Węgierskie akrobacje energetyczne

0

Obejmując władzę w 2010 r. rząd Orbána stanął wobec problemu wysokich kosztów energii dla gospodarstw domowych i gospodarki. Prąd, gaz i media były sprywatyzowane i znajdowały się w rękach zagranicznych koncernów, kontrolujących branżę i wykorzystujących swoją monopolistyczną pozycję. Poprzedni rząd w 2007 i 2009 r. na żądanie Unii Europejskiej zrezygnował z regulacji cen, by dostosować się do zasady swobodnego przepływu kapitału. Sprywatyzował także przedsiębiorstwa energetyczne, sprzedając je zagranicznym inwestorom, na dodatek gwarantując im wysokie dochody. Beneficjentami tego procesu stały się europejskie koncerny energetyczne, głównie z Niemiec.

Liberalizacja i sprzedaż tradycyjnych państwowych monopoli były intratnym interesem − koncerny zagraniczne od 1995 r. odniosły zysk z inwestycji rzędu 350 %, a przez 17 lat wykazały średnio 20 % zysku rocznie. Viktor Orbán twierdził wówczas, że sprywatyzowane przedsiębiorstwa komunalne działały w warunkach monopolu i oligopolu. Według niego pod płaszczykiem wolnego rynku bez żadnych ograniczeń mogły realizować swoje cele, wyprowadzając z Węgier ogromne zyski.

Słaba władza nie ograniczała lobbingu koncernów, brak było też społecznego nacisku, który na zachodzie powstrzymuje zawyżanie cen. Te same firmy w Europie Zachodniej nie mogą windować cen, gdyż działają tam silne organizacje obrony konsumenta. W krajach o nieukształtowanych tradycjach demokracji takich organizacji nie ma, zaś Unia wymaga, by państwo wprowadzało reguły rynkowe, które w efekcie oddają energię inwestorom z bogatych krajów.

Ceny energii przybliżyły się do poziomu europejskiego, więc z powodu niskich dochodów rachunki za mieszkanie, energię, media stanowiły aż 20% budżetu w gospodarstwach domowych, gdy np. w Niemczech jedynie 6 %. W społeczeństwie na dorobku, gdzie wciąż 800 tysięcy gospodarstw korzysta z palenia drewnem i węglem, a 150 tysięcy jest pozbawionych energii za nieopłacone rachunki, wysokie ceny są poważnym obciążeniem, a nawet przyczyniają się do odcięcia części społeczeństwa od cywilizacji.

Cios w koncerny, czyli obniżamy ceny energii

Orbán nie godził się na taki stan rzeczy i wypowiedział układowi wojnę, twierdząc, że tylko silne państwo może się sprzeciwić cenowym strategiom i zapowiadając koncernom, że będą musiały zadowolić się mniejszymi zyskami.

Zaledwie miesiąc po zaprzysiężeniu nowego rządu, 1 lipca 2010 r. parlament zamroził ceny energii i powołał nowy urząd regulacji energetyki. Zmieniono formułę cen, obniżając zyski koncernów energetycznych, a ministrowi dano prawo do ich regulowania. Dopiero później, 10 lipca rozpoczęto negocjacje z koncernami. Miały one potrwać do jesieni. Koncerny mogły być zaskoczone, gdyż były przychylnie traktowane przez poprzedni rząd. Na dodatek Fidesz forsował zatwierdzenie przepisów błyskawicznie, nie pozwalając na uruchomienie machiny lobbingu i nacisków.

Dwa lata później, pod koniec 2012 r. zdecydowano się przeprowadzić obniżki cen. Orban twierdził później, że musiał przeprowadzić brutalne negocjacje o taryfy z zagranicznymi dostawcami. 6 grudnia 2012 r. ogłoszono 10 % obniżkę cen gazu, elektryczności i ogrzewania.  Przepisy zmuszały koncerny energetyczne, by wzięły na siebie koszty redukcji cen. Nałożono też specjalny podatek od infrastruktury i wprowadzono kontrolę implementacji nowych zasad. Zarówno parlament, jak i rząd powołały pełnomocników, którzy nadzorowali dostosowanie cenników i realizację obniżek przez koncerny energetyczne.

Po pierwszym etapie obniżek nastąpił kolejny. W 2013 r. obniżono ceny łącznie o 20%: w pierwszej turze od 1 stycznia – o 10%, potem ustawą z 1 listopada o 11, 1%. Wiosną zdecydowano o obniżeniu cen od lipca o dodatkowe 10% za wodę, ścieki, śmieci i odpady.

Jednak firmy energetyczne odwołały się do sądu, który 11 marca 2013 r. uznał obniżenie cen gazu za niezgodne z prawem. Orbán był oburzony takim wyrokiem, nazwał tą decyzję skandaliczną, oskarżając koncerny o zmowę przeciwko węgierskim rodzinom, z których te ciągną zyski. Utrzymywał, że dostawcy energii zarabiają setki miliardów forintów, które następnie wywożą do siebie. Zapowiedział walkę i rzeczywiście podjął błyskawiczne kroki. Już następnego dnia parlament przyjął ustawę uniemożliwiającą przeniesienie na konsumentów podatku od infrastruktury gazowej, opłat od transakcji finansowych i podatków dochodowych.

Dwa dni później powołano Węgierską Agencję Regulacji Energii i Usług Publicznych (Magyar Energetikai és Közmű-szabályozási Hivatal – MEKH). Jej szef był zatwierdzany przez premiera na 7-letnią kadencję i odpowiadał jedynie przed parlamentem. Główną zmianą były większe uprawnienia do regulowania taryf oraz ustanowienie priorytetu interesów odbiorców, a w związku z tym większa kontrola kosztów producentów. Urząd mógł teraz wydawać rozporządzenia dotyczące cen energii i usług, które zaskarżać można jedynie do Trybunału Konstytucyjnego, a nie jak wcześniej – do sądu. W ten sposób zlikwidowano ciągłe spory o ceny.

Dotychczasowa formuła, gdy ceny wyznaczała niezależna od rządu agencja (Magyar Energia Hivatal – MEH, odpowiednik w Polsce to Urząd Regulacji Energii) nie zdała egzaminu. Orbán wyjaśniał wówczas, że nie zdołali poznać kosztów dostawców energii, ani ich dochodów. Dlatego zmienili niezależną agencję w urząd zarządzający dostawami mediów.

Węgrzy nie przywiązywali wagi do reakcji energetycznych potęg. Minister János Fónagy twierdził, że rząd nie przeprowadzał żadnych analiz skutków obniżenia taryf, ale uważał, że przez 10 % obniżki nie stracą władzy. Rząd zapowiadał też, że nie będzie zwracał uwagi na żadne lobby, czy ultimatum stawiane przez dostawców energii, ale dążył będzie do zapewnienia tanich usług publicznych dla społeczeństwa. Z drugiej strony obniżki dla gospodarstw domowych były kompensowane dostawcom energii zgodą na podwyższenie cen przedsiębiorstwom.

Ceny energii były tematem łączącym Węgrów, a nie dzielącym. Orbán odwoływał się bowiem do interesów ogólnonarodowych, by przeciwstawić się charakterystycznym dla krajów demokratycznych podziałom. Antal Rogán przypominał, że nie jest to sprawa Fideszu, ale każdej węgierskiej rodziny. Rząd nie cieszył się przychylnością wiodących mediów, docierał więc do społeczeństwa w inny sposób: dawał ogłoszenia do prasy, telewizji, pokazując, jak spadły ceny gazu i energii, podczas gdy w całej Europie rosły. Rząd docierał również do odbiorców poprzez billboardy informujące o 20% obniżce cen mediów publicznych. Zobowiązał także administracje lokalne do powszechnego informowania mieszkańców na klatkach schodowych, a dostawców do wyliczenia i wyeksponowania na rachunku, ile odbiorca zaoszczędził na obniżce taryf. Wszystkie działania były zharmonizowane marketingowo. Promując dane decyzje postarano się, aby kojarzono je wąsko z Unią, drukując rachunki obowiązkowo w kolorze pomarańczowym – barwach Fideszu.

Rok 2014 był rokiem wyborczym, a obniżki cen okazały się bardzo udanym narzędziem politycznym i na tyle popularnym, że rozszerzono ten pomysł o zmiany w opłatach za mieszkania, wywóz śmieci oraz inspekcje kominiarzy. Wprowadzono je w lutym podczas posiedzenia parlamentu, żeby zdążyć przed wyborami 6 kwietnia 2014 r. I rzeczywiście – kilka dni przed nimi gaz staniał o 6, 5%, a energia elektryczna o 5, 7%. Dodatkowo zapowiedziano, że od 1 września prąd potanieje o 5, 7%, a ogrzewanie od 1 października o 3, 3%. Zaplanowano też obniżyć ceny za odbiór śmieci o 10-15%.  Rok wyborczy był wręcz festiwalem obniżek cen energii, gazu, mediów i usług. Orbán mając pierwszą kadencję obarczoną skutkami kryzysu finansowego, zrobił prezent Węgrom w postaci niższych rachunków za usługi publiczne, kosztami tego prezentu obarczając koncerny energetyczne.

Obniżki cen oznaczały ulgę dla przeciętnego gospodarstwa domowego wielkości 350 euro rocznie. O tyle zmniejszały się według wyliczeń rządowych rachunki i zwiększała siła nabywcza rodzin. Orbán wyjaśniał, że usługi publiczne nie są miejscem do robienia pieniędzy, ten sektor według niego nie należy do „świata zysku”. To charakterystyczne dla niego podejście do gospodarki pozwoliło na odciążenie 4 mln gospodarstw domowych, na koszt zagranicznych przedsiębiorstw.

Energetyczna wojna z Brukselą

Generalnie „operacja Tania Energia” udała się. Węgry były jedynym krajem w Unii, gdzie w ciągu 7 lat (2008 – 2015) ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych spadły aż o 27%, gdy inflacja wyniosła 25%. Od tej pory Węgry lokują się na przedostatnim miejscu w Unii pod względem ceny za prądu. Jednak z tego powodu znalazły się pod presją, bowiem w lipcu 2013 r. ze strony Unii padło upomnienie, by dostosowały się do unijnych reguł, w przeciwnym razie Komisja groziła oddaniem sprawy do Trybunału. Rząd węgierski odrzucał te ostrzeżenia, co więcej – ogłaszał kolejne obniżki cen. Unia chciała, żeby sprawę „oddać rynkowi”, a dostawcy energii i mediów mieli być chronieni przed niekorzystnymi dla siebie decyzjami przez niezależną agencję (niezależną od rządu oczywiście). W październiku 2013 r. sprawą zajęła się Komisja Europejska, która oprotestowała niektóre techniczne aspekty obniżek cen, choć nie same decyzje. Oczywiście pod hasłem „ochrony konsumentów”, tak jakby coś innego mogło ich chronić lepiej niż niskie ceny.

Viktor Orbán spodziewając się kontrataku ze strony UE, zapowiadał, że musi podnieść rękawicę rzuconą mu przez Brukselę, która straszy Budapeszt Trybunałem za niezgodność z prawem unijnym. Według niego ostra reakcja UE, której przedstawiciele byli oburzeni, to rezultat lobbyingu spółek energetycznych. Uważał, że strategia węgierska nadepnęła na odcisk brukselskim koncernom, bankom i biurokratom, którzy szykują atak na węgierskie rodziny. Stawał w obronie obywateli, którzy według niego nie godzą się na taką niesprawiedliwość i podwójne standardy.

Następnie, 15 września, przemawiając w Kötcse, ogłosił rok 2014 – „Rokiem walki o niskie ceny”. Zapowiedział też kolejne obniżki cen energii.

Szilárd Németh, przewodniczący specjalnego komitetu rządowego ds. obniżek cen, określał Brukselę jako „zakładników i adwokatów międzynarodowych korporacji”. Németh, który stał na pierwszej linii frontu w wojnie o energię, miał już doświadczenie w tej dziedzinie. Był burmistrzem jednej z dzielnic Budapesztu, doskonale więc poradził sobie z akcją na rzecz uzyskania poparcia społecznego. Oskarżał koncerny o „naciski na biurokratów w Brukseli, dokonywane w celu uzyskania wysokich cen. Jednak szczycił się tym, że Węgrom udało się wyłamać szczelinę w tym systemie.

Węgrzy nie bali się przypominać Brukseli, że pod przykrywką haseł o wolnym rynku i konkurencji kryją się realne interesy. W odpowiedzi na krytykę Parlamentu Europejskiego, węgierscy posłowie przyjęli 5 lipca uchwałę na temat cen energii: „Węgry obniżają ceny energii dla gospodarstw domowych. To może naruszyć interesy wielu dużych europejskich korporacji, które wykorzystują swoją monopolistyczną pozycję, odnosząc nadzwyczajne zyski w ubiegłych latach. To niedopuszczalne, by Europejski Parlament wywierał presję na nasz kraj w interesie dużych prywatnych przedsiębiorstw”[1].

Walka na deklaracje trwała także jesienią. 21 października 2013 r. Unia Fidesz i partia Jobbik podjęły parlamentarną „Deklarację przeciwko naciskom biurokracji UE blokującym cięcia cen usług publicznych i energii”.

Orbán rozpatrywał kwestie energii całościowo. Twierdził, że Węgry nie były „ulubieńcami Unii, ani faworytami wielkich międzynarodowych korporacji”. Według niego z powodu obniżek kosztów komunalnych wszyscy bankierzy używający głośnych, choć pustych słów, międzynarodowe firmy oraz obsługujący ich brukselscy biurokraci i ich krajowi giermkowie, wystąpią przeciwko jego decyzjom. Twierdził, że opozycja nie była w stanie dostrzec, że kredyty walutowe, koszty komunalne, płace i bezrobocie są ze sobą powiązane. Uważał, że to są różne fronty tej samej wojny. Wzywał, by dążyć do przełomu na każdym froncie, bowiem nie wystarczy zwyciężyć tylko na jednym z nich.

Węgrzy bronili swojej gospodarki. W maju 2013 r., gdy Bruksela studiowała nowe plany energetyczne, Orbán stwierdził, że wzrost ceny energii, jaki spowodują reformy unijne, jest potężnym uderzeniem w budowanie dobrobytu Węgier. Był przekonany, że niskie rachunki dadzą rodzinom bezpieczeństwo, a tania energia pozwoli na zwiększenie konkurencyjności państwowej gospodarki. Chciał zaoferować przedsiębiorstwom najtańszą energię w Europie, gdyż uważał, że tylko wtedy Węgry będą konkurencyjni w Europie, a także wobec Ameryki czy Azji.

Fidesz, na tle protestów Brukseli i koncernów energetycznych, postanowił odwołać się do narodu z pytaniem o obniżki cen energii. 20 marca 2013 r. zainicjował zbieranie podpisów, wsparte szeroką akcją billboardową pod hasłem „Węgry się nie poddadzą!” [Magyarország Nem Hagyja Magát!]. W sierpniu rozpoczęto spotkania w miastach, nagłaśniając problem, przygotowując się też do nadchodzącej kampanii wyborczej. W akcjach ulicznych zebrano 2, 3 mln podpisów (na 10 mln mieszkańców) popierających obniżki cen energii elektrycznej, gazu i ogrzewania dla gospodarstw domowych.

Pomimo przedstawienia tak silnego argumentu demokratycznego, konflikt z Unią trwał nadal i w maju 2014 r. rząd otrzymał kolejne ostrzeżenia, a rok później – w lutym rozpoczęto procedurę sprawdzającą wobec naruszenia unijnego prawa. W marcu przyjechał ważny urzędnik i postraszył, że Węgry będą płacić 15 tysięcy euro dziennie, jeśli nie wprowadzą żądań Brukseli. Zakładano, że niskie ceny dla wszystkich są wbrew unijnym zasadom. Te tymczasem faworyzują interesy koncernów energetycznych i ułatwiają przejmowanie przez nie rynków takich krajów jak Węgry czy Polska.

Orbán nie chciał, by państwo było jedynie Samarytaninem ratującym tych, którzy wysokich cen energii nie wytrzymują. Wybrał model taniej energii dla wszystkich, ignorował żądania Komisji, by zwiększyć niezależność regulatora i uwolnić ceny.  Pod koniec 2016 r. Węgrzy gwałtownie sprzeciwili się tzw. „pakietowi zimowemu”, jednemu ze składników „unii energetycznej”, który zakładał zniesienie w ciągu pięciu lat państwowej kontroli nad cenami energii. Przyjęcie pakietu przeszkodziłoby w utworzeniu narodowych przedsiębiorstw i traktowaniu energii jako usługi publicznej. Orbán zdecydował się więc na następną „wojnę z Brukselą”, by nie dopuścić do przejęcia władzy nad kolejnym sektorem.

Unia wymusza rozwój energii odnawialnej, która jest kosztowna, importowana i niesterowna i dodatkowo obciąża rachunki odbiorców. Orbán uważał, że Bruksela kierowała się interesami zupełnie innych krajów niż Węgry, które traktowane były jako zależne od głównych rynków peryferia, gdzie dostawcy urządzeń energii odnawialnej zarabiają ogromne marże i sprzedają zużyty sprzęt. Starał się więc omijać te zagrożenia, stawiając na energię nuklearną. Bronił również węgla jako „wciąż ważnego przemysłu”, uważając, że mniejsze kopalnie można otworzyć, aby produkowały choćby dla najbiedniejszych. Przedkładał węgiel brunatny nad energię odnawialną, twierdząc, że należy poczekać, aż się ona rozwinie technologicznie i będzie konkurencyjna.

Żeby pohamować apetyty Unii na zieloną energię, we wrześniu 2016 r. wprowadzono nowe prawo, które narzucało ogromne odległości turbin i ferm wiatrowych od terenów zamieszkanych (nawet do 12 kilometrów), zakazywało umieszczania ich na terenach chronionych, a nawet w sytuacji, gdy szpeciły krajobraz. Wprowadzono też reguły faworyzujące stabilność i odporność tradycyjnego systemu energetycznego, wobec zielonej energii.

Odzyskiwanie sprzedanego

Okres przejmowania energetycznych przedsiębiorstw przez zagraniczne koncerny trwał dwie dekady, ale po 2010 r. proces ten odwrócił się. Celem strategicznym Orbána było odzyskanie kontroli nad ważnymi gałęziami gospodarki. Już w wyborach 2010 r. zapowiadano przejęcie przez państwo i miasta firm użyteczności publicznej, zapowiadano również wprowadzenie formuły taniej energii jako usługi publicznej. Aby mieć wpływ na ceny energii i gazu, Węgrzy musieli odzyskać swoją własność. A do tego celu droga wiodła przez obniżenie zysków koncernów energetycznych, co skłoniłoby je do sprzedaży państwu swoich aktywów po niższej cenie. Już w 2012 r. tak wielkie firmy jak E.ON, GDF Suez, Tigáz (ENI), Főgáz (RWE) straciły łącznie ponad 100 mln euro. Następnego roku ponownie- niewiele mniej.

Pogłoski o nacjonalizacji energii i usług publicznych zaczęły rozchodzić się już latem 2011 r. Niemiecki Financial Times natychmiast zainterweniował, nazywając te pomysły „szaleństwem”.   Podczas, gdy Grecja, Irlandia i Polska sprzedawały swoje przedsiębiorstwa energetyczne, by spłacić długi, Węgrzy przyjęli strategię „unarodowienia energii”. W 2011 r. rozpoczęli przekształcanie państwowego producenta energii „Węgierskie Zakłady Elektryczne” (Magyar Villamos Művek Zrt. – MVM), tak by działał na zasadzie usługi publicznej. János Lázár, szef frakcji parlamentarnej Fideszu, informował, że planują utworzyć konkurencyjnego gracza państwowego w sektorze energetycznym. Zapowiadał, że będzie dużo pieniędzy do zarobienia, dlatego nie należy upuścić takiej szansy. Przedsiębiorstwo MVM miało działać na zasadzie non-profit i dostarczać tanią energię do ponad 3 mln odbiorców.

Żeby zbudować narodowy sektor energii, należało wcześniej wykupić od Rosjan 21% udziałów w koncernie naftowym MOL.

Wyrwanie MOL z rosyjskich rąk

Relacje energetyczne Orbána z Rosją rozpoczęły się od konfliktu odziedziczonego po poprzednikach. Kilka lat wcześniej akcje MOL kupił austriacki koncern naftowy OMV, próbując stworzyć środkowo-europejskiego giganta. Jednak Bruksela w sierpniu 2008 r. nie wyraziła na to zgody. OMV nie zdołał przejąć kontroli nad MOL, więc przygotował Węgrom niespodziankę – „nie chcieliście nas, no to macie Rosjan”.

1 kwietnia 2009 r. , na Prima Aprilis, jak królik z kapelusza pojawił się nowy właściciel – rosyjska prywatna firma Surgutnieftiegaz. I kupiła 21,1 % akcji węgierskiego koncernu naftowego. Było to pełne zaskoczenie. Sam MOL o transakcji dowiedział się z gazet, a to przecież węgierska potęga, posiadająca trzy rafinerie w Europie, 18 mln ton produktów, własne wydobycie ropy i ponad tysiąc stacji paliw w Europie Środkowej.  Cena była zawyżona – 1,8 mld dolarów, dwukrotnie więcej niż wynosiła ich wartość na giełdzie. Inwestorzy ucieszyli się, akcje MOL podskoczyły o 15%, wzrosły też notowania OMV, jedynie Surgut tracił na wartości w oczach świata finansów.

Węgrom nie było do żartów. W kraju panował kryzys, produkcja i eksport spadały, bezrobocie rosło, a kilka dni wcześniej 21 marca po zapowiedzi kolejnej rundy budżetowego zaciskania pasa, zrezygnował z urzędu premier Ferenc Gyurcsány. I w tym momencie Rosjanie wykupują rafinerie. Jak na nich, było to zagranie nietypowe. Do tej pory wyjście na rynki zagraniczne, czy zakupy wielkich firm poprzedzano negocjacjami dyplomatycznymi, badaniem gruntu i konsultacjami. Podczas spotkań Węgrów z Putinem czy Miedwiediewem nie było mowy o takich planach. A niewiele wcześniej, 10 marca, węgierski rząd Ferenca Gyurcsány’a podpisał umowy o budowie z Rosją rurociągu South Stream, podczas gdy MOL z Gazpromem negocjował wspólną budowę magazynów.

Wybuchł konflikt, rozpoczęła się walka o kontrolę nad firmą. Zsolt Hernadi, szef koncernu, nazwał przejęcie akcji „nieprzyjaznym ruchem”, nie uznał nowego inwestora i rozpoczął proces prawny. Postanowiono bronić się przez zmiany w statucie spółki, które zmuszały udziałowców do ujawnienia właścicieli. Na Węgrzech już wcześniej obowiązywało prawo z 2007 r. (zwane „Lex MOL”), ograniczające poprzez państwową „złotą akcję” prawa inwestorów do posiadania co najwyżej 10 % akcji.

Rozpoczęto aktywną obstrukcję nowego właściciela. Nadzór finansowy (PSzÁF) wszczął śledztwo, nie dopuszczając w ten sposób Surgutnieftiegazu do Walnego Zgromadzenia. Gdy po roku je umorzono, było już za późno – zapisy na walne zgromadzenie 2010 r. były zamknięte. Z drugiej strony Surgut był blokowany przez urząd energetyczny, który wymagał oświadczenia o właścicielach. Gra była czysto polityczna, bowiem nie istniały żadne formalne powody, by transakcję zanegować. Problem był polityczny, więc i rozwiązanie musiało być polityczne. Szczególnie, że w lipcu 2010 r., ponad rok po zakupie akcji, Surgut skierował sprawę do sądu.

Sytuacja była tym bardziej delikatna, że MOL był wtedy właścicielem Földgázszállító Zrt (FGSZ) – systemu przesyłowego gazu ziemnego. Dlatego protestował i rząd i prezydent, a Fidesz, będący w opozycji, twierdził że MOL w rękach Rosji przeczy interesom Węgier i Europy. Viktor Orbán skwitował to bon motem: „Węgry nie mogą być najweselszym barakiem Gazpromu”. I dodał, że nie po to pokazali drzwi Rosji, Związkowi Radzieckiemu i komunizmowi, żeby pozwolić im wejść oknem. Twierdził, że ropa może iść ze wschodu, ale wolność zawsze przychodzi z zachodu.

Problem nabrzmiewał, gdyż powstała bezprecedensowa sytuacja, w której po dwóch latach od transakcji, firma mająca ponad 21 % akcji nie miała swoich przedstawicieli we władzach i nie została dopuszczana na walne zgromadzenie. Na spotkaniach międzyrządowych Węgrzy uchylali się od odpowiedzialności, a minister Tamas Fellegi mówił swojemu rosyjskiemu koledze, że nie jest to żadna dyskryminacja, to sprawa regulatorów, sądów i współwłaścicieli MOL.

W październiku 2010 r. rząd Orbána zwrócił się do Rosji z propozycją wykupu akcji MOL od Surgutnieftiegazu. Pierwotnie mówiło się o 2,3 mld dolarów. Rosja nie wyraziła zgody, a premier Putin w listopadzie 2010 r. poprosił komisarza Guenthera Oettingera o interwencję. Oskarżył Węgrów, że wbrew prawu nie dają przedstawicielom rosyjskiej firmy wejść do władz spółki. Nie pomogło. Surgut przegrał też dwukrotnie w węgierskim sądzie – sprawa stawała się powoli gorącym kartoflem.

Dlatego wizyta Orbána w Moskwie 30 listopada 2010 r. nie była sukcesem. Odbywała się w cieniu konfliktu o MOL i podatków nałożonych na koncerny energetyczne, które dotknęły dwóch rosyjskich firm. Uśmiechów na rytualnym zdjęciu nie było. Pomimo tego Orbán powiedział wtedy na Kremlu, że Węgry zamknęły trudny rozdział w stosunkach z Rosją i weszły na nowy etap, dlatego można aktualne relacje planować w dłuższej perspektywie.

Ostatecznie w maju 2011r. odkupiono akcje MOL za 2,65 mld dolarów, zgodnie z aktualną wyceną giełdową. Przejmując akcje rosyjskie i dodatkowo 2,4 % akcji spółki z funduszy OFE, rząd węgierski przejął kontrolę nad MOL. Viktor Orbán ogłaszając powrót koncernu naftowego do państwa podsumował, że była to ostra walka. Twierdził, że kraj nie może być silny, jeśli jest całkowicie zależny w sferze energii od zewnętrznych aktorów.

W Polsce komentarze były euforycznie, w tonie: Dzielni Węgrzy przegonili Rosjan”. Po licznych budzących sprzeciw działaniach Orbána, wreszcie wydarzyło się coś, co poprawiło humor wielu polskim publicystom i politykom. Niedopuszczenie Rosjan do ważnych aktywów, tak wtedy, jak i dzisiaj, to stały punkt strategii zachodu. Biznesowa gazeta Financial Times grzmiała na Austriaków, gdy sprzedawali akcje Rosjanom, powołując się na „europejską solidarność energetyczną” i krytykując działania, które według niej podważają wieloletnie starania Europy do zmniejszenia zależności od Rosji. Jako receptę rekomendowała „dywersyfikację i liberalizację”, przyznając co prawda, że rosyjskie inwestycje są w Unii mile widziane, ale nie kosztem bezpieczeństwa energetycznego. Czyli reguły biznesu i swoboda inwestycji nie miały tu zastosowania, ale ważniejsza była (i jest do dzisiaj) polityka. Działo się to wiele lat temu i nic się nie zmieniło. To nigdy nie kończąca się melodia.

Po rozwiązaniu konfliktu o MOL droga do budowy narodowego sektora energii rysowała się coraz wyraźniej.

Wykup gazu

Na Węgrzech podstawową rolę w energetyce odgrywa gaz ziemny. Wykorzystywany jest do ogrzewania 76% gospodarstw domowych, dlatego też stał się centralnym punktem strategii energetycznej Orbána. Podczas prywatyzacji w 2005 r. infrastrukturę gazową sprzedano niemieckiemu koncernowi E.ON, a rok później Niemcy podpisali porozumienie z Gazpromem, wymieniając swoje udziały w węgierskich firmach na rosyjskie pola naftowe. W ten sposób przekazano połowę akcji.  Rozpoczęto więc negocjacje związane z odkupieniem od Niemców aktywów gazowych. Targi trwały długo. MVM oferował 800 mln, E.ON żądał 1,2 mld euro za pakiet obejmujący hurt gazu, kontrakty importowe i magazyny podziemne o pojemności 4,2 mld m³. Gdy negocjacje zbliżały się do końca, w październiku 2012 r. parlament przyjął ustawę o prawie pierwokupu magazynów gazu przez państwo, a 30 listopada premier Orbán i prezes Teyssen podpisali list intencyjny o sprzedaży węgierskiego E.ON firmie MVM. E.ON posiadał na Węgrzech dwie spółki zajmujące się sprzedażą gazu i trzy z sześciu firm handlujących energią elektryczną. E.ON Földgáz Trade był największym sprzedawcą gazu w kraju, posiadającym długoterminowe kontrakty importowe z Rosjanami, a E.ON Földgáz Storage kontrolował ponad 65% pojemności magazynów. Odkupiono biznes gazowy za 870 mln euro, podczas gdy wcześniej w 2004 r. sprzedano go zagranicznym firmom za 2,1 mld euro. W kontrakcie z 30 września 2013 r. Węgrzy zagwarantowali sobie, że Niemcy przeprowadzą negocjacje i obniżą ceny importowanego od Gazpromu surowca o 20 %. Rząd szukał możliwości obniżenia ceny importu, bowiem to właśnie z importem wiązała się znaczna część kosztów gazu.

W 2013 r. negocjowano odkupienie od niemieckiego RWE akcji wielkiego operatora gazowego – budapesztańskiego Főgáz. W grudniu MVM wykupiły 49,8 % udziałów za kwotę 133 mln euro. Później MVM zakupiła resztę akcji od miasta (Budapeszt posiadał pozostałe 50,2 %), by zostać jedynym właścicielem Főgáz.

Po przejęciu spółek i kontraktów importowych Viktor Orbán stwierdził, że od teraz Węgry mogą bezpośrednio negocjować kontrakty gazowe, nie pozostawiając tych spraw w kwestii Niemiec i Rosji.

Zachód bronił jak mógł swoich zdobyczy. Media straszyły nacjonalizacją, UE widmem wywłaszczeń. Gdy Węgrzy kupowali MOL od Rosjan, wszyscy przyklaskiwali. Natomiast wykupując zachodnie firmy, stali się obiektem ataków. Ważnym jednak był fakt, że wykup zagranicznych koncernów cieszył się aprobatą społeczeństwa, które nie akceptowało wysprzedaży majątku z lat 90.

Energetyczna usługa publiczna

Węgrzy chcieli, by sektor energii funkcjonował jako usługa publiczna. W końcu energia to dobro, które powinno być powszechnie dostępne, a jego brak degraduje człowieka. Przyglądali się więc, jak takie założenie funkcjonuje w Europie i znaleźli kilka przykładów, które im odpowiadały, szczególnie model duński. W Danii dostawców zobowiązano do reinwestowania wszystkich zysków, więc w istocie są to usługi publiczne, na których nie można zarabiać. Żeby zrealizować taki model na Węgrzech, trzeba było wykupić akcje od dotychczasowych, zwykle zagranicznych, największych dostawców, takich jak choćby budapesztański Főgáz. Orbán wiedział, że wiele czynników wyznacza konkurencyjność, ale dla Węgier najważniejsze były koszty pracy i energii. Dlatego nie godził się na europejski model drogiej energii. Otwarcie go krytykował, mówiąc, że usługi publiczne to monopole i nie pasuje do nich model konkurencji oraz niekontrolowanych cen, twierdząc że „ten sektor to nie jest świat zysków”. Oczywiście uznawał większą efektywność przedsiębiorstw prywatnych, jednak twierdził, że gdy w grę wchodzą monopole, to w prywatnych rękach są one bardziej niebezpieczne niż w państwowych.

Aby chronić się przed zakusami Unii, rząd po obniżeniu taryf, wykupieniu aktywów energetycznych i gazowych podjął starania o systemowe zabezpieczenie niskich cen. W styczniu 2014 r. zapadła decyzja o powstaniu Nemzeti Közművek (ENKSZ), którego zadaniem było dostarczanie taniej energii (w wielu postaciach – ogrzewania, prądu, gazu) odbiorcom. Spółkę utworzył Bank Rozwoju, a już 1 sierpnia przejęła ona Főgáz, który z operatora budapesztańskiego rozrósł się do skali gracza krajowego. Następnie kupował kolejne firmy, budując zintegrowanego sprzedawcę, który mógł za wszystkie usługi wystawić jedną fakturę. Dzięki swojej sile kontrolował ceny producentów i wręcz reprezentował wobec nich interesy konsumentów. Antal Rogán uzasadniał ten ruch twierdząc, że dostawcy usług publicznych to monopole, nie mogą być to spółki nastawione na zysk, ale na usługi non-profit. Głosił, że Węgry nie zgadzają się na nadmierne, a nawet na minimalne zyski. A gdy jest to możliwe, należy zwrócić zyski obywatelom.

Wobec tak stanowczych działań zachodnie koncerny energetyczne poddały się. Po kilku latach walki, na wiosnę 2015 r. E.ON, Magyar Telekom (własność Deutsche Telekom) i GDF Suez, a później włoska Tigáz Eni, zwróciły koncesje i wycofały się z rynku węgierskiego. Zmusiły ich do tego także przymusowe obniżki cen i przepisy, nie pozwalające uwzględnić w cenie wzrostu podatków i opłat.

Fidesz bronił swojej koncepcji twierdząc, że jest „życiowo ważne” by węgierskie firmy i mieszkańcy nie płacili za energię więcej niż to, co „absolutnie konieczne”. I że ceny nie powinny tylko rosnąć, ale należy je także obniżać, gdy to jest możliwe. Przeprowadzenie tych rewolucyjnych zmian Orbán nazywał „zupełnie nowym światem”, w którym na Węgrzech prywatne monopole nie będą już tolerowane.

Rosja – energetyczny partner

Węgrzy w poszukiwaniu bezpiecznych dostaw surowców energetycznych i rynków dających szansę rozwoju węgierskim przedsiębiorstwom skierowali się ku Rosji. A przecież w czasie pierwszego rządu Fideszu, w latach 1998 − 2002, relacje z Moskwą były niemal zamrożone. Orban także będąc w opozycji atakował premiera Ferenca Gyurcsány’a, oskarżając go o to, że nie zauważa zagrożenia powrotem do rosyjskiej strefy wpływów, która według niego ma dzisiaj bardziej charakter gospodarczy niż wojskowej okupacji. A gdy ten podpisywał pierwsze porozumienie o budowie gazociągu, będący wówczas w opozycji Fidesz oskarżał go o konstytucyjny zamach stanu. Gdy więc władzę przejął Viktor Orbán, oczekiwano zerwania kontraktu gazowego. Jednak już w lecie 2010 r. Orbán poparł współpracę energetyczną z Rosją. Pragmatycznie wykorzystał sytuację polityczną, gdy osamotniona Rosja szukała sojuszników.

Istniała już solidna baza współpracy: dostawy ropy i inwestycje Łukoila w stacje paliw, wydobycie przez MOL ropy wspólnie z Rosnieft, a szczególnie współpraca z Rosatom, który od kilku lat modernizował moce istniejących bloków elektrowni jądrowej Paks. I choć zależność energetyczna Węgier od importu surowców energetycznych jest znacznie wyższa niż Polski, to więzi z Rosją są silniejsze, a współpraca w imporcie ropy, gazu czy paliwa jądrowego − bardzo dobra. Minister Szijjártó mówił wprost, że nie może sobie pozwolić na ignorowanie Rosji w sprawach bezpieczeństwa energetycznego.

Początkowo próbowali jednak grać z Amerykanami.

Między Nabucco i South Stream

Węgrzy próbowali wykorzystać swoje położenie geograficzne i przeprowadzić przez kraj różne rurociągi gazowe. Orbán uważał, że znacznie lepiej, gdy przechodzą przez Węgry, niż gdy go omijają. Dlatego w grze między amerykańskim Nabucco i rosyjskim South Stream, Budapeszt brał udział po obu stronach. Początkowo priorytetem dla Węgrów było Nabucco, w którym uczestniczył MOL.

Był to projekt formalnie europejski, prowadzony jednak z tylnego siedzenia przez Amerykę, która poganiała tak sojuszników (UE i Azerbejdżan) jak i koncerny naftowe, by bardziej się angażowali. Komisja Europejska popierała co prawda Nabucco, nawet go finansowała, jednak robiła to bez przekonania. W efekcie przegrał on konkurencję o zasoby Azerbejdżanu z projektem rurociągu TAP przez Adriatyk, który był znacznie mniej upolityczniony. Już wcześniej jednak, w 2012 r. MOL wycofał się z finansowania projektu.

Równolegle trwała współpraca na rzecz rosyjskiego Południowego Potoku (South Stream). Rozpoczął ją jeszcze rząd socjalistyczny, bowiem już w styczniu 2008 r. węgierski premier Ferenc Gyurcsany mówił do Władimira Putina: „Nabucco to dawne marzenie i stary plan. A my nie chcemy marzeń, my potrzebujemy projektów. Jesteście szybsi niż Nabucco”[2].

W lutym uzgodniono umowę międzyrządową, a miesiąc później szefowie Gazpromu i MOL w obecności władz podpisali porozumienie o pracach przy rurociągu i magazynie gazu. W październiku 2012 r. podjęto ostateczną decyzję o budowie, a MVM powołało spółkę z Gazpromem, mającą wybudować 229 km węgierskiego rurociągu, zapowiadając, że gaz popłynie 1 stycznia 2016 r.  Pomimo przeszkód spółki rurociągowe prowadziły prace, podpisywały kontrakty na zakup i układanie rur na dnie morskim i na lądzie. Orbánowi bardzo zależało na tym projekcie, wielokrotnie spotykał się z Aleksiejem Millerem, nawet w gorączce wojny na wschodzie Ukrainy i oderwania od niej Krymu.

Rurociągowi South Stream nie sprzyjała jednak zarówno Bruksela jak i Waszyngton. Już na starcie we wrześniu 2007 r. komisarz ds. energii Andris Piebalgs oceniał przyszłość projektu jako „niepewną”, zniechęcając kraje zaangażowane w projekt. W grudniu 2013 r., gdy już wszystkie przygotowania były zakończone, Komisja Europejska uznała umowy rządowe z Rosją za sprzeczne z prawem unijnym. Zagroziła, że banki europejskie nie będą finansować takiego projektu. Wszystkie kraje oprócz Węgier pod naciskiem Komisji zaprzestały współpracy z Rosją i upoważniły Brukselę do negocjacji. Gdy UE wezwała Budapeszt do złożenia wyjaśnień, Péter Szijjártó – minister spraw zagranicznych i handlu – odpowiedział zdecydowanie, że Unia nie powinna narzucać Węgrom, jaką mają prowadzić politykę energetyczną, przypominając, że leży ona w kompetencji państw członkowskich, a nie Komisji.

Spór narastał od początku 2014 r. z powodu zaostrzania się wojny na Ukrainie. Unia nałożyła sankcje na Rosję, ta odpowiedziała kontrsankcjami, a rurociąg South Stream stał się ofiarą narastającego konfliktu. 10 marca Komisja zawiesiła rozmowy i prace grup roboczych, które miały rozwiązać problem Południowego Potoku. Viktor Orbán działania Komisji nazwał wkładaniem kija w szprychy. Projekt zablokowali także Amerykanie. Victoria Nuland z Departamentu Stanu oskarżała państwa biorące udział w projekcie rurociągu South Stream o robienie brudnych interesów, które zwiększają zależność energetyczną, mimo że zobowiązały się do dywersyfikacji. Aby zapobiec tym „brudnym interesom”, Amerykanie uruchamiali wszystkie swoje siły: dyplomatyczne, medialne i polityczne, by przypomnieć sojusznikom, jak wygląda „prawdziwa dywersyfikacja”.

W lipcu, kilka miesięcy przed upadkiem projektu, Orbán grzmiał, mówiąc, że Ci, którzy blokują dzisiaj South Stream, odbierają Węgrom prawo do bezpiecznych dostaw gazu, ale nie dają nic w zamian. Węgierski parlament w listopadzie 2014 r., próbując ratować projekt przed blokadą Brukseli, uchwalił ustawę, która znosiła kontrolę UE nad decyzją Budapesztu o rozpoczęciu budowy rurociągu. To był fortel umożliwiający realizację projektu i ominięcie unijnych przeszkód. Dzięki niemu budowę można było zacząć bez zezwolenia Brukseli, która natychmiast zażądała wyjaśnień. Orbán odpowiadał: „Nawet jeśli na Ukrainie jest niespokojnie, niezbędne jest, by gaz docierał na Węgry. I w tym celu potrzebujemy innego gazociągu niż ten, który obecnie przebiega przez Ukrainę”. Powoływał się na fakt, że „Niemcy zbudowali Nord Stream, co sprawia, że mogą ominąć Ukrainę jako źródło potencjalnego zagrożenia. Nie chcemy większych korzyści niż te, których pragną Niemcy”[3].

W grudniu, gdy już Rosja ogłosiła upadek projektu, premier Orbán oskarżył Brukselę o blokowanie rurociągu i porównał starania Węgier o energetyczną samodzielność w ramach Unii do walki Dawida z Goliatem. Węgrzy często krytykowali dwulicowość Brukseli, a Szijjártó przypominał, że Komisja zablokowała South Stream, ale wspiera Nord Stream 2, podczas gdy oba rurociągi omijają Ukrainę. Różnią się jedynie koncernami, które są w nie zaangażowane.

Węgrzy zakręcają kurek Ukrainie

W czwartek 25 września 2014 r. ukraiński Naftogaz dowiedział się z e-maila od węgierskiego operatora gazowego FGSZ, że przesył gazu wirtualnym rewersem zostaje wstrzymany. W efekcie więcej gazu popłynęło na zachód, Gazprom zwiększył dostawy o 67 %, a jedynie Ukraina nie mogła pobierać go u siebie, rozliczając się z pośrednikami na zachodzie. Obwieszczając przy tym światu, że jest „niezależna i zdywersyfikowana od rosyjskiego gazu”.

Ponad tydzień wcześniej bowiem, 16 września, minister Miklós Seszták spotkał się z rosyjskim wiceministrem ds. energii Anatolijem Janowskim i ustalił, że 500 mln m³ gazu zostanie umieszczone w węgierskich magazynach. Układ był obopólnie korzystny: dla Węgier był zabezpieczeniem przed możliwym przerwaniem dostaw, a Gazprom dysponował większymi pojemnościami w Unii Europejskiej. W poniedziałek, trzy dni przed zakręceniem kurka Ukrainie, Viktor Orbán spotkał się z szefem Gazpromu Aleksiejem Millerem. Oficjalnym tematem rozmów był projekt gazociągu South Stream. W piątek premier mówił, że zapewnił zwiększony import gazu od rosyjskiego Gazpromu, i że Węgry nie mogą się znaleźć w sytuacji, gdy z powodu rosyjsko-ukraińskiego konfliktu stracą dostępu do gazu.

Wywołało to niezadowolenie Waszyngtonu, który napracował się nad zbudowaniem gazowego frontu pomocy Ukrainie. A Węgrzy zamiast dostarczać tam gaz, kupowali zwiększone ilości od Gazpromu, magazynując na wypadek kryzysu, w dodatku oferując Rosjanom swoje wielkie pojemności gazowe. Takie posunięcie było złamaniem strategicznych ustaleń między Waszyngtonem a Brukselą. Na początku konfliktu ukraińskiego w 2013 r. odbyło się bowiem specjalne spotkanie amerykańsko – europejskie w sprawie energetycznej pomocy Ukrainie. Amerykanie żądali, by zapewnić dostawy gazu na Ukrainę przez tzw. „wirtualne rewersy”. Bruksela stała na straży tych uzgodnień i następnego dnia po „zakręceniu kurka” (26 września) zażądała od Węgier, by utrzymały dostawy gazu „w interesie wspólnego bezpieczeństwa energetycznego”. Orbán odpowiadał, że Węgry mają magazyny napełnione tylko w 60% i muszą je uzupełniać. Zapewniał, że brakująca ilość zostanie dostarczona zgodnie z porozumieniem z Aleksiejem Millerem. Na dodatek stało się to tuż przed gazowymi negocjacjami między Gazpromem i Naftogazem pod patronatem Unii Europejskiej i bardzo osłabiało pozycję Ukrainy.

A przecież Węgrzy wcześniej robili gazowe interesy z Ukrainą. Byli pierwszymi, którzy podpisali z nią porozumienie o dostawach gazu, co nie mogło się podobać Rosji. Niemiecki koncern RWE w marcu 2013 r. wyeksportował na Ukrainę gaz, wykorzystując moce przesyłowe węgierskiego operatora FGSZ. Ukraiński premier Azarow był wdzięczny, mówiąc, że wielu polityków wspiera Ukrainę w słowach, ale premierowi Orbánowi Kijów był wdzięczny za poparcie w czynach. Pomagali, choć wcześniej mieli przykre doświadczenia. W styczniu 2009 r. gaz przestał płynąć z powodu konfliktu Ukrainy z Rosją, a na dodatek 27 kwietnia tego samego roku Ukraińcy przerwali dostawy gazu na Węgry. Po prostu zawiadomili, że gaz nie będzie płynął i ciśnienie spadło do zera. Był to efekt wewnętrznych porachunków między ukraińskimi politykami. Ukraiński Emfesz, drugi po Gazpromie dostawca gazu, zaopatrujący 20% węgierskiego rynku, popadł w niełaskę Kijowa i z dnia na dzień przestał dostarczać gaz.

Wrześniowe wstrzymanie dostaw na Ukrainę trwało do końca roku. Dopiero gdy minęły krytyczne miesiące zimowe, 1 stycznia 2015 r. uruchomiono je ponownie. Decyzja ta była bardzo chwalona przez kanclerz Merkel podczas jej wizyty w Budapeszcie. I prawdopodobnie była warunkiem tej wizyty.

Jednak z punktu widzenia energetycznego znacznie ważniejsza była inna wizyta.

Tani gaz od prezydenta Putina

Biorąc pod uwagę, że Viktor Orbán chciał taniej energii, potrzebne były pewne i tanie źródła gazu. Dlatego jedynie rosyjski gaz mógł wchodzić w rachubę. Stąd, w lutym 2015r. u szczytu nowej zimnej wojny między Rosją a Zachodem, Orbán zaprosił prezydenta Władymira Putina do Budapesztu. Głównym tematem wizyty miały być sprawy gazowe. Minister spraw zagranicznych Szijjártó uzasadniał ją tłumacząc, że dotychczas nie zrealizowano dwóch dużych rurociągów: Nabucco i South Stream, dlatego jedyną drogą do zapewnienia bezpiecznych dostaw były negocjacje z Rosją.

I rzeczywiście podpisano aneksy do kontraktów na dostawy gazu. Aktualne kończyły się w 2015 r., a nieprzedłużone mogły spowodować kosztowne kłopoty. Bowiem, gdy w 1996 r. podpisywano (podobnie jak w Polsce) kontrakt na 10 mld m³ rocznie, bardziej optymistycznie planowano rozwój gospodarki i zapotrzebowanie na gaz. Później zużycie spadło (jak w całej Europie Środkowej) i Węgry odbierały zaledwie trzy czwarte zakontraktowanych ilości. Podobnie postąpiła Polska. Jednak w 2003 r. po negocjacjach Warszawa obniżyła wielkości dostaw. Gdyby negocjacje nie zakończyły się sukcesem, Węgry musiałyby zapłacić za nieodebrane ilości gazu (tak nakazuje formuła „bierz lub płać”). Dlatego podczas wizyty poprawiono kontrakt, dzięki czemu Węgry zaoszczędziły prawie 3 mld euro za 22 mld m³ nieodebranego gazu, który będą mogły odbierać jeszcze przez pięć lat. „Dla nas to wielka ulga” – powiedział Orbán na wspólnej konferencji. I zrobił coś, co w Polsce jest niewyobrażalne – publicznie wygłosił zdanie, które nie przeszłoby przez gardło żadnemu polskiemu politykowi. „Dziękuję prezydentowi Putinowi, że zagwarantował mieszkańcom i przemysłowi Węgier dostawy taniego rosyjskiego gazu, bez którego nie moglibyśmy zrealizować naszych planów”[4].

Orbán wynegocjował niskie ceny, chwaląc się nimi publicznie. Ogłosił, że Węgry mogę od teraz kupować gaz po 260 dolarów za m³, podczas gdy w 2009 r. kupowały po 500 dolarów. Cena ta w Polsce wywołała zazdrość. PGNiG płaciło za import znacznie więcej, a polskie remedium na tę sytuację – „niech Komisja Europejska zainterweniuje” – okazało się nieskuteczne. Tam, gdzie Polska kupowała drogo, by móc sprzedawać dalej, Węgrzy woleli kupić tanio, ale zgodzić się na zakaz odsprzedaży na Ukrainę. Orban twierdził, że Ukraińcy zrobili z tego sprawę polityczną, podczas gdy jest to jedynie kwestia ceny.

Oczywiście Bruksela czuwała. Milosz Szewczowicz, komisarz ds. energii, chciał udziału UE w negocjacjach, żeby Węgry „nie wykraczały poza unijne ramy”. Oczywiście nie doczekał się odzewu, a Orbán zdecydował się na przedłużenie istniejącego kontraktu, bo wiedział, że Unia nie pozwoli na jego zawarcie. Pamiętał, co stało się z bardzo obiecującym projektem Południowego Potoku.

Węgrzy długo negocjowali z Gazpromem wynajem ogromnych magazynów gazu. W razie kryzysu gaz byłby na miejscu i w dodatku na koszt dostawcy. Szijjártó uważał, że im więcej gazu na Węgrzech magazynuje Gazprom, tym lepiej dla węgierskiego bezpieczeństwa energetycznego oraz budżetu. Rosjanie mieli już magazyny w Czechach, Austrii i Niemczech, chcieli także je mieć na Węgrzech. Ale Budapeszt nie chciał o tym słyszeć. Wiedział, że własność jest ostateczną rękojmią bezpieczeństwa i chciał zarabiać, a nie sprzedawać.

Orbán swoją grę energetyczną z Rosją umieszczał w ogólnej wizji stosunków Europy i Rosji. Przekonywał do swojej koncepcji sojuszu z Rosją, twierdząc: nie chcę żyć w Europie, która prowadzi do nowej Zimnej Wojny z Rosją, która robi z Europejczyków wrogów Rosji, która marnuje fantastyczną szansę połączenia rosyjskiej energii i ogromnych możliwości ekonomicznych, z europejską wiedzą, technologia i kulturą”. A jeśli „ktokolwiek myśli, że Europa może być konkurencyjna bez współpracy z Rosją, że może sobie zapewnić energię bez Rosji, opowiada bajki”[5].

Strategia ta była bardzo źle przyjmowana w Polsce, m.in. przez media. Renomowany dziennikarz Wyborczej potrafił zatytułować tekst „Orbán na energetycznej smyczy Putina”, zaś druga opiniotwórcza gazeta witała wizytę Orbána w Moskwie tytułem: „Wiktor Orbán, trojański koń Putina”. Na pytania polskich dziennikarzy o Rosję, Péter Szijjártó odpowiadał wprost, że z węgierskiego punktu widzenia relacje z Rosją muszą być pragmatyczne, ponieważ jest ona jednym z najważniejszych partnerów handlowych Węgrzech i wciąż odgrywa bardzo ważną rolę w Europie Środkowej, niezależnie od tego, czy to komuś się podoba, czy nie. Twierdził, że w sytuacji, gdy 85% dostarczanego gazu pochodzi z rosyjskiego importu, niemożliwym jest, by nie prowadzić dialogu z Moskwą. I nie chodziło o obronę dostaw gaz, ale przede wszystkim o umocnienie pozycji węgierskich firm na rynku rosyjskim.

Amerykańska kontra

Politykę węgierską ostro atakowali Amerykanie. Na ich liście priorytetów pierwsze miejsca zajmowały bowiem bezpieczeństwo energetyczne oraz stosunki z Rosją. Chargé d’Affaires André Goodfriend stwierdzał publicznie, że amerykański rząd nie zgadza się z polityką energetyczną Węgier wobec Rosji. Amerykańska strona zarzucała kontraktom na budowę nowych bloków w elektrowni atomowej Paks „brak przejrzystości”, a w kwestii importu gazu nie godziła się na „dywersyfikację dróg dostaw”, ale żądała „dywersyfikacji źródeł i dostawców”, czyli faktycznie wyeliminowania Rosji jako dostawcy. Goodfriend tłumaczył, że Węgry potrzebują prawdziwej niezależności energetycznej, która jest zagrożona budową drugiej nitki rurociągu gazowego i rozbudową elektrowni atomowej. I Stany Zjednoczone mogą pomóc Węgrom stworzyć taką niezależność. Jak? Sprzedając do Europy Środkowej gaz ziemny z Ameryki w postaci LNG.

Premier Orbán jest realistą, ale też człowiekiem na tyle odważnym, by oprzeć się ofertom nie do odrzucenia ze strony wielkich sojuszników. Odpowiedział, że bardzo się cieszy z dostaw amerykańskiego gazu, gdyż oznacza to pojawienie się konkurencji dla dostaw gazu z Rosji. „Jesteśmy klientami, więc pozwólmy sprzedawcom gazu w Europie konkurować o nasze pieniądze. Będziemy kupować najtańszy gaz”[6].

János Lázár, najpotężniejsza postać w administracji premiera, wprost oskarżył Amerykanów o wywieranie na Węgry nacisków, by otworzyć rynek dla eksportu gazu LNG i stanowczo się temu sprzeciwił mówiąc, że Węgry nie są na sprzedaż, ani dla Ameryki, ani dla Rosji. Zapowiadał, że Węgry kupią gaz od tego, kto sprzeda taniej i zabezpieczy jego dostawy.

W październiku 2014 r., tuż po dwóch wydarzeniach: zamknięciu przesyłu gazu na Ukrainę i przegłosowaniu uchwał w sprawie budowy South Stream, w których ominięto brukselskie restrykcje, Amerykanie nacisnęli znacznie mocniej. Oskarżyli Węgrów, że jako sojusznicy w NATO pomagają Putinowi utrzymać dostawy gazu do Europy i nałożyli sankcje zakazujące kilku wysokim urzędnikom wjazdu do Stanów. Fakt bez precedensu wobec członka NATO. Gdy Waszyngton próbował zmusić Europę do bardziej zdecydowanych działań przeciw Rosji w sferze energii, Węgry na pierwszym miejscu stawiały własne interesy. I broniły ich. 7 listopada w Monachium Orbán bronił się, mówiąc, że Stany Zjednoczone naciskały na Węgry z powodu rurociągu South Stream i elektrowni atomowej, która będzie budowana przez Rosjan. Na zarzuty, że „zbliża się do Rosji”, odpowiadał, że Węgry do nikogo się nie zbliżają i od nikogo nie odchodzą. Celnie zdefiniował wtedy działania Budapesztu, twierdząc, że węgierska polityka nie jest prorosyjska, ale prowęgierska.

Akrobacje przynoszą sukces

Rząd Orbána całkowicie zmienił sektor energetyczny. Odzyskał koncern MOL z rosyjskich rąk, odkupił wcześniej sprzedane sieci i magazyny gazu, odzyskał kontrolę nad rynkiem i importem gazu. Odszedł od modelu, w którym państwo ogranicza się jedynie do roli regulatora, oddającego kolejne fragmenty energetyki inwestorom zagranicznym. Nie poddał się naciskowi na wprowadzenie europejskiego modelu. Odrzucił go na tyle, na ile było to możliwe w ramach europejskich regulacji. Stworzył narodowy system energetyczny i zabezpieczył dostawy taniego gazu z Rosji. Wybrał tanią energię, umożliwiającą rozwój przemysłu, przedkładając ją nad wartości, które w rzeczywistości służyły przejęciu przez zagraniczne przedsiębiorstwa rynku i likwidacji podmiotowości w energii.

Przez wiele lat Węgrzy prowadzili skomplikowaną i niebezpieczną grę geopolityczną, wykonując akrobatyczne figury między Moskwą a Brukselą i Waszyngtonem. Osiągnęli z tego wymierne korzyści: tani gaz i elektrownię jądrową w Paks. Choć z powodu obstrukcji wielkich graczy niektóre duże projekty upadły, bilans polityki energetycznej Orbána z pewnością jest dla Węgier korzystny.

Andrzej Szcześniak

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

 

[1] Hun­gary declares war, The Budapest Times 20.09.2013, http://budapesttimes.hu/2013/09/20/hun%C2%ADgary-declares-war

[2] „Nabucco has been a long dream and an old plan,” wywiad dla International Herald Tribune IHT, marzec 2008 r. za: artykuł Viktor Orbán  European Voice, Vol.13, No.12, 29 March, 2007.

[3] Orban: Niemcy mają gazociąg Nord Stream, my chcemy mieć South Stream, 4 listopada 2014, http://forsal.pl/artykuly/833358,orban-niemcy-maja-gazociag-nord-stream-my-chcemy-miec-south-stream.html

[4] Russia and Hungary Agree on New Gas Contract | Oil&Gas Eurasia February 18, 2015

https://www.oilandgaseurasia.com/en/news/russia-and-hungary-agree-new-gas-contract

[5] Putin and Orbán contemplate stronger energy ties, 18/02/2015, http://www.euractiv.com/sections/global-europe/putin-and-orban-contemplate-stronger-energy-ties-312207.

[6] Soros’s plan is being implemented in Brussels, July 7, 2017, http://www.kormany.hu/en/the-prime-minister/news/soros-s-plan-is-being-implemented-in-brussels.