O Ziemkiewiczu, Tokarskiej-Bakir, Wielomskim oraz innych osobach i sprawach

0

Proboszcz pewnej parafii wygłosił bardzo emocjonalne kazanie, które wszystkich obecnych – oprócz jednego mężczyzny – wzruszyło do łez. Po nabożeństwie mężczyznę zapytano, dlaczego pozostał obojętny na kazanie, podczas gdy wszyscy inni byli do głębi poruszeni. Odpowiedział: „Nie jestem z tej parafii”.

******

Hipoteza, że Lee Harvey Oswald zaplanował i przeprowadził zamach na Kennedy`ego to ewidentna teoria spiskowa, zakładająca, że Oswald zorganizował jednoosobowy spisek. Zwolennicy tej teorii powinni przyswoić sobie opinię psycholożki społecznej profesor Krystyny Skarżyńskiej, że „w myśleniu spiskowym nie szuka się wyjaśnienia na podstawie dowodów i argumentów, chodzi bowiem nie o zgodność z rzeczywistością, ale o wygodną zgodę z własnymi, utrwalonymi schematami tej rzeczywistości”. Ponieważ bardzo nie chciałbym, aby Skarżyńska zdiagnozowała u mnie, typowe dla zwolenników teorii spiskowych, „zamrożenie struktur poznawczych”, wysuwam inną hipotezę – to był przypadek. Oswald wcale nie zamierzał zabić prezydenta, po prostu siedział sobie w oknie i bawił się bronią. Niestety – nie jest to rzadki przypadek – niechcący nacisnął spust, karabin wystrzelił i kula przypadkowo trafiła w prezydenta. Przerażony Oswald bezwiednie, nie celując, strzelił raz jeszcze, ponownie przypadkowo trafiając prezydenta. Widząc co narobił, spanikował jeszcze bardziej odrzucił karabin tak nieszczęśliwie, że ten ponownie wystrzelił i ponownie przypadkowo trafił Kennedy`ego. Żadnego spisku nie było. Przypadek. Jeden wielki przypadek; albo seria mniejszych przypadków.

******

Philip K. Dick uważał, że odejście Nixona po aferze Watergate było wydarzeniem o znaczeniu kosmicznym. Czy odejście Bronisława Komorowskiego albo, w przyszłości, Andrzeja Dudy z urzędu też może mieć wymiar kosmiczny? Niestety, chyba jednak wyłącznie lokalny.

******

Każda wielka Sprawa zaczyna się jako ruch, potem staje się biznesem a w końcu degeneruje w mafię ściągającą haracz (Eric Hoffer)

******

Niemiecki autor Gerhard Wischnewski zauważył, że od pewnego momentu część Europejczyków zaczęła interpretować masową imigrację jako broń. Już w grudniu 2014 r. sam Wischnewski pisał o „migracji jako broni”, powołując się na książkę Kelly M. Greenhill Weapons of Mass Migration (jest już niemieckie wydanie). Pojęcie „migracja jako broń” nadało sens niepojmowalnemu zjawisku zorganizowanej masowej inwazji „uchodźców”. Toteż propagandyści stanęli przed problemem jak nadać mu użyteczny „spin”, przejąć pojęcie i odpowiednio je zreinterpretować I nagle w oficjalnym dyskursie pojawiła się „migracja jako broń”. Ni stąd ni zowąd zaczął się nim posługiwać b. ambasador USA w Niemczech Daniel Ray »Dan« Coats, który podczas wizyty w Niemczech powiedział: „Z ogromną troską przyglądam się, jak migracja jest używana jako broń, aby osłabić Europę i Zachód”. Nie miał on oczywiście na myśli swojego kraju, lecz Rosję interweniującą w Syrii. Kiedy pojęcie otrzymało „właściwy” sens, media i politycy mogli już teraz nim się posługiwać np. „Daily Mail” nazwał napływ uchodźców do Europy „bronią masowego rażenia”, potem tygodnik „Der Spiegel” napisał o „uchodźcach jako broni”. Następnie w „Süddeutsche Zeitung” całkiem otwarcie napisano, że migracja jest używana jako broń. W mediach cytowano senatora Johna McCaina, który oświadczył, że potoki azylantów do Europy są „używane jako broń, aby podkopać stosunki transatlantyckie i projekt europejski”. Jednakże trudno się spodziewać, żeby strategia przypisywania tego Moskwie, się powiodła, ponieważ walec wojen i rewolucji w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, który skruszył bufory pomiędzy Europą a sąsiednimi kontynentami, zaczął się toczyć od grudnia 2010 r. a fala uchodźców w Europie osiągnęła szczyt jesienią 2015 r., czyli zanim Rosjanie bezpośrednio interweniowali w Syrii. Nadal pozostaje kwestią otwartą, kto i po co posługuje się „bronią imigracji”. Według Wischnewskiego to pewne siły polityczne w USA i ich sojusznicy w Wielkiej Brytanii i Francji poprzez wspieranie przewrotów i bombardowania na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej „uwolnili” miliony uchodźców będące bronią przeciwko Europie a de facto przeciwko Niemcom

******

Według niektórych mediów za masowy napływ imigrantów do Europy odpowiedzialny jest nie tylko Putin, ale także tzw. Państwo Islamskie, które wprost zagroziło, że użyje „broni imigracji” przeciwko Europie. Jak to jest możliwe, że owo „Państwo Islamskie” jeszcze w ogóle dycha, bezustannie atakowane z morza, powietrza i lądu przez zjednoczone siły światowej koalicji – USA, Rosję, Wielką Brytanię, Francję, Turcję, Irak itd. A ponadto w szeregach tej antyisisowskiej koalicji walczy 63-letni Abu Tahseen, najskuteczniejszy snajper w jednostkach szyickich milicji al-Hashd al-Shabi. Jak podały światowe media, zabił on dotychczas kilkuset isisowców, osiągając „rewelacyjny wynik” trzech zabitych tygodniowo. Jeszcze kilku takich zuchów i „Państwo Islamskie” podpisze bezwarunkową kapitulację. Oczywiście, jeśli przeżyje ktoś, kto by mógł złożyć pod nią podpis.

******

Zastanawiam się, czy czasami nie wybielam Putina zdejmując z niego odpowiedzialność za użycie „broni masowej imigracji”? Broń Boże, nie chciałbym zasłużyć na zaliczenie do „rosyjskiej V kolumny w Polsce”, którą tak wytrwale tropi kol. Marcin Rey. Jedno tylko pytanie od dawna mnie dręczy: gdzie jest „polska V kolumna w Rosji”? Dlaczego oni mają u nas „V kolumnę”, a my u nich nie? Dlaczego „rosyjska agentura wpływu” w Polsce rozkwita, a „polska agentura wpływu” w Rosji jakoś nie daje o sobie znaku życia? Dlaczego nie słyszymy nic o rosyjskim odpowiedniku Marcina Rey`a, potrafiącym z precyzją godną wspomnianego wyżej snajpera Abu Tahseena, trafiać „polskich agentów wpływu w Rosji”? Bez dwóch zdań, tu jest potrzebna „dobra zmiana”! Poza tym dziwi mnie, dlaczego Moskwa może mieć Radio Sputnik, a w Warszawie nie powstało dotychczas specjalne radio (telewizja?) nadające po rosyjsku, niemiecku i angielsku (a może i francusku), które na wzór Radia „Wolna Europa”, głosiłoby Prawdę narodom Rosji i Europy Zachodniej, informowałoby o tym, co dzieje się w ich krajach, gościłoby na antenie politycznych „wewnętrznych emigrantów” i „dysydentów” ze Wschodu i Zachodu. Byłby to praktyczny, konkretny przejaw polskiego „mesjanizmu”, nie to co teoretyczne wizje w „Pressjach”. Jedzie sobie Niemiec rano do pracy włącza radio i słyszy: „Hier spricht der deutsche Sender des Rundfunks «Volk und Freiheit» aus Warschau“. Czyż to nie byłoby piękne?

******

Urzędnik podatkowy podtrzymuje państwo tak jak stryczek podtrzymuje wisielca (Talleyrand)

******

Co jakiś czas słyszymy w mediach o tym, że rady miejskie odbierają obywatelstwa honorowe przyznane w odległej przeszłości kontrowersyjnym (dzisiaj) postaciom życia politycznego. Jest to kompletny idiotyzm, zdrowy rozsądek podpowiada wszak, że obywatelstwo honorowe wygasa automatycznie z chwilą śmierci uhonorowanego. Przyznaje się je żywym ludziom; kiedy umierają, przestają być obywatelami np. Szczecina, tak samo jako zwykły obywatel Szczecina przestaje nim być z momentem śmierci. Skoro nie można być po śmierci obywatelem Szczecina, to i obywatelem honorowym Szczecina być po śmierci nie można. Niestety, radni i miejscy urzędnicy nie są w stanie zrozumieć takiej prostej rzeczy.

******

Kto mówi prawdę, ten potrzebuje szybkiego konia

(Buffalo Bill)

******

Od lat toczą się dyskusje na temat Instytutu Pamięci Narodowej; najdalej w krytyce poszedł prof. Marcin Kula, który kilka lat temu, mówiąc o tej instytucji, użył terminu „Ministerstwo Prawdy”. Przypomnijmy, że Kula był pracownikiem Instytutu Historii PAN, pracownikiem Uniwersytetu Warszawskiego, Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania w Warszawie (przemianowanej w 2008 na Akademię Leona Koźmińskiego). Różnica między nim a historykiem zatrudnionym w IPN jest wyłącznie różnicą stopnia – Kula także jest przedstawicielem zinstytucjonalizowanej nauki, zatrudnionym w instytucjach powoływanych i finansowanych przez rządzących, profesorem zwyczajnym mianowanym przez głowę państwa. Stąd też jego wyższościowa postawa wobec historyków zatrudnionych w IPN – oni pracują w Ministerstwie Prawdy, on zaś służy wyłącznie Prawdzie – nie bardzo się broni. Mamy dwie możliwości, albo oceniać będziemy historyka z IPN-u i Kulę wyłącznie na podstawie tego, co i jak napisali, albo też przyjmiemy, że historyk z IPN pracuje w jednym departamencie Ministerstwa Prawdy a Kula w innym – spór między nimi byłby, w istocie rzeczy mało interesującym, sporem pomiędzy urzędnikami Ministerstwa Prawdy. Nie muszę wyjaśniać, że tylko tę pierwszą możliwość uważam za pożądaną i pożyteczną dla nauk historycznych i życia umysłowego.

******

Profesorowie specjalizujący się w historii Stanów Zjednoczonych wznoszą gotyckie katedry erudycji na politycznych aksjomatach, które przyswoili sobie z podręczników „wiedzy o historii i społeczeństwie” dla piątoklasistów. (Walter Karp)

******

W szkołach wojskowych powinno się nauczać przedmiotu „Reguły postępowania na straconym posterunku.” (Ernst Jünger)

******

Publicysta i biografista, działacz ruchu wyzwolenia homoseksualistów i grup seksualnych Krzysztof Tomasik, autor książek Homobiografie. Pisarki i pisarze polscy XIX i XX wieku (2008) oraz Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u (2012), zrecenzował w „Krytyce Politycznej” publikację zawierającą listy autora Młynu nad Utratą: Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego (pod red. Anny Król, Wilk & Król Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2017). W recenzji pada zdanie: „jak wiadomo homoseksualiści w PRL-u nie mieli lekko”. Uderza tu brak „klasowej” perspektywy u lewicowego recenzenta – homoseksualista-proletariusz nie miał w PRL lekko, natomiast homoseksualista należący do elity społecznej jak Iwaszkiewicz miał się w PRL fantastycznie. Dodałbym, że tzw. ruch gejowski rozwinął się przede wszystkim dzięki homoseksualnemu proletariatowi, który – w imię równości –domagał się od homoseksualistów z elity, żeby się „ujawniali”.

******

W rozmowie z „Newsweekiem” Szczepan Twardoch powiedział: „Rozmawiamy o uchodźcach z Bliskiego Wschodu, którzy wcale się do Polski nie wybierają. Husarze od obrony cywilizacji chrześcijańskiej i czci polskich kobiet bohatersko walczą z przeciwnikiem, którego nie ma. Wrażliwi lewicowcy organizują manifestacje w obronie uchodźców, których nie ma”. Ależ są! Na ekranach telewizorów, na ekranach komputerów i smartfonów. Jedni Polacy w imię „solidarności europejskiej” sprzeciwiają się masowej imigracji z „Trzeciego Świata”, inni Polacy także w imię „solidarności europejskiej” pragną jak najszerzej otworzyć bramy Europy dla masowej imigracji. Wbrew poglądowi, że są zaściankowi, Polacy naprawdę żyją problemami i dylematami Europy, uczestnicząc w procesie powstawania „europejskiej opinii publicznej”. Zamiast się z tego cieszyć, Twardoch wybrzydza.

******

Najbardziej wpływowi dziennikarze to dokładnie ci najbardziej służalczy, bowiem w zamian za to, że są użyteczni dla potężnych, dostają dostęp do „najlepszych źródeł” (Walter Karp)

******

Jerzy Stępień, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, współtwórca ustawy samorządowej z 1990 r. oraz współautor późniejszych reform administracyjnych w Polsce oświadczył, że proponowana przez obóz rządzący dwukadencyjność w samorządach nie rozwiązuje żadnego problemu: „Kiedy w 2002 r. wprowadzono bezpośrednie wybory burmistrzów, wójtów i prezydentów, tym samym przestali oni odpowiadać przed radą. Ponieważ są z bezpośrednich wyborów, mają silną władzę. To jest ukłon w kierunku wschodniego modelu władzy. Nie ma to wiele wspólnego z samorządem. (…) Jak się chce naprawić samorząd, trzeba przede wszystkim odejść od bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów, bo w ten sposób w jednym ręku łączy się funkcje polityczne i administracyjne. Nie ma nic gorszego dla demokracji. To jest właśnie źródło nepotyzmu, a nie to, że po kilka kadencji sprawują oni ciągle władzę. Przyjdą nowi i będą sprawowali władzę w takim samym stylu i z takimi samymi konsekwencjami”.

Zgadzam się z Jerzym Stępniem w stu procentach. O tym jak negatywne skutki przyniesie ta nieszczęsna reforma, wiedziano zresztą jeszcze zanim została wprowadzona. Wcześniej, kiedy burmistrza, prezydenta i zarząd miasta wybierała Rada Miejska, jej znaczenie było duże, stanowiła centralny ośrodek polityki miejskiej. Dzisiaj została zdegradowana do roli bezwolnej masy, którą manewrują jak chcą burmistrzowie i prezydenci.

******

Federalna Agencja Leków określa pewne substancje jako „kontrolowane”. Jednakże nie ma „kontrolowanych substancji”, są tylko kontrolowani obywatele. (Thomas Szasz)

******

W tygodniku „Myśl Polska” (2017 nr 27-28) Bohdan Piętka w artykule „W obliczu agresji” pisze, że w gabinecie kanclerz Niemiec Angeli Merkel wisi portret Katarzyny II. Otóż znajdujący się rzeczywiście w gabinecie Merkel portret carycy, czyli urodzonej i dorastającej w Szczecinie księżniczki Sophie Auguste Friederike von Anhalt-Zerbst-Dornburg to nie obraz wiszący na ścianie, ale mały, oprawiony w srebrne ramki, sztych – dzieło nieznanego artysty – stojący na biurku Angeli Merkel. Natomiast na ścianie, za fotelem kanclerz Merkel, wisi wielki portret Konrada Adenauera pędzla Oskara Kokoschki.

Niezależnie od – otwartej na różne interpretacje – politycznej symboliki obecności owego sztychu w gabinecie Merkel, przekształcenie biurkowej miniatury w portret wiszący na ścianie jest świadectwem, dość typowej dla polskiej publicystyki, maniery wyolbrzymiania i demonizowania – postaci, wydarzeń, rzeczy. Rzecz jasna, w zależności od sympatii politycznych zabiegom tym poddawane są inne postaci czy grupy polityczne np. obecny prezydent Rosji przedstawiany jest jako polityk mający większą władzę i wpływ na bieg spraw światowych niż Piotr I., Stalin i Breżniew razem wzięci. Inni z kolei lubią Angelę Merkel portretować jako mocarną władczynię stanowiącą syntezę Fryderyka II, Bismarcka i Hitlera. W poważnej publicystyce polityczno-historycznej warto jednak zachowywać odpowiednie proporcje. W przeciwnym razie niczym nie będzie się ona różnić od publicystyki bulwarowej.

******

Lewe i prawe skrzydło partyjnego establishmentu to dwa wielkie skrzydła starego drapieżnego ptaszyska. (Walter Karp)

******

Adam Wielomski wielce oburzony wyznał, że zdarzyło mu się spotkać człowieka, mieniącego się konserwatystą, który twierdził, iż „pranie gaci” przez żonę jest istotą „cywilizacji łacińskiej”. Oburzenia Wielomskiego nie podzielam. Dokładnie tak właśnie jest, z tym że wymaga to uzupełnienia: w cywilizacji europejskiej (czymkolwiek by ona nie była) także mąż (partner) zawsze jest gotów wyprać gacie żony (partnerki), jeśli zajdzie taka potrzeba. Oczywiście ręcznie, a nie wrzucając je do pralki.

******

Polemizując z artykułem Karola Kilijanka „Realizm wyklętych” opublikowanym na portalu myślkonserwatywna.pl Adam Wielomski napisał: „Stwierdzenie kol. Kilijanka, że komunizm był zarazą o wiele «gorszą» od nazizmu świadczy o przyjęciu punktu widzenia charakterystycznego dla niemieckiej agentury wpływu, działającej w naszym kraju i infekującej polskie myślenie historyczne i polityczne, szczególnie zaś środowisk «prawdziwie-patriotycznych». Celem tej agentury jest doprowadzenie do sytuacji, gdy Polacy wyginą, do ostatniego, w jakimś kolejnym irracjonalnym powstaniu”.

Insynuowanie adwersarzowi w publicystycznych polemikach, iż ktoś mający inny pogląd ode mnie jest czyimś agentem wpływu, znajduje się pod wpływem agentury wpływu, przyjmuje punkt widzenia czyjejś agentury wpływu, co de facto czyni go (nieświadomym) agentem wpływu, sprowadza poziom tychże polemik w okolice intelektualnego dna.

Ciekawe też, że Wielomski, znakomity historyk idei i wnikliwy badacz myśli politycznej, świetnie wychwytujący i analizujący najbardziej nawet subtelne różnice pojęciowe, w swojej publicystyce uprawia, będącą całkowitym zaprzeczeniem jego pracy badawczej, dość prostacką „germanofobiczną” agitację rodem z antyniemieckiej propagandy wojennej lat 1914-1918 i ze starych broszurek Narodowej Demokracji (na „germanofobię” Wielomskiego zwrócił kiedyś uwagę Jacek Bartyzel), nie zauważając, że staje się tym samym zwierciadlanym odbiciem, tak ostro przezeń krytykowanych, „rusofobów”.

W komentarzu zamieszczonym na portalu konserwatyzm.pl Wielomski poinformował czytelników, że w naszym kraju „wyhodowano antypolską grupę, która bardziej nienawidzi PRL niż kocha Polskę”. Ostatnie zdanie jest oczywiście parafrazą znanych, bardzo często cytowanych, słów Romana Dmowskiego, o tych, którzy „bardziej nienawidzą Rosji niż kochają Polskę”. Po zapoznaniu się z artykułami Adama Wielomskiego na temat historii i współczesności Niemiec, dochodzę do wniosku, że oprócz tych, którzy „bardziej nienawidzą Rosji niż kochają Polskę” i tych, którzy „bardziej nienawidzą PRL niż kochają Polskę”, jest jeszcze jedna grupa, do której zdaje się należeć sam Wielomski – to ci, którzy „bardziej nienawidzą Niemiec niż kochają Polskę”.

******

Wielomski straszy nas „niemiecką agenturą wpływu” w Polsce, a ja się pytam, gdzie jest „polska agentura wpływu” w Niemczech! Czytam niemiecką prasę, wchodzę na niemieckie portale publicystyczne i informacyjne i jeszcze nigdy nie spotkałem się z ostrzeżeniami przed działalnością „polskiej agentury wpływu”. To powinno nas martwić. Dlatego wzywam czynniki rządzące do zbudowania „polskiej agentury wpływu” w Niemczech. Podobne refleksje nachodzą mnie, kiedy słyszę, że działające w Polsce fundacje niemieckie wtrącają się w nasze wewnętrzne sprawy, „kolonizują” nas itp. Tam do licha! Dlaczego w Niemczech nie działają polskie fundacje, które by się wtrącały w ich sprawy i „kolonizowały” Niemców? Dlaczego Fundacja Adenauera może wspierać finansowo konferencję naukową zorganizowaną w związku z trzydziestoleciem Trybunału Konstytucyjnego, a nasza, dajmy na to, Fundacja Rydza-Śmigłego nie mogłaby dofinansować jakiejś konferencji z okazji jubileuszu obchodzonego przez Bundesverfassungsgericht? Jesteśmy gorsi od szkopów czy co?

******

Nie chciałbym jednak, aby ktoś pomyślał, że bagatelizuję problem agentury. Na przykład w Niemczech zaraz po zakończeniu wojny Amerykanie (w mniejszym zakresie Brytyjczycy), zaczęli budować swoją agenturę w partiach, mediach, sferach gospodarczych itd. Po zjednoczeniu Niemiec przejęli agenturę Stasi w RFN. Z pewnością ma to jakieś znaczenie także dziś. W samych Stanach konserwatywny magazyn „National Review” zakładał w 1955 roku, działający wcześniej jako agent CIA, William F. Buckley jr. (1926-2008) Dwóch redaktorów pisma Willmoore Kendall i James Burnham także w przeszłości służyło w CIA. Znany wydawca Henry Regnery – wydał m.in. Umysł konserwatywny Russella Kirka oraz Bóg i człowiek w Yale Buckley`a – zwykł w prywatnych rozmowach nazywać założenie „National Review” „operacją CIA”. Służbom chodziło o zmarginalizowanie „starej prawicy”, niechętnej kolejnym interwencjom i wojnom USA w odległych rejonach świata i rozbudowie kompleksu wojskowo-przemysłowego – uważała ona, że większe zagrożenie dla dobrobytu i wolności w USA płynie z Waszyngtonu niż z Moskwy. Celem (zadaniem?) Buckley`a było, oprócz przekonania konserwatystów do jeszcze większych wydatków na zbrojenia i rozbudowę, broniącego obywateli przed Sowietami, „security state”, oczyszczenie głównego nurtu amerykańskiej prawicy z „ekstremistów”, „ksenofobów”, „zwolenników teorii spiskowych”, „antysemitów”, „oszołomów” itd. I to się udało, począwszy od zniszczenia założyciela John Birch Society Roberta Welcha za to, że był przeciwnikiem wikłania się USA w wojnę w Wietnamie. Potem byli Murray Rothbard, Ayn Rand, Joseph Sobran, John Derbyshire, Peter Brimelow, Samuel Francis, Patrick Buchanan i inni (na ten temat zob. Paul E. Gottfried, Richard B. Spencer (red.) The Great Purge: The Deformation of the Conservative Movement, Arlington, Va., 2015).

******

II wojna światowa i jej rozmaite aspekty wciąż budzą ciekawość historyków. I nie ma w tym nic dziwnego, gdyż mimo upływu tylu od jej zakończenia nie wszystko zostało jeszcze zbadane. Zwłaszcza propaganda wojenna uczestników koalicji antyniemieckiej. W 1998 r. Thomas E. Mahl opublikował książkę Desperate Deception: British Covert Operations in the United States 1939-44. Dowiadujemy się z niej, że krótko po wybuchu wojny Brytyjczycy utworzyli British Security Coordination (BSC) z siedzibą w Nowym Jorku. Na czele tej instytucji stanął William Stephenson, używający pseudonimu „Interpid”. To właśnie BSC była głównym wykonawcą operacji zaplanowanych przez brytyjskie tajne służby i Ministerstwo Informacji. Mahl ze szczegółami opisuje te operacje, które polegały na wciąganiu, także przy pomocy „sponsoringu”, różnych osobistości życia publicznego, mediów i kultury, do frontu probrytyjskiej, antyniemieckiej i antyizolacjonistycznej propagandy. Brytyjska agentura wpływu w USA potrafiła nawet ingerować w treść podręczników szkolnych i komiksów. Brytyjczycy ulokowali swoich ludzi w agencjach badania opinii publicznej, którzy wpływali na treść pytań sondaży i ankiet. Organizowali również propagandowe akcje przeciw tym politykom amerykańskim, np. członkom Kongresu, którzy sprzeciwiali się włączeniu się USA do wojny, przedstawiając ich jako sympatyków Hitlera lub jako przekupionych przez Niemców. Brytyjska agentura miała też swój udział w nominacji Wendella Willkie`go na kandydata Republikanów na prezydenta w 1940 roku, gdyż Brytyjczycy wiedzieli, że inni ewentualni Republikańscy kandydaci np. Robert Taft byli, w przeciwieństwie do probrytyjskiego Willkie`go, przeciwnikami przystąpienia USA do wojny. W swojej książce Mahl pokazuje wiele przykładów dezinformacji stosowanych przez Brytyjczyków. Dwa z nich warte są przytoczenia jako szczególnie szokujące. W październiku 1941 roku prezydent Roosevelt w wystąpieniu relacjonowanym przez radio na cały kraj powiedział, że jest w posiadaniu mapy wykradzionej Niemcom, która przedstawia plan niemieckiej inwazji na Brazylię. Mapy tej używał Roosevelt jako narzędzia nacisku na Kongres, aby ten rozluźnił ustawodawstwo mające na celu utrzymanie neutralności USA. Tymczasem, jak udowadnia Mahl, mapę spreparował brytyjski zespół działający w Toronto i „podegrał” ją do Białego Domu.

W listopadzie 1941 roku Brytyjczycy uznali, że mają za mało zdjęć dokumentujących zbrodnie niemieckie. Mahl odkrył, że w Kanadzie stworzyli oni specjalne studio, gdzie aktorzy i statyści przebrani w niemieckie mundury odgrywali sceny mordów na niewinnej ludności cywilnej. Fotografie wykonane w tym studio były następnie szeroko rozpowszechniane w Stanach Zjednoczonych. Mahl do wielu dokumentów nie mógł dotrzeć, ponieważ jak podaje np. Susan A. Brewer – autorka książki To Win the Peace: British Propaganda in the United States during World War II (Nowy Jork-Londyn 1997), w której analizuje propagandę filmową np. kroniki filmowe The March of Time (odpowiednik niemieckiego Wochenschau) – archiwa amerykańskiej sekcji brytyjskiego Ministerstwa Informacji „zaginęły” i nikt nie wie, gdzie się znajdują. Według opinii prof. Herberta George`a Nicholasa z Uniwersytetu Oksfordzkiego, materiały te zastały celowo ukryte przez rząd brytyjski. Dopiero, kiedy się „odnajdą”, historycy będą mogli opisać dokładniej brytyjską propagandę okresu wojny. Przypomina się tutaj, stworzona przez Davida Irvinga, „gapology”, czyli nauka o dziurach w archiwach, powstałych w wyniku celowego niszczenia lub ukrywania dokumentów. Zdaniem brytyjskiego historyka „gapology” powinna należeć do nauk pomocniczych historii, zwłaszcza historii XX wieku.

******

Wolałbym być rządzony przez pierwsze z brzegu 2000 osób z książki telefonicznej Bostonu niż przez 2000 wykładowców z Harvardu. (William F. Buckley jr)

******

Czytam oto, że w Wołominie władza skazała literata Jan „Jasia” Kapelę na 1000 zł kary grzywny i zwrot kosztów sądowych za śpiewanie przeróbki hymnu państwowego. To Jimmi Hendrixowi wolno było przerabiać hymn państwowy a Kapeli nie? Pewnie, talentu ma Kapela nieco mniej niż Hendrix, ale to nie powód, żeby go sądownie prześladować. Tu Kapeli zakazują śpiewać hymnu po swojemu, a tam Piotr Szumlewicz wzywa władzę, aby zakazała noszenia bluz z napisem „Śmierć Wrogom Ojczyzny”. Czyż nie byłoby sensowniejszym politycznie gestem, gdyby on i jego koledzy założyli bluzy z napisem „Śmierć Wrogom Międzynarodowego Proletariatu”? Inni zakazywacze też nie próżnują. Filozof i religioznawca z Wrocławia Radosław S. Czarnecki, wezwał władzę do zdelegalizowania Obozu Narodowo-Radykalnego, natomiast Jerzy Bukowski, także filozof, a poza tym rzecznik Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie, przewodniczący Komitetu Opieki nad Kopcem Józefa Piłsudskiego w Krakowie, były reprezentant prasowy śp. pułkownika Ryszarda Kuklińskiego w Kraju zaapelował do władzy o zdelegalizowania Komunistycznej Partii Polski. I my chcemy pouczać Niemców o wolności politycznej? Wszak u nich działają sobie bez przeszkód Deutsche Kommunistische Partei oraz Marxistisch-Leninistische Partei Deutschlands!

Plemię zakazywaczy, by nie powiedzieć zamordystów, rośnie i rośnie. Powołują się oni przy tym na rozmaite „gumowe” ideologiczne paragrafy, i ani do głowy im nie przyjdzie, że może należałoby je po prostu znieść. „Prawica” ma swoje zakazy a „lewica” swoje, i tak wespół zespół ograniczają wolność słowa i wolności polityczne. Przypominam słowa Franka Zappy, że iluzja wolności będzie trwać dopóty, dopóki będzie to opłacalne; w momencie, kiedy iluzja stanie się zbyt kosztowna, aby ją utrzymać, oni po prostu rozbiorą scenę, zwiną kurtyny, wyniosą fotele i stoły, i zobaczycie ceglany mur na tyłach teatru. Coś mi się zdaje, że tak jakby już trochę tego muru było widać.

******

Marihuanę i heroinę sprzedają dilerzy, papierosy i alkohol – handlowcy. (Thomas Szasz)

******

W swojej znanej książce Imperium nasz największy reporter Ryszard Kapuściński wymienił trzy plagi dręczące współczesny świat – plagę nacjonalizmu, plagę rasizmu, plagę religijnego fundamentalizmu. Można by potraktować tę diagnozę jako podstawę do dyskusji, gdyby Kapuściński do tych trzech plag, dodał plagę socjalizmu, plagę neomarksizmu, plagę etatyzmu, plagę liberalnego demokratyzmu, plagę multikulturalizmu, plagę kosmopolityzmu, etc. etc. A tak, mamy prosty wyraz ideologicznych przekonań (i uprzedzeń) .

******

Ludzie mówią: “Gdyby Kongres był bardziej reprezentatywny dla narodu, to byłoby lepiej”. Ja zaś twierdzę, że Kongres jest aż nazbyt reprezentatywny. Jest tak samo głupi jak naród, tak samo niewykształcony, tak samo ciemny, tak samo egoistyczny. (Dean Acheson)

******

W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” przeprowadzonym w 2005 roku przez Wojciecha Jagielskiego, Ryszard Kapuściński mówił o detronizacji Europy. Mówił rzeczy ogólnie słuszne i nagle wypalił: „duża część bogactwa i potęgi Europy i Ameryki Północnej bierze się z eksploatacji surowców Trzeciego Świata”. Cóż to za dziwaczna logika: jeśli eksploatacja surowców przynosi bogactwo i potęgę, to dlaczego „Trzeci Świat” sam swoich surowców nie eksploatuje, żeby być bogatym i potężnym? Kapuściński tak się chyba przejął detronizacją Europy, że porzucił elementarne zasady europejskiej logiki, ale to mogło być symptomem ogólnego osłabienia zmysłu krytycznego, o czym świadczy fragment jego książki Podróże z Herodotem; przytacza w niej historyjkę Herodota o jakimś Greku, co to był zakuty w dyby, ale sam sobie nożem własnoręcznie uciął nogę, potem trzy dni z obciętą nogą się czołgał, aż się doczołgał do swoich. Już na pierwszy rzut oka czuć, że something is fishy, przecież dyby mają sens, jeśli obie nogi są unieruchomione, no ale wtedy, żeby historyjka mogła się wartko potoczyć, Grek musiałby obciąć sobie obydwie nogi, a to już byłaby lekka przesada. No więc według Herodota ów Grek oberżnął sobie tylko jedną nogę, bo drugą miał wolną i się czołgał przez trzy dni. Zapytałem znajomego chirurga, który ludziom ręce i nogi przyszywa, czy to jest możliwe. Spojrzał na mnie jakbym był wariatem, to znaczy nie wariatem, bo jako rzecze Szasz, nie ma kogoś takiego jak wariat, tylko taki co inaczej myśli albo inaczej niż większość się zachowuje. Spojrzał więc na mnie jak na tępaka, i mówi, że to absolutnie niemożliwe. Mięśnie można sobie ewentualnie samemu poszarpać, ale przepiłować sobie kość, a potem trzy dni z rozerwanymi żyłami się czołgać to jest czysta literacka fikcja. Kapuściński za Herodotem takie historyjki bezrefleksyjnie powtarzał, a ten, jak widać, zmyślał na potęgę. Wiele z tych podróży to on chyba odbył, jak to się mówi, palcem po mapie. Nasz największy filolog klasyczny i starożytnik Tadeusz Zieliński napisał Starożytność bajeczną i ja bym Herodota raczej zaliczył do bajarzy. Tymczasem Kapuściński trochę się dziwił, ale z pełną powagą anegdoty i legendy analizował. Pomijam już kwestię, czy taki autor jak Herodot w ogóle istniał i czy nie jest to maska jakiegoś bizantyńskiego autora z XIV wieku. Wprawdzie jezuita Jean Hardouin (1646-1729) (zob. tegoż Prolegomena ad censuram veterum scriptorum) zapewnia nas, że Dzieje Herodota są autentyczne i należą do tej grupy dzieł pióra starożytnych autorów, które nie zostały napisane pomiędzy XIII a XVI wiekiem, ale do końca pewni być nie możemy.

******

Kasta polityczna, żeby uzasadnić swoje prawo do istnienia, musi stale coś robić. Ponieważ jednak wszystko co robi, powoduje, że wszystko robi się jeszcze gorsze, musi ciągle robić reformy, to znaczy musi coś robić, ponieważ wcześniej coś zrobiła. Nie musiałby nic robić, gdyby nic nie robiła. Gdybyż tylko można było wiedzieć, co można zrobić, żeby już nic nie robiła. (Roland Baader)

****** 

W Magazynie „Gazety Wyborczej” znalazłem rozmowę Doroty Wodeckiej z antropolożką kultury i religioznawczynią Joanną Tokarską-Bakir („Rzeźnik na horyzoncie. Joanna Tokarska-Bakir o sekcie polskiej”). Tokarska-Bakir przytacza definicję pamięci krytycznej sformułowaną przez historyka Frederica Jamesona: „Historia jest tym, co boli, co stawia opór pragnieniu i wytycza nieprzekraczalne granice praktyce indywidualnej i zbiorowej, ukazując przerażający ironiczny rewers deklarowanych przez nas intencji”. Co boli Joannę Tokarską-Bakir? Co stawia opór jej pragnieniu? Co wytycza nieprzekraczalne granice jej praktyki indywidualnej oraz praktyki zbiorowej środowiska czy nurtu ideowego, do którego należy? Jaka historia ukazuje przerażający ironiczny rewers deklarowanych przez nią intencji? Chętnie bym poznał odpowiedzi na te pytania, bo na razie – jak przypuszczam – Tokarska-Bakir woli zajmować się historią, która ma boleć innych. Niestety, Dorota Wodecka takich pytań autorce Okrzyków pogromowych nie zadała.

Upraszczając koncepcję brytyjskiej antropolożki Mary Douglas, można powiedzieć – mówi w rozmowie Tokarska-Bakir – że społeczeństwa ludzkie dzielą się z grubsza na trzy kategorie: rynki, sekty i hierarchie. Polacy tradycyjnie skłaniają się do tworzenia społeczeństw typu „sekta”, o silnych więziach i dużym ciśnieniu grupy na jednostkę, przy średniej potrzebie oddziaływania odwrotnego, czyli takiego, które przekształcałoby grupę od wewnątrz. Według Tokarskiej-Bakir „sektą” jest oczywiście PiS.

Już dawno temu, w marcu 2010 roku, Rafał Ziemkiewicz w artykule „Sekciarze kontra gangsterzy” pisał, że Kaczyński zbudował klasyczną sektę, Platforma Obywatelska natomiast ma wszelkie cechy typowe dla gangu czy mafii. W przeciwieństwie do Tokarskiej-Bakir, która (powodowana zapewne sympatiami politycznymi) obdarzyła pejoratywnym określeniem „sekta” jedną z partii, czym automatycznie pozytywnie dowartościowała jej przeciwników (PO), którzy „sektą” nie są, Ziemkiewicz określa PO jako gangsterów: „No, a teraz, drodzy moi, wybierajcie! Sekciarze czy gangsterzy?” (…) „Co lepsze? Mnie, z moją inkwizytorską duszą, z dwojga złego bliżej oczywiście do sekty (…) jak wielokrotnie pisałem, z dwojga złego wolę inkwizytora od gangstera i sekciarzy od drobnych cwaniaczków”.

Pozostawiając na boku kwestię, czy i na ile analiza Ziemkiewicza jest trafna w odniesieniu akurat do PiS i PO, muszę wyrazić ogromne zdumienie, że z dwojga złego woli on „sektę” od „mafii”, „inkwizytora” od „gangstera”, „sekciarza” od „drobnego cwaniaczka”. Argument, że jemu, jako posiadaczowi „inkwizytorskiej duszy”, bliżej jest do „sekty”, służy chyba tylko jako uzasadnienie uprzednio dokonanego wyboru politycznego: 1. popieram PiS, 2. wyszło mi, że PiS to „sekta”, 3. muszę więc postawić wyżej „sektę” niż „gangsterów”, 4. zamiast szukać argumentów ogólniejszej natury, wyznam, że to moja osobowość każe mi popierać „sektę”. I sprawa rozwiązana.

Jednakże, mając do wyboru zło „sekty” i zło „mafii”, zwykły człowiek nie należący ani do jednej, ani do drugiej, wybierze jako „mniejsze zło” – „mafię”. Wszak mafioso chce tylko moich pieniędzy, z gangsterem, drobnym cwaniaczkiem można się dogadać używając języka interesów. Oni nie znają czegoś takiego jak „herezja” czy „nieprawomyślne poglądy”, natomiast sekciarz chce, żebym zmienił swój światopogląd, chce mnie nawracać na swoją wiarę. A przy tym „sekta” też potrzebuje pieniędzy, ponieważ tak samo jak gangsterzy musi się z czegoś utrzymywać. Mafioso ściąga haracz w zamian za „ochronę”, ale dusza jego „poddanych” jest mu obojętna, więc nie dąży do ideologiczno-światopoglądowej urawniłowki, „inkwizytor” zaś chce zarówno mojej duszy, jak i moich pieniędzy. Dlatego z punktu widzenia „prywatnej jednostki” znośniejsza jest sytuacja, kiedy rządzi „mafia”.

Poza tym zastosowanie pojęć „mafia” i „sekta” do partii politycznych może być mylące – Oswald Spengler pisał, że na czarnych sztandarach wszystkich partii powinny widnieć trupia czaszka i skrzyżowane piszczele, ponieważ wszystkie są „partiami piratów”. We wszystkich partiach elementy „mafijne” i „sekciarskie” są wymieszane, choć rzeczywiście mogą występować w nieco różnych proporcjach. Istnieją sekciarze działający jak gangsterzy i gangsterzy nakładający maski sekciarzy.

Tokarska-Bakir nie zauważa, że w Europie dominuje np. sekta demokratyczno-liberalna, która w wielu przypadkach jest jeszcze bardziej fanatyczna niż tzw. fundamentaliści religijni. Jej członkowie po prostu, jak to zwykle bywa, swój własny sekciarski fanatyzm, przekonanie o posiadaniu jedynej „Prawdy” uważają za coś normalnego, co powinno obowiązywać każdego rozumnego człowieka. Współczesna, posługująca się moralnymi potępieniami i prawnymi zakazami zaciekła walka z paleniem tytoniu, z „nienawiścią”, z „fake news” („tylko my potrafimy odróżnić kłamstwo od prawdy”) etc., nie jest niczym innym jak zsekularyzowaną walką z grzechem i bluźnierstwami, i stanowi nowoczesną wersję purytańskiego sekciarstwa. Jeśli się uważnie rozejrzeć dokoła, to łatwo dostrzec dziesiątki, ba, setki, osaczających nas ze wszystkich stron, fanatycznych sekt narzucających innym swoje dogmaty, każące przestrzegać ustanowionych przez siebie tabu, ścigających bez litości wszystkich, którzy choćby na milimetr, odchylają się od przyjętych i narzucanych przez sekciarzy reguł zachowania i mówienia.

Wracając zaś do podziału PiS – PO, to chyba najlepiej oddaje różnice między nimi schemat „powstańcy” kontra „ugodowcy”, „niepodległościowcy” kontra „realiści”. PiS toczy powstanie przeciwko nowo-starym zaborcom dążąc do wyzwolenia Polski (a poniekąd całej Europy Środkowo-Wschodniej) spod „kondominium niemiecko-rosyjskiego”; liczy przy tym na pomoc „Zachodu” (USA). Jego insurekcja polega przede wszystkim na atakowaniu „ugodowców” z PO, których „powstańcy” uważają za „zdrajców” i „kolaborantów”. Pierwsze powstanie PiS-u z lat 2005-2007 zostało stłumione. Czy drugie okaże się zwycięskie? Nie nam prorokować.

Tomasz Gabiś

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułWłasne i obce, obywatele i imigranci, czyli dlaczego państwo narodowe musi się nadal rozwijać
Następny artykułRzeczy małe
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here