Jak rok 1917 odmienił oblicze Zachodu?

0

Porażka utopii prowadzi do upadku idealizmu, a znamiennym przejawem tego procesu są podobieństwa między Putinem i Trump’em. Kiedy obserwujemy zmagania Rosji z jej historią, nie możemy udawać, że owa historia nie miała wpływu na USA i Wielką Brytanię.

Rewolucje i ich rocznice najlepiej opisywać w pierwszej osobie. Oczywiście, może się to wydać dziwne, jeśli taki opis ma przedstawić naukowiec, którego zadaniem jest zachowanie dystansu do przedmiotu badania. Jednakowoż nic tak nie skłania do przyjęcia subiektywnego punktu widzenia jak rewolucje – i prawda ta dotyczy również naukowców sto lat po wydarzeniach, które opisują. Warto tu zauważyć choćby, jak żywe są wciąż dyskusje o tym, czym w ogóle jest rewolucja.

Przyjęcie osobistej perspektywy – ocena wydarzeń z mojego punktu widzenia – pozwala zauważyć jeszcze jedną osobliwość, która pojawiła się wciągu stu lat, jakie upłynęły od 1917 roku. Chodzi mianowicie o to, jak Amerykanin mieszkający w Wielkiej Brytanii ma się wypowiadać jako fachowiec na temat „rosyjskiej” rewolucji. Taka kombinacja przedmiotu badań, odbiorcy i osobistego dziedzictwa badacza sprawia, że czuję się (w roli badacza- przyp. tłum.) jak hochsztapler.

Aby zredukować nieco dziwaczność tej sytuacji, powiedziałem sobie – a także słuchaczom różnych moich wystąpień – że rewolucja październikowa nie była tylko rewolucją rosyjską. Monarchia absolutna była już wtedy obalona przez rewolucję lutową, co otwierało drogę do nowoczesności – przynajmniej w eurocentrycznych kategoriach, które dominowały w tamtym okresie. Tymczasem bolszewizm – jak sama nazwa wskazuje – miał cele jeszcze ambitniejsze: wykraczające poza granice Rosji, a może i poza nowoczesność.

Bolszewicy przyjrzeli się zachodniej nowoczesności i ocenili, że jest wybrakowana, potrzebuje przekształcenia. Choć ideał komunistyczny – przedstawiany przez Jurija Slezkina jako millenarystyczna, utopijna wizja upadku Babilonu i ustanowienia Sprawiedliwości – był chybiony, nie mówiąc już o późniejszych odmianach tej koncepcji, to jego wyznawcy traktowali go jako ucieleśnienie uniwersalizmu. Komunizm miał być drogą do powszechnej, światowej sprawiedliwości i pojawił się na scenie dziejów razem z jego bliźniaczą kopią amerykańską: ideałem demokracji Wilsona. Obydwa te uniwersalistyczne pomysły miały wspólnego przodka, a mianowicie szkockie oświecenie Hume’a, Fergusona i Smitha.

Rosja i Ameryka: zwierciadlane podobieństwa ambicji i porażek

Owe utopijne wizje stanowiły dla siebie na wzajem stałe wyzwanie.

Woodrow Wilson w swoim zadufaniu uważał, że raj na ziemi już zapanował w Nowym Świecie i w kieszeniach Starego, a założywszy, że ludzkie namiętności można okiełznać, uznał, że ów raj zanurzy ostatecznie świat w powodzi demokracji. Zadufanie Lenina miało w sobie więcej żywiołu ognia. Uważał on, że świat jest w swojej strukturze tak niesprawiedliwy, iż jedynie ogień rewolucyjnego zrywu – gdy uwolnią się ludzkie namiętności – może wypalić krępujące ludzkość pnącza i umożliwić rozwój nowego życia. Ostatnie 100 lat Rosja i Ameryka poświęciły na wzajemne kopiowanie w najmniejszych detalach przejawów swojej wybujałej ambicji oraz licznych porażek na drodze do jej zaspokojenia. Rosja i Ameryka – a być może cały Zachód – zbudowały swoje współczesne tożsamości na jasnym i trwałym wzajemnym przeciwstawieniu: amerykańska droga była amerykańska, gdyż stanowiła odrzucenie sowieckiej i odwrotnie.

Do dziś utrzymuje się ten schemat zwrotnej i zwierciadlanej nowoczesności. Przetrwał on ideologiczne burze w Moskwie i Waszyngtonie. Siłą napędową New Deal’u i państwa opiekuńczego był przykład państwowego socjalizmu i obawa przed szerzeniem się szkodliwej ideologii; z kolei New Deal dał paliwo dla odwilży Chruszczowa. To Jurij Gagarin wyprawił Neil’a Armstronga na Księżyc. To w sali lustrzanej, zwanej zimną wojną, na scenie pojawili się Martin Luter King Jr i Andriej Sacharow.

Utopia umarła oczywiście na długo przed upadkiem Związku Sowieckiego, ale wciąż grozi zduszeniem idealizmu w zarodku. Mało kto już pamięta, że w 1991 roku – w chwili prawdziwej euforii – wielu Amerykanów i Rosjan uwierzyło we wspólną przyszłość.

Amerykanom zajęło więcej czasu niż Rosjanom pogodzenie się z myślą, że owo marzenie – iż Rosjanie staną się jakoś „podobni do nas” (cokolwiek by to miało znaczyć) marzenie o końcu historii – nie spełni się. Rosjanie dostrzegli w amerykańskim zwierciadle coś nieosiągalnego, ale też coś niepożądanego i wycofali się z uniwersalizmu w partykularyzm, w przekonanie o specyficznej drodze, wyjątkowości cywilizacji rosyjskiej.

Z kolei Amerykanie w rosyjskim zwierciadle zaczęli dostrzegać obraz tego, czym tak bardzo nie chcieliby się stać – i ten obraz stał się dziś jeszcze ostrzejszy. Obawiamy się w istocie nie tego, że za wyborem Trump’a stał Putin, lecz tego, że wybierając go na prezydenta wybraliśmy swojego Putina – lidera, który pozwala nam pokazywać się z najgorszej strony i rozgrzesza nas z naszych win. Gdyby w opisie Rosji zastąpić Lenina poetą Fiodorem Tiutczewem (autorem sławnej frazy „Umysłem Rosji nie zrozumiesz…”), to w opisie Ameryki Sarah Palin musiałaby zastąpić Wilsona.

Czy Ameryka lepiej sobie radzi ze swoją historią niż Rosja?

Powszechnie wiadomo, że temat roku 1917 pojawia się bardzo rzadko w przestrzeni publicznej w Rosji. Panujący obecnie na Kremlu pielęgnują wersję historii, w której państwowość rosyjska trwa nieprzerwanie od czasów książąt kijowskich, przez Księstwo Moskiewskie Iwana Groźnego i dynastię Romanowych, aż po czasy Związku Sowieckiego i okres najnowszy – z Putinem jako prawowitym spadkobiercą tych wszystkich niepowiązanych ze sobą linii genealogicznych i rozwojowych. Ten sprytny zabieg jest skuteczny jedynie za sprawą zastąpienia uniwersalizmu partykularyzmem. Jedyną ideą uzasadniającą włączenie struktur rosyjskiej państwowości w wiekach XIX, XX i XXI w jedną konstrukcję jest Rosja jako taka.

Warto teraz postawić to samo pytanie w odniesieniu do nas, Amerykanów. Wiemy już, że Rosja z trudem radzi sobie z interpretacją przemian, które były rezultatem wydarzeń 1917 roku. A czy my radzimy sobie lepiej?

Nazywamy te wydarzenia rewolucją rosyjską – albo rewolucją bolszewicką, co brzmi jeszcze bardziej obco. Są one przedmiotem wykładów, odczytów i wystaw – znakomitych wykładów i fascynujących wystaw. The Royal Academy, the Tate Modern, the British Library, nawet King’s College London. Relacje John’a Reed’a zaadaptowane jako słuchowisko w odcinkach emitowane przez BBC Radio 4, z rosyjskimi robotnikami posługującymi się londyńskim slangiem i Stalinem, który mówi z ciężkim akcentem szkockim. Mamy dziesiątki możliwości, żeby się zastanowić – nad Rosją. I są to znakomite możliwości, fascynujące. Wszystkie jednak omijają sedno problemu.

Jak zmienił nas rok 1917? Nie mam tu na myśli jego wpływu na losy kapitalizmu i socjalizmu na Zachodzie, choć i to ma znaczenie. Chodzi mi o Zachód jako taki. Otóż Zachód, w którym żyjemy, narodził się w 1917 roku w Piotrogrodzie. Po stu latach wciąż najwyraźniejszy obraz siebie oglądamy w zwierciadle rosyjskim. O ile chce nam się w nie spoglądać.

U źródeł rewolucji są na ogół konkretna krzywda i abstrakcyjne poczucie sprawiedliwości – choć wydaje się, że rewolucje o największej sile oddziaływania odwołują się do sprawiedliwości transcendentnej, powszechnej, do wartości, które przemawiają do wszystkich. Można zatem powiedzieć, że rewolucja w najczystszym sensie to zaprzeczenie (jednostkowej- przyp. tłum.) tożsamości i odrzucenie partykularyzmu.

Rewolucje to również procesy mobilizacyjne. Jak poucza socjologia, procesy mobilizacyjne czerpią siłę z solidarności przez zaostrzenie dychotomii – między sprawiedliwością i niesprawiedliwością, przeszłością i przyszłością, swoimi i obcymi.

Przede wszystkim musimy więc zrozumieć, że rok 1917 wciągnął nas w proces samoidentyfikacji za pomocą odniesienia do różnych wyobrażonych utopii. Konkurencyjne i sprzeczne roszczenia do uniwersalności – zablokowane najpierw przez wypadki historyczne, a następnie przez koncepcję Wzajemnego Zagwarantowanego Zniszczenia – degradują się do konkurencyjnych roszczeń z tytułu partykularnej wyjątkowości z zastrzeżeniem, że każda wyjątkowość jest ugruntowana w wykluczającej uniwersalności.

Niemożliwa przyszłość i przeszłość, której nigdy nie było

Jako że „wygraliśmy” zimną wojnę – nasz system zarządzania politycznego i gospodarczego przetrwał, a sowiecki nie – możemy zapominać, że podążaliśmy tą samą drogą i dotarliśmy do tego samego miejsca.

Związek Sowiecki zaczynał od próby zbudowania przyszłości, która nie mogła zaistnieć: powszechny dobrobyt nie mógł być zaplanowany. Kiedy koncepcja świetlanej przyszłości przygasła, Rosja próbowała się uchwycić przeszłości, której nigdy nie było: mitu pansłowiańskiej cnoty, harmonii i dostatku. Argument, który ma usprawiedliwiać rosyjskie działania na Krymie i w Donbasie, to nie argument, lecz jego brak. To argument, że argumenty nie mają znaczenia. Że idee nie mają znaczenia. Że liczy się to, gdzie jesteśmy, a teraz jesteśmy właśnie tutaj.

Z kolei dzisiejsza Ameryka, z organizacjami takimi jak NRA (National Riffle Association – Krajowe Stowarzyszenie Broni- przyp. tłum.) i Black Lives Matter, lub Wielka Brytania z UKIP (United Kingdom Independence Party – Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa- przyp. tłum.) i Grenfell Tower – też nie są państwami, których budowę zapowiadaliśmy Rosjanom. Nie są państwami, których budowę zapowiadaliśmy samym sobie. I my również uciekamy z przyszłości w przeszłość. Wybieramy rządy, kierując się przeświadczeniem, że rząd to problem, a nie rozwiązanie. Podążamy za liderami, którzy swoją politykę opierają na braku polityki. I toczymy wojny tylko dlatego, że możemy je toczyć.

Obawiam się, że moja wypowiedź może być odebrana jako wypowiedź działacza społecznego, a nie naukowca. Próbowałem w niej skrótowo przedstawić dwie myśli. Po pierwsze, proces, który doprowadził do takiej polityki Rosji, jaką dziś obserwujemy i krytykujemy, nie różni się od procesu, który doprowadził do polityki Zachodu, jaką dziś obserwujemy i krytykujemy. Po drugie, potrzebujemy mieć argumenty. Jako socjologowie chcielibyśmy, żeby te myśli zainspirowały nas do znalezienia własnych wartości uniwersalnych, wyciągnięcia własnych, dających się uogólnić wniosków na podstawie metodycznej obserwacji i wnikliwej analizy.

Dla tych z nas, którzy zajmują się naukowo polityką, te kilka minionych lat było również ucieczką w partykularyzm – metodologiczną wyjątkowość, by tak rzec. Wybór racjonalny. Realizm. Konstruktywizm. Podstawy tej dyscypliny naukowej – bez względu na przekonania badacza – zostały podkopane. Politycy mówią nam, że społeczeństwa mają dosyć ekspertów, a my reagujemy na to należytym, może rytualnym oburzeniem – ale w chwilach ciszy też zastanawiamy się nad tym, czy jesteśmy na coś przydatni. Wypatroszenie idealizmu, które stwarza warunki sprzyjające zarówno dla Putina jak i Trumpa, ma również wpływ na nas.

Być może czas na chwile ciszy już minął. Może powinniśmy przekręcić nieco gałkę potencjometru. Może potrafimy zawrócić bieg zdarzeń w kierunku tego, co uniwersalne, w kierunku zrozumienia czegoś o drugim człowieku w nas i o nas w innych. Czyż nie byłoby to rewolucyjne?

22 listopada 2017

Tekst jest adaptacją wykładu inauguracyjnego na Konferencji “1917 in 2017: Russia’s Unfinished Revolution” (Rok 1917 w 2017 – niedokończona rewolucja rosyjska), która odbyła się 17 listopada w British International Studies Association w Londynie.

Samuel A. Greene jest wykładowcą polityki rosyjskiej i dyrektorem w Russia Institute w King’s College London.

Przekład: Witold Falkowski

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here