Rządy w walce z Internetem

0

Doświadczenia Ukrainy i Rosji

W maju tego roku, prezydent Ukrainy Petro Poroszenko podpisał dekret w sprawie nowych sankcji wobec Rosji. Tym razem dotknęły one znane rosyjskie portale internetowe – Mail.ru, Yandex, oraz sieci społecznościowe „VKontakte” oraz „Odnoklassniki”. Prezydent zażądał, by ukraińscy dostawcy Internetu wstrzymali dostęp do tych stron, powołując się na konieczność ochrony przestrzeni informacyjnej kraju przed agresywną rosyjską propagandą.

Dekret ten wywołał kontrowersje w ukraińskim społeczeństwie. Z jednej strony, w dobie wojny hybrydowej, rosyjskie portale internetowe i sieci społecznościowe są faktycznie wykorzystywane do celów propagandowych. Ale z drugiej strony, wielu obserwatorów podkreśla, że przez takie ograniczenia Ukraina staje się podobna do Rosji, która również blokuje wiele stron internetowych. Wielu użytkowników i tak znajduje sposoby dostępu do zakazanych portali, używając programów i przeglądarek, które pomagają obejść blokady.

Czy współczesne rządy zdołają wygrać wojnę z Internetem? Krytycy obliczyli już koszty blokady rosyjskich portali – mogą one wynosić nawet miliard dolarów. Czy nie rozsądniej byłoby skierować te ogromne kwoty pieniędzy na obronę narodową? – pytają.

Przyglądając się tej sprawie dokładnej, można dojść do wniosku, że wyliczone straty mogłyby być dobrą inwestycją w obronność. Wojna hybrydowa to przede wszystkim wojna informacyjno-propagandowa, nie zaś realna, z użyciem czołgów. To właśnie dzięki ogromnym nakładom na propagandę Rosji udało się „wstrząsnąć” sytuacją na Krymie i wschodniej Ukrainie. Poroszenko obiecał przemyśleć swoją decyzję w sprawie blokady stron internetowych, „gdy ostatni rosyjski żołnierz opuści terytorium Ukrainy”.

Ukraina wybrała kurs europejski – od czerwca obywatele Ukrainy mogą podróżować po Unii Europejskiej bez konieczności uzyskania wiz. Zatem, cytując ukraińskiego prezydenta, oznacza to „pożegnanie z sowiecko-rosyjskim imperium.” Dlatego też, również w sferze informacyjności musiało dość do zerwania internetowej zależności od Rosji.

W Europie i na całym świecie istnieje wiele usług e-mail, wyszukiwarek internetowych, portali społecznościowych itd. Jednak w Ukrainie nadal działa „siła przyzwyczajenia” – w ciągu ostatnich 10-15 lat, wielu jej mieszkańców przyzwyczaiło się do korzystania z rosyjskich usług, takich jak Mail.ru. i Yandex, czy do komunikowania się z przyjaciółmi poprzez portal „Vkontakte”, dlatego postrzegają ograniczenia nałożone przez władze jako przejaw cenzury.

Można tu pokusić się o zarysowanie historycznej paraleli. Wyobraźmy sobie sytuację z czasów wojny zimowej, kiedy to Związek Radziecki zaatakował Finlandię. Czy Finowie przesyłaliby do siebie listy przez sowiecki Leningrad, gdzie listy te byłyby czytane przez NKWD? Oczywiście, każdy powie, że to absurd. Jednak z jakiegoś powodu, wiele osób nie dostrzega absurdu w fakcie, że obywatele Ukrainy wysyłają do siebie wiadomości za pośrednictwem serwera rosyjskiego Mail.ru.

Kolejnym zablokowanym na Ukrainie rosyjskim serwisem internetowym jest Yandex. Wydawałoby się, że wyszukiwarka internetowa nie stanowi żadnego zagrożenia. Jednak działalność Yandex jest znacznie szersza – jest to ważna platforma informacyjna, podająca w wiadomości, które w Rosji przeplatają się z propagandą. To ogromny serwer poczty elektronicznej, z którego korzystają internauci z Ukrainy i innych krajów, przesyłając swoje wiadomości „przez Rosję”. To także jeden z najpopularniejszych sprzedawców reklam internetowych, który płaci podatki w Rosji, tym samym finansując agresywną politykę Kremla. Dodatkowo, serwisy Yandex’a – Mapy oraz Nawigacja – są efektywnymi narzędziami, które gromadzą informacje o użytkownikach i mogą być wykorzystane do różnorakich celów.

Dekret prezydenta Ukrainy wydaje się więc zrozumiały i odpowiada logice wojny hybrydowej. Jednakże, samym blokowaniem serwisów internetowych wojny wygrać nie można. Niezbędne jest wprowadzenie elementów pozytywnych. Ukraina musi intensywnie rozwijać własne serwisy internetowe, w tym serwisy informacyjne, które zdobędą większą popularność od rosyjskich.

Sieć społecznościowa „Vkontakte” (rosyjski klon Facebook’a) jest bardzo popularny w Ukrainie. W momencie zablokowania serwisu jego zarejestrowanymi użytkownikami było 12 milionów obywateli Ukrainy. Osoby korzystające z sieci społecznościowych uzależnia się od nich, dlatego też blokadę dostępu odbierają bardzo negatywnie.

Jednak tutaj też warto odwołać się do historii, jednak nie tak odległej. „Vkontatke” w 2006 roku stworzył znany rosyjski programista, Paweł Durow i w pierwszych latach swojego istnienia na stronach serwisu panowała pełna swoboda. Nie było żadnych ograniczeń treści, które można spotkać na Facebook’u. Nadszedł rok 2014 (jak i rozpoczęcie rosyjsko-ukraińskiej wojny) i wszystko uległo zmianie. Na Durowie wymuszono sprzedaż „Vkontakte” państwowemu holdingowi Mail.ru, a on sam opuścił Rosję, obawiając się represji za podzielanie poglądów opozycji.

„Vkontakte” stało się swojego rodzaju poligonem dla „walki z ekstremizmem”. Od 2014 rosyjska policja i służby specjalne prowadzą tysiące spraw karnych i administracyjnych przeciw użytkownikom sieci. Powodem prześladowania nie muszą być wyłącznie „ekstremistyczne” wpisy, ale także stare zdjęcie, repost lub polubienie. Dzisiaj jest to sieć w całości „prześwietlana” przez rosyjskich urzędników. Dlatego też wyjątkowo dziwi to, że niektórzy ukraińscy patrioci postrzegają blokadę „Vkontakte” jako naruszenie wolności słowa. To dosyć „specyficzna” wolność – kontaktowanie się za pomocą sieci społecznościowej, gdzie każda aktywności może być wykorzystana przeciw użytkownikom.

Ukraińscy biznesmeni posiadali w „Vkontakte” komercyjne konta, publikując reklamy swoich przedsiębiorstw itd. Oni również nie są zadowoleni z wprowadzonych blokad. Jednak pojawia się tutaj pewien paradoks. „Vkontakte” jest spółką rosyjską, płacącą podatki w Rosji. Część z tych podatków stanowi finansowanie wojny przeciw Ukrainie. Tak więc ukraińscy przedsiębiorcy, korzystający z usług tej sieci, realnie wspierają wydatki na wojnę przeciw swojej ojczyźnie.

Założyciel „Vkontakte”, Paweł Durow, po wyjeździe z Rosji, wraz z swoimi współpracownikami stworzyli popularny komunikator „Telegram”. W czerwcu zeszłego roku okazało się, że działania te nie spodobały się rosyjskim władzom.

Roskomnadzor (rosyjska federalna służba, kontrolująca komunikację masową, popularnie zwana „ministerstwem cenzury”), wezwał zespół „Telegram” do przedstawienia swoich danych, by wprowadzić je do jednolitego rejestru „organizacji rozpowszechniających informacje”. W przeciwnym razie Roskomnadzor zapowiedział zablokowanie komunikatora w Rosji, nie zważając na miliony użytkowników (na całym świecie są to już dziesiątki milionów).

Latem 2016 przyjęto w Rosji „Ustawę o informacji”, która zobowiązuje wszystkie firmy komunikacyjne do udostępniania na prośbę służb państwowych danych swoich użytkowników, a także zapisy ich kontaktów (rozmowy, wiadomości) z ostatnich 6 miesięcy. Obrońcy praw człowieka zwracają uwagę, że wymogi te bezpośrednio naruszają zapis w konstytucji dotyczący poufności korespondencji, którą może ograniczyć tylko sąd, ale rząd zignorował te uwagi. W rzeczywistości, „podejrzanymi” są teraz wszyscy obywatele Federacji Rosyjskiej!

Dlaczego to właśnie komunikatory stały się pierwszym obiektem pod obserwacją Roskomnadzoru? W większości z tych systemów komunikacja między użytkownikami jest zaszyfrowana, przez co jest niemożliwa do kontroli przez służby specjalne. „Telegram” wydawał się być najbardziej nowoczesny i skuteczny w tej kwestii. Jego twórcy zaproponowali nawet nagrodę wysokości 200 000 dolarów osobie, której udałoby się złamać ich szyfr. Przez kilka lat nikomu się to nie powiodło.

W maju tego roku, Roskomnadzor zakazał korzystania z kilku komunikatorów (BlackBerry, Imo i Line) i zablokował dostęp do nich na terenie Rosji. Rosyjskie zakazy nie dotyczą wyłącznie komunikatorów. Już od kilku lat zablokowane są strony internetowe politycznej opozycji (Kasparov.ru, Grani.ru, etc.), które zostały oskarżone o „ekstremizm”. Jednak Rosjanie znaleźli sposoby na dostęp, używając specjalnych programów i opcji VPN. Niestety, obecnie rząd opracowuje projekt ustawy, która ma zakazać korzystania z takich narzędzi. Innymi słowy, rosyjskie władze podejmują walkę z najnowszymi technologiami internetowymi.

Głowa Roskomnadzora, Żarow stwierdził: „Telegram jest głównym, a na pewno jednym z głównych kanałów komunikacji terrorystów”. Kierując się taką logiką, można stwierdzić, że sama swoboda komunikacji równa się działalności terrorystycznej!

Pod koniec czerwca „Telegram” i Roskomnadzor doszli do kompromisu. Paweł Durow zgodził się przedstawić rosyjskim władzom tylko dane rejestracyjne swojej spółki (choć i tak zawsze były one ogólnodostępne), a Roskomnadzor włączył komunikator w swój oficjalny rejestr. Jednak Durow oświadczył, że rosyjskie służby nie mają żadnego dostępu do zapisu komunikacji użytkowników komunikatora. Rosyjski portal RBK nazywa ten kompromis „czasowym”, ponieważ latem 2018 roku wejdą w życie ustawy, które zobowiązują operatorów telekomunikacyjnych do zapisywania korespondencji swoich użytkowników na rosyjskich serwerach i udostępnianie ich służbom specjalnym.

Jak się okazuje, rosyjskie służby specjalne nie znają zasad działania nowoczesnych komunikatorów. Muszą uzyskać od administratorów „klucze szyfrowania” wiadomości, ale nie wiedzą, że jest to technicznie niemożliwe. Sama technologia „end-to-end” (końcowe szyfrowanie), z której korzysta „Telegram”, zakłada, że „kluczami” zarządzają wyłącznie nadawca i odbiorca wiadomości. To właśnie ta technologia zapewnia atrakcyjność komunikatora wśród użytkowników, ale z drugiej strony wzbudza żywe zainteresowanie Roskomnadzoru i FSB.

Paweł Durow zauważa: „Aby zwyciężyć z terroryzmem drogą zakazów, należałoby zablokować dostęp do całego Internetu”. Rosyjskie służby specjalne myślą kategoriami przeszłej epoki. Internet i technologia komunikatorów jest dla nich wroga, ze względu na swobodę wymiany informacji, a nie ze względu na zagrożenie terroryzmem. Potrafią oni działać wyłącznie starymi, sowieckimi metodami całkowitych zakazów.

Rosyjscy blogerzy żartują: terroryści, korzystając z komunikatorów, używają przy tym liter. Czy je też Roskomnazdor obejmie zakazem?

Wadim Sztiepa

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułRzeczy małe
Następny artykułCzy Illinois i Portoryko są naszą przyszłością? Czy minęło już apogeum demokratycznego socjalizmu?
Redaktor naczelny czasopisma „Inacze”, akademik Arktycznej Akademii Nauk w Sankt Petersburgu, członek Międzynarodowej Społeczności Filozofów (ISFP). Do zainteresowań badawczych W. Sztiepy zaliczają się takie zagadnienia jak Globalna Północ, realna utopia, postpolityka, regionalizm, regionalny branding, nowa antyczność i in.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here