ANDRZEJ STRUG. POKOLENIE MARKA ŚWIDY (1924)

0

Janka dojeżdżała z rzadka do Warszawy po nowiny. Wciąż jeszcze czyniła starania, by zdobyć wieści o bracie. Poznała wielu jego kolegów i chlubiła się tym, że oni właśnie pierwsi stanęli w Wilnie. Chodziła po rozmaitych biurach reemigracyjnych, przesiadywała całymi dniami w ponurych barakach powązkowskich, rozpytywała o brata rzesze powracających nędzarzy, słuchając straszliwych opowiadań z kraju zatracenia. Ze stolicy zazwyczaj przywoziła pełną głowę nieopisanej kaszy, nasłuchawszy się wieści, opowieści, bajd i plotek. Bywała w sejmie, na odczytach i wiecach i zmykała czym prędzej do domu. To, co się działo w Polsce, nie dawało się przeniknąć. Jedni powiadali – Piłsudski i koniec, więcej nie trzeba. Reszta: wszystko by się ułożyło, gdyby nie on. Zdumiewała ją ponurość miasta i ludzi. To jest stolica kraju w epokowym, pierwszym roku wolności?! Spotykała na ulicy oficerów gadających po moskiewsku, spotykała i szwargocących po szwabsku. Gdzie się pokazała, pakowano w nią okropności o kradzieżach, o zdradach, o świństwach. O korupcji i bałaganie we wszystkich urzędach i na wszystkich frontach. Paskarze panoszyli się we chwale, drwiąc z głodu, nędzy i rządu. Dygnitarze państwowi chodzili w dziurawych butach. Gazety szczuły się na wyścigi, produkowały skandaliczne rewelacje. „Myśl Niepodległa” Niemojewskiego i kazania księdza Skargi-Oraczewskiego, i szczytne pantomimy Bajtla, filantropa i szklarza. A jutro zamach stanu! Anegdoty o chamach sejmowych, anegdoty o pani Paderewskiej. Zamach stanu odłożony na piątek! Kompanie Milicji Ludowej defilowały przez ulice w najsprawniejszym szyku żołnierskim, śpiewając Czerwony Sztandar jawnie i oficjalnie. – „Sędziami wówczas będziem my…” Wówczas – to znaczyło dziś, jutro. Wszystko wisiało na włosku, było iluzją, krótkim snem. Łagodność pierwszego gabinetu była w najwyższym stopniu podejrzaną. Francuzi wciąż zwlekali z pomocą, gdy na wszystko, co było w Polsce czerwonego, wystarczyłaby jedna jedyna czarna dywizja. Toteż tłumy rozkochane we Francji wystawały w dzień i w nocy pod oknem „Bristolu”, w którym powiewał zdobywczy Tricolore przywieziony przez pełnomocnika jedynego legalnego rządu narodowego in partibus infidelium w Paryżu… Wreszcie czerwony gabinet położył się, zmożony własną łagodnością, bataliony Milicji Ludowej wciąż ze śpiewem Czerwonego Sztandaru na ustach poszły na front bić Czerwoną Armię. Balkony na Nowym Świecie waliły się pod naporem wygłodzonego entuzjazmu, gdy do stolicy wjeżdżał Ignacy Paderewski. Urywały się sznurki improwizowanej uprzęży, gdy tłumy obwoziły po Warszawie Wojciecha Korfantego. Ku końcowi stycznia rozpoczęła się wiosna narodu. A tymczasem w Belwederze…

– Nie. Z tego nic nie będzie!

– Trzeba rządy oddać Francuzom!

– Nic, tylko Amerykanie!

– Niech no przyjdzie Haller!

– Nam by tak bolszewików na jakie trzy miesiące!

– Rozpędzić sejm! Dyktatura Piłsudskiego!

– Nie bójcie się, Dowbór już ciągnie na Warszawę z Armią Wielkopolską.

Ludzie inteligentni powtarzali baje niestworzone i tym nawzajem żywili się na co dzień, jak chlebem powszednim. Niebawem wszyscy przywykli do tej strawy. Uczciwi patrioci poglądali po sobie ze zdumieniem i co dzień szerzej otwierali oczy.

– Wiesz pan, kto został mianowany starostą w Sporyszu?

– Kto?

– Ten!!

–Ten? Ten?

– Ten sam!!

Nazajutrz nowy wiceminister aprowizacji.

– Jak to? On?! Niepodobieństwo!!

– Ależ tak!

– Blaga!

– No mówię panu!

– Absurd!

– U nas? Teraz? Wszystko idzie.

Niedouczone młode błazny, arystokratyczni lalusie z przedzieloną głową uciekali przed wojskiem do nieprzeliczonych zakamarków Ministerstwa Spraw Zagranicznych i szastali się po całej Europie w nie wyjaśnionych misjach za parytetowe marki, w sleepingach. Zatęchli w c.k. służbie hofraci po społu z żonatymi „na Polkach” czynodrałami z Carewokokszajska narządzali w Polsce młode państwo. Wszędzie fachowcy! Nie dorżnięci przez bolszewików sztabskapitanowie domagali się szarż generalskich i pierwszeństwa przed dyletantami i buntownikami z Legionów. Dekowali się na wygodnych przydziałach tymczasowo, na peredyszkę, póki tam („u nas”) nie zwycięży Denikin. W tych mętnych wodach pono krążyły tu i owdzie istoty ciche, mrówki niewiadome, niedostrzegalne. Brnąc przez błoto, trudziły się zajadłe, wariackie, opętane Polską. Była taka legenda o szlachetnych widmach, gdyż nie znać ich było nigdzie ani słychać i nikt o nich nie mówił. I była chyba prawdą, bo czymże u licha trzymało się jeszcze wszystko i czemu posuwało się z dnia na dzień ku lepszemu przez wszystkie zapory i skandale? Była ich nieprzebrana moc, byli wszędzie, we wszystkich warstwach, we wszystkich dzielnicach, na wszelkich urzędach, na wszelkich frontach, we wszystkich obozach i partiach. Na nich to stała, trzymała się nimi Polska i z mozołem, pod przychylnym okiem opatrzności, dźwigała się z trzęsawiska.

[…]

– Zacności dusza, wszystko, co miał, stracił, byle tylko wyjść z honorem. A nieposzlakowana kompania śmiertelnie skłócona, oszczerstwa, sądy. Człowiek nieposzlakowany, kiedy się weźmie do interesów, dziwnie szybko staje się gorszym od Żyda, lepszym od najlepszej kanalii. Za swoje tysiąc marek polskich wkładu chce być bogatym, i to od razu, od razu! Taki pójdzie na wszystko, przymykając swoje uczciwe, szczere oczy, byleby ktoś inny robił za niego najgorsze świństwa, a jemu co miesiąc wypłacał sumy fantastyczne. Z takimi nie próbuj nigdy czego budować. Jołopy, próżniaki, najuczciwsi ludzie, a u każdego na dnie duszy zatajony chlew, a w chlewie kwiczy zwyczajna świnia.

– Ale powiedz mi, Marianie, wiesz, jak cię lubię i szanuję, co ty sam jesteś? Jak ja mam ciebie brać?

– Mnie? Bardzo po prostu. Chcę być bogatym, i to bardzo bogatym, ale zarazem chcę zaważyć w społeczeństwie nie tylko groszem. Oto mój program: za parę lat ma nie być w Polsce ani jednego poważnego finansisty ani ministra skarbu jakiego bądź gabinetu, ani takiego syndykatu, ani takiego koncernu, który by za mnie nie zaręczył. Marian Plechyński to talent, siła, prawość. Żadna szlachcianka nie dba tak jak ja o swoją dziewiczość.

– Bardzo pięknie, ale w takim razie po co zakładasz w domu szulernię?

– Dziecko jesteś. Muszę prowadzić dom otwarty.

– Żeby każda szuja mogła…

– A przepraszam. Żadnej szui nie spotkasz w moim domu. Ani jednej. Ani razu!

– Sam mówisz, że w interesach bez kanalii…

– Tak powiedziałem, ale kanalia a szuja to dwa przeciwieństwa. Nie śmiej się, bo nic jeszcze nie rozumiesz. Szuja? To zwyczajne bydlę, wyciruch, nicpoń, reporter szantażysta, wykolejeniec, co się czepia każdego i wszystkiego, alfons i stręczyciel, nabieracz, ordynarny złodziejaszek, przy którym stu marek nie można zostawić na stole, taki, co to w garderobie zawsze się omyli i bierze lepsze palto, lepszy kapelusz i nowe kalosze. Szui możesz publicznie napluć w oczy, wykopać go ze schodów, a wróci, jakby nigdy nic. Takiemu pokaż

jednego dolara i możesz mu kazać aportować jak psu, taki na obstalunek byle opoja będzie ci pływać po podłodze na brzuchu, żeby doczołgać się w drugi kąt pokoju do zmiętoszonego papierka i wziąć go zębami… Zaś co do kanalii, to jest tego parę gatunków i sporo stopni, ale każda przedstawia pewną wybitną wartość. Albo talent, albo spryt, albo węch, a przede wszystkim charakter. Kanalia ma cnoty bojowe: ryzyko aż do kryminału, zapał, wytrwałość. Kanalia jest twórcza…

– Marianku, czemuż nie jesteś kanalią? Ty biedaku…

– Nie jestem, bo mam cel ogólniejszy, idealny, a nie tylko własny. Oto zasadnicza różnica. Bo nie pozwalam sobie na wszystko, by dopiąć celu. Bo na każdym kroku muszę się miarkować i często cofać. Kanalia idzie na całego i dlatego w walce o byt góruje nad takim jak ja. Na całej kuli ziemskiej w interesach króluje kanalia i ludzie mojego pokroju muszą z nią żyć w pewnym kompromisie, jeżeli nie chcą być wyrzuceni poza nawias. Kanalia jest uzbrojona od stóp do głowy i po same zęby, a ja przestrzegam, że tak powiem, haskich paragrafów i ani gazów trujących, ani bakteryj, ani bomb z powietrza na bezbronne miasta.

– Ale łapówki dajesz?

– Łapówki? Dziecko jesteś, czyż bez tego można coś zrobić nawet dla dobra publicznego? Mój współzawodnik, kanalia, oferuje dostawę za cenę, powiedzmy – sto, ja, caeteris paribus, za siedemdziesiąt pięć. Sprawa jasna, państwo zarabia na czysto 25 procent. Jestem zupełnie pewny swojego, więc nie daję łapówki. On daje łapówkę i jest jeszcze pewniejszy. Dostaje koncesję on, a nie ja. Na porządku dziennym! Łapówka to nieodzowny wstęp do rzeczy, bez tego nie ma nic, ale nie tylko u nas, drogi Marku, tak źle nie jest, tak jest na razie wszędzie, na całym świecie, po wielkiej wojnie światowej. Jutro jadę do Paryża, już wysłałem depeszę, nareszcie dobiłem targu o dostawę butów. Wiesz, co to jest „Mob”? Zapasy na wypadek wojny. Otóż wynalazłem stock cudownych butów amerykańskich – trzysta tysięcy par. I tanio! Za bezcen! Moi eksperci sprawdzali, siedzieli w tych butach dwa tygodnie. Za łapówkę francuską i amerykańską zrobiłem umowę wstępną, dałem zadatek, byle się zaczepić, i walę do Warszawy, a tu oczywiście formalności, przeszkody. Latam wszędzie, latają inni. Najzacniejsi ludzie zupełnie bezinteresownie przemawiają do wysokich stosunków, perswadują, błagają. Latają moje kanalie i wszędzie płacą. Wszyscy się zgadzają, naturalnie, świetny interes – towar niebywały i półdarmo – przy wyprzedażach stocks de guerre – tak bywa nieraz. Cudem udało mi się wyprawić na łeb na szyję komisję ekspertów z departamentu. Wszyscy trzej, co do jednego, ludzie najzupełniej przyzwoici, bo i to się zdarza. Pojechali. Szef departamentu oświadcza mi, że sprawa załatwiona. Eksperci ślą entuzjastyczne telegramy. Przyjeżdżają, natychmiast składają raport, a ja czekam. Czekam, to jest latam wszędzie i kołaczę. Szef, wiceminister sami się niecierpliwią, bo termin tuż, mój zadatek przepada, umowa przepada, cena się podniesie trzykrotnie… Telefony, telefony, telefony. Wszyscy się zgadzają i chcą, i wszyscy się dziwią, że sprawa nie idzie. Brak jakichś uzgodnień. Zaginęła teczka z wykazami. Nie ma kopii – wyrzucają dwie maszynistki, pakują do kozy podchorążego i dwóch sierżantów, a tu w gazetach słodkie wzmianeczki, niby jeszcze nic, ale ostrzegające. To Symcha Bąkower, mój konkurent, oznajmia się jak daleki grzmot. Płacę. Wreszcie pewien zacny chłop, mój wierny wyżeł, wyniuchał główną przeszkodę. Któż by się był spodziewał – zapomnieli o pułkowniku X., skrzywdzili kochanego staruszka. Sypie natychmiast z przeprosinami Wikłaszewski. Ale starowina obrażony. Awantura z krzykiem, grozi sądem, o mało nie apopleksja. Jak pan śmiesz! Wikłaszewski przeprasza, całuje go po rękach, płacze i błaga o przebaczenie. Poczciwina przebacza, przyjmuje nawet zaprosiny do mnie na niewinne karcięta. Przed godziną Wikłaszewski przegrał do niego to, co mu wypadało i jeszcze drugie tyle, albowiem każdemu wolno mieć swoje zwyczaje. Odetchnąłem. Ale Wikłasz to skąpiradło, ograł mi za to do nitki dwóch Amerykanów, na których mi zależało. Nie dopatrzyłem, u diabła, nie mogę być wszędzie naraz. W tych butach siedzą i twoje dolary. Jeżeli w przyszłej – nie daj Boże – wojnie polska piechota nie będzie chodziła na przemoczonych, odmrożonych lub odparzonych kopytach, albo też zgoła bosa, to i dzięki tobie też. Nie wiem, jak gdzie indziej, ale moja kompania biła się i na papierowych podeszwach. Marku, może ci co przywieźć z Paryża?

[…]

Codziennie chodził do Lourse’a. Tam w godzinach przedobiednich przerozmaici panowie kładli mu w uszy nowiny dnia. Pełno ich było codziennie. Rozprawiano gorączkowo, przesiadano się, przysiadano, szeptano, spierano się. Co chwilę wchodził ktoś jeszcze lepiej i coraz lepiej poinformowany i coś prostował, uzupełniał, odwoływał. Panowie tutejsi wiedzieli wszystko z pierwszej ręki, nieomylnie przewidywali naprzód, co się stanie, a czego nie będzie, albowiem o każdej porze dnia i nocy mieli dostęp za kulisy wydarzeń. Dzięki położeniu w sercu stolicy do Lourse’a najprędzej docierały wieści z MSZ-tu, które było o dwa kroki, z Prezydium RM, które stało naprzeciwko, przez ulicę, i ze Sztabu, do którego można było sięgnąć ręką.

Zresztą w godzinach urzędowych mnóstwo dostojników okolicznych wykradało się tu na wagary.

– Łabanowicz się waha.

– Szulski był wczoraj u Naczelnika Państwa.

– To fakt, od pierwszej do trzeciej w nocy!

– A więc gabinet się nie utrzyma.

– Jeżeli dociągnie do środy, to się utrzyma.

– A bo co?

– We środę Łabanowicz ma dać ostateczną odpowiedź.

– Ależ nie… w Prezydium dopiero co mi mówili, że zamierza zwlec do piątku.

– To nieostrożność, bo tymczasem zdąży przyjechać Fantynicz.

– No, jeżeli tak, to znowu nic nie wiemy.

– Ależ panowie, cała gra polega na…

– Wiemy! Wówczas grupa „Koło” i „Klub Sześciu” na mocy tajnego paktu forsują Szpilewskiego, lewica ma nie przeszkadzać, z Żydami toczą się układy.

– Co u diabła za Szpilewski?

– Nikt go nie zna. Podobno z Krakowa czy skądś. Szpilewski i tyle.

– Któż w takim razie weźmie Skarb?

Na głębsze syntezy puszczał się zażyły domownik Nusyma, młody adwokat, który faktorował mu w podrzędnych transakcjach i z tego żył nieźle, ale główną pasją jego była polityka, a celem życia mandat poselski. Chaos pierwszych wyborów pochłonął cały jego mająteczek. Ubezpieczył się aż w trzech kombinacjach wyborczych na mocy cichych paktów, wszędzie płacił i z paktami w ręku czekał spokojnie, aż wszyscy go nabrali. Zdruzgotany moralnie, szybko przyszedł do siebie i dalej pracował jak wół, jak Syzyf, na straszliwej roli polityki dnia. Wszystko wiedział, wszędzie był na czas, a nawet znacznie wcześniej. Pół dnia trawił w Sejmie (nazywano go tam posłem bez teki), znajomości posiadał olbrzymie i z każdym był dobrze, nawet z tymi, co go zdradzili i obrabowali, gdyż, jak mawiał, „w polityce nie ma urazy”. Lawirował między prawicą a lewicą w mętnym środku, gdzie roiło się od najdalej idących kombinacji. Kręcił się jak w chorobie świętego Wita, latał jak kot z pęcherzem i lazł w oczy każdemu do tego stopnia, że raz nawet pewien dzienniczek bąknął jego nazwisko w pewnej zawiłej, przelotnej kombinacji gabinetowej jako kandydata na ministra aprowizacji. Na tymczasem było to szczytem jego kariery politycznej. Nusym przezwał go kiedyś mecenasem Niedowiejskim i to się doń przylepiło na dobre.

– Polska – prawił – jako twór dziecięcy, wyrosły po burzy wojennej, nie ustalony, pełen kłopotów organizacyjnych i groźnych fermentów socjalnych, sąsiadujący z czerwoną otchłanią i tak dalej, i tak dalej… aby zbudować mocne państwo, musi być szczerze i otwarcie lewicową, powiem – nawet socjalistyczną. Dla tych samych najgłębszych przyczyn oraz z powodu licznych chorób dzieciństwa, zatracenia tradycyj państwowych i tendencyj anarchistycznych i znowu z powodu tegoż fatalnego sąsiedztwa i tak dalej, i tak dalej – musi być niezłomnie konserwatywną, prawicową, powiedziałbym nawet reakcyjną, opartą o dogmaty świętości kapitału i powagi Kościoła. Oba kierunki mają u nas niezłomne podstawy obiektywne i oto cała przyczyna obecnego zastoju. Nasza epoka należy do ludzi zdrowego środka, to oczywiste, cóż, kiedy znowu, mniejsza o to dlaczego, ci są tragicznie bezsilni. W rezultacie wszystko u nas idzie samo. Nawet nie idzie, ale raczej wałęsa się, wlecze, ziewa, przystaje, kładzie się i usypia, to znowu ocknie się, zerwie i wyrżnie jakieś kolosalne głupstwo, jak na przykład, nie szukając dalej…

Marek nasłuchał się teoryj, które zakrawały na rozmyślnie ułożony kawał, i wielu anegdot sejmowych, w których niechcący obnażały się zdradziecko nader przykre prawdy. Rzadko kto rozumiał, o co mu idzie, zasypywano go erudycją powikłań, przesileń, kombinacyj, ciskano imionami, które nic nie mówiły i nic nie znaczyły, a stawały się za sprawą niepojętych czarów jedyną przyczyną jakiegoś kryzysu, jedyną przeszkodą do wybrnięcia, czasami wręcz jedyną nadzieją Polski, co prawda na parę dni, które mijały jakoś szczęśliwie. W sejmie czuł się znacznie gorzej niż u Lourse’a, gdzie jednak nie zapominało się, że jest się w cukierni. Tutaj, u wielkiego ołtarza Rzeczypospolitej, spodziewał się czegoś innego. Czegóż chciał? Za każdym razem, gdy tu bywał, zawsze w pewnej chwili postrzegał, że mu brak czegoś natarczywie. Nie umiał tego nazwać, ale brakowało właśnie czegoś najważniejszego. Rozglądał się. Przypatrywał się przenikliwie posłom ludziom szarym i posłom ludziom skandalicznym, i posłom mężom znakomitym. Wszyscy zdawali się doskonale wiedzieć o tym kardynalnym braku, ale każdy udawał, że nie widzi – bo i co znowu, bo skądże u Boga?… Wszyscy oni wyglądali, jakby się wstydzili samych siebie, jakby sami sobie obrzydli już nie do zniesienia, jakby im się już wszystko dawno przejadło i znudziło. Czy na galerii sejmowej, czy w kuluarach, czy w bufecie, czy w czytelni, czy w którymś z klubów, gdzie miał znajomych, wszędzie w olbrzymiej niezdarnej budowli coś majaczyło i wymykało mu się, było zwinne, wciąż obecne, a nieuchwytne, jak uprzykrzony mól, który snuje się w powietrzu swoim niemrawym widmowym lotem i co chwila go nie ma, pokaże się i znika, i nigdy nie daje się złapać. Na wszystkim leżało osobliwe piętno. Ni to zastarzały pył, ni to pleśń, ni to nalot miliardów wypowiedzianych tu pustych słów, wszystkich godzin zmarnowanych na jałowych dyskusjach, wszystkich intryg i szalbierstw. Proste przywidzenie…

W restauracji sejmowej brakowało tylko porozrzucanych tu i owdzie walizek i bagażów ręcznych, rozkładów pociągów, porozlepianych na ścianach, i czadu węglowego, a można by wziąć wszystkich tu obiadujących za obcych sobie ludzi, za jakąś przejezdną zbieraninę z czterech końców świata. Czekają na stacji węzłowej na swoje pociągi i lada chwila zerwą się, rozjadą się na wszystkie strony i nie zostanie po nich w tych murach śladu ani wspomnienia. Śmieszne urojenie…I tak za każdym razem. Gdy wkraczał w gmach sejmowy, opędzić się nie mógł przykrym, złośliwym zjawom, które wypełzały na poczekaniu ze wszystkich kątów i łaziły za nim krok w krok, następując mu na pięty. Ostrożnie spowiadał się z tego wrażenia znajomym posłom i skrzętnie notował sobie w pamięci wszystkie ich wyroki i orzeczenia głęboko pytyjskie i dorywcze, i szczere, i dyplomatyczne, i wręcz głupie.

– Czego pan od nas chce? Sejm się zestarzał, zatęchł i cóż dziwnego, że panu śmierdzi. Nowy będzie o całe niebo lepszy.

– Nowy będzie stokroć gorszy, albowiem nowa szalona ordynacja wyborcza, z którą na próżno walczyli najlepsi ludzie…

– Wszędzie jest to samo, co i u nas na Wiejskiej ulicy. W ministeriach, w stronnictwach, w opinii, w gazetach, wszędzie specyficzny polski impas.

– Nie u nas szukaj pan nowej Polski. Ona się jeszcze nie wypowiedziała, ale wypłynie z głębin życia od masy. Władcą Polski jest chłop i robotnik.

– Jeżeli nowy Sejm nie strząchnie ze siebie terroru ciemnoty, jeżeli nie pozbędziemy się z ław poselskich wszystkich co do jednego chłopów analfabetów, to diabli nas wezmą razem z całą Polską.

– Nasz Sejm? Wszędzie w Europie to samo. Parlamentaryzm się przeżył.  .

Wreszcie Marek zaklął i porzucił metodę badań nad polską rzeczywistością. Gdy po raz ostatni był w sejmie, panował tam zgiełk, gwałt, suwereni tłumem wylewali się z sali posiedzeń i rozpełzali się po klubach dla tajemnych narad, w restauracji całe stoły kłóciły się ze sobą. Posłowie, jedząc naprędce, wytrząsali sobie pod nosem widelcami, jak gdyby sobie chcieli nawzajem powykłuwać oczy. Pod filarami kuluarów w półcieniu latali wielkimi krokami jacyś zrozpaczeni samotnicy o błędnych oczach, poseł Chrabąszcz, który zawsze chciał zgody i żeby wszystkim było dobrze, siedział na ławie pod oknem i płakał. Demonicznie szeptano po kątach, szarpano na obie strony wahających się kolegów i urywano im rękawy. Nad wszystkim panował nieprzerwany, nieznośny, świdrujący w głębi mózgu terkot dzwonka marszałkowskiego, który przenikał gmach sejmowy od strychu do piwnic. Nikt go nie słuchał, nikt go nie słyszał. Dzwonek zawziął się, zawściekł się, grzmiał, jęczał, wył i wygnał wreszcie Marka z nawiedzonego domu. Długo huczał mu jeszcze w głowie jego przenikliwy głos, a przyszły powieściopisarz i w nim dopatrzył się znamiennego symbolu.

To godzina dziejowa bije na alarm, ostrzega, wzywa do opamiętania. To mistyczny ruch Polski objawia się w jego martwym elektrycznym szczekaniu. To już ostatnie, groźne Mane, Tekel, Fares…

Lubiński radził mu patrzeć w siebie samego i czekać momentu twórczego – wizji Polski. Gdy ona mu się objawi, dokona się połowa jego dzieła.

– A jeżeli mi się nic takiego nie wydarzy?

– To znaczy, że pan nie stworzy nic własnego, co bynajmniej nie przeszkodzi panu napisać znośnej powieści, a nawet być sławnym. Niech się pan nie dręczy i czeka cierpliwie.

– Cóż mam robić w takim razie? Czekać?

–Trzeba się zająć czymś pożytecznym. Niech pan czyta jak najwięcej. A jeżeli brak panu dyscypliny, niech się pan czepi pracy obowiązkowej, bodaj jakiejś marnej posady. Niewola ośmiu godzin na dobę nauczy pana szanować każdą minutę wolności. Poradziłbym to niejednemu z naszych artystów, tonących w nadmiarze wolnego czasu. My, Polacy, wszyscy jesteśmy lenie.

[…]

W stolicy wrzało. Zbierało się na burzę, było parno, duszno jak nigdy, już nie do wytrzymania. Nareszcie coś się stanie! Zmierzą się ze sobą dwa wichry, dwie siły i ktoś w Polsce przeważy na koniec. Po długim, sennym zastoju, ogłupiającym wszystkich, ockną się dzieje, życie nie będzie już dreptało w miejscu, popędzi naprzód. Głośno zawoła o sobie prawda upokorzona, wydrą się na wolność wszystkie przemilczane sprawy i zapomniane słowa. Spłynie z wiatrem zastarzałe niechlujstwo, odetchnąć będzie można. Nadchodziła nowa era. W tych latach już nieraz świtały nowe nadchodzące ery, ale rozchodziły się jakoś jak chmury, zależne od nieodgadnionych wiatrów, a burze szczęśliwie dla Polski przechodziły bokiem. Ale tym razem wszystko zapowiadało zwrot decydujący. Ludzie warszawscy wydzierali sobie na ulicach nadzwyczajne dodatki, które stały się zwyczajem każdego dnia i każdej godziny w tym osobliwym miesiącu. Jak dotknięci nieuleczalnym obłędem, rzucali się za byle obdartusem, który przelatywał ulicą i wrzeszczał. Szukali w pustym świstku swojej wielkiej nowiny, której nie mogli wyszperać we wszystkowiedzących gazetach, bo te co wieczór odwoływały swoje poranne sensacje. Zmienne, co dzień nowe kombinacje kilkunastu nazwisk ogłupiały ludzi chorobą erudycji sejmowej i wzmagały chaos w każdej głowie. Na miłosierdzie boskie, o cóż idzie?!!!

 

Nikt nic nie rozumiał. Przesilenie gabinetowe trwało. Rząd nie rządził, widma obalonych ministrów już niezdolne były niczego podpisać, machina państwowa utknęła, po ministerstwach we wszystkich okienkach zapanowały wakacje. Zatorem zwarły się i wypiętrzyły najpilniejsze zaległości, najżywotniejsze sprawy więdły i marły. Między Sejmem a Belwederem dniem i nocą szastały się samochody i rozpaczliwym rykiem wzywały ratunku. Bezsenni posłowie zataczali się jak pijani pod ciężarem natężonego myślenia. Surowa rzeczywistość co chwila ciskała im nową zagadkę, kazała im rozwiązywać jakieś pomylone szarady, bez żadnego wyjścia. Przemordowani, nie mogli już nawet udawać, że coś wiedzą, że do czegoś zmierzają. Najbezczelniejszy dziennikarz nie zdołał z żadnego nic wydusić, chyba wypsnęła się któremuś jakaś drażliwa tajemnica klubowa, by podpalić przygasające zadrażnienia partyjne. Polityków ogarniał strach. Zabrnęli w ślepy kąt, w specyficzny polski impas. Zaledwie po nieskończenie przewlekłych mitręgach, rokowaniach, konwentach, intrygach, wahaniach, namowach i umowach zarysowało się coś w rodzaju podobieństwa do dwóch obozów, byle traf, byle nic, nic-przyczyna lub człowiek-nic sprawiało, że wniwecz szły najszlachetniejsze wysiłki, kunsztowne szalbierstwa, wzruszające ofiary i niezliczone małostki i podłostki. Znowu zatem od początku. W tych czasach nieprawdopodobne mnóstwo ludzi nie spało po nocach, dręcząc się nadzieją i czyhaniem na portfele ministerialne. Całe pospolite ruszenie parło obławą na zdobycie tek, a każdy wiódł zastęp przyjaciół, szwagrów i zięciów, zdemoralizowanych łapczywymi nadziejami. W tej gmatwaninie dzień po dniu zatracała się ostatnia resztka sensu, przesilenie dogasało, gasząc temperamenty, oszukując szlachetne nadzieje i poziome apetyty, zawodząc na prawo i na lewo. Cieniusieńko śpiewały partyjne basy, głucho, leniwie ujadali na siebie ochrypli polemiści…

Na Wiejskiej ulicy mecenas Niedowiejski szedł zaczytany w nieczytelnie odbitej na maszynie ostatniej enuncjacji „Bloku Trzech”, wyjaśniającej istotę rozłamu w nader wpływowej „Grupie Sześciu”. Mecenas, sam nie należąc do Sejmu, był jedynym w Polsce znawcą przerozmaitych, zmiennych jak mgła, mikroklubów oraz poszczególnych porozpraszanych lub powyganianych skądś tak zwanych „dzikich”. Była to wiedza nieoceniona w wypadkach, gdy jeden głos większości przeważał lub nie doważał w głosowaniu przy uchwałach pierwszorzędnego znaczenia. Na powitanie Marka mecenas oderwał oczy i spojrzał nieprzytomnie.

– Przepraszam… Jesteśmy wszyscy tak zdenerwowani, tak przepracowani…

– Powiedzcież mi, czy to się kiedy skończy?

– Lada chwila! Może dziś w nocy. Może jutro o jedenastej. Inaczej powariujemy wszyscy. Będzie to gabinet sklecony, przelotny, może dociągnie do tygodnia. W tym czasie dokonają się nieodzowne przegrupowania, ludzie odpoczną i może się opamiętają, po czym nowy gabinet będzie niezwłocznie obalony, raczej sam upadnie, i to nie – położy się. Walka się przeciągnie – straszne to dla kraju nieszczęście… Sprawca tego wszystkiego bierze na siebie ciężką odpowiedzialność wobec historii.

– No-no… Komu to mówić…

– Tak! Biorąc pod uwagę wszystko, co dlań osobiście czuję – mówię tak! Pomimo całego mojego najwyższego… Jakże można wymagać od nas wielkich decyzyj? Tak ni z tego, ni z owego? Teraz? Zaraz? Ależ na to trzeba wyjątkowego momentu dziejowego i wielkiej idei, i zapału, i – że tak powiem – nawet odwagi!

– Otóż to – że tak powiem – doskonale powiedziane. Nawet odwagi? Więc jeżeli tak, do czegóż to nas, u diabła, doprowadzi?

– Do niczego, niestety, do niczego, szanowny obywatelu, i tak dojdziemy do samych wyborów. W listopadzie dużo się wyjaśni. Nowy Sejm wyłoni świeże siły, nowe talenty i prawdziwie nowoczesne ugrupowania. Wszyscy właściwie pracujemy teraz wyłącznie dla wyborów.

– Mecenas oczywiście kandyduje?

– Tak! Tak! Budujemy potężne nowoczesne stronnictwo o zakroju europejskim. Nic z ciasnoty, partyjnictwa. Będzie to raczej Ligą, raczej Unią. Jak to, nie czytaliście naszego manifestu? – Mecenas wygrzebał z wielkiego portfelu, wypchanego jak poduszka, wiązkę arkuszy. – Wszystko, co najlepsze, staje przy naszym programie, który wszystko ogarnia i przewiduje. Umiarkowanie, spokój, powaga. Kojarzenie współdziałań, kojenie zadrażnień. Na pierwszym miejscu – wszystko dla państwa! A dalej – czyste ręce! Dzięki temu pieniędzy mamy na razie trochę za mało, ale właśnie obchodzę wszystkie banki z hasłem: ani prawica, ani lewica. Praca tytaniczna – nie macie wyobrażenia, ile w Warszawie jest banków! Pod naszym manifestem znajdziecie nadzwyczajne, nieoczekiwane nazwiska. Udało nam się pozyskać…

Już poleciał.

Andrzej Strug, Pokolenie Marka Świdy, 1924.

Wybór i opracowanie: Tomasz Gabiś.

Andrzej Strug (właściwe nazwisko Tadeusz Gałecki) (1871-1937). Powieść Pokolenie Marka Świdy ukazała się w 1924 r. Oprócz tego Strug napisał m.in. powieści i zbiory nowel: Ludzie podziemni (1907), Jutro (1908), Dzieje jednego pocisku (1909), Chimera (1912), Żółty krzyż (1929).

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułImigracyjne doświadczenie emigracyjnego państwa
Następny artykułO młodym Morawieckim, Januszu Balickim, Andrzeju Taladze, Konradzie Rękasie oraz innych osobach i sprawach
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here