O Donaldzie Trumpie, Kim Dzong Unie, Rafale Ziemkiewiczu, Waltherze Rathenau oraz innych osobach i sprawach

0

Prawdziwi lekarze kontrolują choroby, a nie osoby, fałszywi lekarze (psychiatrzy) kontrolują osoby, a nie choroby (Thomas Szasz)

Jak mówi stare powiedzenie psychiatryczne: neurotyk buduje zamki na piasku, psychotyk w nich mieszka a psychiatra pobiera czynsz (Thomas Szasz)

*****

Jak wiadomo, ulubioną postacią medialnej propagandy angloamerykańskiej są „crazy dictators”: cesarz Wilhelm II, Adolf Hitler, Saddam Husajn, Muammar Kaddafi, Baszar al-Assad czy wreszcie Kim Dzong Un. Jednakże dzisiaj dyktator-wariat to nie tylko przywódca państwa desygnowanego przez USA na wroga, lecz także sam prezydent Donald Trump – inwektywy kierowane kiedyś do zewnętrznych wrogów, są obecnie używane w walce wewnętrznej, w której biorą udział zawodowi psychiatrzy. I tak 27 psychiatrów, psychologów, ekspertów od zdrowia psychicznego i psychoanalityków opublikowało swoje przemyślenia w książce The Dangerous Case of Donald Trump. Na podstawie wypowiedzi i zachowań Donalda Trumpa poszczególni eksperci postawili odpowiednie diagnozy: socjopata, paranoik, patologiczny narcyz, człowiek o trwałej utracie kontaktu z rzeczywistością, nałogowy kłamca, niezrównoważony psychicznie, człowiek o głębokiej emocjonalnej niestabilności. Eksperci są zgodni co do tego, że stan psychiczny prezydenta stanowi oczywiste i realne zagrożenie (clear and present danger – określenie zaczerpnięte z dyskursu bezpieczeństwa państwa) dla całego narodu i dobrostanu jednostek. Prezydentura Trumpa „spowodowała, nie mające precedensu, skutki dla zdrowia psychicznego w kraju i poza granicami”; jego „szaleństwo” (madness) udziela się innym. Następuje wzrost poziomu przemocy w szkołach, rośnie ilość przypadków molestowania seksualnego.

Z kolei John Gartner, były profesor psychiatrii na Johns Hopkins University, obecnie prowadzący prywatną praktykę w Nowym Jorku i Baltimore, zainicjował petycję „Duty to Warn”. Podpisało ją ponad 60 000 psychologów, psychiatrów, terapeutów i innych specjalistów w dziedzinie zdrowia psychicznego: „My niżej podpisani specjaliści w dziedzinie zdrowia psychicznego wierzymy w nasz zawodowy osąd, że Donald Trump wykazuje objawy poważnej choroby umysłowej, która czyni go psychologicznie niezdolnym do kompetentnego wykonywania obowiązków prezydenta USA (…) Domagamy się usunięcia go z urzędu zgodnie z artykułem czwartym 25 poprawki do konstytucji, który mówi, że prezydent powinien zostać zastąpiony na stanowisku, jeśli jest «niezdolny do wykonywania uprawnień i obowiązków swojego urzędu»”. Usunięcie Donalda Trumpa z urzędu może być tym bardziej naglące, że, jak zasugerował jeden z amerykańskich lekarzy, wykazuje on symptomy nieleczonego neurosyfilisu.

Jak widać, duża część amerykańskich psychiatrów angażuje się w publiczny spór porzucając tzw. zasadę Goldwatera przyjętą przez Amerykański Związek Psychiatrów w 1973 roku i obowiązującą do dziś, a która – w związku z publicznymi spekulacjami na temat stanu umysłu konserwatywnego senatora Barry Goldwatera, startującego w 1964 roku w wyborach prezydenckich – zabrania psychiatrom wypowiadać się na temat stanu psychicznego danej osoby bez jej zbadania, czyli niejako „na odległość”. Kwestię zaangażowania psychiatrów w walkę polityczną starała się wyjaśnić i uzasadnić redaktorka tomu The Dangerous Case of Donald Trump dr Bandy X. Lee, profesorka w Law and Psychiatry at Yale School of Medicine, współzałożycielka i kierowniczka Violence and Health Study Group w MacMillan Center for International and Area Studies, która ponadto współkieruje Academic Collaborators for the World Health Organization’s Violence Prevention Alliance (ta lista tytułów, funkcji i instytucji doprawdy robi wrażenie!). Dr Bandy X. Lee wyjaśniła, że wszystko zależy od tego, czy naukowcy wspierają nadużycia władzy przez państwo, czy też stawiają im opór. Jeśli – argumentowała – zaprasza się nas do współpracy z państwowymi programami, naruszającymi prawa człowieka, to naszym etycznym obowiązkiem jest odmówić. Jeśli jednak widzimy, że „władza państwowa jest nadużywana przez osobę na wysokim stanowisku, będącą niezrównoważoną psychicznie, to obowiązkiem specjalistów jest uświadomienie tego opinii publicznej i podzielenie się z nią specjalistyczną wiedzą”. W rzeczywistości Bandy, jej koledzy i koleżanki, atakując prezydenta jako „obłąkanego” po prostu współpracują z tą frakcją w elicie władzy, która dąży do jego obalenia, innymi słowy współpracują z jednym sektorem władzy i służą mu ubierając polityczne ataki na Trumpa w kostium „naukowej” terminologii współczesnej psychiatrii i dając argumenty do ręki politycznym wrogom Trumpa takim jak kongresmen Jamie Raskin (D-Md.), promujący ustawę o powołaniu komisji, która zająć się ma fizyczną i umysłową zdolnością prezydenta do pełnienia urzędu czy też kongresmen Ted Lieu (D-Kalif.), proponujący stałą obecność psychiatrów w Białym Domu.

*****

Znachorstwo – pozorowanie wykonywania zawodu lekarza bez posiadania licencji, psychiatria – pozorowanie wykonywania zawodu lekarza z posiadaniem licencji (Thomasz Szasz)

Podświadomość – tort do podziału pomiędzy członków psychoanalitycznej mafii (Thomas Szasz)

*****

Zatem dla wewnętrznych wrogów Trump jest tym, kim dla propagandy skierowanej na zagranicę był kiedyś Saddam Husajn a dziś jest Kim Dzong Un, którego „szaleńcem” i „chorym szczeniakiem” nazwał nie kto inny jak ….Donald Trump. W odpowiedzi Kim Dzong Un ( może czytał The Dangerous Case of Donald Trump ?) nazwał go „obłąkanym ramolem“. Gdybyśmy przyjęli zasadę, że wrogowie polityczni mówią prawdę o sobie nawzajem, to wygląda na to, że dwóch „wariatów” – jeden w Waszyngtonie, drugi w Phenianie – obrzuca się wyzwiskami i wygraża sobie potrząsając maczugami w postaci bomb atomowych. Mimo iż polityka Przewodniczącego Partii Pracy Korei i Pierwszego Przewodniczącego Narodowej Komisji Obrony marszałka Kim Dzong Una wzbudza zrozumiałe kontrowersje, to można zasadnie przypuszczać, że nie zamierza on prowadzić „wojny napastniczej” przeciwko Ameryce, wiedząc doskonale, że jego kraj i system zbudowany przez jego dziadka zostałby całkowicie zniszczony w odwetowym ataku największej potęgi militarnej na globie. Natomiast nie zamierza rezygnować z posiadania broni nuklearnej, bo chce uniknąć marnego losu Saddama Husajna czy Muammara Kaddafiego. Z kolei prezydent USA Donald Trump, którego znany amerykański psycholog Philip Zimbardo uważa za „najbardziej niebezpiecznego człowieka na świecie”, zdaje sobie sprawę z tego, że zanim Korea Północna zostałaby zniszczona, mogłoby zginąć wielu mieszkańców Korei Południowej jak również amerykańskich żołnierzy. Nie może jednak pozwolić Korei Północnej na posiadanie broni atomowej, przede wszystkim ze względu na sojuszników (Korea Południowa i Japonia), którzy mogliby dojść do przekonania, że Waszyngton co prawda wymaga od nich „sojuszniczego” posłuszeństwa, ale opieki (bezpieczeństwa) zapewnić nie potrafi. A wówczas podstawy „sojuszu” byłyby zagrożone i oba kraje mogłyby zacząć szukać innych protektorów.

Kryzys jest więc nierozwiązywalny, bo żaden z przywódców nie ustąpi, albo dlatego, że obaj są „wariatami”, albo dlatego, że obaj są zwolennikami „racjonalnej polityki siły”. Co zatem robić? Na to pytanie bardzo prostą odpowiedź dał Patrick Buchanan. Południowa Korea należy do najbardziej rozwiniętych krajów w Azji z ludnością dwukrotnie większą niż Korea Północna, jej gospodarka jest 40 razy większa niż gospodarka północnego sąsiada. Dlaczego właściwie – pyta Buchanan – wojska amerykańskie stacjonują od 1953 roku w Korei Południowej, zagrażając reżimowi północnokoreańskiemu, mimo iż świat bardzo zmienił się od tamtego czasu? Nie możemy – uważa Buchanan – porzucić Korei Południowej tak po prostu, wszak to nasz sojusznik, dlatego też Korea Południowa a także Japonia powinny za przyzwoleniem USA zbudować własne potencjały nuklearnego odstraszania, a wówczas USA mogłyby wycofać swoje wojska z tych krajów. Posiadając broń nuklearną Korea Południowa i Japonia same zapewniłyby sobie bezpieczeństwo nie tylko wobec Korei Północnej, ale także uodporniłyby się na atomowy szantaż ze strony Chin i Rosji.

*****

W dobiegającym końca „roku Reformacji” ukazało się w Polsce sporo, utrzymanych w dość polemicznym, a niekiedy wręcz pamfletowym stylu, publikacji o Marcinie Lutrze. Najpotężniejszy cios, po którym „Reformator” już się nie podniósł z desek, zadał mu Grzegorz Braun swoim demaskatorskim filmem „Luter i rewolucja protestancka”. Żeby zachować zdrowy sąd na temat spraw sprzed pół tysiąca lat i nieco odpocząć od rozgorączkowanych antyluterskich tyrad, warto sięgnąć po dzieło obiektywizujące tę, jakże ważną dla dziejów Europy, postać, i pokazujące ją w szerokim kontekście historycznym i kulturalnym: Heinz Schilling, Marcin Luter. Buntownik w czasach przełomu (przeł. Jerzy Kałążny, seria: Poznańska Biblioteka Niemiecka, tom 44, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2017). Zaś żeby odpocząć od wszystkiego, poczytajmy Dywagacje Ciorana (przeł. z języka rumuńskiego Ireneusz Kania, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2017).

*****

Wszyscy wiemy, że Niemcy to najpotężniejszy kraj Europy, hegemon, gospodarczy gigant, a inne kraje unijne to marionetki Berlina. Ciekawe jednak, że, jak wynika z raportu Komisji Europejskiej o stanie zdrowia obywateli UE, jeśli chodzi o oczekiwaną długość życia, niemiecki hegemon zajmuje wśród 28 członków Unii dopiero 18 miejsce, daleko poniżej – zajmujących trzy pierwsze miejsca – Hiszpanii, Włoch i Francji. Dziecko urodzone w 2015 roku w niemieckiej „Czwartej Rzeszy” może statystycznie dożyć średnio 80,7 lat, w Hiszpanii – 83, we Włoszech 82,7, we Francji 82,4 lat. Przyczyna takiego stanu rzeczy tkwi podobno w tym, że obywatele hegemonialnego mocarstwa piją za dużo alkoholu, palą za dużo tytoniu i niezdrowo jedzą. Czyżby we Włoszech mniej palili, we Francji mniej pili, a w Hiszpanii „lepiej” się odżywiali? Chyba nie. Może zatem Niemcy szybciej umierają, bo są psychicznie wykończeni pełnieniem roli hegemona Europy, zamartwiają się, nie śpią po nocach ze strachu, że ich ktoś tej roli nie pozbawi?

*****

Każdy człowiek sprzymierza się tylko z sobą (Emil Cioran)

*****

W grudniu 2017 roku minęło 95 lat od śmierci Gabriela Narutowicza; ukazało się z tej okazji wiele okolicznościowych artykułów; najbardziej kuriozalny był chyba ten opublikowany w „Do Rzeczy” przez Rafała Ziemkiewicza („Ulubiona trumna lewicy”), który uznał Eligiusza Niewiadomskiego za „ewidentnie chorego psychicznie”. Ziemkiewicz nazywa go „kompletnym świrem”, wygadującym na procesie „psycholskie androny”. Sąd miał, zdaniem Ziemkiewicza, obowiązek skierować go na przymusowe badania, które by ponad wszelką wątpliwość stwierdziły niepoczytalność, a więc i niemożność uznania odpowiedzialności karnej podsądnego, ponieważ zaś tego nie zrobił, to „na obłąkanym malarzu” dokonano „mordu sądowego”. Ziemkiewicz cytuje fragment broszury Eligiusz Niewiadomski w oświetleniu psychiatrii (1923) autorstwa „jednego z najwybitniejszych psychiatrów owych czasów”, Maurycego Ursteina: „nie był on zdolny właściwie pokierować swoim życiem i zdobyć sobie należne stanowisko społeczne”; „pozwolił się stopniowo opanować ideom, które, być może, pierwotnie wynikały jeszcze z niechęci osobistych, lecz które w następstwie rozwinęły się w tak oczywiście niedorzeczny sposób, że ich związek ze stanowiska psychologicznego wcale ująć się nie daje. Do tego się dołącza wielka nietrafność, raczej zupełny brak sądu, słaba wola, megalomania w ocenianiu własnej osoby, typowe idee reformatorskie, nieobliczalne postępki, dziwactwa w obejściu i inne cechy charakterystyczne dla katatonii”.

Ten bełkot Ursteina Ziemkiewicz potraktował z pełną powagą, zrobił z Niewiadomskiego „wariata” i tym prostym sposobem zamknął sprawę, poniekąd „uniewinniając” zamachowca, no bo skoro psychiatra orzekł, że był „wariatem”, to nie mógł odpowiadać za swoje czyny. Dlaczego człowiek starannie planujący zamach, posiadający określone poglądy ideowe i polityczne, z których narodziła się idea zamachu na prezydenta Narutowicza, miałby być „wariatem”? Swoją „diagnozą” Ziemkiewicz pozbawia Niewiadomskiego godności osoby ludzkiej jako odpowiedzialnego podmiotu moralnego, który z rozmysłem zastrzelił niewinnego, bezbronnego człowieka, za co został jak najbardziej sprawiedliwie skazany na śmierć i stracony (zob. krytykę „psychiatryzowania” politycznych zamachowców: Thomas Szasz, „The case of John Hinckley”).

*****

W przytoczonym wyżej artykule Adam Krzemiński stwierdził, że inspiracją dla prawicy narodowej prowadzącej bardzo ostrą kampanię propagandową przeciwko Narutowiczowi, stała się gwałtowna śmierć ministra spraw zagranicznych Rzeszy Niemieckiej, Walthera Rathenaua, który zginął w zamachu pół roku wcześniej. Ponieważ dowodów na to, że Eligiusz Niewiadomski inspirował się tym zamachem, nie znamy, potraktujmy tę tezę Krzemińskiego jako rutynowy antyendecki przycinek.

Przypomnijmy w tym miejscu, że w 2011 roku ówczesny premier Donald Tusk otrzymał nagrodę przyznawaną przez fundację Walther Rathenau Institut założony w 2008 roku w Berlinie przez bankiera Michaela A. Gotthelfa. W skład zarządu i rady fundacji wchodzą przedstawiciele crème de crème niemieckiej elity – bankierzy, redaktorzy wielkich mediów, dyplomaci, wysocy urzędnicy ministerialni. Donald Tusk, któremu wręczono złoty medal z portretem Rathenaua, znalazł się w doborowym towarzystwie, gdyż przed nim nagrodzono Hansa-Dietricha Genschera, Szymona Peresa, Hillary Clinton, a po nim Marka Rutte. Wyróżnienie przewodniczącego Platformy Obywatelskiej wywołało w Polsce kontrowersje – chodziło zwłaszcza o to, że Rathenau był jednym z architektów układu Niemiec z Rosją Sowiecką w Rapallo.

W krótkiej biografii patrona nagrody zamieszczonej na stronie instytutu czytamy, że „na początku I wojny światowej powierzono mu zadania w pruskim ministerstwie wojny. Jednak jego właściwa polityczna kariera zaczyna się dopiero wraz z końcem wojny”, kiedy to zostaje ministrem odbudowy a potem ministrem spraw zagranicznych. Pominięto fakt, że w okresie I wojny światowej Rathenau okazał się znakomitym organizatorem niemieckiej gospodarki wojennej, i choć według przeciwników rozdawał też zamówienia rządowe po znajomości a i swojej firmie dał zarobić (takie ówczesne partnerstwo publiczno-prywatne), to wszystkie swoje umiejętności i talenty organizacyjno-przemysłowe oddał do dyspozycji ojczyzny, aby zapewnić jej zwycięstwo. Położył wielkie zasługi dla wysiłku wojennego cesarstwa niemieckiego. Wspierał żądania czołowych przemysłowców, aby, w obliczu braku siły roboczej, deportować belgijskich cywilów do pracy przymusowej w Niemczech, opowiadał się za surowym traktowaniem ludności belgijskiej i za – jak podaje Adam Krzemiński– bombardowaniem Londynu ze sterowców (zob. https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1526051,1,zabojstwo-walthera-rathenaua.read). Skłaniał się ku maksymalistycznym celom wojennym Wszechniemców, opowiadał się za wyposażeniem Hindenburga i Ludendorffa w niemal nieograniczoną władzę. W 1918 roku krytykował zawieszenie broni, domagał się kontynuowania wojny i rzucenia Volkssturmu do walki przeciwko zewnętrznym i wewnętrznym wrogom, aby uzyskać lepszą pozycję wyjściową przy negocjacjach pokojowych.

Zgodnie z obowiązującą w RFN doktryną państwową do Rathenaua okresu wojny nawiązywać nie wolno, bo to byłby mocarstwowy nacjonalizm, natomiast polityk (narodowo) liberalny, pochodzenia żydowskiego, który zginął w wyniku „prawicowo-radykalnego spisku przeciwko demokratycznej republice” (RFN to druga „niemiecka republika”, której zagrażają nacjonaliści), pasuje idealnie do obecnej polityki historycznej. Ponadto jako polityk, uznający po klęsce 1918 roku geopolityczne realia i opowiadający się za współpracą ze zwycięzcami, jest dobrym patronem klasy politycznej RFN, która wszak sama powstała w procesie „kolaboracji” ze zwycięskimi mocarstwami, realistycznie akceptując geopolityczne realia powstałe po klęsce 1945 roku. Jednak z drugiej strony rozmaite opinie i poglądy, jakie prezentował Rathenau w swoich artykułach i książkach mogłyby mu w dzisiejszej RFN przysporzyć nie lada kłopotów. Na przykład w 1897 roku opublikował na łamach pisma „Zukunft” artykuł Höre, Israel (przedrukowany potem w książce Impressionen, Leipzig 1902) zawierający niezwykle ostrą krytykę imigrantów żydowskich przybywających do Niemiec ze wschodu i z południowego-wschodu – ich napływ uważał za wysoce niekorzystny dla Niemiec. Język artykułu był miejscami wręcz brutalny: „W samym środku niemieckiego życia odrębny, obcy ludzki szczep. (…) Azjatycka horda na brandenburskich piaskach. (…) W ścisłych związkach pomiędzy sobą, w rygorystycznej izolacji wobec świata zewnętrznego – tak żyją w, na poły dobrowolnym, niewidzialnym getcie, nie żywotny człon narodu, lecz obcy organizm w jego ciele” (Impressionen, s.4). Uważał, że „kto kocha swoją ojczyznę, temu wolno i ten powinien być trochę szowinistą” (Impressionen, s.15) . Stworzył też do dzisiaj powielaną „teorię spiskową”: „300 ludzi, z których każdy każdego zna, kieruje gospodarczymi losami kontynentu i wyszukuje następców ze swojego środowiska” (Zur Kritik der Zeit, Berlin 1922, s.207; I wyd.1912).

Zamach na Rathenaua przeprowadzono 24 czerwca 1922 roku: na berlińskiej Königsallee zamachowcy ostrzelali jadący bez policyjnej eskorty otwarty samochód ministra z pistoletu maszynowego (podobna sytuacja powtórzyła się dwadzieścia lat później, kiedy w Pradze dokonano zamachu na protektora Czech i Moraw Reinharda Heydricha), a następnie wrzucili do niego granat ręczny. Zamachowcami byli porucznicy cesarskiej marynarki wojennej w stanie spoczynku Erwin Kern (23 lata) i Hermann Fischer (26 lat) oraz były kadet marynarki wojennej Ernst Werner Techow (20 lat), który prowadził ich samochód. Zabicie ministra miało być „ciosem w serce Systemu”, sygnałem rewolty przeciwko „okupantom” i „kolaborantom” – co oczywiste, żadnego z tych celów zamachowcy nie osiągnęli.

Nie chcieli instalować narodowej dyktatury, marzyła im się kontrrewolucja, która przywróci w Niemczech monarchię. Byli rozgorączkowanymi, lecz naiwnymi patriotami, powiedzmy wprost, politycznymi durniami – ich politycznie bezsensowny, zbrodniczy czyn obrócił się przeciwko prawicy. Prezydent Rzeszy Ebert zaraz w dniu zabójstwa Rathenaua wydał nadzwyczajne rozporządzenie o ochronie republiki, a wkrótce potem parlament uchwalił specustawę przewidującą zakaz wrogich republice organizacji, zgromadzeń i publikacji, powołanie, zresztą niezgodnie z konstytucją, specjalnego sądu w Lipsku dla osądzania ataków na republikę i jej reprezentantów. Policja błyskawicznie rozbiła struktury „Organisation Consul”, z której rekrutowali się zamachowcy. Na mocy specustawy zdelegalizowano m.in. Deutschvölkische Schutz- und Trutzbund, najbardziej masową organizację ultraprawicy liczącą podobno 200 000 członków (w ich pisemkach Rathenau występował jako „Rathenau-Trocki”). Ponadto uchwalono amnestię (tzw. Rathenau-Amnestie) dla działaczy komunistycznych odbywających kary więzienia za udział w akcjach antypaństwowych (obejmujących zamachy bombowe) w czasie tzw. Mitteldeutscher Aufstand w marcu 1921 roku (zginęło wówczas 180 osób, w tym 35 policjantów). We wszystkich większych miastach organizowane były demonstracje i manifestacje poparcia dla rządu, dochodziło do ataków na nacjonalistycznych działaczy i na ich biura. Jak większość zamachów terrorystycznych, tak i zamach na Rathenaua jedynie umocnił system władzy i przyczynił się do zamiany Niemiec w „państwo stanu wyjątkowego”.

Niektórzy niezależni publicyści niemieccy zastanawiają się, w jakim stopniu „Organisation Consul była infiltrowana przez służby specjalne, nie tylko niemieckie. Jako jeden z architektów układu w Rapallo i człowiek zaangażowany w wielkie finansowo-polityczne operacje z pewnością narobił sobie potężnych wrogów. Nie jest więc wcale wykluczone, że młodzi zapaleńcy byli jedynie instrumentem w rękach sił o wiele od nich potężniejszych. Ich polityczno-duchowy świat i postawę wobec życia opisał, skazany za współudział w terrorystycznym zamachu na Rathenaua na pięć lat więzienia, Ernst von Salomon w książce Wyklęci (Die Geächteten, 1930), opartej na wątkach autobiograficznych. Ta bardzo dobra powieść polityczna, napisana rozwibrowanym językiem, świetnie oddaje podwyższoną temperaturę polityczną tamtych czasów. Jest bardzo udanym literackim portretem narodowo-rewolucyjnych desperados, tytułowych „wyklętych”, którzy zaczynali jako bojownicy freikorpsów, tłumili komunistyczne rewolty, walczyli z naszymi powstańcami na Śląsku, z bolszewikami na wschodzie, by, „zdradzeni” przez rząd w Berlinie, w obliczu końca politycznych złudzeń, zejść do „podziemia”, skierować broń przeciwko „zdrajcom” we własnych szeregach i legalnym władzom. Na marginesie dodajmy, że von Salomon nie miał najwyższego mniemania o narodzie niemieckim: „Ten naród handlarzy kapustą nie jest w stanie zrobić rewolucji”. Lekceważąco wyrażał się też o Adolfie Hitlerze: „Gdzie był Hitler, kiedy my biliśmy się z komunistami w 1919?”

17 lipca 1922 roku policja otoczyła zamek Saaleck niedaleko Bad Kösen (Saksonia-Anhalt), gdzie schronili się zamachowcy; Kern zginął od kul policjantów, Fischer sam wymierzył sobie sprawiedliwość popełniając samobójstwo. Zostali pochowani na skraju przykościelnego cmentarza w wiosce Saaleck. Towarzysze walki z freikorpsów oraz narodowi socjaliści gloryfikowali zamachowców jako bojowników walki z bolszewizmem i bohaterów poległych w imię niepodległości i suwerenności Rzeszy, w obronie honoru i wolności ojczyzny (analogicznie polscy radykalni narodowcy czcili Niewiadomskiego).

W 1933 roku postawiono na miejscu ich pochówku kamień pamiątkowy ufundowany przez wodza z nazwiskami pogrzebanych i z napisem będącym cytatem z Ernsta Moritza Arndta:

Czyń, co musisz,

Zwyciężaj lub giń

Bogu pozostaw

osąd

W 2000 roku z inicjatywy tamtejszego pastora kamień został zdemontowany przez żołnierzy Bundeswehry, zaś grób zamachowców zlikwidowano – przetrwał okupację sowiecką i rządy partii komunistycznej, dopiero „liberalni demokraci” z RFN go splantowali – ci ścigają ideowych wrogów aż za grób, nie dadzą im „spocząć w pokoju”.

*****

Front walki z cyfrową demencją umacnia się! Brawo dla prezydenta Macrona za zakaz używania w szkołach komórek, smartfonów i innych ogłupiaczy dzieci i młodzieży. Bent Meier Sørensen (Kopenhaska Wyższa Szkoła Biznesu) dowodzi jednoznacznie, że „prezentacje” w PowerPoint (Prezi, SlideRocket czy Impress są jeszcze gorsze) sieją intelektualną nudę i powodują głupotę, stanowiąc przekleństwo dla milionów niewinnych słuchaczy od korporacji do sal uniwersyteckich (http://krytykapolityczna.pl/nauka/zakazac-power-pointa-na-akademii). Apeluję o przyłączenie się do kampanii na rzecz pisania piórem (http://ladnepisanie.pl). Po raz kolejny przypominam o lekturach absolutnie obowiązkowych: Manfred Spitzer Cyfrowa demencja oraz Cyberchoroby (Wydawnictwo Dobra Literatura).

Tomasz Gabiś

 

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Poprzedni artykułRosja jako źródło paniki
Następny artykułO sztuce rządzenia państwem
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here