Radykalni obrońcy wolności słowa nie stają w obronie demokracji. Mogą jej nawet zagrażać.

0

W środowiskach uniwersyteckich i w ogóle w amerykańskim społeczeństwie widoczny jest kryzys dyskusji o wolności słowa. Autorzy większości komentarzy koncentrują się na dwóch pytaniach: jak reagować na wystąpienia prawicowców na kampusach, których głównym celem jest przyciągnięcie uwagi, a nie prowadzenie dialogu; jak traktować rozpieszczonych lewicowców na uczelniach, którzy nie rozumieją powagi i znaczenia amerykańskiej tradycji wolności słowa. Oba pytania prowadzą do podstawowych zagadnień dotyczących natury demokracji jako takiej.

W dyskusjach na ten temat dominują wypowiedzi, w których przyjmuje się charakterystyczne dla liberalizmu założenie, że nieskrępowana i nieograniczona wolność słowa stanowi podstawowe prawo wolnych obywateli. W bardziej fundamentalistycznej wersji – np. Johna Locke’a lub jego dwudziestowiecznego admiratora Roberta Nozicka – wolność słowa to naturalne i wrodzone prawo jednostki. Społeczeństwo wtrąca się tu, niczym niekompetentny intruz, domagając się ograniczeń tego prawa.

Jeśli się przyjmie, że absolutna, nieograniczona wolność słowa jest prawem naturalnym, to sensowne wytyczenie jej granic staje się bardzo trudne (podobna trudność występuje w wypadku innych wolności, takich jak ostatnio często dyskutowane prawo posiadania broni). Nawet uzasadnione próby ochrony dobra publicznego okazują się wówczas jawnym zamachem na wolność osobistą.

Takie trudności to konsekwencja utylitarystycznych argumentów na rzecz wolności. Jak dobrze wiemy, choć John Stuart Mill uważał, że jednostka nie ma naturalnego lub absolutnego prawa wolności, to – wobec skłonności do tyranii większości w dzisiejszym społeczeństwie – prawa trzeba traktować tak, jakby były absolutne. Według Milla jednostka ma prawo korzystać z wolności, o ile nie wyrządza szkody innym. Jest to szacowna „zasada szkody” Milla. Uważa się, że w klasycznym eseju O wolności Mill pokazał, iż absolutna wolność wypowiedzi prawie nigdy nie jest przyczyną szkody. Rzeczywistość zdaje się temu przeczyć.

Prawo amerykańskie nakłada ograniczenia na wszystkie rodzaje wolności, nawet wolność słowa. W interpretacjach sądów wolność słowa podlega ograniczeniom w bardzo licznych wypadkach. Na przykład, tak zwane ograniczenia czasu, miejsca i sposobu każą uwzględniać, czy akt ekspresji jest niebezpieczny dla otoczenia (jak w książkowym przykładzie okrzyku „pali się!” w kinie), lub choćby zakłóca spokój (gdy na osiedlowej uliczce po północy ktoś wygłasza mowę o niebezpieczeństwach państwowego socjalizmu). Jest też cała plejada ograniczeń związanych z kłamstwem i narażeniem na szwank reputacji – na przykład przepisy odnoszące się do zniesławienia.

Jak widzimy, w amerykańskim prawie zawsze istniały ograniczenia wolności słowa wynikające z nadrzędności niektórych rodzajów dobra publicznego. Z tego powodu, w ścisłym sensie nie można mówić o czymś takim jak absolutna wolność słowa. Oczywiście, nie brak osób, które głoszą poglądy bliskie takiemu skrajnemu pojmowaniu wolności słowa. Na przykład Teresa Bejan, teoretyk polityki z Oksfordu, w artykule opublikowanym niedawno w „The Atlantic” skrytykowała studenckie postulaty ograniczenia wolności słowa – w imieniu „takich fundamentalistycznych obrońców słowa jak ja” i w imię „fundamentów demokracji liberalnej”.

Nawet taki niedoskonały fundamentalizm w obronie wolności słowa może być niebezpieczny, również dla demokracji liberalnej. Jeden z najbardziej inteligentnych i złowrogich krytyków liberalizmu, nazistowski prawnik Carl Schmitt uważał, że demokracje liberalne zawsze będą podatne na kryzysy, ponieważ nie są zdolne do wypracowania solidnej obrony przed wrogami. Liberałowie – pisał Schmitt – mają błędne mniemanie, że każdy wróg demokracji to właściwie jeszcze jeden, nieco bardziej zwariowany zwolennik liberalizmu. Schmitt był przekonany, że z tego powodu demokracje liberalne będą za słabe, by obronić się w konfrontacji ze społeczeństwami autorytarnymi.

Aby zrozumieć wrzawę wokół mowy nienawiści, trzeba się zmierzyć z zagadnieniem, jak radzić sobie z tymi, którzy dążą do podkopania demokracji z wykorzystaniem swobód, które ona zapewnia. W czasach odradzającego się nacjonalizmu nie trzeba nikogo przekonywać, że zdeklarowani wrogowie wolnego społeczeństwa wykorzystują możliwość występowania na forum publicznym, by kwestionować porządek społeczny.

Na szczęście w USA jest jeszcze inny sposób pojmowania demokracji, która nie daje pierwszeństwa absolutystycznie interpretowanym prawom jednostki, lecz opiera się na dawnej tradycji samorządności wspólnoty, określanej jako obywatelski republikanizm. W Stanach Zjednoczonych najważniejszym wyrazicielem takiego rozumienia demokracji jest Alexis de Tocqueville. Również w XX wieku republikanizmu obywatelskiego bronili w oryginalny sposób filozofowie tacy jak Charles Taylor.

Republikanie obywatelscy uważają, że nieograniczona wolność osobista nie jest dobrem per se. Wolność osobista jest dobrem jedynie o tyle, o ile wspiera funkcjonowanie demokratycznej samorządności. Z punktu widzenia republikanów obywatelskich niektóre prawa są koniecznym warunkiem samorządności (np. habeas corpus), ale wolność osobistą da się realizować jedynie we wspólnocie. Toteż w republikanizmie obywatelskim jest miejsce na publiczną debatę o tym, kiedy należy chronić wolność słowa, a kiedy jakieś inne dobro publiczne powinno być postawione na pierwszym miejscu.

Dla jasności: republikanizm obywatelski nie pozbywa się trudnych problemów, ale przynajmniej umożliwia debatę o tym, kiedy jakiś rodzaj ekspresji może zagrażać kulturze życia tworzącej podstawy demokracji. Społeczeństwo zalewane rasizmem, propagandą ksenofobiczną i mową nienawiści do tego stopnia, że nie mogłoby zachować spójności, utraciłoby w krótkim czasie charakter demokratyczny. Republikanizm obywatelski wyznaje zasadę, że demokracja musi wciąż stawiać sobie trudne pytanie: Co jest obecnie potrzebne do utrzymania instytucji naszego wolnego społeczeństwa? Patrząc z tego punktu widzenia, należy stwierdzić, że społeczność uniwersytecka nie tyle kwestionuje demokrację, ile roztrząsa jeden z jej najważniejszych dylematów.

Nie chodzi tu o analizowanie, czy uczelnie i ich studenci popełniają niekiedy błędy w sprawie wolności słowa, bo z pewnością tak się zdarza. Chodzi o to, że nie powinniśmy ich wypowiedzi interpretować automatycznie jako antydemokratycznych. Przeciwnie: dotyczą one zagadnienia, jak chronić samorządność. Przestrzeń, w której prowadzi się dyskurs, musi mieć umocowanie polityczne. Środowiska uniwersyteckie, podobnie jak reszta społeczeństwa, nie mogą być zwolnione z myślenia o tym, jak chronić naszą wolność.

 

Jason Blakely jest adiunktem nauk politycznych w Pepperdine University i autorem książki Alasdair MacIntyre, Charles Taylor, and the Demise of Naturalism.

Tekst pojawił się w Washington Post, 7 grudnia 2017

Tłumaczenie: Witold Falkowski

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here