefiniować siebie jako pragmatyczną konieczność, z której na razie nie można zrezygnować.

Homogeniczność państwa narodowego jest dynamiczna i obejmuje także członków innych narodowości, jeśli się indywidualnie z nim integrują. W środowisku zsekularyzowanych Europejczyków nie przysparza to już żadnych trudności. Mimo zaniechań w sferze polityki walutowej – żeby wymienić tylko ten przykład – w RFN nie doszło do żadnych nacjonalistycznych aktów wrogości między Grekami a Niemcami, gdy tymczasem kraje muzułmańskie nie bez powodzenia pracują nad uformowaniem w Niemczech piątej kolumny. Podobnie dzieje się w innych krajach. Pojęcie „własnego” rozszerzyło się, pojęcie „innego”, na którego tle nabiera ono ostrości, bynajmniej nie zniknęło i wymaga ponadnarodowej współpracy.

Thorsten Hinz

przeł. Jacek Dąbrowski

Źródło: www.jungefreiheit.de ;  kwiecień 2017 r.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPropaganda okresu I wojny światowej, czyli Orwell „1914” (część 2)
Następny artykułO Ziemkiewiczu, Tokarskiej-Bakir, Wielomskim oraz innych osobach i sprawach
Thorsten Hinz urodził się w 1962 w Meklemburgii, studiował germanistykę w Lipsku, pracę dyplomową napisał o Heinrichu Böllu, w latach 1995-1998 był członkiem redakcji tygodnika „Junge Freiheit”, obecnie jest niezależnym publicystą i pisarzem politycznym. W 2004 otrzymał nagrodę im. Gerharda Löwenthala w dziedzinie dziennikarstwa. Od wielu lat spędza regularnie jeden z letnich miesięcy w chłopskiej chacie w południowej Francji, gdzie, oddalony od hałasu mediów i polityki, oddaje się lekturze klasyków. Mieszka w Berlinie. Napisał: Zurüstung zum Bürgerkrieg. Notizen zur Überfremdung Deutschlands (2008), Das verlorene Land. Aufsätze zur deutschen Geschichtspolitik (2010), Literatur aus der Schuldkolonie: Schreiben in Deutschland nach 1945 (2010), Psychologie der Niederlage. Über die deutsche Mentalität (2011), Weizsäcker-Komplex . Eine politische Archäologie (2012).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here