O Piotrze Szczęsnym, Reinholdzie Elstnerze, Dominiku Venner oraz innych sprawach i osobach

0

19 października przed Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie podpalił się Piotr Szczęsny. Ten dramatyczny gest był w jego intencji protestem przeciwko polityce obecnego rządu. W artykule „Usłyszcie mój krzyk. Ja zwykły szary człowiek taki jak wy” („Duży Format” z 30 października 2017 r.) Marcin Wójcik cytuje słowa Dominiki Wielowieyskiej: „Proponuję, aby tragicznego i smutnego wydarzenia pod Pałacem Kultury i Nauki w ogóle nie rozpatrywać w kategoriach politycznych”. Jest to opinia dość zastanawiająca, skoro samobójca najwyraźniej zamierzył swój czyn właśnie jako polityczny. Był to czyn w pełni świadomy (depresja, o której się mówi w przypadku Piotra Szczęsnego, nie jest żadną „chorobą psychiczną” – zob. prace Thomasa Szasza), racjonalnie zaplanowany, mający swoje źródła w określonej, niezwykle negatywnej ocenie działań obozu rządzącego. Z oceną tą, rzecz jasna, nikt nie ma obowiązku się zgadzać. Czymś innym jest jednak odrzucenie (lub akceptacja) politycznej czy ideowej treści samobójczego protestu, zakładające jego polityczną naturę, a czym innym dążenie do jego depolityzacji.

Dominika Wielowieyska jest naiwna, ponieważ polityczne instrumentalizowanie tej śmierci jest czymś nieuchronnym, zwłaszcza we współczesnej masowej demokracji medialnej (zob. moje polemiczne uwagi o „śmierciożercach” Jakuba Majmurka). Ba, ludzie popełniający publiczne samobójstwa takiej instrumentalizacji właśnie się domagają, wszak po to targają się na własne życie, taki jest cel jaki sobie postawili.

Ewidentny polityczny charakter miało samospalenie pastora Oskara Brüsewitza dokonane 18 sierpnia 1976 roku w Zeitz w Saksonii-Anhalt (co ciekawe, w swoim liście pożegnalnym podkreślił on, że nie popełnia samobójstwa, lecz wypełnia misję jako „powołany świadek”). Rzecz jasna, nie zawsze tak jest – np. u podłoża samospalenia pastora Rolfa Günthera dokonanego w dwa lata później 17 września 1978 roku w saksońskim Falkenstein leżał wewnątrzkościelny konflikt na tle teologicznym i personalnym. Miało ono niezwykle spektakularny przebieg. Pastor odprawiał niedzielne nabożeństwo w kościele z udziałem ok. 300 wiernych. Po czytaniu, kiedy w kościele rozbrzmiała pieśń „Wszyscy wierzymy w jednego Boga”, udał się do zakrystii (wcześniej przygotował transparent z napisem „Obudźcie się wreszcie!”), gdzie oblał togę benzyną. Wrócił z dwiema konewkami wypełnionymi benzyną i wylał ich zawartość na dywan w prezbiterium, następnie podszedł do ołtarza i oba ramiona uniósł ponad palące się na nim świece – nasiąknięta benzyną toga natychmiast zajęła się ogniem; płonąc uczynił kilka kroków, by stanąć w kałuży benzyny rozlanej na podłodze. Całe prezbiterium błyskawicznie stanęło w płomieniach. Wprawdzie publiczne samospalenie Günthera pozbawione było wymiaru politycznego, ale zostało wykorzystane politycznie przez władze do rozbijania jedności Kościoła ewangelicko-luterańskiego w Saksonii. Sprzyjał temu fakt, że przyjaciel Günthera i wykonawca jego testamentu był tajnym współpracownikiem służby bezpieczeństwa.

16 listopada (protestanckie święto Dzień Pokuty) 1977 roku w Hamburgu nauczyciel, ekolog, lewicowy aktywista Hartmut Gründler (ur. 1930) oblał się benzyną i podpalił (zmarł kilka dni później). Działo się to w czasie, kiedy w Hamburgu odbywał się, poświęcony głównie polityce energetycznej i energii jądrowej zjazd SPD. W politycznym testamencie Gründler napisał, że jego czyn jest aktem oporu podyktowanym mu przez sumienie, protestem przeciwko niedemokratycznej „polityce atomowej” i przeciwko „kłamstwu atomowemu” rozpowszechnianemu przez koalicyjny (SPD i FDP) rząd kanclerza Helmuta Schmidta. Niemieckie media przemilczały lub przekręcały polityczne motywy samobójstwa. Kiedy na zjeździe SPD ktoś poruszył  sprawę Gründlera, który leżał w klinice, kanclerz Helmut Schmidt oświadczył, że nie można pozwolić, aby politykę tworzącą wiele miejsc pracy zrujnował „idealista o szlachetnych intencjach”. Dodajmy, że we wrześniu tego roku ukazała się powieść Nicola Ljubića Człowiek płonie (Ein Mensch brennt) osnuta wokół losów Gründlera.

W 1994 roku w Mannheim dwie Kurdyjki – 24 letnia Nilgün Yildirim i 21-letnia Bedriye Taş – oblały się benzyną i podpaliły (obie zmarły w wyniku odniesionych oparzeń), protestując przeciwko polityce władz RFN wobec imigrantów kurdyjskich oraz przeciwko polityce władz w Ankarze. Ich list pożegnalny świadczył o tym, że samobójstwo miało posłużyć „sprawie kurdyjskiej niepodległości”. Płonące Kurdyjki to ogniste znaki, żywe pochodnie wskazujące i oświetlające rodakom drogę ku „wolnemu Kurdystanowi”.

25 sierpnia 1995 roku w Monachium na Odeonsplatz przed Feldherrenhalle samospalenia dokonał Reinhold Elstner (ur. 1919) emeryt, z wykształcenia chemik (tak jak Piotr Szczęsny), były żołnierz Wehrmachtu, weteran walk na froncie wschodnim, wysiedleniec z Kraju Sudeckiego. W liście pożegnalnym napisał, że jego samobójstwo jest protestem przeciwko trwającemu od 50 lat nieustannemu zniesławianiu i demonizowaniu całego narodu niemieckiego, przeciw obrzucaniu błotem żołnierzy niemieckich. Należy zatrzymać Niagarę kłamstw spadającą na nasz naród, napisał Elstner. Jego śmierć w płomieniach ma być widomym znakiem sprzeciwu i jeśli dzięki niej choćby jeden Niemiec odnalazł drogę do prawdy, to jego ofiara nie jest daremna. Apelował: „Narodzie niemiecki zbudź się!” Publikowanie pożegnalnego listu Elstnera prokuratura uznała za „podżeganie do nienawiści na tle narodowościowym” i zakazała jego rozpowszechniania. W miejscu, gdzie się podpalił, ludzie składali kwiaty i wieńce, które niemiecka policja usuwała i wrzucała do kubłów na śmieci. W Monachium corocznie 25 sierpnia grupki narodowych radykałów zbierają się w milczącej demonstracji w miejscu, gdzie zginął Elstner. W ich oczach jest on, „poległym za Niemcy”, męczennikiem sprawy narodowej. Pragną podtrzymać pamięć o nim, którą, według nich, „kolaboracyjny reżim erefenowski” za wszelką cenę chce zatrzeć.

W 2004 roku grupa Forthcoming Fire dedykowała Elstnerowi swój album „W płomieniach“ (mieszanka industrialnego rocka i muzyki elektronicznej). Lider formacji Josef Maria Klumb (także założyciel Von Thronstahl) pytany w wywiadzie o Elstnera powiedział, że spalenie się żywcem jest rodzajem śmierci wymagającym absolutnej motywacji i ogromnej odwagi. W tytułowym utworze „W płomieniach” autorstwa Klumba muzycy Forthcoming Fire uczcili „płomienną ofiarę” Reinholda Elstnera.: „w najmroczniejszych godzin głębinie, gotowy pójść drogą ofiary, rzucił się w ogień jako ostatnie polano, jego ciało stało się słupem płomieni w krwawej łunie, najgłębszy ból przeciwko hańbie jaką musi znosić jego naród, złóż ofiarę, podpal benzynę, jak głęboko w otchłań wciągnie nas ta ciemność, niechaj twoja dusza ulatuje do domu, niechaj dym wzlatuje ku niebu, żaden zły duch czasu nie ściągnie cię już w dół, nowy świt, tamy pękają, w zmierzchu ostatnich godzin finalna wieczerza, jedynie śmierć w płomieniach zasklepi głębokie rany, powstań z popiołów, ustanów płonący znak, ten ogień cierpiącej niemieckiej duszy mówi o bezsile narodu, wyślij sygnał”.

31 października 2006 roku w Erfurcie emerytowany pastor Roland Weißelberg dokonał samospalenia na znak protestu przeciwko „pełzającej islamizacji” Niemiec i „kapitulacji chrześcijaństwa” – umierał z okrzykiem „Jezus” i „Oskar” (odwołanie do samospalenia pastora Oskara Brüsewitza). Jako miejsce samobójstwa wybrał teren klasztoru augustianów, w którym żył Luter, zaś jako czas dzień Reformacji, kiedy w kościele trwało nabożeństwo. Tym świadomym wyborem miejsca i czasu nadał swemu czynowi wyraziste znaczenie religijno-polityczne. W wywiadzie dla tygodnika „Der Spiegel” biskup kościelnej prowincji Saksonia Axel Noack potępił czyn Weißelberga, ale nie jego samego. W Niemczech pojawiły się komentarze, że to „sianie strachu przed islamizacją” mogło pchnąć pastora Weißelberga do samobójstwa, innymi słowy za samospalenie odpowiedzialni mogą być „islamofobowie” i ich „antyislamska propaganda nienawiści”. Analogicznie w Polsce odezwały się głosy, że Piotr Szczęsny stał się ofiarą „histerycznej propagandy antypisowskiej”. Inaczej potraktowali samospalenie Weißelberga „islamofobowie”, zbierając się na milczącym czuwaniu koło miejsca, gdzie zginął. Pamięć o jego samobójczym proteście jest podtrzymywana w kręgach niemieckiej prawicy.

Weźmy inny znany przykład publicznego politycznego samobójstwa, tym razem nie samospalenia: 21 maja 2013 roku po godzinie 14 do – pełnej wiernych i turystów – katedry Notre Dame, wszedł francuski prawicowy aktywista (działał politycznie do końca lat 60.), historyk i eseista Dominique Venner (ur.1935). Na głównym ołtarzu świątyni zostawił list, po czym strzelił sobie w usta. W pozostawionym przesłaniu napisał, że słowa muszą być potwierdzone przez czyny. Poświęcając życie, chce „przebudzić uśpione sumienia” ludzi i „wyrwać Francuzów z letargu, w którym pozostają”. 4 lata później Piotr Szczęsny niejako powtórzył jego słowa pisząc w swoim manifeście, że chce wstrząsnąć sumieniami i obudzić społeczeństwo ze snu.

Swoją samobójczą śmiercią Venner pragnął zaprotestować przeciwko polityce władz, popierających masową imigrację i islamizację Francji: „Protestuję przeciwko duchowym truciznom i dążeniom do zniszczenia podpór naszej tożsamości w tym rodziny, fundamentu naszej, liczącej wiele tysiącleci, cywilizacji. Broniąc tożsamości wszystkich pozostających w swych ojczyznach ludów, nie zgadzam się na zbrodnicze wypieranie naszego ludu z jego domu” (cały list)

Niektórzy obserwatorzy dziwili się, dlaczego na miejsce publicznego samobójstwa wybrał katolicką świątynię, zamiast pójść pod siedzibę władz Partii Socjalistycznej, albo pod Pałac Elizejski. Jakby z góry uprzedzając ten zarzut Venner wyjaśnił: „Wybrałem symboliczne miejsce – katedrę Notre-Dame w Paryżu, którą szanuję i podziwiam. Została zbudowana za sprawą geniuszu moich przodków w świętym miejscu dawnych kultów, przypominających o naszym najodleglejszym dziedzictwie” (sformułowanie „święte miejsce dawnych kultów” ma źródło w pogańskim światopoglądzie Vennera). Poza tym wybrał katedrę, ponieważ jest to miejsce znane dobrze w całej Europie – z pewnością przewidywał, że nagłówki w mediach i internecie o samobójstwie w katedrze Notre Dame przyciągną większą uwagę niż gdyby zdarzyło się to w jakiejś prowansalskiej wiosce. Wydaje się, że – patrząc z polityczno-propagandowego punktu widzenia – jako trafną należy ocenić decyzję Piotra Szczęsnego, aby aktu samospalenia dokonać w Warszawie a nie w Niepołomicach, i przed PKiN na placu Defilad a nie przed siedzibą PiS na Nowogrodzkiej.

Kiedy informacja o śmierci Vennera pojawiła się mediach, Marine Le Pen natychmiast napisała na Twitterze, że był to akt polityczny, którym chciał potrząsnąć i obudzić Francuzów. Inny działacz Frontu Narodowego Bruno Gollnisch uznał, że ten „dramatyczny akt to protest przeciwko rozkładowi naszego społeczeństwa“. Tego samego dnia wieczorem około 100 osób z pochodniami zgromadziło się na placu przed katedrą, aby oddać cześć Vennerowi. Wydawca ostatniej, wydanej krótko po jego śmierci, książki Vennera  Samuraj Zachodu. Brewiarz nieugiętych Pierre-Guillaume de Roux (syn Dominika de Roux) oznajmił, że był to symboliczny gest o wielkiej sile, porównywalny z seppuku Yukio Mishimy. Zupełnie odwrotnie zareagowała lewica, w którą politycznie wymierzony był czyn Vennera, bagatelizując go jako gest izolowanej jednostki ze skrajnie prawicowego marginesu. Lewicowe media oskarżyły Vennera, że chciał podżegać do przemocy, że jest prowokatorem. Najbardziej zajadli lewicowcy potępili jego samobójstwo jako akt “terrorystyczny” (!); nazwali go „islamofobem” i „nazistą”, czyli najgorszym z wyzwisk jakim można dziś obrzucić człowieka. Prezes Partii Socjalistycznej Harlem Desir nie był zaszokowany śmiercią Vennera, lecz słowami Marine LePen – jego zdaniem szefowa FN „zdaje się usprawiedliwiać” samobójstwo Vennera. Taka „przemoc”, oświadczył Desir, jest „wiele mówiąca”. Gwoli sprawiedliwości dodać należy, że lewicowy dziennikarz i historyk Benoît Rayski na wiadomość o śmierci Vennera powiedział: „Rzadko zgadzałem się z jego poglądami, ale był człowiekiem, który dzięki swojej odwadze i szlachetności unikał zwykłych ideologicznych pułapek i nosił swoją niezależność niczym honorową odznakę”.

W niecałe 24 godziny po śmierci Vennera członkini grupy Femen zainscenizowała samobójstwo w katedrze Notre Dame, przedrzeźniając i wyszydzając samobójstwo Vennera. Feministyczna aktywistka pozowała do zdjęć z pistoletem w ustach (o „happeningu” zostali wcześniej uprzedzeni dziennikarze z Francuskiej Agencji Prasowej), na jej nagim torsie widniało, wypisane czarnymi literami. hasło: „Niechaj faszyzm spoczywa w piekle”. Femen przyjął odpowiedzialność za protest (przeciwko protestowi Vennera) pisząc na Facebooku: „Femen wzywa do uśmiercenia faszyzmu dokładnie w tym samym miejscu, w którym skrajnie prawicowy aktywista Dominique Venner popełnił samobójstwo wczoraj po południu”. Inna Szewczenko oznajmiła, że w prześmiewczym happeningu wystąpiła Francuzka imieniem Marguerite: „jej przesłanie adresowane jest do wszystkich popierających faszyzm i tych wyrażających sympatię do skrajnie prawicowego radykała, który zabił się w Notre Dame – chodzi zwłaszcza o Marine Le Pen”. Francuski Femen nazwał swoją aktywistkę Marguerite „femeńskim aniołem śmierci”. Grupa wezwała „wszystkich europejskich nazistów, aby wzięli przykład z ultraprawicowego Dominika Venner i natychmiast popełnili samobójstwo w imię swoich przekonań, usuwając się tym samym z europejskiej sceny politycznej”. „Pośpieszcie się, nie ma zbyt wiele miejsca na ołtarzu w Notre-Dame”, zaapelowały do „nazistów” Femenki.

W mowie wygłoszonej 31 maja podczas publicznej ceremonii ku czci Vennera hołd oddał mu jego przyjaciel, weteran walk metapolitycznych i główny ideolog francuskiej Nowej Prawicy Alain de Benoist. Nazwał go „Samurajem Zachodu”, który honor postawił wyżej niż życie. Porównał go z Katonem, Seneką, Regulusem, Mishimą. Jego samobójstwo – stwierdził de Benoist – było wyrazem sprzeciwu wobec samobójstwa Europy. Ponieważ nie mógł znieść samobójstwa Europy, wybrał swoje własne. Nie był to gest załamania i rezygnacji, lecz racjonalnej nadziei. „Nawet ci, którzy z przyczyn osobistych lub innych są przeciwni samobójstwu, nawet ci, którzy – inaczej niż ja – nie są w stanie zdobyć się na podziw, muszą uszanować jego czyn, ponieważ musimy mieć szacunek do wszystkiego co czynione jest z poczucia honoru”. De Benoist zinterpretował czyn Vennera jako wezwanie do działania i do myślenia. I pocieszył zebranych, że Dominik „zawsze będzie z nami, zawsze będzie pośród zbuntowanych serc i wolnych duchów” (całe wystąpienie).

Inny znany autor francuskiej Nowej Prawicy Guillaume Faye uznał, że swoją samobójczą śmiercią Venner dowiódł, iż można stawić opór i walczyć o ocalenie Europy aż po ofiarę z własnego życia. Dobrowolna śmierć Vennera to – zdaniem Faye`a –  wezwanie  do oporu, do rekonkwisty i walki aż do zwycięstwa. Z kolei publicysta amerykańskiej alternatywnej prawicy Greg Johnson napisał, że politycznym sensem samobójstwa Vennera był protest przeciwko polityce sprzyjającej wypieraniu rdzennej ludności Europy przez obce kulturowo ludy. Umierał z nadzieją, iż więcej ludzi potraktuje poważnie jego idee – ponieważ niewielu ludzi ma przekonania, za które gotowi byliby umrzeć, więc niektórzy z nich będą ciekawi jakież to mogą być przekonania, za które ktoś oddał życie. Niesłuszna jest krytyka ze strony niektórych przedstawicieli prawicy, że zamiast umierać, mógł więcej zrobić dla „Sprawy”. Trudno zrobić więcej dla „Sprawy” niż Venner, aktywny na polu polityki i metapolityki przez 60 lat, autor 50 książek i wielu esejów, redaktor dwóch czasopism, założyciel kilku inicjatyw ideowo-kulturalnych. Jego spektakularne publiczne samobójstwo miało jednym uświadomić niebezpieczeństwo zagrażające Europie, a tych, którzy są go świadomi, natchnąć odwagą, aby jeszcze energiczniej się temu przeciwstawiali. Jako historyk wiedział, że jednostkowe akcje mogą i zmieniają historię. Jednak – także jako historyk– wiedział również, że takie akcje i ich konsekwencje zawierają znaczący element przypadkowości i są nieprzewidywalne. Dlatego, w ostatecznym rozrachunku, są hazardową grą. On zagrał własnym życiem. Udało mu się osiągnąć jeden z zamierzonych celów: jego śmierć nadała rozgłos naszej „Sprawie” i naszym ideom. Chciał –twierdzi Johnson – zainspirować nas, abyśmy odważnie szli naprzód pod naszą flagą. Jeśli on przezwyciężył lęk przed śmiercią, by służyć swojemu narodowi, to my z pewnością możemy przezwyciężyć o wiele mniejsze lęki, które powstrzymują nas przed działaniem. Naszym obowiązkiem – apelował Johnson do euroamerykańskiej prawicy – jest zagwarantować, żeby jego ofiara nie była daremna. Inny amerykański prawicowiec wyraził nawet nadzieję, że powstanie kiedyś „eliotowski” dramat „Samobójstwo w katedrze” oparty na motywach życia i śmierci Vennera.

Widzimy, że tak jak Marine Le Pen, Bruno Golnisch, Alain de Benoist, Guillaume Faye, Greg Johnson potraktowali śmierć Vennera, niemieccy narodowcy – śmierć Elstnera, krytyczni wobec islamu niemieccy „europejscy patrioci” – śmierć pastora Weißelberga, tak samo śmierć Piotra Szczęsnego potraktowali Jan Hartman, Agnieszka Holland, Jarosław Kurski, Stanisław Skarżyński, Jacek Żakowski, Paweł Kasprzak oraz inni przedstawiciele polskiej opozycji. Josef Maria Klumb śpiewał o Elstnerze, Jarosław Mikołajewski pisze wiersz o Szczęsnym. Profesorostwo Irena i Andrzej Rzeplińscy chylą czoła przed aktem  Szczęsnego na rzecz wolności, przed aktem  Nilgün Yildirim i  Bedriye Taş na rzecz  niepodległości chylą czoła działacze  Partii Pracy Kurdystanu.

Wektory ideologiczno-polityczne mogą być odmienne, ale zasada jest identyczna. I nie ma w tym niczego niezwykłego. Każdy potrzebuje męczenników swojej „Sprawy”, aby wokół nich jako sugestywnych symboli integrować emocjonalnie własne środowisko czy ruch polityczny. Inną kwestią pozostaje, jakie formy to zjawisko przybiera, jak bardzo prymitywna i niesmaczna jest instrumentalizacja politycznej śmierci, no i czy sposoby bagatelizowania, neutralizowania, a nawet wyszydzania (vide: Femen) cudzych „męczenników” nie przekraczają granic dobrego smaku i śmieszności.

Powróćmy jeszcze do cytowanej na początku wypowiedzi Dominiki Wielowieyskiej. Zbyt wytrawna i doświadczona to dziennikarka, by można ją było podejrzewać o naiwność. Raczej apeluje ona o wstrzemięźliwość w kreowaniu Piotra Szczęsnego na męczennika, ponieważ dostrzega ryzyko polityczne, kryjące się w nadmiernym, nazbyt hałaśliwym nagłaśnianiu i propagandowym wykorzystaniu jego czynu, które w ostatecznym rozrachunku może zaszkodzić antypisowskiej opozycji. Przy okazji samobójczej śmierci Vennera także pojawiły się opinie, że większość Francuzów widzi w niej jedynie bezsensowny finał człowieka, który w desperacji doszedł do ściany, że jest to świadectwo jego moralnej arogancji i obsesyjnego przywiązania do swoich zapatrywań, że taka ekstremalna wierność politycznym poglądom aż po zadanie sobie samemu śmierci, nie pobudza wcale do czynu, wcale nie budzi sumień i nie wyrywa z letargu, przeciwnie, jest niezrozumiała dla szerszych kręgów społecznych, wywołuje u ludzi raczej wewnętrzny opór i może wręcz spowodować niechęć do tych, którzy „tańczą na jego grobie”. Wielowieyską, która zdaje sobie sprawę z tych psychologicznych uwarunkowań, kierowała więc nie polityczna naiwność, lecz roztropność, nakazująca, aby obóz polityczny, z którym jest związana, nie „jechał” zbyt długo, zbyt krzykliwie i teatralnie na samobójczej śmierci Piotra Szczęsnego. Innymi słowy, prośba Wielowieyskiej, aby jej nie upolityczniać, motywowana jest oczywistymi względami politycznymi.

Tomasz Gabiś

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułJak liberałowie mogą odzyskać Utopię
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here