Rzeczy małe

0

Dziady kalwaryjskie

Kto? Oczywiście Polacy. Pewien młody człowiek zwrócił mi niedawno uwagę na fakt znany, ale za mało uświadamiany: oto mówi się u nas dużo o feudalizmie, mieszczaństwie, kapitalizmie, burżuazji, ale tak na dobrą sprawę, to od stu lat nie było w Polsce ludzi naprawdę bogatych, bogatych w skali europejskiej czy światowej. Szlachta i magnaci jedli ongiś i pili po gardziel – to prawda – ale gdzież u nas w wieku XIX czy XX bogacze w stylu Rotschildów – nie mówiąc już o amerykańskich milionerach? ,,Bogaty“ polski magnat za czasów rozbiorów miał najwyżej na to, aby pograć w Monte Carlo w ruletkę, poszaleć w Paryżu i zaimponować kosmopolitycznym snobom rozrzutnością — lecz potentatów finansowych trzęsących międzynarodowym rynkiem – ani śladu. Zaś poza magnaterią? Szlachta obżarta i opita, niegospodarna i plajtująca, chłop nędzarz, cieniutka warstewka pozbawionego praw i przywilejów mieszczaństwa, marzącego jedynie o uszlachceniu, wyzyskiwany robotnik – do tego bezlitosny ucisk okupantów, periodycznie powtarzające się powstania z nieuniknionym na końcu skórobiciem, zacofanie gospodarcze, niż cywilizacyjny, pech polityczny, słowem, jak mówi Tuwim – „plajta, klapa, kryzys, krach”… Owszem – jeść było co, bo kraj jest żyzny i rolniczy – lecz poza jedną Wielkopolską nawet kultura rolna rozwijała się ślimaczo, zaś przemysł i handel daleko były w tyle za rozbudowującym cywilizację materialną i techniczną w państwach Zachodu zdobywczym, przedsiębiorczym kapitalizmem. Gdy ten liberalistyczny kapitalizm w Europie dochodził już do swego punktu kulminacyjnego, gdy zarysowywać się zaczęły wielkie kryzysy socjalne, które miały go podważyć –w niefrasobliwie wiejskiej Polsce rodzimy kapitalizm ząbkował zaledwie mimo ideologicznych zastrzyków aplikowanych mu gorąco przez pozytywizm i przez działaczy Ligi Narodowej czy później ND z Dmowskim na czele. Kraj był dziadowski i aż do pierwszej wojny światowej dziadowski pozostał.

Przyszła niepodległość. Ruch się zaczął, owszem – ale wszystko poszło trochę na opak. Jeszcze przed wojną wyrosło kilku potentatów przemysłu, chociaż z obcym związanych kapitałem: Scheinblery, Grohmany i inni; niektóre majątki uprzemysłowiły się, pozakładano w osławionej epoce połaniecczyzny browary, gorzelnie, sklepy – lecz to wszystko w stosunku do Zachodu było dalej dziadostwem i dziadowaniem. Zaczęto robić to i owo, nawet sporo, z dobrymi chęciami, ale z różnymi bardzo rezultatami. Kapitałów własnych brakło, wezwano je z zagranicy, jednak na warunkach niekorzystnych; popełniano ze względów politycznych błędy gospodarcze, jak odrzucenie oferty Forda na szybką motoryzację Polski a powierzenie koncesji włoskiemu Fiatowi, jak zaniechanie odwodnienia Polesia (tzw. „plan Moraczewskiego”), jak zrujnowanie chłopa niskimi cenami ziemiopłodów i podatkami, jak niedostateczny eksport zboża czy kartofli, a sadzenie się ze względów prestiżowych na produkcję towarów nie opłacających się, jak niewyzyskanie wszystkich rąk do pracy, czego rezultatem – szalejące bezrobocie itd. Lecz nie same tylko błędy popełniano. To i owo było też niezłe, zgoła dobre, ba – całkiem udane. Gdynia — osiągnięcie jak ta lala; kolejnictwo – jak złoto; Mościce – udane; COP – pomyślany świetnie – zresztą dużo innych rzeczy robiono – wystarczy poczytać „Sztafetę” Wańkowicza. Ale cóż. Wojna przyszła – i wszystko wzięło w łeb. Szkop ścisnął kraj za kark żelazną łapą i trzeba było robić inaczej – aby żyć.

Dziadostwo dziadostwem, ale Polacy w czasie okupacji pokazali, co potrafią. Miasta z początku podupadły – za to chłop poszedł w górę, zbogacił się na szmuglu i handlu, pomimo drakońskich represji i kontyngentów. Oszukiwał Niemców, świń nie kolczykował, zboże zakopywał. Zbiedniały nagle, wysadzony z siodła urzędnik czy nauczyciel jął się handlu, spekulacji, drobnych warsztatów — tutaj spotkał się z robotnikiem, który, nędznie opłacany, również szukać sobie musiał nowych zarobków. Przez „Generalną Gubernię” popłynęła fala towaru „szabrowanego“, kradzionego Niemcom, kupowanego nielegalnie od wojska, przydzielanego na „lewe“ papiery. Dziady notoryczne w potrzebie okazały się wcale sprytne: kraj ,,kombinował” – aby żyć. Było to częstokroć niemoralne, anarchiczne, brutalne, niebezpieczne – ale bywało żywe, prężne, zdobywcze, junackie. I nie żaden „mieszczanin” – chłop i robotnik górował w tym kanciarskim i ryzykanckim wyścigu o życie — wyścigu na brzegu przepaści, zniszczenia, śmierci. Klasy społeczne zatarły się, zmieszały, złączyły we wspólnej walce – w walce narodu o biologiczne przetrwanie,

Oczywiście – ta desperacka sytuacja wiecznie trwać nie mogła. Niemiec brał w skórę, patriotyzm szedł w górę – otóż i Powstanie Warszawskie. Bohaterstwo bohaterstwem, patriotyzm patriotyzmem — ale zrobili z nas na nowo dziadów co się zowie! Gładko wyzbyliśmy się stolicy, a z nią bogactw i zapasów, jak na nasze stosunki, olbrzymich. Dziady zdziadziały jeszcze bardziej i poszły z torbami – witać Niepodległość. Niepodległość jest rzeczą piękną – lecz wolałbym ją spotkać w niezniszczonej Warszawie i z pełną kieszenią, a nie w dziurawych portkach na ulicach jakiejś mazowieckiej dziury.

Ach, kiedyż Polacy przestaną być dziadami?! Dużo się dziś słyszy o walce klas, o nierównościach społecznych, o bogatych i biednych. Cacy, cacy – ale cóż nam po tym, kiedy spojrzawszy na ten nasz prześmieszny kraj oczyma z szerokiego świata, stwierdzimy z wszelką pewnością, że ci wszyscy, i uciskający, i uciskani, i spekulanci, i zbożnie pracujący, i ci na górze, i ci na dole —- to wszystko dziś, po tuzinie powstań i kopie wojen, jednakowe dziady, dziady kalwaryjskie, dziady z torbami, dziad na dziadzie jedzie i dziadem pogania. Naród zdolny, inteligentny, zręczny, odważny, pracowity – cóż z tego, kiedy pechowe, notoryczne, uprzykrzone, kalwaryjskie — dziady. Miejmy nadzieję, że się to w końcu zmieni, że pracując jako mrówki pilne wydźwigniemy się wreszcie z tego uprzykrzonego, pechowego, natrętnego dziadostwa. Oczywiście – jeśli nie zwalą się nam na łeb jakieś zwariowane atomy – bo wtedy – bądź zdrów holenderski śledziu! – zostanie pustynia, trup, grób, zimna mogiła i co najwyżej snujące się w kółko z torbami znów te same kalwaryjskie dziady, a raczej ich resztki. Dajcież spokój – oszaleć można. Polacy, dziady kalwaryjskie, trzymajmyż się przecież: musi wreszcie znaleźć się pod słońcem jakaś rada na to uprzykrzone, natrętne, a mimo wszystko ulubiono dziadostwo!

O rewizję pewnego słowa

W dzisiejszych naszych dyskusjach literackich i ideologicznych, które czytuje się na łamach prasy, w recenzjach z książek i przedstawień teatralnych, w najrozmaitszych artykułach i felietonach często pojawia się deprecjonująco, negatywnie używany termin: mieszczanin. Mieszczanin, drobnomieszczanin, rozkład kultury mieszczańskiej, moralność drobnomieszczańska – oto nieustannie powracające epitety, epitety tak dzisiaj modne, jak za czasów Młodej Polski „filister” czy „mydlarz”. Wierni swojej pasji krytycznego opukiwania słów modnych, spróbujmy z głupia frant pogryźć trochę i to słowo. Kto zacz jest ów mieszczanin i jakie zbrodnie popełnił?

Samo słowo jest mylące: wydawałoby się, że chodzi tutaj o ludzi zamieszkujących miasta, tworzących cywilizację miejską. Oczywista – nie w tym rzecz. Nikt z atakujących „mieszczanina” nie zamierza przeciwdziałać urbanizacji i uprzemysłowieniu ani propagować powrotu do jakiejś wiejskiej Arkadii. Krytykom „kultury mieszczańskiej” chodzi tu nie tyle o obywatela mieszkającego w mieście, ile o burżuazję, a raczej o drobnego burżuja, tj. o tę warstwę mieszczuchów, którzy skupili w swych rękach drobne i średnie środki produkcji i pośrednictwa, fabryki, warsztaty, sklepy, kamienice i kurczowo się ich trzymając, wytworzyli własną, zamkniętą i egoistyczną moralność i obyczajowość.

Teraz już wiemy. Ale powiedzmy sobie szczerze, że ta warstwa mieszczaństwa była zawsze w zacofanej i mało uprzemysłowionej Polsce nader cienka; nieliczna i stosunkowo słaba, nigdy nie dorosła do potęgi i znaczenia, jakie osiągnęła burżuazja w typowo kapitalistycznych, wcześnie uprzemysłowionych krajach Zachodu. Polska długo, właściwie niemal do 1939 roku pozostała krajem ziemian i chłopów: wielki kapitał był w rękach zagranicznych, drobny prywatny kapitał zaś był wątły, anemiczny, bez tradycji i zaplecza. Przyczyn tego szukać należy jeszcze w dawnej feudalnej Rzplitej szlacheckiej, gdzie stan trzeci, mieszczaństwo, z którego na Zachodzie wyrosła po Rewolucji Francuskiej burżuazja, był słaby, zdeprecjonowany, w dużej części pochodzenia niemieckiego, nie mający wpływu na rządy. Stąd też paradoksalny fakt, że gdy we Francji rewolucja kładła podwaliny pod państwo mieszczańskie, w Polsce rewolucję na korzyść stanu trzeciego a przeciw magnatom i szlachcie przeprowadzać musiał …król (Konstytucja 3 Maja). Spójrzcie na obrazy Canaletta przedstawiające Warszawę z epoki stanisławowskiej: obok magnackich pałaców chłopskie lepianki, kamienic mieszczańskich niewiele. Nie było też tradycji i godności stanu mieszczańskiego tak silnej, jak gdzie indziej: mieszczanin marzył o tym, żeby się uszlachcić i przestać być mieszczaninem.

Uprzemysłowienie Polski pod zaborami również (poza jednym Poznańskiem) nie szło sprawnie ani normalnie. Nowocześni nasi podówczas ideolodzy coraz jaśniej rozumieli, że bez przekształcenia Polski w normalne państwo mieszczańskie, bez stworzenia polskiego mieszczanina nie przestaniemy być pariasem narodów. Rozumiał to pozytywizm, gdy rzucał hasło pracy organicznej, rozumieli najrozmaitsi politycy i publicyści od Krzywickiego do Brzozowskiego, rozumiał nawet szlachcic i ziemianin z temperamentu – Sienkiewicz gloryfikując (tylokrotnie a moim zdaniem nie całkiem słusznie ośmieszaną) „połaniecczyznę”. Jednak to, forsowne podówczas „umieszczanianie” Polski nie dało w b. Królestwie i Galicji pożądanych zdrowych rezultatów. Mieszczaństwo, a raczej drobna przemysłowa burżuazja polska tylko w Poznańskiem nabrała rumieńców życia i zdrowia. Gdzie indziej była wciąż anemiczna, niepewna, na granicy bankructwa, a co za tym idzie – skłonna do spekulacji, egoizmu, ciasnoty i krótkowzroczności. Szlachecki spekulant Połaniecki nie był w istocie godnym polecenia ideałem dla polskiego mieszczaństwa; a wiadomo, że jakie ideały, taka praktyka…

Tak więc ani nie mieliśmy w dawnych wiekach silnego mieszczańskiego patrycjatu, ani też w epoce kapitalizmu – drobnej, liberalnej burżuazji. A skoro nie było mieszczańskiego podłoża gospodarczo-społecznego, nie było również i własnej kultury mieszczańskiej. Mieszczańską kulturę, filozofię, malarstwo, literaturę zapożyczyliśmy, w braku własnej – z Zachodu (pisał o tym Brzozowski, potem Irzykowski, narzekając na „plagiatowy charakter” literatury Dwudziestolecia). Tak więc prowadzona na naszym terenie walka z „rozkładową kulturą mieszczańską”, to trochę walka z wiatrakami, z fikcją, z czymś sztucznie tak zaszczepionym, to obciążenie nas rozkładem, dokonanym w istocie gdzie indziej. W walce tej jest niewątpliwie doza słuszności; gorzej jednak bywa, gdy ten i ów gorliwy gryzipiór w ferworze, zamiast w drobną burżuazję uderza w pomyłkowo utożsamianą z nią – mieszczańską inteligencję urzędniczą.

Inteligencja urzędnicza nie ma zasadniczo nic wspólnego z burżuazją, przy tym jest warstwą w pewnym sensie niezniszczalną: urzędnicy byli, są i będą. Czy inteligent pracujący koniecznie musi być przesiąknięty drobnoburżuazyjnymi narowami? Nie wydaje mi się – widzę tu dowolne uproszczenie. Inteligent, to człowiek żyjący z pracy dla państwa, z pensji, człowiek zazwyczaj wykształcony, mający (in spe przynajmniej) potrzeby kulturalne, ambicje, kształcący dzieci. Jest to w istocie warstwa przyszłości: wszak dążymy do tego, aby robotnicy w swych potrzebach i osiągnięciach kulturalnych stali się nową inteligencją, zaś urbanizacja i postęp mechanizacji przemysłu przekształcą w przyszłości pracownika fizycznego – w urzędnika. Niektóre szybkopisy wśród nich taki znany tytan intelektu jak Konstanty[*] zrobili sobie sport z atakowania inteligencji, przypisując jej wszystkie wady resztek drobnej burżuazji. Widzę w tym błąd i niesumienność, a nawet szkodnictwo społeczne. Drobnomieszczanin typu burżuazyjnego jest u nas w stadium likwidacji – nigdy zresztą, nawet w „swojej” epoce historycznej, zbyt silny nie był – inteligencja pracująca natomiast, to, w idealnej przyszłości, warstwa uniwersalna, powszechna, jedyna.

Refleksje powyższe w dużej mierze wywołane zostały lekturą różnych recenzji z „Moralności pani Dulskiej” Zapolskiej. Znów posypała się spora wiązka gromów na „mieszczaństwo” i „drobnomieszczaństwo”, tylko że miotacze tych gromów nie bardzo wiedzieli, kogo gromią i zazwyczaj razem z wodą po kąpieli wylewali dziecko. Bo społeczny i kulturalny rodowód pani Dulskiej nie jest bynajmniej tak prosty i jednorodny’, jakby się to komuś mogło wydawać: pani Dulska ma wprawdzie kamienicę, lecz jej mąż i syn są urzędnikami. Również i styl życia tego domu jest dualistyczny: w kodeksie moralnym pani Dulskiej figuruje egoizm, obłuda, zakłamanie i chciwość, jest tam jednak również, nominalne przynajmniej, przywiązanie do pewnych wartości kulturalnych (dzieci grające na fortepianie – może to snobizm, ale nie bez stron pozytywnych) oraz kult życia systematycznego, zdyscyplinowanego i pracowitego. Wydaje mi się, że różnych obrzydliwych właściwości, zwanych potocznie „dulszczyzną”, nie można wyłącznie kłaść na karb pewnej postawy klasowej, że trzeba również wziąć pod uwagę, ogólną ułomność ludzkiej natury. Jeśli sądzicie, że wśród innych klas społecznych tego czasu nie było swego rodzaju dulszczyzny, to się grubo mylicie. Tamte gatunki dulszczyzny nie znalazły jedynie swoich bardów i satyryków, gdyż pisarze rekrutowali się wtedy z mieszczaństwa (co, jak się okazało, nie jest wcale regułą) i opisywali lub wyśmiewali to, co najlepiej znali. Nowa epoka przez usta nowych pisarzy odkryje swoją dulszczyznę – o to jestem spokojny.

A więc – w konkluzji: nie upraszczajmy, nie utożsamiajmy inteligencji pracującej z burżuazją dlatego tylko, że one kiedyś ze sobą sąsiadowały, nie utożsamiajmy profesora uniwersytetu z Bęc-Walskim. Unikajmy niedostatecznie wyjaśnionych i pogłębionych sloganów i formułek literackich (tak, Janie Kotcie!), rewidujmy słowa modne. Życie jest jednak dość skomplikowane i nie tak łatwo odkryć wzór i zasadę wszystkich deseni, w jakie się ono układa. A nade wszystko — oprócz książek używać też trzeba oczu.

Do ciągłej rewizji słów, terminów, formułek, zdań obiegowych zapraszam kolegów piszących.

Polityka

Ukazała się w Polsce książka, która „łopatą do głowy” pakuje nam wiedzę o wstrząsającym, tragicznym i straszliwym w skutkach epizodzie naszych dziejów, epizodzie, w którym niejeden z nas wziął udział osobiście, krótko mówiąc – o Powstaniu Warszawskim.

Autorem książki jest Stanisław Podlewski, tytuł jej „Przemarsz przez piekło”; opisuje ona obronę i zagładę warszawskiego Starego Miasta, niezapomnianej, tak drogiej każdemu z nas Starówki, która w wyniku walk uległa całkowitemu zniszczeniu. Na Starym Mieście uległy zniszczeniu skarby kultury, nie mówiąc już o skarbach materialnych – o te drugie nigdy w Polsce zbytnio się nie troszczono, zapewne w myśl zasady: „Idź złoto do złota”.

Książka Podlewskiego nie zachwyca swą formą językową i literacką: pomimo widocznego tu i ówdzie talentu narratorskiego autora, w całości roi się od błędów i nieudolności stylistycznych; książka jest chaotyczna i źle skomponowana, miejscami dla czytelnika nie z Warszawy zgoła niezrozumiała. Pomimo to książka jest wstrząsająca i powinna być w setkach tysięcy egzemplarzy rozprowadzona po kraju jako „łopatologiczna” lekcja historii, ukazująca z jednej strony bezgraniczne, niewiarogodne wprost bohaterstwo i poświęcenie, z drugiej – straszliwą, przerażającą i absurdalną wizję zniszczenia tego wszystkiego, na czym lud warszawski opierał swoją tradycję, historię, kulturę. Wizja straszliwa, której nawet my, cośmy widzieli Powstanie na własne oczy, objąć wyobraźnią nie byliśmy wtedy w stanie. Podlewski ukazuje proporcje i perspektywy całości – wystarczy tego, aby nie spać szereg nocy. Nie spać – i myśleć. Jest tu nad czym pomyśleć, są rzeczy, do których trzeba się dopiero przyzwyczaić, jak ów wybuch czołgu na ulicy Kilińskiego, kiedy to zginęło około pięćset osób, kiedy głowy, ręce i nogi ludzkie znajdowano po rozmaitych mieszkaniach, wyrzucone tam siłą wybuchu; jak wielodniowe walki wewnątrz Katedry Królewskiej gdzie nawa główna, boczne ołtarze, zakrystia odgrywały rolę stanowisk dwóch wrogich armii, skąd obrzucano się granatami, skąd prażyli Niemcy z miotaczy płomieni; jak sceny operacji, gdy do otwartej jamy brzusznej operowanego bez narkozy pacjenta sypał się gruz z walącego się sufitu i wiele, wiele innych coraz to bardziej absurdalnie potwornych historii. A cóż powiedzieć o elementach strategii takich choćby, jak ten oto: „Tej ostatniej koncepcji (obronnej – przyp. mój) sprzyjało wiele warunków. Obok, na Jezuickiej, paliło się Archiwum Akt Dawnych. Płomienie trawiły odwieczne foliały, bezcenne dokumenty naszej przeszłości i na trwałe zamykały dostęp nieprzyjacielowi” (str. 106, t. II).

Paweł Jasienica podał kiedyś lapidarną definicję polityki: polityka jest sztuką realizowania możliwości [**]. W swej książce „Mitologia i realizm” Jan Kott cytuje dwa zdania Malraux: „Myśleć o tym, co być powinno, zamiast o tym, co by się dało zrobić, to wstrętne, to trucizna” i – „Nie ma myśli politycznej poza porównywaniem jednej sprawy konkretnej z inną sprawą konkretną, jednej możliwości z drugą możliwością”.

Istotą myśli politycznej, jaka stała u założeń Powstania Warszawskiego, była próba zrealizowania – niemożliwości. Nie myślano o tym, „co by się dało zrobić”, „jedną sprawę konkretną” porównywano z drugą sprawą, zgoła niekonkretną, ba – utopijną, fantastyczną, fikcyjną. Tę „sprawę niekonkretną” ukonkretniono, rzucając na jej szalę los milionowego miasta, los jego mieszkańców, los zawartych w nim skarbów kultury duchowej i materialnej. W odpowiedzi na tę jedyną konkretność, przyszła konkretność inna – konkretność zniszczenia. Jeśli polityka jest realizowaniem możliwości, to w założeniach Powstania Warszawskiego polityki nie było: był to czyn – antypolityczny, antykonstruktywny, jałowy, niszczycielski gest; to na pewno nie jest polityka. Z tej łopatologicznej lekcji historii za mało się jeszcze u nas korzysta; dlatego polecam jak najgoręcej wstrząsającą książkę Stanisława Podlewskiego: winna być masowo czytana i omawiana zarówno w kraju jak na emigracji, a zwłaszcza wśród tego odłamu emigracji politycznej, dla którego teza, że polityka jest po prostu sztuką realizowania możliwości, to do dziś dnia teza trudna do pojęcia i do przyjęcia. Natomiast przekład tej książki na języki obce wydaje mi się rzeczą raczej nie wskazaną: mogłoby się zdarzyć, że miast poprawić przed światem swoją opinię, najedlibyśmy się wstydu. Cudzoziemcy bowiem, czytając o narodzie, który dla kilkudziesięciodniowej, pozbawionej szerszego strategicznego i politycznego znaczenia walki poświęcił swą stolicę, a w niej kawał historii i kultury, mogliby utwierdzić się w przekonaniu, że jest to rzeczywiście jakaś minderwertige Nation. Nie ma bowiem narodu, jego kultury, jego cywilizacji, bez ugruntowania się w swoich przez wieki rozbudowywanych gniazdach, w miastach ukształtowanych przez tradycję i historię, gdzie jeden stary kamień znaczy niemal tyle co batalion żołnierzy. „Gubernator” Frank powiedział kiedyś, że z Polaków należy zrobić Nomadenvolk, naród wędrowny, nie przywiązany do żadnych miejsc, a więc niezdolny do tworzenia kultury, bo nie ma przecież kultury wędrownej. Rzeczywiście nie ma. Dlatego zagłada Starego Miasta była ciosem w jeden z najbardziej ważnych i czułych punktów organizmu narodowego. Cios ten nie może być zapomniany – tak okrutnej lekcji nie przeżywa się bowiem dwa razy.

Warszawa

„O Ty, młodości mej stolico…”

Wielokrotnie już wspominałem o tym, że jestem warszawianinem, wielokrotnie też urągałem na krakowian. Dziś postąpię sobie odwrotnie: pourągam na Warszawę. Co się należy, to się należy…

Ciągle mnie ktoś pyta: – Kiedy pan się przenosi do Warszawy? Ciągle słyszę, że ten wyjechał, tamten wyjechał… Aby tylko dostać mieszkanie, reszta to „fiume” – w Warszawie się nie zginie. – Ruch, panie kolego, forsa leży na ulicy – co będziecie tu kiśli w C. K. Krakowie: nie ma sensu, nonsens, trupiarnia – tam dopiero życie, humor, praca.

Nie przenoszę się do Warszawy i nie podzielam entuzjazmu moich znajomych. Właśnie ja – warszawianin z zamiłowania, usposobienia i urodzenia. Dlaczego? Ano dlatego, że nie jestem sklerotykiem (skleroza – zwapnienie mózgu). Nie mam zwyczaju przywiązywać się do liter (nawet do ośmiu, składających się na dziwne słowo: Warszawa), ani do kamieni, nawet do tych naładowanych wspomnieniami, po których stąpało się jeszcze ,,plątonogim“ krokiem dziecka. Przywiązuję się do ludzi – bo miasto, to przede wszystkim zespół ludzi – do treści ludzkiej. A pod tym względem Warszawa zmieniła się absolutnie: to jest nowe, nieznane mi miasto. I chociaż po jednym i drugim (trzecim) piwie spaceruję po warszawskich ulicach, ogrodach, starych kątach z sercem rozkołysanym marzeniami, obcując z duchami, majakami i fantomami czy zgoła upiorami, to jednak wyżej stawiając warszawskie upiory z drugiej strony bliższy się czuję ludziom żywym – z Krakowa. – Zdrada!! – zakrzyknie ten lub ów koleżka z Warszawy. Możliwe – nie zależy mi na konserwatywnej, zasklepionej, formalistycznej wierności. Choć „ostrogi literackie” zdobyłem w »Tygodniku Powszechnym« to jednak, gdyby pismo to zmieniło radykalnie swoje oblicze, porzuciłbym je bez chwili wahania [***], powtarzam bowiem: lekceważę przywiązanie do szyldów, to jest fałszywe przywiązanie słabych ludzi – jedyne przywiązanie prawdziwie ważkie, to przywiązanie do treści ideowej, do treści ludzkiej. Lubię szaleńczy ruch samochodowy na Marszałkowskiej czy w Alejach Jerozolimskich, kocham Krakowskie Przedmieście, Łazienki, Aleje Ujazdowskie. Ale zawartością ludzką dzisiejszej Warszawy nie mogę się nakarmić, bo samymi wspomnieniami i asocjacjami człowiek nie żyje: żyje się aktualną treścią ideową, walką, wspólnością dążeń. A tej wspólności z dzisiejszym Syrenim Grodem nie znajduję: smutne to, bolesne – ale prawdziwe. Nigdy nie należy uciekać przed prawdą, choćby najmniej przyjemną.

Warszawa dzisiejsza, to jedno wielkie biuro, zarządzające resztą Polski. Biuro, to niewątpliwie rzecz potrzebna i konieczna – ale ważniejsi są ci, dla których to biuro istnieje – miliony „prowincjuszy”. Jednak mimo wszystko nie nos jest dla tabakiery. Tragedia Powstania sprawiła, iż w Warszawie, przy coraz intensywniejszym życiu społeczno-gospodarczym reszty Polski, pozostać mogło jedynie – biuro, jako najkonieczniejsza funkcja stolicy. Reszta ulotniła się – żyje tylko w sercach starych warszawiaków rozsypanych od Szczecina do Zakopanego. Warszawa przed wojną, Warszawa półtoramilionowa, była sumą wielu miast i regionów, z których każdy miał w niej swą cząstkę: dzięki temu była syntezą życia kraju, jego reprezentacją, swego rodzaju mikrokosmosem. Dziś regiony usamodzielniły się, a Warszawa jest jedynie ich „dyrekcją techniczną”. Ma swój styl, styl biura i zapchanej samochodami ulicy, ale niestety (dla niej) tylko to; przestała duchowo reprezentować wszystkie regiony – jest formą życia kraju, nie jego treścią. Dla niej to gorzej, dla kraju (mówię to, choć wiem, jaką tragedią Warszawy zostało to okupione) – lepiej: wraz z decentralizacją bowiem przychodzi również – demokratyzacja. Decentralizacja życia kulturalnego jest gwarancją jego autentyczności i „oddolności”.

Lecz nowa Warszawa nie zawsze rozumie nową sytuację: po starej Warszawie odziedziczyła zachłanny apetyt, choć nie ma żołądka do trawienia (co pół miliona mieszkańców, to nie półtora). Stąd niewczesne szkodliwe usiłowania ściągania wszystkiego co dobre do Warszawy i wyjałowienia prowincji z indywidualnego życia kulturalnego. Czyż to jest zgodne z zasadą upowszechniania kultury? Śmiem wątpić! Łódź już ogołocono ze szczętem, teraz przychodzi kolej na Kraków.

Nie należy bez potrzeby centralizować kultury, bo to przeciwdziała jej demokratyzacji i „glajchszaltuje” ją, pociągając jednolitym pokostem biurowym i biurokratycznym. Kultura spontaniczna i demokratyczna wyrasta z indywidualnej gleby regionalnej. Powstrzymajmy dezercję do Warszawy, wyperswadujmy syreniemu żarłokowi, że tego, co chce pożreć, nie potrafi strawić. Wiwat Łódź, Poznań, Szczecin, Wrocław, Lublin, Przemyśl, Gdańsk, Zakopane i kochany C. K. Kraków!

Źle widziany (z materiałów autobiograficznych)

Jak daleko sięgnę myślą w przeszłość – zawsze byłem źle widziany. W gimnazjum uważano mnie za głównego podżegacza, za cichego sprawcę wszystkich błazeństw i psot. W wojsku awansowałem na… komunistę – tak określił mnie dowódca dywizyjnego kursu podchorążych, ponieważ dosyć natrętnie dopytywałem się, jak wyglądają plany mob. (podejrzewałem że… wcale nie wyglądają), wciąż indagowałem wykładowców, dlaczego nie mamy granatników i działek przeciwpancernych oraz wyrażałem wątpliwości, czy celowe jest zachowywanie tajemnicy wojskowej odnośnie rozmieszczenia latryn pułkowych. Gdy byłem na ćwiczeniach rezerwy, wezwano mnie pewnego dnia do kancelarii batalionu. Siedział tam oficer wywiadowczy pułku, minę miał groźną, w ręku trzymał nadesłany do mnie numer »Buntu Młodych«, w którym wtedy pisywałem. – Jakieś komunistyczne pisemka do podchorążego przychodzą! – zazgrzytał. Wiele czasu i atłasu stracić musiałem, aby mu wytłumaczyć, że jest to pismo konserwatywno-katolickie, redagowane przez nobliwych hrabiów; zdaje się, że w rezultacie niezbyt go jednak przekonałem (nb. »Bunt Młodych« zmienił później nazwę na »Polityka«; w jednym z pism warszawskich ukazał się wtedy następujący wierszyk: „Młodzi już się zestarzeli, Hier begraben ist der Hund. Wolą więc politykować, niż uprawiać dalej bunt“).

Źle widziany byłem również w wojsku podczas kampanii 1939 roku. Gdy w kasynie oficerskim w Zamościu wyraziłem pogląd, że „korytarz” pomorski zaatakowany przez Niemców z dwóch stron może szybko upaść, oraz że podana nam przez pułkownika wiadomość o rewolucji w Berlinie i zabiciu Hitlera nie jest może całkiem pewna, wśród oficerów zawrzało. Przestano się ze mną witać, a jak się później dowiedziałem, rozważano projekt odebrania mi dowództwa plutonu i oddania mnie pod sąd wojenny za defetyzm. Chwalebne te zamysły nie zdążyły się jednak zrealizować wobec wkroczenia vis maior(a) (oczywiście niemieckiego).

Po kampanii wróciłem do Warszawy i tu – znów byłem źle widziany. Źle widziany przez Niemców – to zrozumiałe, gorzej, iż źle patrzyły na mnie i koła konspiracyjne. Zaczęło się od tego, że kwestionowałem celowość prac takich, jak szczegółowe ustalanie, kto gdzie zostanie po wojnie starostą. Naraziłem się również sceptycznym stanowiskiem wobec mianowania już wtedy powojennych dyrektorów departamentów i referentów, z czym radziłem poczekać do końca wojny, kiedy będzie przynajmniej wiadomo, kto przeżył, a kto nie. Najgorzej było jednak ze mną, gdy w lipcu 1944 roku wyraziłem obawę, czy aby przygotowywane właśnie Powstanie nie zakończy się porażką militarną. Wywołałem powszechne oburzenie; bodajże znów padło słówko „komunista”.

Wojna się skończyła. Myślicie, że nareszcie jestem dobrze widziany? Ale gdzie tam! Jedni przypinają mi łatkę „reakcjonisty“, bardzo źle na mnie patrzy niejaka pani Zofia Lissa, zaś we własnym gnieździe czyli »Tygodniku« od rana do nocy mi wymyślają od liberałów, katechumenów i kapitalistów (żebym chociaż miał ten kapitał!) Ha cóż! Nareszcie się taki urodził, który wszystkim nie dogodził. Widać już tak będzie do końca mojej doczesnej wędrówki, widać pisane mi być na tym padole źle widzianym. Hej, łzy się kręcą!

Przypisy

[*] Gałczyński – pisane za Jego życia.

[**] Okazało się potem, że Jasienica cytował wtedy Bismarcka.

[***] Pisałem te słowa w 1948 roku. Czyż nie jestem prorokiem?

Źródło: Stefan Kisielewski, Rzeczy małe, PAX, Warszawa 1956 (zbiór felietonów, które ukazywały się na łamach „Tygodnika Powszechnego” w latach 1945–1953).

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here