O Semce, Majmurku, Coryllusie, Walusiu, Michalskim oraz innych osobach i sprawach

0

Germanofobia została przekształcona przez siły zewnętrzne Waszyngtonu i Moskwy w prawdziwą religię nienawiści dla mas (Francis Parker Yockey)

Kto dziś czyni nieprawość, może być pewny, że przyszła nieprawość go usprawiedliwi (Carl Schmitt)

*****

Książki Piotra Semki My, reakcja. Historia emocji antykomunistów w latach 1944-1956 ( Poznań 2015) nie czytałem, ale wynotowałem cytat z recenzji Andrzeja Horubały opublikowanej w „Do Rzeczy” . Pisze Semka:

„Polskę po wojnie zachodni alianci potraktowali straszliwie. Nie zadbali o integralność terytorialną Polski i nie zrobili nic, aby wcielić w życie choćby te ustalenia Jałty, które odnosiły się do demokracji i wolnych wyborów. Ale gdybyśmy nie walczyli z Niemcami przez cały okres II wojny światowej, gdybyśmy nie udowodnili swojego męstwa w powstaniu warszawskim, to obiekcje przyznania Polsce dużej części przedwojennych Niemiec byłyby nieporównanie silniejsze. Kresy i tak byśmy stracili wobec wygranej Sowietów, a rekompensat na zachodzie w razie walki u boku Niemców na pewno byśmy nie dostali. Warto, by wzięli to pod uwagę ci autorzy, którzy tak ochoczo wskazują na scenariusze pójścia z Hitlerem na Stalina”.

Horubała wtóruje Semce: „Ziemie Odzyskane są atutem miażdżącym gdybania

realpolityków układających z dowolnie dobranych klocków nowe historyjki o Polsce u boku rycerskich Niemców. Owszem, w tym argumencie o Wrocławiu i Szczecinie pobrzmiewa ton gomułkowskiej propagandy, ale przecież akurat w tym punkcie było to nasze zwycięstwo, a nie porażka”. Rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić – argumentuje Horubała – by Sowieci wraz z aliantami wyganiali Niemców, by w ich miejsce osiedlić ich sojuszników: „Nasz zbrojny opór, opowiedzenie się za aliantami, fenomen Polskiego Państwa Podziemnego zyskują w eseju Semki o wiele potężniejszy argument. Otóż tym argumentem są Ziemie Zachodnie, Ziemie Odzyskane”.

W argumentacji Semki i Horubały brak jednak ważnego ogniwa: otóż niemieckie ziemie wschodnie zostały przyłączone przez Stalina do nowego państwa polskiego (PRL), ponieważ władzę w nim, z nadania Moskwy, objęli prawdziwi „sojusznicy” ZSRR, czyli polscy komuniści, którzy byli gwarantem zabezpieczenia interesów ZSRR na tym terenie. Stalin dał te ziemie nie narodowi polskiemu w ogóle, ale narodowi polskiemu rządzonemu przez polskich komunistów. W tym zakresie interes narodu polskiego i partykularny interes polskich komunistów pokrywały się ze sobą. Stalin ofiarował ziemie niemieckie polskim komunistom, a nie tym, którzy dzielnie walczyli z Niemcami, nie przedwrześniowej elicie politycznej, rządowi w Londynie, Armii Krajowej etc. Ci nie dostali nic, zostali wyeliminowani w sensie politycznym i społecznym, jedni zginęli w kazamatach bezpieki, inni pozostali na emigracji, jeszcze inni trafili do więzień lub zginęli z bronią w ręku jako „żołnierze wyklęci”. Ich pójście ze Stalinem na Hitlera, ich bohaterska walka z antykomunistycznymi i antysowieckimi Niemcami w powstaniu warszawskim nie miały znaczenia, ponieważ niemieckie ziemie wschodnie nie były nagrodą dla Polaków za dobre sprawowanie. Gdyby to polska antykomunistyczna „reakcja” walcząca wcześniej z Niemcami u boku rycerskiej Armii Czerwonej miała objąć władzę w Warszawie, Stalin nie miałby najmniejszego powodu, żeby przyłączać do antykomunistycznej Polski niemieckie terytoria wschodnie.

Dla ustanowienia nowego porządku (geo)polityczno-etnicznego po 1945 roku było rzeczą całkowicie bez znaczenia, co by zrobiła polska elita: wysłała wojsko, żeby u boku Wehrmachtu szło zdobywać Moskwę i, być może, znalazła się w obozie przegranych, czy też nie wysłała; czy bohatersko walczyłaby z Niemcami czy nie walczyła, czy by wyłoniła – jak nakazywał rozum polityczny i niepewność co do ostatecznego wyniku wojny – polskiego Petaina – tak czy inaczej zostałaby odsunięta od władzy i jej miejsce zajęliby polscy namiestnicy Moskwy, wyznaczeni przez Stalina do władania PRL-em, czyli nową prowincją Imperium Sovieticum. Kształt tej prowincji, przebieg jej granice wynikały z nadrzędnych kalkulacji (geo)politycznych. W kierownictwie sowieckim zapewne przeważył też pogląd, że komunistyczna prowincja niemiecka (NRD) mogłaby stać się zbyt silna i być źródłem politycznych problemów, gdyby obejmowała także terytoria wschodnie Rzeszy.

Wszystkie postracjonalizacje prezentowane przez Semkę i Horubałę mają skryć jeden fundamentalny fakt: polska elita polityczna nie była podmiotem polityki, lecz przedmiotem geopolitycznych i geostrategicznych planów i działań podejmowanych przez imperialne centrale. To jak się Polacy zachowywali podczas wojny, nie miało dla realizacji tych planów – wbrew temu co usiłują nam wmówić Semka i Horubała – absolutnie żadnego znaczenia.

Celem obu autorów jest nadanie politycznego sensu daremnej ofierze krwi. Ich argumentacja łatwo zostanie zaakceptowana, ponieważ tragiczny bezsens np. powstania warszawskiego jest psychologicznie trudny do zniesienia, a ponadto jest bezużyteczny jako element polityki historycznej.

*****

Z cyklu hitleriana:

W okresie 1933-1945 obywatele Niemiec pozdrawiali się „Hi, Hitler”

Z prasy dowiedziałem się, że brytyjski wywiad planował nafaszerować kanclerza Hitlera żeńskimi hormonami, aby stał się mniej agresywny: „Dziwaczny plan wyszedł na jaw dzięki ujawnionym ostatnio dokumentom. Według nich Brytyjczycy mieli zamiar regularnie dodawać do posiłków Hitlera estrogeny. W ten sposób miałby on upodobnić się… do swojej siostry Pauli. Stałby się mniej wojowniczy i żądny krwi. Podobno cały plan był bliski realizacji, Londyn miał w otoczeniu Führera odpowiednich agentów”.

Hitler jako kobieta – tego by nie wymyślił obdarzony nawet największą wyobraźnią genderysta!

*****

W czasach narastających napięć pomiędzy Polską a Niemcami należy przypominać dobre momenty z historii obu narodów. Świetny przykład polsko-niemieckiego porozumienia i pojednania znaleźć można w książce Czesałam ciepłe króliki (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014), będącej wywiadem-rzeką Dariusza Zaborka z lekarką, byłą więźniarką obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, Alicją Gawlikowską-Świerczyńską. Opowiada ona m.in. o losach Johanny Langefeld głównej nadzorczyni obozu:

„Miała proces i polskie więźniarki jej broniły, a personel więzienia pomógł, tak że wyszła na przepustkę – bo wychodziła sprzątać mieszkania i nikt jej nie pilnował – i nie wróciła. Dziewczyny ukrywały ją w Krakowie. Krótko była w jednym klasztorze, po czym w nocy przetransportowali ją do drugiego. Później dwa lata ukrywała się w jakiejś małej miejscowości. A potem mieszkała u pewnej nauczycielki, gdzieś na Dolnym Śląsku. W tym czasie udało jej się nawiązać listowne kontakty z synem i z siostrą w Niemczech. Jej pobyt w Polsce trwał dwanaście lat. Dopiero w 1958 roku, za rządów Władysława Gomułki, gdy poprawiły się stosunki polityczne, udało się przeszmuglować ją do Niemiec. Ale Langefeld była wspaniała i zasługiwała na pomoc”. (s.44)

Cóż za niezwykła i budująca historia! Polskie Ravensbruczanki wybaczają swojej obozowej nadzorczyni, pomagają jej uciec i ukryć się. Inni Polacy ukrywają Niemkę przez dwanaście lat – niewykluczone, że w klasztorach , w których znalazła schronienie, w czasie wojny ukrywano Żydów – i w końcu przerzucają do Niemiec. Nie waham się zaliczyć tych Polaków do „sprawiedliwych wśród narodów świata”.  Budowali oni  most(ek) porozumienia i pojednania pomiędzy naszymi oboma narodami – most(ek) ponad rzeką krwi, ponad krzywdami, cierpieniami, urazami, uprzedzeniami. Piękna, szlachetna postawa, jakże dziś potrzebna.

*****

W Fantomowym ciele króla Jan Sowa dowodził , że rozbiory Polski, mimo iż były tragicznym, bolesnym, pełnym przemocy wydarzeniem, to per saldo oznaczały dla narodu polskiego gospodarczo-społeczny postęp i modernizację, pchnęły Polskę na tory nowoczesności. Z kolei Andrzej Leder w Prześnionej rewolucji przekonywał, że rewolucja 1939-56 rozbiła dawne struktury społeczne w Polsce, co otworzyło drogę do jej modernizacji. W tym kontekście przytoczyć warto opinię prof. Huberta Orłowskiego ze wstępu do tomu Nazizm , Trzecia Rzesza a procesy modernizacji. Studia i szkice (wybór i opracowanie H.Orłowski, Poznańska Biblioteka Niemiecka, t. 8, Poznań 2000): „Trzecia Rzesza nie tyle zapoczątkowała, co przyśpieszyła (…) procesy społeczne i ludnościowe, przemiany mentalne, strukturalne oraz instytucjonalne, z których – i to jest właśnie arcyniepokojący dylemat historiozoficzno-moralny – niemała część wyszła na korzyść powojennym Niemcom. Zapoczątkowana zburzeniem terytorialnej struktury społeczna mobilność przestrzenna, rozbicie konwencji stanowych i (wojenne) zmiany w algorytmizacji karier polityczno-gospodarczych oraz w samym sposobie wyłaniania elit (decyzyjnych, refleksyjnych), zwiększony udział profesjonalistów w podejmowaniu decyzji, czyli zrozumienie dla potęgi logistyki zarządzania a la Todt i Speer, przyśpieszenie efektywności i racjonalności produkcji masowej, zmiany w infrastrukturze gospodarczej i masowym transporcie (choćby system autostrad i kanałów), przyśpieszenie przejścia od struktur „organicznych” (wspólnota wiejska, rodzina) do struktur funkcjonalnych (organizacje, instytucje), industrializacja kultury masowej: te i dalsze pokrewne procesy są –   o ironio! – spadkiem również po nazizmie i Trzeciej Rzeszy”.

Również czytelnicy Sowy i Ledera muszą się zmierzyć z „arcyniepokojącymi dylematami historiozoficzno-moralnymi”. Dylematami, jak się zdaje, nierozwiązywalnymi.

*****

Pomóż człowiekowi, który ma kłopoty a na pewno sobie o tobie przypomni, kiedy znowu znajdzie się w tarapatach (Paul Alexander)

*****

Reżim Putina coraz silniej tłumi wolność słowa: wyrok 4 lat więzienia w zawieszeniu (zawieszenie tylko ze względu na niepełnosprawność oskarżonego) otrzymał Jurij Muchin negujący odpowiedzialności Józefa Stalina i NKWD za mord na polskich oficerach w kwietniu 1940 roku. Zarzuca on władzom ZSRR i Rosji sfałszowanie dokumentów dotyczących zbrodni katyńskiej, a Głównej Prokuraturze Wojskowej Federacji Rosyjskiej nierzetelne śledztwo i ukrywanie jego wyników przed opinią publiczną. Z kolei w Niemczech wyrok więzienia  odsiaduje Horst Mahler (ur.1936), który, podobnie jak Muchin, kwestionuje pewne fragmenty obowiązującej wersji historii. Jak widać, reżim Putina i reżim Angeli Merkel upodabniają się do siebie, zachodzi ewidentna konwergencja ustrojowa.

*****

Mówi się obecnie wiele się o naprawie coraz bardziej kulejącej demokracji. Swój projekt zgłosił również Hans-Hermann Hoppe. Według niego jedyna sensowna, wewnątrzsystemowa, reforma demokracji powinna polegać na odebraniu praw wyborczych wszystkim żyjącym z podatków: urzędnikom, policjantom, żołnierzom, sędziom, właścicielom firm subwencjonowanych przez państwo, redaktorom i dziennikarzom mediów otrzymujących dotacje rządowe, wszystkim otrzymującym pomoc socjalną itd. Radykalna to propozycja, ale godna przemyślenia.

*****

„Rząd Rzeczypospolitej przykłada do przemysłu obronnego kluczowe znaczenie” — oświadczył minister Antoni Macierewicz na otwarciu Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego w Kielcach. Minister podkreślił, że warunkiem posiadania formacji obronnych na dłuższą metę jest własny przemysł obronny. Wszędzie na świecie jest on kołem zamachowym gospodarki, a rozwój gospodarczy jest naszym priorytetem na równi z priorytetem obronnym. Kiedy słyszę, że przeznaczanie środków z budżetu na zbrojenia jest „kołem zamachowym gospodarki”, to oczyma wyobraźni widzę ministra, który łapie za to koło, kręci nim i kręci, aż na końcu puszcza, i wielce z siebie zadowolony przygląda się jak już dalej samo hula. Jednak, aby minister mógł przeznaczyć na budowę militarnych zabawek odpowiednie środki, to najpierw musiała je wypracować gospodarka, rozwijająca się dzięki jakiemuś innemu „kołu zamachowemu”. Innymi słowy „kołem zamachowym gospodarki” jest „koło zamachowe gospodarki”. To się chyba nazywa błędne koło?

*****

Publicysta „Krytyki Politycznej” Jakub Majmurek oburzył się, że zanim jeszcze ostygły ciała ludzi pomordowanych w Nicei przez „islamistę”, partia Kukiz’15 wykorzystała zamach do szczucia na imigrantów. Adrian Zandberg porównał Kukiz’15 do hieny cmentarnej, natomiast Majmurkowi przyszło na myśl określenie z cyklu o Harrym Potterze – „śmierciożercy”: „Tak jak bajkowi zwolennicy Voldemorta Błaszczak, Kukiz, Pawłowicz i Winnicki żywią się śmiercią, terrorem, strachem i używają ich dla własnej agendy”. Podczas zajść w Charlotesville w stanie Wirginia śmiertelnie potrącona przez samochód została Heather Heyer. Choć nie wiadomo było, czy kierowca celowo wjechał w tłum, czy też spanikował i odruchowo nacisnął pedał gazu, obwołano go „mordercą” w sekundy po wypadku. Ciało Heather Heyer jeszcze nie ostygło, a ideowi pobratymcy Majmurka z USA użyli jej śmierci dla własnej agendy i natychmiast zaczęli szczuć przeciwko „alternatywnej prawicy” i przeciwko Trumpowi. „Śmierciożercy” to czy nie „śmierciożercy”? Ciekawym bardzo, jak ich oceni pryncypialny Majmurek. Musimy bardzo uważać, żeby, spoglądając groźnie na „śmierciożerców”, nagle nie odkryć, że spoglądamy w lustro. Prostą ochroną przed takim bolesnym rozpoznaniem jest podział „śmierciożerców” na „naszych”  i na „ich” „śmierciożerców”. „My” żywimy się śmiercią dla słusznej sprawy, „oni” – dla niesłusznej.

Przywołajmy tu artykuł, jaki po zamordowaniu kilkudziesięciu osób należących do lewicowej młodzieżówki przez Andreasa Breivika, opublikował na łamach niemieckiego pisma „eigentümlich frei” publicysta Lion Edler. Uważa on, że choć polityczna instrumentalizacja takich strasznych wydarzeń jest nieuchronna, to jednak szacunek, pietyzm wobec zmarłych wymaga, żeby zaczekać przynajmniej do pogrzebu; nawet tego się przestrzega. Teraz w debacie jedna strona nieuchronnie zarzuci drugiej, inaczej argumentującej, że ponosi współwinę za tego typu czyny. Strona, która w danym momencie zyskuje moralną przewagę, jest moralno-politycznym beneficjentem śmierci tych, których zalicza do „swoich” i może zamknąć usta polityczno-ideologicznym oponentom. To właśnie jest polityczna instrumentalizacja śmierci i cierpienia. Np. konserwatywno-narodowa prawica natychmiast wykorzystuje każde pobicie niemieckiego emeryta przez młodych Turków, instrumentalizując ten incydent w swojej walce przeciwko bagatelizowaniu przestępczości imigrantów, łagodnej polityce imigracyjnej etc. Zabici i ranni są poręcznymi argumentami w walce obozów ideologicznych. Po zbrodni Breivika lewica ma moralnego asa w ręku i będzie potrafiła nim zagrać. Zresztą akurat w RFN jednym z najważniejszych ideologicznych filarów władzy jest stała instrumentalizacja ofiar narodowego socjalizmu przeciwko wszystkiemu co prawicowe, narodowe, konserwatywne, wolnościowe.

Edler podkreśla, że żaden z kierunków politycznych i obozów ideologicznych nie ma monopolu na instrumentalizację śmierci i cierpienia, wszyscy muszą podporządkować się bezsilnie wszechpotędze zepsutych obyczajów. Kiedy media donoszą o jakimś strasznym wydarzeniu, politycy muszą być przy nim obecni, muszą natychmiast wydzielić z siebie komentarz, choćby był w najwyższym stopniu niekompetentny, niesmaczny czy głupi; wtedy medialna uwaga skupiona na wydarzeniu przenosi się także na nich. Te złe obyczaje są typowo demokratyczne, stanowią logiczną konsekwencję realnej demokracji. Instrumentalizowanie jest jej systemowym elementem. Jeśli chce się wygrać, trzeba manipulować masami, często eksploatując histeryczne nastroje. Instrumentalizowanie to w demokracji codzienne zajęcie polityków, albowiem ludzie o nieskomplikowanych umysłach, żądający podjęcia natychmiastowej akcji, też są uprawnieni do głosowania. Kto jako polityk nie chciałby w tym uczestniczyć, ten daje politycznym przeciwnikom fory w rywalizacji, których potem już nie zdoła nadrobić. Musi uwzględniać histerię, w jaką wpadają „prości ludzie”. W demokracji nie ma miejsca na spokojny dystans, głębszą analizę, różnicowanie, rzeczowość, umiar. Niuanse i półtony nie odgrywają żadnej roli w atmosferze, w której podnieceni (podżegani) proleci żądają natychmiastowego wykrycia i ukarania winnych. Ponieważ ludzie inteligentni nie chcą brać w tym udziału, totalitarna i zafiksowana na zawiści ochlokracja, obejmująca wszelkie elitarne tendencje i poglądy podejrzeniem „faszyzmu”, coraz bardziej się prymitywizuje, co widać choćby po coraz niższym poziomie przemówień polityków. Ugrupowania prawicowe są tak samo populistyczno-wulgarne jak lewicowe, tak samo odwołują się do resentymentów i emocji. Codzienny ochlokratyczno-demokratyczny handel zwłokami, brak szacunku do zmarłych i ofiar przemocy, plaga ryczałtowych oskarżeń, podejrzeń, generalizacji i brutalnego języka oszczerstw każe się poważnie zastanowić nad kondycją europejskich społeczeństw – konkluduje Edler.

*****

Establishment medyczny stał się głównym zagrożeniem dla zdrowia

(Ivan Illich)

Język kreuje widma, które wchodzą do naszej głowy i nas hipnotyzują

(Robert Anton Wilson)

*****

Namówiony przez znajomego sięgnąłem po książkę Gabriela Maciejewskiego (znanego też jako Coryllus) Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie (t.1, Warszawa 2012). W tekście „O powadze mitu” autor opowiada o kapitanie Władysławie Ragnisie, który „zatrzymał Guderiana na linii Narwi”. Dowodzący odcinkiem obronnym pod Wizną Ragnis złożył przysięgę, że żywy nie opuści powierzonej mu placówki; to samo uczynił jego zastępca porucznik Stanisław Brykalski. Brykalski zginął a Ragnis – wypełniając przysięgę – rozerwał się granatem ręcznym. Trochę to jakby stylizowane na przysięgę Wołodyjowskiego i Ketlinga w obleganej twierdzy kamieńskiej, ale niech tam Maciejewskiemu będzie.

Natomiast zastanawia zdanie: „Po bitwie Heinz Guderian opowiadał, że działo się tak na skutek błędów popełnianych przez jego podwładnych, a nie dlatego, że opór polskich żołnierzy był tak silny. Sławny generał Guderian wolał zasugerować, że jego oficerowie to durnie, niż przyznać, że nie potrafili przez trzy dni pokonać polskich żołnierzy mając przewagę 40:1” (str.26). Komu i co generał opowiadał i co komu chciał zasugerować, tego dobrze nie wiemy, jednak – niczego nie ujmując męstwu kapitana Ragnisa i jego żołnierzy – trudno mówić o realnej, a nie czysto nominalnej, przewadze 40:1 w sytuacji, kiedy jedni są atakującymi a drudzy siedzą w bunkrach. Gdyby tak 10 żołnierzy piechoty stawiało opór w polu 400 żołnierzom piechoty wroga, to miałoby to sens i byłoby nadludzkim wyczynem. Maciejewski informuje także czytelnika, że „imieniem Heinza Guderiana nazwano jeden z pancernych korpusów Bundeswehry, korpus ten istnieje do dzisiaj” (str.27). Otóż żaden taki pancerny „korpus” nigdy istniał. W połowie lat 60. ubiegłego wieku pojawił się pomysł, aby imieniem Guderiana nazwać jedne z koszar Bundeswehry, jednakże kampania prasowa zainicjowana przez redaktorkę lewicowego tygodnika „Die Zeit” hrabinę Marion Dönhoff uniemożliwiła uhonorowanie generała.

W innym tekście Maciejewski przedstawia „epopeę Jerzego Iwanowa” (czyli agenta nr 1), która rozpoczęła się w nocy z 13 na 14 października 1941 roku. Iwanow wylądował na wybrzeżu niedaleko Maratonu, „początkowo zatrudnił się w zakładach Malzinotti w Nowym Faleronie. Przez cały okres działalności jego grupa zniszczyła 400 niemieckich samolotów, które wychodziły z naprawy w tych zakładach. Iwanow używał do tego zadania prostej rzeczy, dzisiaj nazwalibyśmy to gadżetem, była to mała kulka złożona z tłuszczy, smoły i różnych olejów. «Fasolkę» wrzucano do zbiornika z paliwem, powodowało to dekompozycję składu olejów. Maszyna startowała, a po pewnym czasie waliła się w dół”.

400 niemieckich samolotów rozwalonych w drobny mak dzięki prostej „fasolce”. To ponad dwa razy więcej niż zestrzelili polscy lotnicy w „bitwie o Anglię”!

„Iwanow niszczył także lokomotywy, doczepiane do składów ze sprzętem i bronią. Robił to za pomocą «mydełka», substancji, która powodowała zwiększone wydzielanie się pary w parowozie i w rezultacie eksplozję całej maszyny”.

No i proszę, niby takie proste, acz tajemnicze, „mydełko”, a tu buum, lokomotywa wylatuje w powietrze. Szkoda, że Maciejewski nie podaje, ile tych lokomotyw było. 200? 300?

„Najbardziej jednak spektakularne akcje [Iwanowa]: wysadzenie w powietrze dwóch łodzi podwodnych i dwóch kontrtorpedowców dokonane zostały za pomocą min magnetycznych przyczepianych do kadłuba okrętu pod powierzchnią wody. Iwanow pływał doskonale, do stojących w porcie jednostek dopływał wpław nieraz z wielkich odległości, odnalezienie go i schwytanie było praktycznie niemożliwe”.

Przepłynął 10 kilometrów, zanurkował pół kilometra przed celem, minę przyczepił do uboota, i fertig, po uboocie.

„Iwanow zmieniał tożsamość 14 razy w ciągu roku, był robotnikiem, marynarzem, niemieckim oficerem. W mundurze wroga właśnie przygotował zamach na Mussoliniego w hotelu «Grande Bretagne». Zamach nie powiódł się, bo Duce miał chyba jakieś przeczucie – kategorycznie zażądał, aby na nocleg zawieźć go do włoskiej ambasady”.

Patrzcie Państwo, zamach na Mussoliniego! Ach, gdybyż się powiódł, historia, nie tylko włoskiego faszyzmu, potoczyłaby się inaczej.

„Po ucieczce agent nr 1 rozzuchwalił się jeszcze bardziej. Na wyspie Paros spalił flotyllę kutrów wyładowanych amunicją. Złapali go karabinierzy. Iwanow me przejął się tym specjalnie – nikt nie wie jak to zrobił, ale cała sprawa skończyła się popijawą, po której przebrany we włoski mundur angielski szpieg polskiego pochodzenia opuścił wyspę i zniknął bez śladu. Niemcy szaleli. Nie mogli uwierzyć, z niemieckimi żandarmami to by się nigdy me udało”.

Nie, nie jeden kuter spalił nasz James Bond do sześcianu, on spalił całą flotyllę kutrów! Zuch, po prostu zuch z naszego agenta.

„Iwanow ukrywał się dalej, zmieniał nie tylko nazwiska, ale także wygląd. Kiedy dziś czytamy, jakimi sposobami to robił, uśmiechamy się mimowolnie. Brytyjski agent zmieniał sobie twarz, wypychając policzki gumą do żucia. Wszyscy znali jego twarz, widniała na tysiącach plakatów rozlepionych przez Niemców w całej Grecji”.

Genialne! Jak nas ktoś będzie poszukiwał, wypchajmy sobie policzki gumą do żucia! Nikt nas nie rozpozna, absolutnie nikt. Nawet najbardziej technicznie wyrafinowany „face recognition system”.

*****

W opublikowanym na łamach „Newsweeka” artykule „Prawica, z której Polska nie ma żadnego pożytku” Cezary Michalski napisał: „dzisiejsze rozważania polskich prawicowców, jak to «fundusze europejskie nas psują», każą mi myśleć o chadecji Adenauera rządzącej Niemcami po roku 1945. Gdyby wtedy jakiś niemiecki polityk czy intelektualista, zamiast cieszyć się z tego, że kraj odbudowuje się dzięki pieniądzom z Planu Marshalla, zaczął bredzić, że te pieniądze Niemców demoralizują i są plamą na ich godności, zostałby uznany nawet nie za osobę kontrowersyjną, ale za zwyczajnego idiotę”.

Niemcy odbudowujące się dzięki planowi Marshalla! Teraz to Michalski „bredzi”. Niemcom plan Marshalla nie był do niczego potrzebny, no ale jak polityk niemiecki, który zdecydował się na współpracę/kolaborację z najeźdźcą/okupantem/wyzwolicielem mógł odmówić przyjęcia z jego rąk tak wspaniałego daru. Co miał robić, musiał dziękować na kolanach, a także, bronić własnego interesu politycznego, przekonując najechany/wyzwolony/okupowany naród jakimi dobroczyńcami są najeźdźcy/okupanci/wyzwoliciele/, z którymi on zdecydował się dla dobra kraju i narodu współpracować/kolaborować.

Nie pomnę już, który to z niemieckich konserwatystów, chyba Paul Lagarde, pisał w kilka lat po wojnie 1870 roku , że pieniądze płynące z Francji do Rzeszy jako kontrybucja są – ponieważ nie zdobyte pracą i wysiłkiem własnym – trucizną zatruwającą moralny krwiobieg narodu niemieckiego. Zapewne i jego Michalski nazwałby „idiotą”, ale sam ten pogląd jest przecież wart refleksji.

W polemicznym szumie wypełniającym aż w nadmiarze artykuły Michalskiego da się czasami wyłowić celne, choć nienowe, spostrzeżenia np. w artykule „Bij KOD-wców, będziesz patriotą”, powtarza oczywistą, ale jakże często zapominaną prawdę, że „historia jest (…) tylko maskaradą w służbie doraźnej polityki i walki o władzę. (…) Bowiem nie o żadną historię, ale o dzisiejsze łupy tu chodzi”. Należy się cieszyć, że autor Jeziora radykałów uwrażliwia czytelników „Newsweeka” na historyczne maskarady legitymizujące  władzę polityczną i ideologiczną; maskarady inscenizowane w Polsce, w Rosji, w Niemczech, we Francji, w Izraelu, w Stanach Zjednoczonych i wszystkich innych państwach.

*****

Co otworzę gazetę lub włączę telewizor, stale słyszę o jakimś, bliżej mi nieznanym, osobniku nazwiskiem Timmermans. Timmermans to, Timmermans tamto, Timmermans coś powiedział albo czegoś nie powiedział itd. itp. Mnie nazwisko Timmermans kojarzy się wyłącznie z wybitnym pisarzem flamandzkim Felixem Timmermansem. Ale ten ma na imię Frans, więc z niczym mi się nie kojarzy. Wzywam przeto wszystkich Polaków: „Nie słuchajcie Fransa! Czytajcie Felixa!”

*****

Wybory krajowe w Nadrenii Północnej–Westfalii wygrała CDU. Po raz kolejny potwierdziło się, że na chadecję masowo głosują emeryci. Podobno istnieje ścisła zależność: im więcej w danym okręgu wyborczym domów opieki, domów spokojnej starości i domów starców, tym lepsze wyniki osiąga tam CDU. A jaka jest życiowa, a tym samym polityczna, dewiza emerytów? Keine Experimente!

*****

Doborowe grono amerykańskich psychiatrów zdiagnozowało u Donalda Trumpa (prezydent USA) jakąś chorobę psychiczną. Najpierw chce się uznać Trumpa za psychopatę, potem zdjąć go z urzędu a na końcu zamknąć na wiele lat, najlepiej na resztę życia, w więzieniu, czyli zamkniętym ośrodku psychiatrycznym (psychuszce). Jakaż niesamowita, zaiste „psychopatyczna”, żądza władzy musi targać tymi ludźmi – odpowiedzialnymi nawet nie przed „Bogiem i historią”, lecz wyłącznie przed samym sobą. Sprawdza się pogląd Thomasa Szasza wskazującego na strukturalne podobieństwa pomiędzy psychiatrią a komunizmem.

*****

Prorządowy satyryk z niemieckiej prorządowej telewizji Westdeutscher Rundfunk Christian Ehring w programie „extra 3” nazwał jedną z działaczek Alternatywy dla Niemiec(AfD) Alice Weidel „nazistowską zdzirą”, co miało być, według niego, przykładem złamania reguł politycznej poprawności. I rzeczywiście udało mu się naruszyć reguły poprawności politycznej, które obowiązują w środowisku AfD. Jednak poza tym to odważne złamanie tabu przez satyryka, który za swoją „odwagę” dostał niezliczoną ilość nagród, nie wywołało specjalnego poruszenia w medialno-politycznym światku RFN. Kto wie, czy gdyby skomplementował Weidel jako inteligentną, uroczą damę mającą interesujące, godne poparcia poglądy, sytuacja nie wyglądałaby nieco inaczej.

Natomiast zupełnie nie rozumiem, dlaczego obrażona AfD grozi satyrykowi sądem. Jak cię osioł kopnie, to go do sądu nie ciągnij; co obchodzi dąb, że się o niego świnia czochra. Ty o mnie „nazistowska zdzira“, to ja o tobie „bolszewickie ścierwo“. I byłaby to prawdziwa debata polityczna na wysokim poziomie. Przypominam sobie, że brytyjscy prawicowcy, jak ich kiedyś BBC nazwała „faszystami”, to zawsze od tego czasu rozwijali skrót BBC jako „Bolshevik Broadcasting Corporation”. W Niemczech podobnie: zamiast „Westdeutscher Rundfunk” mówi się „Westdeutscher Rot-funk”.

*****

Doszły mnie słuchy, że niektóre polityczne środowiska w Polsce otaczają czcią Janusza Walusia – zabójcę lidera południowoafrykańskich komunistów Chrisa Haniego. Podobno ktoś zaproponował uczynienie go patronem ulicy w Radomiu, skąd pochodzi. Moim zdaniem Waluś to zwykły dureń polityczny – człowiek, którego działania przynoszą skutki odwrotne od zamierzonych: chciał ratować „stary reżim”, a jedynie przyspieszył jego demontaż. Jest i druga możliwość zasugerowana przez Winnie Mandelę: to frakcja Nelsona Mandeli w Afrykańskim Kongresie Narodowym stała tak naprawdę za zabójstwem Haniego; to ona, wspólnie z elementami (z tajnych służb) Partii Narodowej, zlikwidowała Haniego. Oczywiście Winnie Mandela jest stronnicza, ale politycznie ma to sens – komunista Hani przeszkadzał bowiem i Mandeli, i reżimowym „reformatorom” w zawarciu ichniego porozumienia „okrągłego stołu”. Waluś byłby więc nie działającym na własną rękę, „samotnym świrem”, lecz niczego nieświadomym, manipulowanym, bezpośrednim wykonawcą zamachu zaplanowanego przez innych, czyli „pożytecznym idiotą”. Ani politycznym durniom, ani „pożytecznym idiotom” pomników stawiać nie należy.

*****

W dziedzinie społeczno-polityczno-ideowej już od lat panuje w Niemczech posucha. Nie znaczy to jednak , że nie rodzą się tam od czasu do czasu ciekawe pomysły. Gabriele Behler (z d. Winkel) długoletnia polityk SPD, poseł do parlamentu krajowego i w drugiej połowie lat 90. zeszłego wieku minister edukacji Północnej Nadrenii-Westfalii zainicjowała swego czasu kampanię na rzecz zniesienia koedukacji w szkołach. Uważała bowiem , że klasy mieszane nie sprzyjają właściwemu rozwojowi intelektualnemu dziewcząt, co w konsekwencji prowadzi do tego, że zbyt mało dziewcząt zostaje później inżynierami i fizykami (czy raczej inżynierkami i fizyczkami). Według niemieckiej feministki, godna przemyślenia jest również idea czysto kobiecych uniwersytetów. Może ta feministyczna argumentacja jest słuszna a może nie, to bez znaczenia, jednakże sam postulat zniesienia klas i szkół mieszanych , niezależnie od intencji pomysłodawczyni, nie jest wcale głupi.

*****

Psychoanaliza funkcjonuje dziś jako religia przebrana za naukę i metodę terapii. Tak jak Abraham otrzymał prawa boskie od Jahwe, do którego miał specjalny dostęp, tak Freud otrzymał prawa psychologiczne od Nieświadomości, do której – jak utrzymywał – ma specjalny dostęp (Thomas Szasz)

Jeśli mówisz do Boga, to się modlisz, jeśli Bóg przemawia do ciebie, jesteś schizofrenikiem (Thomas Szasz)

*****

W związku z tym, że  obecny papież jest jezuitą, polecam uwadze wydawców katolickich książkę niemieckiej  teolożki i historyka Kościoła Antonii Leugers z uniwersytetu w Tybindze Jesuiten in Hitlers Wehrmacht (Paderborn 2009). Okazuje się, że w armii Hitlera walczyło 700 współbraci papieża Franciszka.

*****

Tyle się mówi o „antysemityzmie” Kościoła katolickiego, a przecież papieże potępiali lichwę i zakazywali chrześcijanom pożyczania na procent, tworząc w ten sposób monopol dla Żydów, którzy na pewno za ten przywileje odpalali biskupom jakiś procent. Od początku XIX wieku papieże pożyczali kasę od Rotszyldów i mieli z nimi przyjazne stosunki; nie kto inny jak Rotszyldowie zarządzali znaczną częścią majątku Kościoła i prowadzili dlań operacje finansowe. Gdzie tu miejsce na „antysemityzm”? Coś jednak było na rzeczy w tych zarzutach, skoro – jak dowiadujemy się z artykułu Tadeusza Zatorskiego „Odcięta dłoń Leona, czyli o całowaniu papieża” („Znak”, marzec 2016), Żydów dopuszczanych przed oblicze papieża nie uznawano za godnych złożenia pocałunku na jego obuwiu i wolno im było jedynie całować podłogę w miejscach uświęconych dotknięciem papieskiej stopy. Kto wie, może Rotszyld też całował podłogę. Ale chyba tylko na początku, bo później to on miał papieża w garści, aczkolwiek wątpię, żeby papież całował buty Rotszyldowi.

Tomasz Gabiś

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułSceny z życia w niemieckim obozie jenieckim
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here