Sceny z życia w niemieckim obozie jenieckim

0

Ustawiono nas w kolumnę piątkową. Odjeżdżamy do nowego gefangu. Po raz ostatni spoglądamy na targane wichurą namioty oraz wywieszone ku naszemu zbudowaniu barwne afisze. Na tych afiszach płonąca wieś, żołnierz polski z ręką na temblaku i zabandażowaną głową, postać ponurego gentlemana w cylindrze oraz napis: „Anglio! To twoje dzieło!”

Kolumna rusza. Do bydlęcych wagonów.

Wysiadamy na małej stacyjce. Tym razem – na długie lata.

I tak już wsiąkliśmy w niewolę. Od chwili przyjazdu do „stałego” obozu staliśmy się „stałymi” jeńcami. Przestaliśmy miotać się i dziwić. Wytworzyliśmy własne życie, bogate i odrębne. Życie to stopniowo wystarczało nam coraz bardziej.

Dzień obozowy jest długi. Ale kiedy obejrzę się wstecz, suma tych dni skróciła się tak, że zdawałoby się, można by je pomieścić w garści. Dopiero kiedy zaczynamy wspominać, przychodzą na pamięć całe zespoły faktów, okoliczności składających się na historię naszej społeczności obozowej. Kiedy już wyjdę z niewoli i wrócę do mego zacisznego gabinetu w Warszawie, napiszę obszerną, wielotomową monografię obozu jeńców, jako studium socjologiczne.  Opiszę tam rozwój i działalność licznych instytucji, jakie powstały i rozwinęły się w naszym obozie.

Na razie to jest niemożliwe, bo tak olbrzymi manuskrypt zabrano by mi przy rewizji. I tak mam kłopoty z ukrywaniem tego.

Ktoś stojąc z zewnątrz i patrząc na zasieki z drutów kolczastych i gromadę ludzi kręcących się w kółko jak w klatce, musiałby odnieść wrażenie jakiejś piekielnej i beznadziejnej nudy, pożerającej tych nieszczęsnych. W rzeczywistości jednego uczucia w obozie nigdy nie zaznałem. To właśnie nudy. Właściwie mówiąc, główną moją troską był raczej brak czasu. Mimo iż nie należę do typu gefengena-omnibusa chwytającego się wszystkich możliwych zajęć

Skoro tylko minęła tymczasowość obozu przejściowego, życie zaczęło krzewić się z jakąś żywiołową siłą, niczym bujne ziele. Ten wyimaginowany „ktoś”, obserwujący obóz z zewnątrz, nigdy nie domyśliłby się bogatej treści jego wnętrza. Bo czegóż tam nie ma w końcu, w tym naszym obozie.

Teatr wyposażony w dekoracje, kostiumy i efekty świetlne. Teatr, na którego deskach wystawiane były: „Zemsta”, „Sędziowie”, „Ptak”, „Żeglarz”; szereg sztuk Niewiarowicza; „Freuda teoria snów”, „Królowa przedmieścia”, „Żołnierz królowej Madagaskaru” (dwie ostatnie w przeróbce Kruczkowskiego, dokonanej w obozie), „Lato w Nohant”, „Kres wędrówki”, „Zaczarowane koło”, a nawet… opera „Faust” z Nocą Walpurgii oraz Małgorzatą śpiewającą koloraturą. Ponadto cały szereg sztuk i rewii napisanych przez autorów obozowych, między innymi rewia z „bajeczną” wystawą, zespołami girlasek, scenami baletowymi. Okazało się, że jeden teatr nie wystarcza na potrzeby naszego miasteczka. Były więc później dwie sceny: jedna „wielka”, druga „kameralna”. Prócz tego, przejściowo, tajny kabaret literacki. Wreszcie – teatr kukiełek.

Chór kilkudziesięciu osób i szereg chórów rewelersów.

Wielka orkiestra symfoniczna, druga salonowa i trzecia – jazzowa.

Trzy biblioteki: powieściowa, naukowa i w językach obcych.

Bogata i wielokierunkowa prasa. Najpierw – skromna „Gazetka Obozowa” odbijana na szapirografie. Później – przez blisko dwa lata – wychodził dwutygodnik „Za drutami”. Pismo starannie drukowane na powielaczu, w bogatej szacie graficznej, zdobione artystycznymi winietami, rysunkami, karykaturami, łamane w sposób wymyślny i wypełnione urozmaiconą treścią. „Za drutami” rozchodziło się w ilości dwóch tysięcy egzemplarzy. Następnie rozwinęły się pisma nielegalne dwojakiego rodzaju: odczytywany głośno przez odpowiedni zespół „Codzienny Biuletyn Informacyjny” oraz tygodniki: lewicowo-demokratyczny „Zadrucie” i prawicowy „Żywe Słowo” oraz periodyki przepisywane ręcznie w kilku egzemplarzach i puszczane w obieg po salach.

Do tych drugich należały: lewicowe „Żarna”, „Naród w Walce” Stronnictwa Narodowego, katolickie „Bursztyny” oraz bezpartyjny „Przegląd Wojskowo-Polityczny”. Wyrazem współpracy międzypartyjnej były „Znaki”, pismo nielegalne o pozorach legalności, odbijane w ograniczonej liczbie egzemplarzy na maszynie w bardzo bogatej i estetycznej szacie graficznej, zdobne drzeworytami i linorytami.

Osobny dział to wydawnictwa „płotowe”, cenzurowane, wydawane systemem plakatowym, również w starannej szacie graficznej. A mianowicie wydawnictwa „koncernu Zygmunta”, redagowane jednoosobowo i obejmujące pisma: „Przegląd Obozowy”, „Przegląd Sportowy”, „Przegląd Teatralny”, literackie „Słowa” i wreszcie niedojrzały enfant terrible – „Dziś”.

Poza tym szereg efemeryd rozrywkowych, wydawanych i kolportowanych w pewnych tylko kołach. Na przykład: „Alkaloidy” oraz „Kofeina”, pisane i kolportowane wyłącznie w kawiarence obozowej przy stoliku prasowym. Wymienić jeszcze trzeba pisma fachowe, jak „Głos Nauczycielski”, „Przegląd Techniczny” i inne. Jeżeli już mowa o wydawnictwach, to Koło Nauczycielskie wydało szereg prac naukowych, benedyktyńskim sposobem przepisywanych ręcznie i oprawnych w tomy. Ukazał się również tomik wierszy, wydany nakładem autora, drukowany na drewnianych, ręcznie rzeźbionych czcionkach. Już z powyższego zestawienia wynika, że w obozie istniały i działały ugrupowania polityczne: klub ugrupowań lewicowo-demokratycznych, Stronnictwo Narodowe i grupa narodowo-katolicka. Przedstawiciele tych ugrupowań zbierali się w klubie dyskusyjnym, gdzie krzyżowali ze sobą szpady w polemikach.

Życie religijne grupuje się dokoła kościoła. Początkowo nabożeństwa odprawiał ksiądz z pobliskiej parafii, mówiący po polsku. Później zastępuje go kapelan francuski. Następnie polski kapelan wojskowy. Nabożeństwa odprawiane były przy licznym udziale wiernych. Uroczyste święta – to przeżycia dla znakomitej większości obozu. Przy kościele działa Koło Zagadnień Religijnych. Wyznania ewangelickie również mają swoje nabożeństwa i zgromadzenia.

Spośród kół zawodowych na pierwszeństwo zasługuje Koło Nauczycielskie. Nauczyciele, jako grupa zawodowa, wykazali największą prężność, zwartość, pracowitość. Samokształcenie w ich grupie odbywa się stale, systematycznie. Nauczyciele uzupełniają swoje kwalifikacje, kończąc wyższe kursy nauczycielskie z formalnymi dyplomami. Wydają szereg prac. Organizują kursy dla szeregowych w zakresie szkoły powszechnej i gimnazjum, również uwieńczone dyplomami. Zapraszają na wykłady do swego koła specjalistów. Biorą żywy udział w ogólnej akcji samokształceniowej.

Całość tej akcji, podporządkowana kierownictwu kulturalno-oświatowemu, obejmuje zakres niezwykle szeroki. Niezliczone kursy językowe: angielskiego, francuskiego, rosyjskiego, hiszpańskiego i inne. Dodać należy, że nauka języka niemieckiego została przez Niemców… zakazana. Chodzi o utrudnienie ucieczek. Doszło do tego, że w niemieckiej niewoli Polacy organizują… tajne nauczanie języka niemieckiego. Kursy buchalterii, stenografii, handlowe, elektrotechniczne, rolnicze, pszczelarskie, rybackie, leśnicze, nawet łowieckie i samochodowe – wszystkich nie sposób tu wymienić. Koła zawodowe: inżynierów, techników, prawników, ekonomistów, skarbowców, samorządowców i innych uprawiają pogłębianie wiedzy zawodowej łącznie z egzaminami dla osób pragnących dopełnić nieukończone przed wojną studia.

Malarze, graficy, rzeźbiarze mają swoje pracownie, kształcą adeptów swej sztuki.

Sport rozwija się w klubach piłkarskich, lekkoatletycznych, bokserskich. Rolnictwo i ogrodnictwo uprawiane są z chińską pieczołowitością – na grządkach. Kwitną rzemiosła snycerzy, jubilerów, cyzelerów, zegarmistrzów, krawców, a nawet cukierników.

Handel rozwija się nie tylko w sklepie komisowym zaopatrzonym jak żaden sklep w Rzeszy, ale również pokątnie, sposobem „domokrążnym”, pośrednictwa, uczciwego kupiectwa i czarnej spekulacji.

W klubie literackim toczą się rozmowy o twórczości Kasprowicza, Żeromskiego, o współczesnej powieści francuskiej, surrealizmie i witalizmie. W Kole Matematyków – o całkach i innych mądrościach tej przerażającej abstrakcji, w Kole Filozoficznym o platońskim świecie idei i o fenomenologii. Wszyscy ponadto pogłębiają wiedzę wojskową w tajnych kołach pułkowych.

*****

We śnie widzę płomienie. Płomień tryska jak wulkan. Huk! Chwytam z półki papierosy i skaczę jak kot z mojego piętra na podłogę aż pod piec… Drugi, trzeci błysk, huk, płomień… Paniczna myśl. Artyleria niemiecka bombarduje obóz. Postanowili nas wymordować.

– Panowie! spokój!… Już po wszystkim!… To był nalot! Sojusznicy zbombardowali obóz!…Warkot odlatujących samolotów. Łuna. Wskakujemy w spodnie, buty. Izba chorych w płomieniach. Tłumy tam biegną. Niemcy krzyczą przy drutach. Obstawiają gęstym szpalerem, z bagnetami na broni. Za chwilę zapali się nasz barak.

Po ochłonięciu uświadomiliśmy sobie z Krzysztofem, że zachowaliśmy się jak zwykłe świnie. Przede wszystkim wynieśliśmy graty do ogródka. Następnie wleźliśmy na dach baraku i zlaliśmy go wodą, ratując „rodzinne gniazdo”, na które sypały się iskry. Dopiero później pobiegliśmy tam, gdzie może żywcem płonęli nasi koledzy.

Obozowa straż pożarna już działa. Z płomieni wynoszą rannych i zwęglone zwłoki. „Błaszczyk! Gdzie jest Błaszczyk?!” Nie ma go nigdzie. A dziś właśnie poszedł do izby chorych! Cała akcja ratunkowa w ręku Polaków. Improwizować – to my umiemy. Niemcy potracili głowy, biegają jak obłąkani. Polacy nimi komenderują, a w dodatku wymyślają bez szacunku należnego zwycięzcom. Niemcy są całkowicie zdezorientowani, ponieważ:

1) rozeszła się pogłoska, że na obóz upadły również bomby z detonatorami czasowymi, w każdej chwili mogą wybuchnąć, a nie wiadomo, gdzie te bomby są;

2) jedna bomba wyrwała całe przęsło drutów od strony lasu i rozeszła się pogłoska, że tamtędy uciekło kilkudziesięciu jeńców;

3) nastąpiło odwrócenie zwykłego porządku, bo Polacy komenderują Niemcami – zamiast na odwrót i jeszcze wymyślają. (Jeden z funkcjonariuszy abwehry, który dotychczas nie umiał ani słowa po polsku, potraktowany polskim epitetem zaczynającym się na s… nagle „odzyskał mowę” i zastrzegł się z oburzeniem najczystszą polszczyzną: „Proszę się liczyć ze słowami!!”).

Niemcy tedy nie wiedzieli, czy: 1) szukać rzekomych bomb niewybuchłych; 2) ścigać rzekomo zbiegłych jeńców; 3) gasić pożar; 4) przywracać należyty porządek i właściwą hierarchię.

Nadjeżdżają jednak samochody wojskowej straży pożarnej z pobliskich koszar. Świt na zgliszczach. Zapach spalenizny. Wydobyte zwłoki leżą rzędem w pobliskiej szopie. Rannych przeniesiono do małego, pustego baraczku na piaszczystym wzgórku, gdzie odbywały się lekcje angielskiego. Przyjaciele poszukują przyjaciół. Rozpoznają zwłoki. Nie doczekaliście wolności! I Błaszczyk zginął. A tak chciał żyć, wrócić. Czeka na niego narzeczona. Trzeba do niej napisać…

Na apelu obok naszej kompanii ustawia się zawsze grupa sanitariuszy. Teraz stoi tylko jeden, w opalonym płaszczu. Wszyscy inni zginęli. I ten sympatyczny, młody kapral, który dawniej, jeszcze w tamtym obozie, podawał piwo w kantynie. I ten z krzywymi nogami, od dentysty…

Nie wszystkie zwłoki zidentyfikowano. Krąży legenda o aptekarzu, dzielnym żołnierzu, odznaczonym krzyżem virtuti militari, że uciekł. Nie znaleziono go ani między żywymi, ani umarłymi. Wiadomość o ucieczce całej grupy przez wyrwę okazała się blagą. Nikt nie uciekł. Podobno nie zdarza się, aby ktoś uciekał podczas bombardowania.

Trzynaście trupów, dwudziestu sześciu ciężko rannych, kilkudziesięciu lżej rannych. W południe przyjeżdża komisja niemiecka z generałem. Miny mają poważne, współczujące. „Oto, jakich macie aliantów.” My chodzimy pomiędzy zgliszczami jak zaczadziałe koty. „A jednak nareszcie się zaczęło.” Teraz wierzymy w szybką ofensywę.

*****

Długoletni pobyt w obozie jeńców zniszczył moją wiarę w wiele prawd. Między innymi obalił aksjomat o rzekomej solidności Germanów. Podobno ulegają oni demoralizacji w zetknięciu z żywiołem słowiańskim. Być może. Fakt faktem, że w obozie wszyscy chyba Niemcy kradną. Przekupstwo Niemców jest nagminne, rzec można – regularne.

Patrolujący żołnierz słyszy w baraku odgłos rąbania siekierą. Czai się jak żbik, wpada znienacka, konfiskuje siekierę. Brawo. To jego obowiązek. Za chwilę sprzedaje tę samą siekierę w sąsiednim baraku. Ten sam, powiedzmy, stróż porządku przyłapuje jeńca na jakimś innym niedozwolonym uczynku. Wkracza nieubłaganie i zabiera mu numerek. Następnie krąży dokoła baraku i daje do zrozumienia, że sprawa jest jeszcze do załatwienia, numerek można dostać z powrotem, ale on potrzebuje papierosów.

Do obozu wjeżdża wóz z węglem. Powozi żołnierz polski, jeniec. Eskortuje żołnierz niemiecki z karabinem. W drodze przez obóz do magazynu konwojent spotyka się z propozycjami korzystnej sprzedaży węgla za papierosy i kawę amerykańską. Przystaje. Dokoła wozu zbiera się tłum jeńców – nabywców. W przeciągu kilku minut cały wóz zostaje rozprzedany. W ferworze handlowym ktoś zabrał również deskę służącą woźnicy za siedzenie. Jeniec-woźnica nie miał nic przeciwko jawnej kradzieży mienia skarbowego. Teraz jednak surowo strofuje swego konwojenta:

– To takiego osła na wartę dają, że nawet deski na wozie upilnować nie potrafi?!

Wachman usiłuje teraz z kolei przekupić jeńca i dla zatkania gęby daje mu paczkę papierosów ze swego dziennego targu…

Komenda niemiecka szuka wyjścia z sytuacji. Jeńcom należy się określony (bardzo zresztą szczupły), przydział węgla i ten musi być wydany. Tymczasem rozchód węgla jest co najmniej trzykrotnie większy niż przydział. Olbrzymia nadwyżka wsiąka w obóz drogą nielegalną. […]

W obozie stale nikną jak kamfora różne przedmioty drewniane: bramy, schody, okrąglaki z chodników, nawet słupy telegraficzne, nawet całe baraki. Wszystko to za milczącą zgodą obowiązanych do nadzoru i przekupionych żołnierzy i podoficerów.

W niektórych barakach zainstalowano pomysłowe aparaty do pędzenia bimbru. W przedsiębiorstwach tych są zainteresowani niemieccy nadzorcy rejonowi. Za odpowiedni udział w produkcji nie tylko tolerują i ochraniają „fabryki”, ale jeszcze dostarczają koniecznych do wyrobu wódki drożdży. W okresie świątecznym roku zeszłego produkcja alkoholu doszła do rozmiarów zastraszających. Komenda, nie mogąc liczyć na pomoc zdeprawowanych organów wykonawczych, usiłowała pertraktować z „bimbrownikami”. Ukazał się wówczas jedyny w swoim rodzaju rozkaz: „Wypędzić jeszcze to, co jest nastawione, ale do Nowego Roku ma być koniec”!

Kontrola na poczcie w mieście przyłapuje paczki z produktami amerykańskimi jak kawa, czekolada, wysłane nielegalnie przez jeńców do rodzin w Polsce. Jako nadawca figuruje… szef abwehry obozowej. Pośrednikiem są oczywiście podlegli mu funkcjonariusze niemieccy. Szef abwehry chwyta się za głowę: „Wszyscy przekupieni… wszyscy przekupieni!” W miejscach publicznych rozplakatowano rozkaz zabraniający jeńcom dawania „podarków” żołnierzom niemieckim (übermenschom!!). Rozkaz pozostaje na papierze.

Podarki nie są dowodami miłości. Podarki, czyli łapówki, to glejt obozowej wolności złego i dobrego. Bez tego glejtu życie jeńca, ograniczane ze wszystkich stron kolcami zakazów, stałoby się nieznośne. Powiedziałem – „obozowej wolności”. Ale tylko obozowej. Bo w sprawie ucieczki nie ma przekupnych Niemców. Oswojony, jadający cukier z ręki i żebrzący o papierosy wachman potrafi z zimną krwią zastrzelić jeńca złapanego na drutach, przykładając mu lufę do głowy.

Wachman, pełniący służbę podczas apelu, jest niesłychanie zajęty. Biega za plecami ustawionych w szeregu jeńców i załatwia interesy handlowe. Temu przyniósł benzynę, tamtemu pastę do zębów, innemu ma wysłać paczkę albo list poza cenzurą. Aż dziw, że zaaferowany wojak nie zgubi w tym wszystkim karabinu.

*****

Następnego wieczora upełnomocniony Wujcio przedstawia sali do zatwierdzenia projekt menu wigilijnego. Ma być: barszczyk z uszkami, do tego kanapki z margaryną. Następnie tradycyjna obozowa sałatka z fasoli. Następnie kluski z makiem, kutia z pęcaku, tort z kaszy jaglanej, kompot, ciasta domowe, czarna kawa. Projekt budzi liczne pro i contra. Zdaniem minimalistów jadłospis stanowczo zbyt obfity. Kto by zjadł to wszystko? Zdaniem maksymalistów – zje się, byle było. A. Albo kutię, albo kluski z makiem. B. Jedno i drugie jest wymagane przez tradycję. A. Trzeba by jeszcze kanapki z herbatą. B. Kanapki powinny być postne. I skąd to wziąć? A. Mogą nie być postne, bo jest ogólna dyspensa. B. Jeżeli na wigilię ma być mięso, to lepiej wcale wilii nie robić. A. Czy pędzimy bimber na święta? B. W żadnym wypadku. Rodziny w kraju… trzeba by na to masę cukru, który nam przysyłają przecież nie po to… A. Można przecież wypędzić z tej świńskiej, szkopskiej marmolady. B. Bimber z marmolady zawiera podobno spirytus metylowy. Można oślepnąć. A. Do tej pory jeszcze nikt nie oślepł. Itd.

Kubuś ustala szczegółowy plan operacyjny. Wujcio otrzymuje do pomocy najlepszych kucharzy: Owerłłę i Gzymsa. Pazik (jako artysta) – do grubych robót przy kuchni. Ciotuchna ubierze choinkę, o którą ja się mam postarać (takiej to sławy się dorobiłem).

Krzysztof do wyboru ma funkcję stołowego (nakrycie do stołu i podawanie) albo pomywaczki. Jako mało ambitny próżniak wybiera to drugie, bo już przy wilii chce mieć spokój. Funkcja kucharzy kończy się z chwilą podania barszczu. Kawę i herbatę gotują kawiarze (Wiłłuski–Przyłucki i Frankopol) i tak dalej aż do najdrobniejszych szczegółów

*****

Niedziela. Lubię niedzielę. Obmyśliłem sobie różne atrakcje, które sprawiają, że oczekuję niedzieli z biciem serca. Gdyby nie było barwnych plam świątecznych, ciąg dni stałby się jedną szarą kiszką, gdzie zlewałyby się tygodnie i lata. Atrakcyjność niedzieli obozowej nie polega na odpoczynku po pracy, lecz na odmienności. Sprawia to już sam rozkład apelowy. W dzień powszedni mamy dwa apele: jeden o ósmej rano, drugi około trzeciej po południu. W niedzielę apel jest tylko jeden: o jedenastej. Można by spać do jedenastej. Ale nie. Szkoda niedzieli. Już z wieczora przygotowałem na stoliku: kubeczek, odrobinę proszku kawowego, cukru, łyżeczkę. Słychać trąbkę na pobudkę o godzinę później niż zwykle. Trąbka ma znaczenie teoretyczne. Wszyscy śpimy dalej. Tylko dyżurny zwleka się z łóżka, narzuca płaszcz i idzie z konwią po kawę. W niedzielę jest kawa konserwowa zamiast zwykłych ziółek. W naprężeniu oczekuję na jego powrót. Wreszcie słychać kroki. Jednym susem zeskakuję z piętra. Sypię neskę i cukier do przygotowanego na stoliku kubka. Dyżurny nalewa mi gorącej kawy, potem zawija konew w koc, aby nie wystygła. Mieszam gorący płyn i wspinam się z kubkiem z powrotem na łóżko […].

Na sali trzeba zachowywać się cicho. Większość śpi. Krzysztof wstał również, przygotował odświętne śniadanie. Po dwa kawałki chleba. Jeden z kiełbasą, drugi z marmoladą. Po śniadaniu papieros i wyruszamy do kościoła. Szosą suną już tłumy ubrane odświętnie, w butach błyszczących jak lustra. Z trudem wpychamy się do kaplicy.

Któż mógłby się domyślić, że w nędznym, szablonowym, ceglanym baraku znajduje się wnętrze kaplicy romańskiej z ciosanego piaskowca tworzącego imponujące sklepienie i grube filary. Głębokie nisze okien zaopatrzone w artystycznie kutą kratę, rzucają blade światło na rozmieszczone ze skąpym smakiem na ścianach rzeźby i święte wizerunki, kamienne kropielnice i wizyjne stacje Drogi Krzyżowej. Dopiero przy bliższym zbadaniu okaże się, że ciosany piaskowiec to zwykła tektura, że artyzm i pomysłowość wykonawców zastąpiły tu brak materiałów, aby stworzyć to wnętrze imponujące prostotą.

Na ołtarzu palą się świece woskowe. Zadzwoniły dzwoneczki ministrantów. Ksiądz wyszedł z mszą świętą śpiewaną.

Po nabożeństwie, jak to zwykle bywa po sumie przed kościołem parafialnym na prowincji, tworzą się grupy znajomych, zajęte sąsiedzką, przyjacielską pogawędką. Znajomi pozdrawiają się, przystają, to znów przechadzają się tam i z powrotem, prezentując swoją obecność, ubiór i dobrą minę cieszących się niedzielnym wypoczynkiem wieśniaków.

Krzysztof spotkał jakichś swoich nudnych znajomych. Gubię go w tłumie i podążam do kawiarni.

O tej porze nie ma jeszcze napływu niedzielnej publiczności. Przy stolikach i przy bufecie zwykli bywalcy. Barman, gruby Menczykosio, z cywila – karczmarz spod Tczewa, wita mnie gościnnym ukłonem.

– Panowie już tam są, przy stoliku.

Udaję się do naszego, stale zarezerwowanego stolika. Jest Julek, Zygmunt, Józio. Stolik pokreślony napisami i karykaturami. Na ścianie – wizerunki osób znanych w obozie i bywalców tego zakątka. Główne miejsce na ścianie zajmuje wielka „laurka”, przedstawiająca karykaturalną podobiznę „prezesa” w otoczeniu grubych tomów jego rzekomych dzieł, jak: „Moje pierwsze długi. Tom I”, „W pogoni za foką” i inne. Zaczątek „Jamy Michalikowej” …

Wymieniamy plotki, najnowsze kawały, Józio wścieka się na redaktora tygodnika „Jutro”, że obniża ogólny poziom pism płotowych.

– Twoja wina, Józiu, że dopuściłeś do tego. Przekupił cię miską grochu. Szczeniakowi w głowie się przewróci. Zrobił z siebie naczelnego redaktora, nie mając pojęcia o robocie. Czy nie lepiej, aby poszedł na praktykę do którego z „Przeglądów”? [..]

Po apelu idziemy obejrzeć wydawnictwa płotowe. Cała szczytowa ściana pierwszego baraku ceglanego wylepiona barwnymi płachtami pism. Na niedzielę – wszystkie wydały nowe numery. Chwalimy dzisiejszy numer „Słowa”. To pismo stale robi postępy. Dzisiaj przynosi między innymi bardzo dobry essay O Conradzie. Oprawa graficzna, karykatury – ze smakiem i talentem.

Pora na obiad. W niedzielę obiad jest lepszy. Gulasz z kartoflami. Gulasz składa się co prawda ze znikomej ilości mięsa w wodnistym sosie. Ale zawsze – coś! Przez cały tydzień gotuje się bez mięsa. W zwykły dzień nie sypiam po obiedzie. Ale dziś niedziela. Wspinam się na łóżko, przerzucam kilka kartek książki i zapadam w drzemkę.

Budzi mnie Krzysztof. Idziemy na mecz.

Tłumy otaczają plac sportowy. „Warta” przeciwko „Warszawiance”. Mocne chłopaki w koszulkach niebieskich i zielonych uganiają się po placu. Przebieg meczu pełen napięcia. Publiczność reaguje żywo i głośno.

W przerwie włóczymy się wśród odświętnego, próżniaczego, odpustowego tłumu. Pogoda piękna, coś jak Bielany.

Spotykamy bar na kółkach, uruchomiony przez dwóch przedsiębiorczych jeńców. Piecyk na wózku, z kominem. Smakowity zapach uderza w nozdrza. Krzysztof chce mi widocznie sprawić przyjemność. Uśmiecha się tajemniczo. Podchodzi do wózka. Zaimponował mi! Funduje dwie porcje boczku smażonego z cebulką i po filiżance herbaty. Porcyjki maleńkie, wielkości liścia klonowego. Herbata w blaszanych filiżankach. Siadamy na ławeczce, przy stoliku, pod gołym niebem, niczym u jakiegoś Bochenka na Zielone Świątki. Obok znajomy szewc z warsztatów. Rozpiął się i z miną solidnego rzemieślnika na podmiejskich wczasach zajada kotlecik siekany (z bifa konserwowego) z zieloną sałatką. Szewcy należą do najbogatszych ludzi w obozie.

Krzysztof płaci rachunek. Rachuneczek, można powiedzieć – 26 marek! (Miesięczny żołd podporucznika wynosi 72 marki.)

*****

W nowym obozie wzięliśmy kolosalny rozpęd.

Po pierwsze, od razu został zakreślony plan urbanizacji obozu. Rada naszych architektów i urbanistów stworzyła wspaniały projekt – obozu przyszłości. Z projektem tym mieliśmy możność zaznajomić się na konferencji prasowej. Barwny plan został ponadto rozplakatowany dla wiadomości ogółu. W prasie obozowej – legalnej i nielegalnej (oba odłamy działają ręka w rękę) – jest szczegółowo omawiany. Plan przewiduje dzielnicę centralną (rejon środkowy baraków ceglanych), mieszczącą kościół, teatry, biblioteki, studia malarskie, sale wystawowe, sklep komisowy itd., dzielnice mieszkaniowe, zieleńce, ogrody kwiatowe, działkowe, ogrody warzywne itd.

Nasz plan różni się tym od wielu innych programów urbanistycznych, że jego ramy nie stoją w dysproporcji z możliwościami realizacyjnymi; z chwilą ogłoszenia znaczna część jest już wykonana.

Mamy pod dostatkiem specjalistów, architektów, malarzy, plastyków, ogrodników. Ich zdolności i pomysłowość zastępują niedostatek środków materialnych, sprawiają, że na jałowej i szpetnej glebie obozowej wyrasta oaza piękna, której istnienia nie domyśliłby się nikt, kto patrzy z daleka na ponure miasteczko otoczonych drutem kolczastym baraków.

Jest co zwiedzać, jest na co popatrzeć. O kościele już wspominałem. O kawiarni również. Oba teatry, nawet gdyby wyłączyć ich treść zasadniczą – widowisko – stanowią same przez się istotny wkład w życie kulturalne obozu. Już samo wnętrze, będące skończoną, harmonijną całością piękna, kontrastującą z prymitywem baraków, wprowadza w nastrój psychicznego odprężenia.

Widownia Teatru Wielkiego z antycznymi grupami na ścianach, ze znakami zodiaku na suficie, smacznym stonowaniem barw i dyskretnym oświetleniem. Widownia Teatru Kameralnego utrzymana w tonie bombonierki. Wszystko tu wprowadza w nastrój kultury i piękna, zanim jeszcze widowisko się rozpocznie.

Obok księgozbiorów uruchomiono pracownię naukową, gdzie w ciszy można poświęcić się pracy z dala od rozgardiaszu sal i kuchenek. Pracownia plastyków co tydzień otwiera swoje podwoje, racząc nas coraz to nowymi wystawami karykatur, grafiki, portretów, pejzażu.

Klub literacki z fotelami, fantastycznym kominkiem, na którym pali się elektryczny „płomień”, jest sam w sobie wnętrzem dalekim od szorstkiej rzeczywistości obozowej.

Wchodząc do dzielnicy reprezentacyjnej, po obu stronach mamy klomby kwiatowe i trawniki, obramowane stosami kamieni, co daje pozór ogrodu alpejskiego. Po lewej ręce (idziemy od bramy wejściowej) – przydrożna figura rzeźbionego w drzewie Jezusa frasobliwego. Po prawej – zegar słoneczny, ciosany z kamienia. Przy szosie wiodącej do kościoła, biblioteki i kawiarni natrafiamy na sklepik uliczny – bez obsługi. Na stoliku rzeźbione cygarniczki, papierośnice i szkatułki, więzienne zapalniczki (krzemień i hubka) w kształcie ozdobnych cacek. Na tabliczce cennik w papierosach i otwarte pudło. Nabywca wybiera sobie pożądany przedmiot i uiszcza opłatę w papierosach. Nigdy nie wydarzył się wypadek nadużycia zaufania nieobecnego sprzedawcy.

Mamy i sklep komisowy. Zawsze tłok, ruch, ożywiona wymiana. Dział odzieżowy: mundury polskie, amerykańskie, angielskie, francuskie, holenderskie, norweskie, wszelkie rodzaje, jakie nosimy. Buty: polskie, z wysoką „szklanką”, amerykańskie półbuty, zwykłe piechocińskie. Dział żywnościowy: różne konserwy, boczki, kawa, herbata, chleb fasowany i domowy. Drobiazgi artystyczne, odznaki, gwiazdki, patki, galanteria wojskowa. Dział księgarski, filatelistyczny, drobiazgi osobistego użytku, jak: żyletki, pędzle i aparaty do golenia. Cena orientacyjna w papierosach. Papieros ustala kurs lagermarki. W ustalonym stosunku można wymienić towary jedne na drugie (przy pomocy urzędujących w sklepie maklerów) bądź też nabywać je za papierosy albo lagermarki. Jest to jedyny sklep na terenie Rzeszy, gdzie można nabyć ubrania, bieliznę, żywność bez kartek. Niemcy usiłują krętymi, pośrednimi drogami nabywać również towary, co jest tępione. Obrót handlowy nie kończy się w sklepie komisowym i sklepiku bez obsługi. Każda dzielnica obozu ma swoich handlarzy domokrążnych. Za ich pośrednictwem można kupować i wymieniać wszelkie towary. Mundur za buty, kawę za boczek, wódkę za cukier. Co kto chce i jak kto chce.

 

W kawiarni urzęduje król kupców obozowych. Siedzi przy stoliku, przy szklance kawy, z papierosem przyklejonym do grubych warg. Co chwila ktoś się doń przysiada, ktoś odchodzi, zjawia się ktoś nowy. Tu idą wielkie transakcje: na setki i tysiące papierosów, na kilogramy kawy. Domokrążni kupcy dzielnicowi podchodzą z szacunkiem, przedkładając propozycje. Wielki kupiec pracuje nie tylko na obrotach wewnętrznych, obozowych. Załatwia również transakcje z wypłatą w kraju, przez przelewy z konta na konto, z wysyłką pieniędzy na wskazane adresy. W kraju posiada liczną rodzinę, pozbawioną wszelkich środków do życia. Utrzymuje ją całkowicie, siedząc tu, w kawiarni obozowej, i dokonując krociowych obrotów.

*****

Obóz przeżył niebywały wstrząs monetarny.

Niemcy wycofali lagermarkę jako wewnętrzny środek obiegowy. Odtąd cały żołd wpisuje się na konto jeńca. Monety do obiegu obozowego nie ma.

O ile nam wiadomo, przyczyny tego zarządzenia są dość oryginalne. Lagermarki obozowe pojawiły się mianowicie na rynku zewnętrznym i … uzyskały wyższy kurs od reichsmarki. Jeńcy szeregowi zatrudnieni na robotach rolnych sprzedają część produktów z paczek amerykańskich, żądając lagermarek, które następnie wpłacają na swoje konto i przekazują rodzinom. W tym stanie rzeczy za lagermarki można kupić bez żadnych kartek produkty tak nieprawdopodobne na rynku niemieckim, jak: kawa, herbata, papierosy amerykańskie, czekolada, podczas kiedy reichsmarka bez bezugscheinu nie jest środkiem nabywczym. Władze niemieckie, zaskoczone tym niespodziewanym zjawiskiem, nie mogły zezwolić na to, aby jakieś sztony obozowe, drukowane dla zabawy jeńców, wypierały regularną walutę państwową. Przy tym sens legermarki polegał przecież na tym, żeby nie miała ona żadnej wartości poza obozem. Więc znieśli je. Ale nie tak to łatwo coś narzucić obozowi. Trudno już dzisiaj wyobrazić sobie życie w obozie bez monety obiegowej. Jakaś waluta jest potrzebna. Więc wprowadziliśmy własną! Powstał „bank emisyjny”. Wypuścił własny pieniądz, nadając mu nazwę: „Lech”. Ten pieniądz ma swoje pokrycie w skarbcu banku emisyjnego. Nie złoto wprawdzie, ale – papierosy. Kto chce zaopatrzyć się w lechy, składa do banku emisyjnego papierosy amerykańskie w zapieczętowanych paczkach. Paczka papierosów – dziesięć lechów. I odwrotnie. Posiadacz lechów może w każdej chwili wymienić je w banku emisyjnym na papierosy. Oparty na tak realnych podstawach pieniądz cieszy się pełnym zaufaniem na rynku.

*****

Fala upałów. Obóz zamienił się w wyspę pingwinów. Wszyscy chodzą w majteczkach kąpielowych od rana do wieczora. Jedynie na apel poranny trzeba stanąć w pełnym umundurowaniu. Do apelu popołudniowego wystarczą majteczki. Nie wiem, czy potrafię przyzwyczaić się kiedyś do noszenia ubrania podczas upałów. Mam nadzieję, że nasz zwyczaj obozowy upowszechni się wszędzie jako zdrowy, racjonalny i dogodny

Tutaj nie tylko na plaży można znajdować się nago. Opalone na brąz golasy chodzą ulicami, wypełniają sale odczytowe i kawiarnie. Nago nie wolno wejść tylko do kościoła. Poza tym wszędzie.

Wybraliśmy sobie z Krzysztofem zaciszne miejsce, grzejemy się na słońcu jak jaszczurki. Potem biegniemy do łaźni pod zimny tusz. Potem znowu na słońce. Dokoła jednostajny gwar plażowy. Setki brązowych ciał, porozwalanych leniwie, setki białych plażowych czapeczek. To znowu ktoś zerwie się, popędzi przez plażę, wskoczy na drążek, wywinie parę kozłów. To znowu wyścig golasów w rozpalonym powietrzu. Skóra cieszy się słońcem. Pot biegnie kropelkami po plecach. Gdyby tak – rzeka. Gdyby tak – trochę zieleni.

Źródło: Marek Sadzewicz, Oflag. Pamiętnik jeńca wojennego, Spółdzielnia Wydawnicza „Wiedza”, Warszawa 1948. Tytuł fragmentów pochodzi od redakcji Nowej Debaty.

O autorze:

Marek Sadzewicz (1907–1975) – dziennikarz, literat, publicysta. Był dziennikarzem w „ABC”, „Gazecie Polskiej” i „Echu Akademickim”. W kampanii wrześniowej 1939 r. wzięty do niewoli. Przebywał w obozach jenieckich w Arnswalde i Gross–Born. Do kraju powrócił w październiku 1945 r. Współpracował z „Tygodniem”, „Spólnotą Pracy”, „Kurierem Codziennym”, „Expressem Wieczornym”, „Łowcą Polskim”, Polskim Radiem, wydawnictwem «Wiedza Powszechna». W r. 1952 przeniósł się do redakcji „Stolicy”, gdzie pracował do końca życia (więcej zob. http://ipsb.nina.gov.pl/a/biografia/marek–juliusz–sadzewicz)

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here