O sztuce rządzenia państwem

0

Ministerstwo Przelewania z Pustego w Próżne było (jak to każdemu wiadomo i nie potrzeba tego tłumaczyć) najważniejszym organem w państwie. Nie podobna było nigdy załatwić żadnej sprawy publicznej bez zgody M.P.P.P. Maczało ono palce we wszystkich kwestiach publicznych, poczynając od największej, kończąc zaś na najdrobniejszej. Bez wyraźnego zezwolenia M.P.P.P. nikt nie miał prawa zaspokoić najsłuszniejszego nawet żądania ani naprawić najjaskrawszej krzywdy. Gdyby w naszych czasach wykryto nowy Spisek Prochowy (*) na pół godziny przed zapaleniem zapałki, nikomu nie wolno byłoby uratować parlamentu, dopókiby Ministerstwo Przelewania z Pustego w Próżne nie odbyło tuzina posiedzeń, nie sporządziło kopy protokołów i setki oficjalnych memoriałów oraz nie zabazgrało niegramatyczną korespondencją takiej ilości papieru, że można by nią wypełnić obszerny grobowiec rodzinny.

Chwalebna ta instytucja wkroczyła na widownię w okresie, gdy mężowie stanu odkryli, na czym polega główna zasada skomplikowanej sztuki rządzenia państwem. Chodziło wówczas o dokładne zgłębienie tego wspaniałego odkrycia i rozszerzenie jego wpływu na całą procedurę oficjalną. Ilekroć trzeba było coś zrobić, Ministerstwo Przelewania z Pustego w Próżne zawsze potrafiło znaleźć sposób, aby tego uniknąć, i przodowało wszystkim innym urzędom i instytucjom w sztuce niezałatwiania spraw. M.P.P.P. posiadło tę sztukę w tak wysokim stopniu, stosowało ją przy tym tak taktownie i miewało takie przebłyski genialności, że wkrótce wysunęło się na czoło wszystkich ministerstw, sprawy publiczne zaś osiągnęły ten stan, w którym znajdują się do dnia dzisiejszego.

Sztuka niezałatwiania spraw była przedmiotem szczegółowych a głębokich badań wszystkich instytucji publicznych oraz wszystkich zawodowych polityków, zgrupowanych dokoła M.P.P.P. Każdy nowy premier oraz wszyscy ministrowie nowego gabinetu, mianowani właśnie dlatego, że głosili konieczność przeprowadzenia jakiejś sprawy lub reformy, natychmiast po dojściu do władzy dokładali wszelkich starań, aby znaleźć sposób uchylenia się od wziętych na siebie obowiązków. Każdy nowoobrany poseł – który podczas kampanii wyborczej z pianą na ustach domagał się załatwienia jakiejś sprawy, który ze wzburzeniem pytał przyjaciół swego czcigodnego przeciwnika, dlaczego tej sprawy nie załatwiono, który dowodził, że trzeba ją koniecznie załatwić, i przysięgał, że zostanie załatwiona – niezwłocznie po zakończeniu wyborów zaczynał przemyśliwać nad tym, jak się z tych przyrzeczeń wymigać. Całe sesje obydwu Izb parlamentu poświęcano na debaty o sztuce niezałatwiania spraw niecierpiących zwłoki. Mowa królewska na otwarcie takiej sesji w istocie rzeczy miała następujący sens: „Mości panowie, macie przed sobą wiele pracy, wiele spraw do załatwienia, zechciejcie więc udać się do swych sal posiedzeń i zastanowić się nad tym, jak się wykręcić od załatwienia tych spraw”. Mowa królewska na zamknięcie takiej sesji w istocie rzeczy miała następujący sens: „Mości panowie, w ciągu kilku miesięcy wytężonej pracy z całym patriotyzmem i lojalnością obradowaliście nad tym, jak się wykręcić od załatwienia pewnych spraw. Udało się wam w zupełności osiągnąć ten cel, przeto zwalniam was, wzywając Niebo, aby zesłało nam dobre żniwa (naturalne, nie zaś polityczne)”. Wszystko opisane wyżej jest prawdą, lecz Ministerstwo Przelewania z Pustego w Próżne nie poprzestając na tym sięgnęło po dalsze laury.

Albowiem M.P.P.P. za pomocą sztuki niezałatwiania spraw utrzymywało w ruchu wspaniałą, samowystarczalną machinę rządzenia państwem. Albowiem każdego nieopatrznego urzędnika państwowego, który miał załatwić jakąś sprawę lub co do którego istniało podejrzenie, że przez jakiś niefortunny przypadek może załatwić jakąś sprawę, M.P.P.P. zalewało potokiem protokołów, postanowień i instrukcji na piśmie, gasząc w ten prosty sposób jego niewczesne zapały. Ten właśnie duch energii narodowej, panujący w Ministerstwie Przelewania z Pustego w Próżne, sprawił, iż z biegiem czasu Ministerstwo to miało rozstrzygający głos we wszystkich sprawach publicznych. Robotnicy, rzemieślnicy, urodzeni filozofowie, żołnierze, marynarze, petenci, twórcy ciekawych projektów, ludzie skrzywdzeni, ludzie, którzy chcieli zapobiec krzywdom, ludzie, którzy chcieli wyrównać krzywdy, oszuści, oszukani, ludzie, których nie nagrodzono za zasługi, oraz ludzie, których nie ukarano za przestępstwa, wszyscy jednako znajdowali miejsce w plikach akt Ministerstwa.

Wielu z nich ginęło bezpowrotnie w otchłani M.P.P.P. Nieszczęśnicy, których skrzywdzono, lub tacy, którzy składali projekty mające na celu dobro ogółu (choć lepiej byłoby dla nich, gdyby od razu stanęli w szeregach pokrzywdzonych, zamiast obierać ową ciernistą drogę, która w Anglii i tak musiała ich tam w końcu zaprowadzić), jeżeli nawet wyszli cało z długiej i uciążliwej wędrówki po innych ministerstwach, gdzie ich traktowano z góry, wyśmiewano lub ignorowano, trafiali w końcu do M. P. P. P., aby nigdy już nie powrócić na światło dzienne. Naczelnicy wydziałów poświęcali im całe posiedzenia, sekretarze pisali o nich długie protokoły, referenci ględzili o nich, pisarze rejestrowali ich, wciągali na listy, weryfikowali i stemplowali, aż wreszcie z niefortunnych ofiar nic nie pozostawało. Krótko mówiąc, wszystkie sprawy w państwie przechodziły przez Ministerstwo Przelewania z Pustego w Próżne, z wyjątkiem tych spraw, które nigdy już z niego nie wychodziły, a było ich bez liku.

Niespokojne duchy atakowały niekiedy Ministerstwo. Zdarzało się, że w parlamencie zgłaszano z jego powodu interpelacje lub składano memoriały. Sprawcami podobnego zamieszania byli zawsze nędzni demagodzy, którzy w ignorancji swej mniemali, że istotny sekret rządzenia polega na szybkim i rzeczowym załatwianiu spraw. Wówczas dostojny lord lub szlachetnie urodzony pan, do którego obowiązków należała obrona M.P.P.P., wkładał pomarańczę do kieszeni, aby mieć się czym pokrzepić podczas całodziennego turnieju słownego, i urządzał prawdziwy popis walki. Z trzaskiem uderzał pięścią w stół i ścierał się z czcigodnym oponentem. Przede wszystkim oświadczał czcigodnemu oponentowi, że postępowanie M.P.P.P. w tej sprawie jest nie tylko bez zarzutu, lecz nawet chwalebne i godne najwyższego podziwu. Następnie stwierdzał dla informacji czcigodnego oponenta, że M. P. P. P., które zawsze i niezmiennie ma słuszność, w tym wypadku ma jeszcze większą słuszność niż kiedykolwiek. Czcigodny oponent, więc dałby dowody poczucia honoru, dobrego smaku, rozsądku oraz tysiąca innych wyświechtanych komunałów, gdyby zostawił w spokoju M. P. P. P. i w ogóle nie poruszał niniejszej sprawy. Wreszcie zerkając wciąż na suflera, którym był urzędnik M. P. P. P. siedzący tuż za barierą, miażdżył czcigodnego oponenta opisem sprawy w oświetleniu M. P. P. P. I wówczas – mimo że zawsze zdarzała się jedna z dwóch ewentualności: albo M.P.P.P. nie miało nic do powiedzenia, lecz topiło istotę rzeczy w powodzi nic nie znaczących słów, albo też miało coś do powiedzenia, z czego dostojny lord lub szlachetnie urodzony pan połowę przekręcał, a drugiej połowy zapominał – usłużna większość zawsze głosowała za uchwałą oczyszczającą M. P. P. P. z jakichkolwiek zarzutów.

Dzięki wieloletniej działalności tego rodzaju, M.P.P.P. stało się z czasem istną wylęgarnią mężów stanu. Kilku uroczystych lordów zdobyło sobie nawet opinię geniuszów w dziedzinie interesów tylko dlatego, że stojąc na czele tego urzędu nabyło wprawy w sztuce niezałatwiania spraw. Co się zaś tyczy pomniejszych kapłanów i sług tej świątyni, to dzielili się oni na dwa odłamy i poczynając od wyższych urzędników a kończąc na najmłodszym gońcu albo wierzyli, iż jest to instytucja zesłana przez Boga i mająca prawo robić, co jej się tylko spodoba; albo też wpadali w całkowitą niewiarę i uważali ją za twór sromotny i szkodliwy.

Rodzina Polipów od dłuższego już czasu była podporą Ministerstwa Przelewania z Pustego w Próżne. W rzeczy samej linia Tytusa Polipa uważała, że ma do kierowania Ministerstwem niezaprzeczone prawa, i patrzała na to krzywym okiem, gdy jakakolwiek inna rodzina usiłowała się do tych spraw wtrącać. Polipowie byli rodziną bardzo arystokratyczną i bardzo liczną. Członkowie jej rozproszyli się po wszystkich urzędach publicznych i zajmowali w nich przeróżne stanowiska. Nie wiadomo było dokładnie, czy społeczeństwo wiele zawdzięcza Polipom, czy też Polipowie wiele zawdzięczają społeczeństwu, opinia bowiem była podzielona – Polipowie trwali przy swoim zdaniu, społeczeństwo zaś przy swoim.

Pan Tytus Polip w opisywanym przez nas okresie wspierał swą radą i doświadczeniem męża stanu stojącego na czele Ministerstwa Przelewania z Pustego w Próżne, ilekroć ten dostojny lord lub szlachetnie urodzony osobnik nie czuł się zbyt pewnie w siodle, gdyż jakiś nędznik zaatakował go na łamach któregoś z dzienników. Pan Tytus reprezentował raczej błękitną krew niż pieniądze. Jako Polip miał dobrą i wcale intratną posadę; jako Polip postarał się też naturalnie o niezłą posadkę dla swego syna, Polipa juniora. Połączył się jednak węzłami małżeńskimi z panną z rodu Szczudło-Ważnickich, którzy również lepiej byli wyposażeni w sensie arystokratycznego pochodzenia aniżeli majątków ziemskich i gotówki. Owocem tego małżeństwa był Polip Junior oraz trzy młode panny. Wobec patrycjuszowskich wymagań i narowów Polipa Juniora, trzech młodych panien, pani Tytusowej Polip z domu Szczudło-Ważnickiej oraz jego własnych kosztownych upodobań – odstępy czasu między jednym dniem wypłat a drugim wydawały się panu Tytusowi Polipowi znacznie dłuższe, niżby tego pragnął. Okoliczność tę zresztą pan Tytus Polip kładł zawsze na karb skąpstwa i małostkowości swej ojczyzny.

[…]

Z okazji wesela miano ogłosić konwokację Polipów, aby ich wspaniała i bardzo liczna rodzina zechciała uświetnić swym blaskiem to skromne skądinąd wydarzenie. Niepodobieństwem byłoby wprawdzie zgromadzić rodzinę Polipów w komplecie, a to z dwóch następujących powodów. Po pierwsze dlatego, że na całym świecie nie było takiego budynku, który by pomieścił wszystkich członków i koligatów tego słynnego rodu. Po drugie dlatego, że gdziekolwiek pod słońcem czy pod księżycem istniał choć jard kwadratowy terytorium brytyjskiego posiadający jakiś urząd publiczny, to na urzędzie tym z reguły tkwił jakiś Polip. Wystarczyło, aby jakiś nieustraszony żeglarz zatknął na jakimkolwiek skrawku ziemi flagę Imperium Brytyjskiego, a na wieść o odkryciu Ministerstwo Przelewania z Pustego w Próżne niezwłocznie wysyłało na ten skrawek ziemi jakiegoś Polipa oraz tekę akt urzędowych. W taki oto sposób przedstawiciele rodu Polipów zagnieździli się na całej kuli ziemskiej i można ich było znaleźć w każdej stronie świata uwidocznionej na kompasie.

Ale chociaż sam Prospero (**) nie zdołałby potęgą swych czarów przywołać wszystkich Polipów ze wszystkich lądów i mórz, słowem z każdego punktu, w którym nie było nic do roboty (prócz siania zamętu), natomiast było cokolwiek, co dałoby się schować do kieszeni, to jednak zgromadzenie bardzo wielkiej liczby Polipów stanowiło rzecz całkiem możliwą. Zadaniu temu poświęciła się pani Gowan, która w związku z tym często odwiedzała pana Meaglesa, aby wpisywać coraz to nowe osoby na listę zaproszonych gości tudzież odbywać narady z tym zacnym dżentelmenem, jeżeli nie znajdował się on akurat w pokoju z wagą i szufelką, zajęty (jak się to ostatnio zwykle zdarzało) obliczaniem i płaceniem długów swego przyszłego zięcia.

[….]

Ale wszystkie dni, które muszą kiedyś nastąpić, przychodzą w końcu i tak więc nadszedł wreszcie oznaczony dzień ślubu, a wraz z nim przybyli wszyscy Polipowie zaproszeni na wesele. Był tu więc pan Tytus Polip z Ministerstwa Przelewania z Pustego w Próżne jako też z Mews Street, Grosvenor Square, małżonka jego, pani Tytusowa Polip, z domu Szczudło-Ważnicka – dama o kosztownych upodobaniach, za sprawą której okresy między jednym a drugim dniem wypłaty tak bardzo się tej rodzinie dłużyły – oraz ich trzy wielce kosztowne córki, pełne wszelakich cnót i talentów, a mimo to nie cieszące się powodzeniem, czym przypominały strzelby podwójnie naładowane i gotowe do wystrzału, które jednak za pociśnięciem cyngla zamiast spodziewanego błysku i huku palą na panewce. Przybył też Polip Junior, również z M. P. P. P., pozostawiając własnemu losowi cła przywozowe swej ojczyzny, którymi ponoć miał się opiekować, choć, prawdę rzekłszy, cła te zapewne wcale nie ucierpiały na tym, że zaniechał na jakiś czas tej opieki. Był tu też miły młody Polip, potomek bardzo rześkiej linii tej wielkiej rodziny, również z M. P. P. P., który wesołością i uprzejmym obejściem ożywiał uroczystość i z właściwym sobie dowcipem traktował ją w podobny sposób jak oficjalne formularze i opłaty stemplowe Departamentu Kościelnego oraz zawiłe arkana sztuki niezałatwiania spraw. Ponadto z trzech innych ministerstw stawili się trzej inni młodzi Polipowie o wyglądzie tak mdłym, że miałoby się ochotę dodać im jakiejś przyprawy; obecność swą na weselu uważali oni najwidoczniej za pewnego rodzaju obowiązek, podobnie jak zwiedzenie Nilu, starego Rzymu i Jerozolimy lub wysłuchanie opery z udziałem nowej śpiewaczki.

Ale na wesele przybyła też persona większa od wszystkich wymienionych uprzednio. Był to lord Decimus Polip we własnej osobie, spowity oparami Ministerstwa Przelewania z Pustego w Próżne i przesiąknięty zapachem akt urzędowych. Tak jest, był to ten sam lord Decimus Polip, który wzniósł się na najwyższy szczebel urzędowy na skrzydłach jednego jedynego tchnącego oburzeniem zwrotu krasomówczego. Zwrot ten brzmiał jak następuje: „Dostojni lordowie, nikt mi chyba nie powie, że ministrowi naszego wolnego państwa przystoi tamować filantropię, nakładać hamulce dobroczynności, zakuwać w kajdany ducha, krępować inicjatywę, gasić zapał i ograniczać niezawisłość obywateli”. Innymi słowy wielki ten mąż stanu twierdził zawsze, iż nikt mu chyba nie powie, że pilotowi okrętu przystoi cokolwiek innego, jak opływać w dobra doczesne tkwiąc na brzegu, podczas gdy załoga pracując bez wytchnienia przy pompach może i bez niego utrzymać statek na powierzchni. Dzięki temu najwspanialszemu odkryciu z dziedziny sztuki niezałatwiania spraw lord Decimus od dawna już utrzymywał chwałę rodu Polipów na najwyższym poziomie i gdy jakiś nieopatrzny członek którejkolwiek z dwóch Izb próbował coś załatwić zgłaszając w tym celu projekt odpowiedniej ustawy, projekt taki był z góry przekreślony i pogrzebany, skoro tylko lord Decimus Polip wstawał majestatycznie i przy akompaniamencie wiwatów przedstawicieli Ministerstwa Przelewania z Pustego w Próżne stwierdzał uroczyście głosem nabrzmiałym szlachetnym oburzeniem: „Dostojni lordowie, nikt mi chyba nic powie, że ministrowi naszego wolnego państwa przystoi tamować filantropię, nakładać hamulce dobroczynności, zakuwać w kajdany ducha, krępować inicjatywę, gasić zapał i ograniczać niezawisłość obywateli”. Wynalazek tej maszyny pod nazwą „Co komu przystoi” równał się odkryciu politycznego perpetuum mobile. Maszyna ta nie zużywała się nigdy, choć znajdowała się w nieustannym ruchu we wszystkich departamentach stanu.

Wraz ze swym szlachetnym przyjacielem i krewniakiem, lordem Decimusem, przybył też William Polip, ten sam, który zawarł ową sławetną koalicję z Tudorem Szczudło-Ważnickim i który zawsze miał w pogotowiu własną specjalną receptę na niezałatwianie spraw. Niekiedy mianowicie zwracał się do marszałka Izby Gmin i w następujący sposób zmuszał go do zabrania głosu: „Przede wszystkim proszę pana marszałka, aby zechciał poinformować Izbę, czy istnieją precedensy zarządzeń, które czcigodny mówca pragnie nam narzucić“; innym razem prosił wprost czcigodnego mówcę, aby zechciał łaskawie wymienić znane mu precedensy podobnych zarządzeń; czasami powiadamiał czcigodnego mówcę, że on (William Polip) sam sprawdzi, czy istnieje podobny precedens, najczęściej zaś od razu miażdżył czcigodnego mówcę oświadczając, że tego rodzaju zarządzenie jest w ogóle bez precedensu. Zawsze jednak słowa „precedens” i „narzucanie” stanowiły dobrze dobraną parę koni bojowych, które wiernie służyły temu utalentowanemu przedstawicielowi Ministerstwa Przelewania z Pustego w Próżne. Nic to nie pomagało, że niefortunny czcigodny mówca od dwudziestu pięciu lat na próżno usiłował skłonić Williama Polipa do wydania określonych zarządzeń – Wiliam Polip niezmiennie pytał Izbę, a pośrednio całe społeczeństwo, czy ma pozwolić, aby ktoś mu coś narzucał. Nie miało to znaczenia, że nieszczęsny czcigodny mówca nie mógł przytoczyć odpowiedniego precedensu, gdyż z natury rzeczy było to fizycznym niepodobieństwem – William Polip nie zważając na to dziękował czcigodnemu mówcy za ironiczne brawko, po czym rzucał mu wyzwanie do walki oznajmiając bez ogródek, że sprawa nie ma precedensu. Mógłby ktoś zaoponować mówiąc, że mądrość Williama Polipa nie jest mądrością wysokiej próby, przy zastosowaniu bowiem jego wykrętnych reguł glob nasz nigdy nie zostałby stworzony, a przyjąwszy nawet, że stworzono by go przez omyłkę, pozostałby na zawsze jałową pustynią. Ale groźne zaklęcia – „precedens” i „narzucanie” – odbierały większości ludzi ochotę do wszelkiej dyskusji.

Był tu też inny Polip, rzutki i ruchliwy, który w krótkim czasie zmienił kolejno ze dwadzieścia stanowisk urzędowych zajmując zawsze po dwa lub trzy na raz – powszechnie szanowany wynalazca pewnej subtelnej sztuki, którą uprawiał z wielkim powodzeniem, budząc zachwyt wszystkich Polipów rządzących krajem. Ilekroć mianowicie zadano w parlamencie pytanie w jakiejkolwiek sprawie, odpowiadał pytaniem w sprawie zupełnie innej. Sztuka ta oddawała mu nieocenione usługi i zyskała mu wielkie poważanie w Ministerstwie Przelewania z Pustego w Próżne.

Była tu jeszcze garstka mniej wybitnych parlamentarnych Polipów, którzy dotychczas jeszcze nie dosłużyli się spokojnych, dochodowych posadek i odbywali nowicjat mając wykazać odpowiednie w tym kierunku zdolności. Polipowie ci przesiadywali na schodach i kryli się po korytarzach parlamentu czekając na rozkaz, aby utworzyć quorum w Izbie albo też go nie utworzyć: klaskali, rzucali okrzyki, wiwatowali i gwizdali na znak dany przez naczelników rodu; składali dęte wnioski, aby utrącić rzeczowe wnioski innych posłów; blokowali niepożądane sprawy aż do późnego wieczora i aż do ostatniego dnia sesji, a potem w patriotycznym i cnotliwym uniesieniu wołali, że jest już za późno; jeździli na prowincję, dokądkolwiek ich posłano, i przysięgali tam, że lord Decimus obudził przemysł z letargu, wyrwał handel z zastoju, podwoił zbiory zboża, udziesięciokrotnił zbiory siana i zapobiegł odpływowi złota z Banku Angielskiego. Ponadto naczelnikowie rodu roztasowywali tych Polipów niby młódki z talii kart do gry między rozmaite zebrania publiczne i uroczyste bankiety, aby tam dawali świadectwo przeróżnym zasługom swych wysoko postawionych i czcigodnych krewniaków oraz na wszelkie sposoby wychwalali znakomity ród Polipów. Podobnie też na dany rozkaz kandydowali we wszelkiego rodzaju wyborach i na każde skinienie zwierzchników bez słowa ustępowali swe mandaty wskazanym przez nich osobnikom; spełniali wszelkie drobne posługi, schlebiali, frymarczyli, pośredniczyli i przekupywali, znosili wszelkiego rodzaju upokorzenia – słowem niezmordowanie pełnili służbę publiczną. Toteż w całym Ministerstwie Przelewania z Pustego w Próżne, na każdej bez wyjątku liście stanowisk, które mogą ewentualnie wakować w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat – od lorda-skarbnika aż do konsula w Chinach i znów w górę aż do gubernatora Indii — figurowały kandydatury kilku lub nawet wszystkich tych głodnych i chwytliwych Polipów.

Na wesele przybyło oczywiście zaledwie po kilku przedstawicieli każdej odmiany Polipów, gdyż zebrało się ich ogółem nie więcej niż czterdziestu, a cóż znaczy tak znikoma liczba wobec legionu! Lecz garstka ta wystarczyła, aby zapełnić po brzegi niewielki domek w Twickenham. Jeden z Polipów (w asyście innego Polipa) udzielił młodej parze ślubu, po czym lord Decimus Tytus Polip we własnej osobie uznał, iż godzi mu się podać ramię pani Meagles i poprowadzić ją do stołu weselnego.

Atmosfera podczas uczty nie była tak przyjemna i swobodna, jakby można sobie życzyć. Pan Meagles, przytłoczony obecnością świetnego towarzystwa, czuł się nieswojo, choć w zupełności doceniał zaszczyt, który go spotyka. Pani Gowan natomiast czuła się w swoim żywiole, co bynajmniej nie wpływało na poprawę humoru gospodarza. Choć nikt nie powiedział nic wyraźnie, uczta odbywała się jednak pod znakiem fikcji, zgodnie z którą dotychczas przeszkodą do mariażu Milusi z Gowanem był nie pan Meagles, lecz wielkość i wspaniałość arystokratycznego rodu Polipów, obecnie zaś, gdy znakomita ta rodzina okazała skłonność do ustępstw, między obydwiema zainteresowanymi stronami zapanowała sielankowa zgoda. Ponadto Polipowie sądzili, że po zakończeniu dzisiejszej uroczystości, do obecności, na której raczyli się zniżyć, skończą się także ich stosunki towarzyskie z rodziną Meaglesów; państwo Meagles zaś ze swej strony żywili te same nadzieje względem rodu Polipów. Gowan w ulubionej roli człowieka rozczarowanego, który ma żal do całej swej rodziny i pozwolił matce zaprosić na wesele członków tej rodziny tylko po to, aby ich trochę rozzłościć, albo też w innym jakimś równie chwalebnym celu – z ostentacją podkreślał wobec gości swą przynależność do braci malarskiej i swe ubóstwo; mówił, że spodziewa się, iż z czasem zarobi pędzlem na kawałek chleba i sera dla żony, prosił też tych (szczęśliwszych od niego) krewnych, którzy dorobią się pieniędzy i będą mogli sobie pozwolić na kupno obrazu, aby nie zapominali o biednym malarzu.

Lord Decimus, otaczany takim podziwem na gruncie parlamentarnym, tutaj okazał się nieznośnym gadułą – życzył szczęścia młodej parze za pomocą serii komunałów, od których każdemu spośród jego szczerych zwolenników i uczniów włosy stanęłyby dęba; ponadto jak zidiociały słoń kłusował wielce zadowolony z siebie po krętych labiryntach milowych zdań biorąc je widocznie za szerokie gościńce i nie zdradzając najmniejszej ochoty, aby z nich kiedykolwiek wybrnąć. Pan Tytus Polip – który, zdawało się, przez całe życie pozował nieustannie w pełnej gali do portretu sir Tomaszowi Lawrence’owi (***) – nie mógł się pozbyć przykrej świadomości, że wśród obecnych jest ktoś, kto, gdyby to było w ogóle możliwe, chciałby zakłócić jego spokój i przeszkodzić mu w pełnieniu funkcji urzędowej; gdy tymczasem Polip Junior z oburzeniem opowiadał dwóm wyblakłym krewniakom, że, wiecie, jest tu pewien osobnik, który bez uprzedzenia, nie prosząc przedtem o posłuchanie przyszedł do nas do Ministerstwa i twierdził, uważacie, że chce się czegoś dowiedzieć; no i pomyślcie, gdyby tak wyrwał się teraz nagle (co zresztą jest bardzo możliwe, bo z takimi nieokrzesanymi radykałami nigdy nic nie wiadomo) i powiedział, że tu, w tej chwili, chce się czegoś dowiedzieć, to ładnie byśmy wyglądali, co?

Karol Dickens

Przeł. Wacława Komarnicka

Wybór i opracowanie: Tomasz Gabiś

Przypisy

(*) Spisek Prochowy — sprzysiężenie, które dążyło do zgładzenia króla Anglii oraz wszystkich członków Izby Lordów i Izby Gmin. Miał to być odwet za uchwalenie ustaw wymierzonych przeciwko katolikom. Jednego ze spiskowców, Guy Fawkesa, schwytano w chwili, gdy miał podpalić beczki z prochem podłożone pod gmach Izby Lordów. Było to 5 listopada 1605 r. W rocznicę tego dnia lud angielski obnosi po ulicach Londynu kukłę Guy Fawkesa (Przyp. tłum.).

(**) Prospero — bohater „Burzy” Szekspira, czarownik mający władzę nad żywiołami (Przyp. tłum.).

(***) Sir Thomas Lawrence – znany portrecista angielski 1769–1830 (Przyp. tłum).

Źródło: Karol Dickens Mała Dorrit, księga pierwsza: Ubóstwo, tłumaczyła Wacława Komarnicka, Czytelnik 1958, ss. 144-148, 530-531, 536-541. Powieść Little Dorrit ukazała się po raz pierwszy w latach 1855-1857.

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here