Liberum veto (felietony z lat 1881-1888)

1

Graf Spannocki aus Polen, Graf Swiderski aus Polen, Graf Zankowski aus Polen, Graf Ponierowski aus Polen, Graf und Gräfin Przepiórkiewicz aus Polen, Baron Snieżecki aus Polen, Graf Boworski aus Polen, Baron und Baronin Waranowski aus Polen, Graf Sliwicki aus Polen, Graf Kaparek aus Polen, Graf Kisiel aus Polen, Graf Laziński aus Polen… Dość, ręka mi już zemdlała, a dopiero przepisałem listy przyjezdnych w dwu hotelach wiedeńskich z „Wiener Allgemeine Zeitung”. A co, nie piękny bukiet hrabiów i baronów aus Polen? Wystawiam sobie, jak nisko przed tą dostojną świtą schyla głowy służba hotelowa i jak reszta gości czuje się zażenowaną! To nie chamy niemieckie, angielskie lub francuskie, ale Grafy i Barony, śmietanka ludzkości! Mój Boże, co za wzgarda ogarnia duszę polską przy czytaniu tych list hotelowych! Z Anglii przybywa zwyczajny, co najwyżej handlowym lub przemysłowym ozdobiony tytułem Storer lub Harrint, z Francji – Revay lub Duval, z Niemiec – Baer lub Seufert, z Włoch – Maccale lub Tagliacozzo, ale od nas tylko hrabia lub baron przybyć może, chociażby się nazywał Ciuciubabski lub Sklepikowski. I niechże teraz kto nie wierzy, że my jesteśmy narodem wybranym! Cała Europa z przyległościami nie ma tylu hrabiów i baronów, ile my ich posiadamy. Nasuwa się zapewnie czytelnikowi pytanie, dlaczego ci dostojnicy, tak rzadko rozsiani w kraju, tak licznie występują za granicą, zwłaszcza w pewnych punktach? Innymi słowy, dlaczego Łaziński, który na miejscu nazywa się tylko panem Łazińskim, śród obcych nazywa się hrabią, a odsłania swój tytuł najchętniej w Wiedniu? Zagadka do rozwiązania nietrudna. Ponieważ inne narody są w porównaniu z nami tłumem, plebsem, motłochem, więc każdy z nas, nawet nie będący u siebie arystokratą, staje się nim, jak tylko przejedzie pas graniczny. Komora udziela nam niejako na czas podróży dyplom najwyższego szlachectwa. Ciuciubabski jest sobie tylko Ciuciubabskim między równymi, ale gdy znajdzie się śród Harrintów i Seufertów jest w stosunku do nich Baronem lub Grafem. Tytuły więc te nie wyrażają – że tak powiem – godności krajowej, ale zagraniczną. Orzeł między orłami jest tylko orłem, ale między innymi ptakami królem.

Co do drugiej części pytania, mianowicie dlaczego owa arystokracja polska niejednako występuje w różnych miastach Europy, a najliczniej w Wiedniu, to działają tu nie tyle przyczyny geograficzne, ile paszportowe. W paszportach, które dotąd nie uwzględniały naszej wyższości nad resztą świata, podawane są tylko tytuły krajowe. Ponieważ Austria zadowalnia się ustną legitymacją cudzoziemców i zwykle nie żąda dowodu piśmiennego, więc przemiana gatunków aus Polen odbywać się może bez żadnej przeszkody. Poczciwy nasz Serdelkowski może zapisać się w każdym hotelu wiedeńskim jako Graf Serdelkowsky i nikt mu tego za złe nie weźmie, jeśli tylko… Tu punkt ciążenia kwestii. Austria bowiem nie gospodaruje tak głupio, jak by się na pozór zdawało, zwłaszcza w dziedzinie szlacheckich dekoracji. Jak pozwala każdemu wydawać pismo, aby tylko od każdego egzemplarza opłacił centa podatku, podobnie nie przeszkadza żadnemu cudzoziemcowi tytułować się według woli, aby tylko opłacał podatek… służbie hotelowej. Bo jużci, przyznajcie sami, za jakie licho kelnerzy mają Kiełbasińskiego nazywać Grafem Kielbasinskym darmo? Jeżeli to zrobią, powinni być odpowiednio wynagrodzeni. Mianować gości aus Polen hrabiami i baronami stało się przemysłem, równie dobrym, jak czyszczenie butów na ulicach, ale daleko zyskowniejszym. Bo gdy za parę oczyszczonych butów dostaje się 10 centów, jeden graf może przynieść kilka guldenów. Zebrawszy zaś te dochody razem, wypadnie bardzo poważna suma, jaką improwizowani arystokraci polscy płacą Austrii. Że to źródło zysku jest bardzo cennym, przekonywa fakt, iż w wielu hotelach wiedeńskich tylko na wyraźne żądanie przybywającemu aus Polen nie dodają żadnej godności. Będąc po raz pierwszy w tym mieście, nie wiedziałem, że w nim przez dwa tygodnie mieszkałem jako graf i dopiero spostrzegłem swój splendor przy wyjeździe, gdy mi służba podała zań rachunek w postaci: „Glückliche Reise wünschen wir gehorsamst, Herr Graf.” [1]

A teraz obliczmy, co my za to mamy? Szacunek europejskich… kelnerów. Co zaś do innych zysków, pozostawiam je dowolnemu rachunkowi czytelnika. Idzie tylko o odpowiedź na następujące pytania: co ta głupia zagranica myśli sobie o naszej mądrości, dumie, przekonaniach społecznych, pojmowaniu życia, demokratyzmie i innych przymiotach cywilizacyjnych? Jak ona ceni naród, którego obywatele wstydzą się swego istotnego charakteru i przebierają się w arystokratyczne tytuły? Czy ona istotnie uważa nas za lud wybrany, czy też za…? Ja tylko pytam, czytelnikowi odstąpiłem prawo odpowiedzi. Tymczasem daj rękę, panie Kiełbasiński, i ty, panie Cybulkowski, i ty, Burakiewiczu, i ty, Żurawiński, i ty, Grochowiczu, i wy wszyscy, którzy będąc w kraju zwyczajnymi kupcami, przemysłowcami, rentierami, wreszcie próżniakami, naczelnikami świeżego powietrza, cukiernianymi astronomami, jeździcie z granicę reprezentować nasz honor, rozum, godność, pracę pod postacią Grafów i Baronów – niech wam podziękuję tymczasem, dopóki nie narodzi się drugi Słowacki i nie zapłaci wam tak, jak zapłacił waszym pierwowzorom.

******

Śród większości naszych czasopism panuje głębokie przekonanie, że w nich nie powinny się odzywać głosy solowe, lecz chóry, i to chóry śpiewające unisono. Różnić się mamy tylko brzmieniem naszych gardeł; można z nich wydobywać basy, barytony, tenory, alty, soprany, ale, broń Boże, odmienne melodie. Prasa nasza rozumie jedynie harmonię, ale nie wzniosła się jeszcze do pojmowania kontrapunktu, który jej się wydaje rozdźwiękiem. Jak to można – pyta ona – ażeby Piotr śpiewał co innego, a Paweł co innego, i ażeby z tych sprzeczności splotła się całość zgodna? Ponieważ wierzę, iż to jest zupełnie możliwym, ponieważ jestem wyznawcą kontrapunktu w dziennikarstwie, więc, niezależnie od prawideł prawomyślnej harmonii, zanucę sobie czasem odrębne solo. Jednym z jej warunków jest bałwochwalstwo dla siebie i pokazywanie języka całemu ucywilizowanemu światu. Najprzyjemniej dla naszego ucha brzmi pieśń wysławiająca naszą wielkość i poniżająca małość Niemców, Anglików, Amerykanów, Francuzów, Włochów itd. Pierwsi nie mają dostatecznej wiary, drudzy uczucia, inni wyższych upodobań, inni na koniec moralności. Wcieleniem wszystkich cnót jesteśmy, według tej teorii, tylko my. Jeżeli jaki Weinstok z Düsseldorfu, wspominając o naszej Bochotnicy, pomieści ją w powiecie olkuskim, natychmiast wybuchamy gwałtownym śmiechem i drwimy z niemieckiego „nieuctwa”, ale gdy który z naszych profesorujących badaczów nie wie, co Niemcy przez ostatnie pół wieku w jego nauce zrobili, gdy który z naszych zasłużonych nie wie, że Liflandia jest tym samym, co Inflanty, to nic a nic nie szkodzi. My bowiem, jako lud wybrany, odbieramy naszą wiedzę za pośrednictwem natchnień prosto z nieba. Niebo to wyobrażamy sobie jako wielki strych, który wprawdzie wznosi się nad całym światem, ale otwór do niego przebity nad naszą jedynie ziemią i my też głównie mamy na tej górze prawo suszyć swoją bieliznę. Posiadając zaś taki przywilej, oparliśmy na nim swoją polityczną, społeczną i umysłową karierę. Nie zginiemy, bo… śpimy i śni nam się, że od nas do nieba wznosi się Jakubowa drabina, po której aniołowie zniosą nam szczęście; nie zginiemy, bo gdy zadzwonimy u bram Watykanu, zawsze wyjdzie kardynał Ledóchowski, spojrzy na nasze ręce; jeśli pełne, odbierze świętopietrze i pobłogosławi; jeśli puste, powie, że Ojciec drzemie, i zamknie drzwi przed nosem. Mamyż wiecznie wędrować po te błogosławieństwa i odpusty z napchaną kobiałką?

Liberum veto! Weto przeciwko niewolnictwu myśli, samochwalstwu, poniżaniu innych, bladze, kłamstwu, obłudzie, ultramontanizmowi i innym cnotom „podwójnej buchalterii” duchowej. Niech będzie pochwalona swoboda przekonań, sprawiedliwość, nauka, tolerancja i prawda.

Złożywszy wam, czytelnicy, ten list uwierzytelniający, obejmuję mój urząd jako Poseł Prawdy.

******

W wagonie siedziało nas czterech: oprócz mnie jadący do Podwołoczysk Anglik i dwu Niemców, z których jeden, handlarz serami, zdawał się chcieć wydoić drugiego, dostawcę mleka. Dwaj ci ludzie tak byli zajęci rozmową, a trzeci tak uparcie milczał, że bez przeszkody mogłem oddać się moim rozmyślaniom na temat możliwych zdarzeń, jeśli nie w kraju, to przynajmniej w Warszawie. Nareszcie pociąg stanął, drzwi się otworzyły, wszedł świeży towarzysz podróży i usiadł naprzeciw Anglika. Wychyliwszy się przez okno, przeczytałem półgłosem napis na dworcu kolejowym: Dziedzic.

– Nie Dziedzic, ale D z i e d i c – odezwał się nowo przybyły po polsku – lud ma słuszność: siadł na siedle siedliskiem wojewoda…

Zastanowiłem się nad tą lingwistyczną uwagą, przekonany, że w niej odnajdę jakąś myśl głęboką.

Tymczasem mój rodak mówił dalej po polsku, zwróciwszy się do Anglika:

– To rzetelna głupota żądać straży ogniowej z Bielska, kiedy się pali w Ustroniu. Powiedziała matka nasza, że za daleko. Fi!-stu!-ła!…

Pijany, pomyślałem sobie i uczułem rzeczywisty smutek. Po długiej bowiem wędrówce śród najrozmaitszych narodów trzeźwych spotkać pierwszego ziomka pijanym – widok wcale nie rozweselający. Jak na nieszczęście bezprzytomny ciągle prawił do Anglika, który go słuchał lekko uśmiechnięty.

–Ten pan jest Anglikiem, nie rozumie wcale po polsku – rzekłem chcąc przerwać tę przykrą scenę.

– A! Nie rozumie – bąknął nowo przybyły – to go będę bawił po germańsku.

I znowu zaczął pleść po polsku:

–Pan jesteś Anglik, ale musisz wiedzieć, co znaczy mości dobrodzieju, inaczej – moszterdzieju, inaczej – mcibdzieju, inaczej – mosindziu, inaczej – mdziu, inaczej – dziu, inaczej – u!u!u!

Tu zawył tak przeraźliwie, że wszyscy spojrzeli na niego zdumieni. Wolałem sam spożyć grzech swojski, niż patrzeć na urąganie cudzoziemców i dlatego spróbowałem przeciągnąć do rozmowy ze mną mojego rodaka.

– Dokąd pan jedziesz? – spytałem.

– Powiedzieć mu w te głupie oczy, że jest osieł – odrzekł wzburzony. – Bóg najwyższy, ojciec nasz, pamiętaj pan, że nasz, kazał mu nam świecić, a on odwrócił gębę do Niemców. O, ale ja mu to wszystko palnę, bez ogródek… Pru! Stój! Wysiadam – do księżyca!

Pociąg, dojechawszy w tej chwili do stacji, zatrzymał się, a konduktor otworzył drzwi wagonu.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – rzekł mój ziomek, powstawszy i zdjąwszy kapelusz – żegnam panów, proszę mi podać, ale nie lewe, tylko prawe ręce, bo kto jedzie do księżyca, musi uścisnąć prawe.

I wyszedł. Odgadłem, że to nie był pijany, ale obłąkany. Biedak ten pozostawił w duszy mojej bardzo bolesne wspomnienie. Rozmyślałem nad nim długo i zdawało mi się, żem spotykał już nieraz ten rodzaj pomieszania zmysłów. Każdy naród ma swoją własną postać obłąkania. Zastanówcie się dobrze: czy nie widzieliście u nas ludzi, którzy natrętnie czyszczą każdemu język, którzy przemawiają do cudzoziemców mową dla nich niezrozumiałą i chcą cały świat przekonać do swego mości dobrodzieju, którzy twierdzą, że Bóg dla nich jedynie stworzył ciała niebieskie i którzy kłócą się z księżycem, że do innych twarz swą zwrócił? Tak, to są punkty naszego obłędu. Gdyby zbadać nasze walki, starcia polemiczne i niezgodę stronnictw, kto wie, czy w tych sporach nie odnalazłyby się owe punkty, owi podróżni robiący wrażenie pijanych, a będący właściwie nieszczęśliwymi wariatami.

******

Kiedyś cieszyliśmy się wśród ludów Europy szeroka sympatią i rzeczywiście zasługiwaliśmy na nią. Wojenny animusz naszych przodków, dumna godność, skora gotowość do poświęceń, bezinteresowna polityka, cnoty rycerskie zjednały im daleko sięgające uznanie. Bo i gdzież był drugi Sobieski lub Zygmunt August, królowie wspaniałomyślni aż do nieroztropności? Z przymiotami nieopatrznego romantyzmu łączyliśmy wysoką stosunkowo oświatę i zupełną, często nawet rozkiełznaną swobodę. Widziano nas idących w pierwszych szeregach postępu, podziwiano naszą ogładną rycerskość i lubiono ją. Dlaczego nas dziś nie lubią – a nie tylko ci, którym przeszkadzamy, ale i ci, którym nadwiślańskie jagnię nawet wody nie zamąci?

Dawniej na to pytanie odpowiadałem przypuszczeniem następującym:

Po prostu nie rozumiemy Europy. Przechowaliśmy w życiu swoim mnóstwo form i pojęć kopalnych, zabytków archeologicznych, które z obecnym stanem cywilizacji pogodzić się nie dadzą. Nadmierna i do połowy sztuczna bigoteria, która niższe klasy zniedołężnia, ogłupia i rozleniwia; przenikające całą oświeceńszą warstwę żyłki wielkopańskie, które nie pozwalają społeczeństwu spoić się silnie i bezczeszczą pracę; lekceważenie korzyści ekonomicznych, nieufność do nauki – oto są rysy znamienne, które nas ostro odcinają od innych narodów ucywilizowanych. Przeciętny Polak wozi z sobą po świecie modlitewnik, herbarz i szkaplerz przeciwko diabłu kuszącemu go do zrywania owoców z drzewa wiadomości – jakże więc on może budzić dla siebie sympatię? Nawet wtedy, gdy w zasadzie ma słuszność, oprawia ją w tak przestarzałe ramy, że one osłabiają jej siłę. Narodowość swą wywodzi z Watykanu, prawa z kronik, a nadzieje zawiera w miejscach cudownych. Wielu form pracy się wstydzi, a chce zyskać współczucie ludów, dla których ona jest najwyższym zaszczytem. Niewątpliwie pozbywamy się, i to bardzo szybko, kastowych przesądów i nadętej pańskości, ale najświeższe nasze przemiany jeszcze nie zaznaczyły się za granicą, która z niedawnych wspomnień pamięta nas jako rozmodlonych, lekkomyślnych, z historią w ręku procesujących się o swe prawa szlachciców, podkładających pod żelazne koła konieczności żółcią napojone gąbki i przekonanych, że tym sposobem ją powstrzymają. To opóźnienie się w społecznym i umysłowym rozwoju, ten daremnie protestujący, a w tradycji zagrzęzły upór pozbawił nas nawet przyjaźni ludów najbliżej spokrewnionych. Z wyjątkiem Czechów nie możemy poszczycić się sympatią ani jednego narodu słowiańskiego. Rusini w Galicji nas nienawidzą, Serbowie zaś, Bułgarzy, Słoweńcy itd. wcale prawie nami się nie zajmują. Gdy niedawno zabrzmiało hasło jedności słowiańskiej, my wysykaliśmy je złośliwie. Bo i cóż może być wspólnego między nami, mającymi za sobą dziesięć wieków bogatej historii, a w sobie czystą krew szlachecką, z dziczą bułgarską, z pastuchami świń i owiec! Kiedyś Moltke powiedział, że Niemców nikt w Europie nie lubi, tylko wszyscy ich się boją. Jest to fakt smutny dla narodu, który o miłość innych dbać nie potrzebuje i samą grozą się utrzyma. Ale ileż razy jest on smutniejszym dla drobnego społeczeństwa, które żadnego strachu nie budzi, a bez sympatii obejść się nie może!

Tak rozumowałem dawniej. Nie zaprzeczając i dziś temu wywodowi słuszności, muszę go uzupełnić ważnym dodatkiem. Świeżo przeczytałem Nowe niedyskrecje, wspomnienia niemieckiego attaché przy ambasadzie paryskiej, dramaturga i publicysty, Wollheima da Fonseca. [2] Autor opowiada wiele ciekawych rzeczy, zdradza wiele tajemnic, ale na szczególną uwagę zasługują jego odkrycia co do sposobu wyrabiania w prasie europejskiej – sympatii. Metoda bardzo prosta. Do wakującego literata zjawia się ktoś i proponuje mu pisywanie korespondencyj, doniesień, broszur w pewnym duchu. Ów duch przy umowie określanym bywa szczerze: Możesz pan wymyślać np. na Francuzów, ile chcesz, a im więcej, tym lepiej; pożądanym jest również, ażebyś pan wykazywał z aparatem naukowym, że utrzymanie Turcji jest niezbędnym, a Włochy nie mają racji bytu; Beaconsfieldowi trzeba często żebra łamać; za to otrzymasz pan 100 marek miesięcznie stałej pensji, oprócz honorarium od dzienników, które dla umieszczania tych prac musisz sam sobie wyszukiwać. Chudy i głodny literat zwykle przyjmuje służbę, często nawet nie wiedząc u kogo, i zaczyna tworzyć opinię – sympatię dla jednych, antypatię dla drugich. Jeżeli do tych drugich należą Polacy, najęty publicysta, któremu zastrzeżono, ażeby użył „aparatu naukowego”, bierze jakiś podręcznik historii, wybiera z niego wszystkie nasze awantury sejmikowe i dowodzi niezbicie, że my to naród od dawna zgniły, a obecnie rozpadający się. Bywa też przeciwnie i wtedy nam dostaje się jakieś „posłannictwo”, np. „przedmurza”. Warto wiedzieć, jak się ta opinia rozpływa po dziennikarskich arteriach Europy. Jedne pisma wsysają ją świadomie, inne bezwiednie. Przypuśćmy, że w Magdeburgu wychodzi gazetka, która nie czuje złości do pewnego narodu lub męża stanu. Ale nadarza się jej tani i z pozoru dobrze poinformowany korespondent, bierze go i staje się przewodem jego płatnych kłamstw. Tak powstaje część „opinii europejskiej”, jej nagłych sympatii i antypatii. Na wściekłe wybuchy złości takiej ,,N[eue] Fr[eie] Presse” mam teraz gotową odpowiedź: czytałem Niedyskrecje p. Wollheima da Fonseca.

*****

I oto znowu dziedzina życia, w której okłamujemy się frazesem. Wesele Figara, koncert symfoniczny, występ słynnego skrzypka, Saureta [3] – wszystkie te uczty artystyczne, przyjęte bardzo chłodno, świadczą, że tzw. „prawdziwa sztuka” spoczywa dotąd na naszych ustach, ale nie w sercu. Zjawisko to zaś, zestawione z innymi, pokrewnymi, wysuwa na widok znaną właściwość natury naszej, lubiącej myśli i uczucia płytkie. W filozofii – religijny komunał, w historii – czcza przechwałka, w socjologii – przesąd, w sztuce – wesołe połechtania, czy z takim nastrojem i gustem można dźwignąć tę dolę, którą dźwigać musimy? Wsłuchawszy się pilnie w tony umysłowości naszej, dostrzeżemy w niej uderzający brak poważnych. Dziwnie podoba nam się lekka operetka życia; zamykamy oczy przed jego dramatem, wzdrygamy się przed jego tragedią. Jeżeli wszystkie bóle i straty nie nauczyły nas powagi, to co nam ją da? Co nas odzwyczai od ślizgania się po wierzchu wiedzy i sztuki, od rozcinania najżywotniejszych zagadnień społecznych i naukowych tępym ogólnikiem lub błyskotliwym dowcipem? Bodaj ta Francja, która przez tyle wieków była naszą guwernantką i modniarką, zbankrutowała na wszystkich swoich articles de Paris za to, że w nas zaszczepiła swoją blagę, swawolę, trzpiotowatość, płytkość, nie obdarowawszy jednocześnie swoim rozumem i talentem! Obdarci, w dziurawych butach, pogwizdując i trzaskając konceptem, smutnie wyglądają „Francuzi Północy”. Wesoła muza z rozprutą na boku spódnicą, dwuznacznik kapiący tłuszczem bezwstydu, gryząca żółć lub ostre szyderstwo – to jeszcze zdolni jesteśmy odczuć i zachwytem uczcić. Ale poza tą sferą drażniących wrażeń objawiamy przerażającą, martwą obojętność. Gdyby dziś Euklides ogłosił nam zasady geometrii, Bacon – nową metodę, Kopernik – nowy system, Mozart – Don Juana, pobieglibyśmy na kiermasz, na Gasparone’a [4], na bal panieński, na widowisko magiczne.

Nie miejcie do mnie żalu ci wszyscy, których bym istotnie skrzywdził, gdybym z tego skarżenia nie wyłączył. W szarzyźnie większości odbijają się koła ludzi myślących i czujących, którzy w mrozach i wichrach, w walkach i cierpieniach dojrzeli, stwardnieli, spoważnieli. Ta nasza arystokracja duchowa stanowi cenny zaczyn przyszłości – w nią każdy obserwator patrzy, gdy nie wątpi, gdy opędza się rojowi złych wróżb. Czemuż wszakże i ta arystokracja tak wolno się rozmnaża! Ale ja wierzę w jej płodność, w jej liczne potomstwo, które będzie rzeczywiście i szczerze kochało prawdziwa naukę i sztukę. Żeby tylko tym pokoleniom przyświecało jasne słońce losu.

*****

Zaznaczyłem poprzedniego tygodnia, że w stolicy austriackiej tańczono na złość kanclerzowi niemieckiemu. Ani przypuszczałem, że ta intencja tak świadomie wyrażona była… nogami. „Neue Freie Presse”, która dotąd obierała polską duszę jak cebulę z wszelkich skór, nagle znalazła w niej twarde, zdrowe jądro – na balu. „Kto wyobraża sobie Polaka – mówi ta przyjaciółka pełnych kieszeni – w postawie tradycyjnie melancholicznej [!] i nacechowanej rzewnością, ten wczoraj wieczorem przekonał się, że bywa inaczej, lepiej. Panowała bowiem na balu polskim taka swobodna i szczera wesołość wśród gospodarzy i gości, jak gdyby umyślnie wybrano obecną chwilę, aby imponującą ucztą, którą przenikał duch wesela, przed całą Europą złożyć dowód, że pomimo potężnych, olbrzymich przeszkód i strapień, siła pierwiastku narodowego polskiego tak jest wielka, iż nie tylko na arenie politycznej może odnosić tryumfy [!], ale i w pogodnej atmosferze sali balowej… Dzięki okolicznościom wczorajszy bal polski stał się po części festynem politycznym, w powietrzu bowiem, w nastroju drgała pewna demonstracja. Widać to było i z bogatych kostiumów staropolskich, i ze zwycięskich oczu pięknych Polek, które jak gdyby dały sobie wczoraj słowo, ażeby dla miłości drugiej ojczyzny wyglądać jeszcze piękniej.” Złożywszy nam taki zaszczytny hołd, dziennik tłumaczy, że skoro przy kieliszku można krzewić idee narodowe, czemuż by nie można „polityki tańczyć”?

Ha! Kto wie! Francja, Austria, Dania próbowały z ks. Bismarckiem walczyć bronią – i przegrały; Anglia, Hiszpania i inne państwa uciekały się do sztuk dyplomatycznych – i także przegrały. Może tedy taniec okaże się orężem skuteczniejszym. Potrzeba tylko jednej rzeczy: ażeby i kanclerz niemiecki zechciał tańczyć. Bo że w walcu, a nade wszystko w mazurze pokonalibyśmy go, o tym ani na chwilę nie wątpię. Zresztą jako coup de grâce posłużyłyby nam „zwycięskie oczy pięknych Polek, które dla miłości ojczyzny” postarałyby się wyglądać jeszcze piękniej. Jestem dziś przekonany, że wszystkie wielkie teorie i przewroty polityczno-społeczne nie wywarły na życie nasze takiego wpływu, jak… Gasparone. Tam śpiewem walca, my tańczeniem uśmierzamy wszystkie smutki, a nawet robimy „demonstracje” przeciw najpotężniejszemu prześladowcy. Prawdopodobnie już zejdę z tego świata naiwny jak dziecko, które nie może pojąć ani „wypraw polskich do Afryki”, ani tańczenia polityki na złość Bismarckowi, ani „szczerej i swobodnej wesołości”, ani wielu innych objawów naszej choreograficznej „miłości ojczyzny”. Jeśli wszakże ja czegoś nie rozumiem, to nie znaczy wcale, ażeby coś było złym. Ale jeżeli jakiś środek okazuje się praktycznym w jednej potrzebie, czemuż go nie użyć w drugiej, podobnej? Więc może by np. nasi ziemianie zaczęli tańczyć dla pokonania konkurencji amerykańskiej? Po co szukać dogodnych rynków zbytu i tanich sposobów produkcji? Stanąć do mazura w kilka tysięcy par – i pary zboża podskoczą na 15 rs. Cóż to lepszego ekonomia społeczna od polityki, żeby się nie dała tańczyć? […]

*****

Gdyby ludzie stojący na rogatkach i komorach piśmiennictwa lub przy jego probierzach zdawali sobie tylko jasno sprawę z tego, co mówią, gdyby uroczyście nie powtarzali frazesów łupinowych, w których jądro logiki wypróchniało, gdyby swoje słowa sprawdzali elementarną krytyką, nie doznawalibyśmy tylu „boleści”, nie mielibyśmy powodów do tylu „oburzeń” i – śmiechu. Na nieszczęście jednak wiatr nie tylko w kominach dziwne melodie wygrywa, zabiega on i do głów ludzkich. A co tam wyprawia! Ma być założone u nas Towarzystwo Łowieckie. Ani słowa, potrzebne – dlatego ażeby wytępić kłusownictwo tępiące zwierzynę o każdej porze i wszelkimi sposobami, ażeby chłopi nie chwytali małych zajączków, nie zabijali kotnych samic, nie wybierali z gniazd jaj, nie wyłapywali kuropatw sidłami na śniegach itd. Przeszłoroczna zima, która sama i do współki z chłopem wydusiła prawie doszczętnie kury polne, gdzie nie rozciągnięto nad nimi opieki, o pożyteczności takiego stowarzyszenia dostatecznie przekonała. Lud nasz jest dotąd największym szkodnikiem, jakiego natura urodziła, gorszym od lisa, wilka, kuny, niedźwiedzia, bo niszczy zarówno rośliny, jak zwierzęta. Umie on obłamać gałąź przydrożnej wiśni dla zerwania kilku jagód i osłonięcia konia przed muchami; łupi i zjada wszystko, co żywe: wrony, słowiki, wiewiórki, zięby, dudki, wilgi; nie rozumie wcale, ażeby tę grabież kiedykolwiek przerwać należało. Ograniczenie go w tej grabieży byłoby istotnie bardzo pożądanym, ale do dobrej woli już wmieszał się bezmyślny frazes. Licho sprawiło, że ktoś kiedyś myślistwo będące pozostałością barbarzyńską nazwał „szlachetną rozrywką”. Od tego czasu święcie wierzymy w tę „szlachetność”, a świeżo złożyliśmy nowy dowód naszej nieświadomej gadaniny. W projekcie ustawy Towarzystwa Łowieckiego zastrzeżono, że jego członkowie muszą należeć do członków Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Uprzytomnijmy sobie tę szczególną logikę: ponieważ jestem przyjacielem zwierząt, więc je zabijam i nie pozwalam dusić zająca we wnykach, natomiast wspaniałomyślnie odstrzeliwam mu nieraz nogę lub kawał skóry i zranionego skazuję na długie męczarnie, dopóki nie wyliże się lub zdechnie. Tą samą „szlachetną rozrywką” uszczęśliwiam kuropatwy, cietrzewie, sarny, dziki, lisy itd. jako ich troskliwy „opiekun”. Cała ta dobroczynność przypomina mocno nowoczesną politykę, w której zapewne dyplomaci zostaną wkrótce członkami ligi pokoju. I kogo my okłamujemy? Zwierzęta? Nie, bo one wiedzą, czego mają się spodziewać od naszych wyżłów, chartów, jamników i dubeltówek. Okłamujemy tylko siebie. Czy więc nie prościej i nie uczciwiej byłoby powiedzieć: zakładamy Towarzystwo Łowieckie dla dogodzenia swojej dzikiej rozrywce i dla umiarkowania jej, ażeby zwierzyniec krajowy nie wyginął i dawał nam ciągle łupy. Oto jest szczere i jasne postawienie kwestii. O miłości ku zającom i kuropatwom nie ma tu co bajać, bo gdyby one głosowały, niezawodnie wolałyby, ażeby je chłopi łapali w sidła, niż myśliwi podstrzeliwali. Nie wzruszyłoby to wcale samicy, że kłusownik zabija ją w kwietniu, kiedy brzemienna, a my we wrześniu mordujemy matkę z dorosłym dzieckiem. Zwierzęta są za… mądre, ażeby pojąć i ocenić tę „szlachetność”, i jeleń myśliwego do swych „przyjaciół” nie zaliczy. Polujmy przeto oszczędnie, we właściwej porze, zapobiegajmy tępieniu zwierzyny ze względu na naszą własną korzyść, ale nie przebierajmy się w kurtki z barwą miłosierdzia i nie wiążmy Towarzystwa Łowieckiego z towarzystwem dobroczynności dla zwierząt. Bo śmiesznie, zbyt politycznie wyglądać będziemy jako „przyjaciele” zająców i kuropatw, strzelający do nich.

*****

 

Gdyby społeczność naszą potrzeba było określić jednym wyrazem, powiedzielibyśmy, że jest to biedactwo – biedactwo dumne a ubogie, przypominające sobie ciągle obowiązek zastosowania się do warunków rzeczywistych, a uciekające myślą do urojonych, czasem tak pyszne, że Paryżowi urąga Pińczowem, a czasem tak pokorne, że pada bałwochwalczo na twarz przed francuskim krawatem, gotowe oddać ostatnią kroplę krwi za swój język, a upośledzające go wszędzie dla obcej mowy – słowem, jest to biedactwo niedojrzałe, w sprzecznościach zawikłane, rwące się ku przyszłości w niemocy, do górnych lotów z obciętymi skrzydłami.

*****

Pod wieloma względami jesteśmy podobni do kobiet, ale już chyba niczym ich nie przypominamy bardziej jak nadzwyczajną dbałością o to, co o nas mówią obcy. Nie ma dnia, ażeby prawie wszystkie dzienniki nie przystrajały swego narodu piórkami, które gdzieś tam jakiś ptak zagraniczny w przelocie nam rzucił, albo nie oburzały się na złośliwe jego gwizdnięcie. W poważnych gazetach można czytać artykuły naczelne poświęcone bzdurnemu frazesowi prasy niemieckiej lub francuskiej. Wszystko tu ma wagę – jak dla kokietki. Mr. Bull, przejeżdżając przez Warszawę, skosztował polskich flaków i pochwalił lub zganił je. Nazajutrz mamy rozprawy o stosunku Anglii do polskich flaków. „Academy” bąknęło, że Zamoyscy posiadają bogatą bibliotekę, a drukarnia „Kuriera” maszynę parową, natychmiast oznajmiamy tę radosną nowinę narodowi. Gdy doniesiono, że znakomity krytyk wiedeński, Ranzoni [5], jedzie na wystawę sztuki do Krakowa, przewidywałem nieskończoną ranzoniadę. Nie omyliłem się, a dziś, po tygodniowej ulewie powtórzonych zdań sprawozdawcy wiedeńskiego, nie wiem, co znośniejsze: czy nieustanny plusk deszczu jesiennego na dworze, czy takiż sam plusk ranzonizmów w prasie. Od tygodnia przeszło niepodobna otworzyć dziennika, ażeby oczy nie padły na mordujący tytuł: Ranzoni o sztuce polskiej. I gdyby przynajmniej ten najsławniejszy dziś między nami filozof powiedział coś bardzo mądrego! Bynajmniej. Jedyną uwagą ogólniejszą, na której uwagę zatrzymać warto, jest ta, że my w malarstwie pozostajemy ciągle Polakami, że nasza „odrębność staje się często fanatyzmem narodowym”, że „gorąca miłość ojczyzny paraliżuje swobodę w pojmowaniu przedmiotów ogólnego znaczenia”. Co w tym twierdzeniu jest nowego i głębokiego? Czyśmy go sami sobie nie wypowiadali? A nadto czy Ranzoni nie powinien był spostrzeżenia dopełnić uznaniem konieczności owego „fanatyzmu”? Konieczność ta wprowadziłaby go na pole daleko szerszych rozmyślań niż artystyczne komentarze do obrazów, a przede wszystkim wskazałaby mu przyczynę zjawiska nie w charakterze narodu, ale w warunkach jego życia. Z natury Polak jest kosmopolitą, wyjąwszy chłopa. Inne warstwy społeczne: arystokracja, mieszczaństwo, kler itd., wiążą swoje interesy i dążenia z interesami i dążeniami żywiołów pokrewnych za granicą. Które społeczeństwo (stosunkowo) tak chętnie naśladuje przykłady obce, ucieka z kraju, używa cudzoziemskich języków, jak nasze? Jeżeli więc gdziekolwiek odznacza jaskrawo swą narodowość, to tylko ulega moralnemu naciskowi z zewnątrz. Proszę np. być kosmopolitą wobec takiego Bismarcka! Zdaje się, że gdyby baran polski znał jego rozporządzenia, błagałby, aby go nie sprzedano do Niemiec i zarżnięto w kraju.

„Uważają siebie za ognisko świata” – mówi Ranzoni. O, ironio! My siebie uważamy za ognisko świata! Roiło się tam coś podobnego po głowach naszych w epoce pielgrzymstwa i mesjanizmów, ale te mary pierzchły daleko. Dziś wyglądamy raczej jak gromada ryb z wody na brzeg wyrzuconych, które trzepoczą się, podskakują, chwytają powietrze, a przyrodnik Ranzoni, patrząc na nie, wnioskuje, że chcą – fruwać.

*****

Biedna komisja kolonizacyjna znowu ledwie się opędza patriotom poznańskim, podsuwającym jej do kupna swoje majątki. Ofiarowano jej dwieście folwarków, a ona może nabyć zaledwie trzydzieści. Do stu siedemdziesięciu serc ściekać muszą gorzkie krople żalu, dopóki nie przyjdzie kolej na strapionych. Wyobrażam sobie, jaki okrzyk zgrozy wydarł się z tych bolejących piersi, gdy po śmierci Wilhelma I usłyszeli koło siebie szept nadziei, że Fryderyk III zahamuje tę żniwiarkę polsko-szlacheckiej niwy, pod której sierpami oni tak paść pragną! Bo przecie owa komisja to arka Noego, która ma ich uratować z potopu i osadzić na górze… Karola [6]. Ale Polak zawsze po szkodzie jest mądrym – tego mu zaprzeczyć trudno. Gdy „przedstawiciele narodu” tak liczną gromadą podążyli na jarmark germanizacyjny i zaczęli wyprzedawać ziemię ojczystą, w głowach socjologów naszych błyszczała myśl, że może chłop, warujący od wieków jak pies na swym zagonie i warczący przeciw każdemu, kto go chce zeń spędzić, ma jakąś wartość polityczną. Na niebie poznańskim pozapalały się mdłe gwiazdki demokratyzmu, które jedynie oświecają drogę zbłąkanym w ciemnościach szlacheckich. Tak, po szkodzie jesteśmy mądrzy.

Gdy ziemia polska, tonąc w morzu niemieckim, staje się coraz bardziej archipelagiem wysp, gdy przemysł nasz tworzy na tym morzu drobne kępy, zasuwamy w organach opinii regestr wzdętej pychy i otwieramy inny, brzmiący skromnym rozsądkiem. Zewsząd i na wyścigi biegną głosy, że czas już skończyć z bezmyślnym arystokratyzmem i tłoczeniem się do urzędnictwa, że trzeba przygotowywać się do zawodów produkcyjnych, dających krajowi bogactwo, społeczeństwu – siłę, opinii – niezależność. Myśl tę znakomicie rozwinął w swej broszurze Szczepanowski. [7] Jak wyrzut sumienia, jak przestroga, jak jęk duszy zaniepokojonej wyrywa się ona z prasy naszej ustawicznie. Wypowiada ją również znany etnolog, Z. Gloger, w „Tygodniku Ilustrowanym”. Przypomina on naprzód szkodę, a potem wyprowadza z niej mądrość. Ziemia wysuwa się z rąk swojskich, bo na niej gospodarzą „obywatele do wszystkiego”, ale nie ukształceni rolnicy. Minął bezpowrotnie błogosławiony czas, kiedy z cienką powłoczką ogłady umysłowej i towarzyskiej można było szparko przesunąć się po życiu. Dziś ludzie platerowani są bezużyteczni. Jeden z wychodźców do Ameryki skarży się wymownie w listach do rodziny na tę naszą pedagogiczną galwanoplastykę. Jego wychowanie kosztowało 15 tysięcy rubli i przyjechawszy do Ameryki, przekonał się, że nie umie niczego, co by mu chleb dawało. Znał język francuski, muzykę, taniec, historię literatury, ale nie na f[tyle, ażeby mógł lekcyj udzielać. Papuzim chórem powtarzamy plotkę, że Niemcy, przybywszy do nas z wózkiem w psa zaprzężonym lub z węzełkiem na plecach, w krótkim czasie wyzyskiem i przebiegłością zdobywają majątki. Tymczasem oni je zdobywają pracą, dobrym rządem i wytrwałością. A jak mała kolonia tych bakterii germańskich szybko się rozradza, opowiedział przed paru laty pewien znawca w „Ekonomiście”: „Cudzoziemiec, zwabiony korzystnymi dla przemysłu u nas warunkami, zakłada, dajmy na to, kortownię. Brak technicznie wykształconych ludzi powoduje go do sprowadzenia pracowników z zagranicy. Uzdolnieni, pracowici i zapobiegliwi ci robotnicy i majstrowie zdołają sobie z czasem zaoszczędzić jaki taki grosz, po czym opuściwszy służbę, zakładają na własną rękę małą fabryczkę, złożoną częstokroć z dwu do pięciu warsztatów tkackich. Fabryczka taka niebawem wyrasta na fabrykę. Tu znowu właściciel potrzebuje pomocników. Znajomi jego, również cudzoziemcy, chętnie mu oddają do nauki synów, którzy po kilku latach zostają majstrami, a spędziwszy kilka lat w obowiązku, zakładają z kolei fabryki na własną rękę. I tak toczy się to koło, ciągnione bezustannie siłą obcych żywiołów dlatego jedynie, że my, z niepojętych powodów, i to pomimo ciągłego utyskiwania na biedę, brak zajęcia itd., nie możemy się zdecydować na posyłanie synów na naukę do fabryk.” Ale za to, gdy sposobem wyżej opisanym wzrośnie Łódź, Białystok, Zgierz, Opatówek, gdy nagle staną przed nami na naszym gruncie piramidy przemysłu niemieckiego, umiemy zarzucać ślinę aż na ich wierzchołki. Przyjęlibyśmy wszystkie, gdyby nam je kto gotowe darował, ale skoro potrzeba budować od podstawy, kłaść kamień na kamieniu, to zostawiamy „kartoflarzom”, którzy potem stąpają między nami jak wilki śród przerażonych myszy polnych. Rzecz dziwna, już jesteśmy dość zmaterializowani w celach, umiemy nieraz chodzić po krętych ścieżkach wysypanych złotym piaskiem, jednym okiem patrzymy na tablice Mojżesza, a drugim na Aaronowego cielca, a pomimo to w snach naszych częściej się przesuwa posada urzędnika z kilkuset rublami pensji niż niezależne stanowisko przemysłowca z sutym zarobkiem. Z młodości mojej, która przecie nie tak daleko za mną została, przypominam sobie obrzydzenie inteligencji małego miasteczka do kilku zamożnych garbarzów. Żadnego z tych społecznych paskudników nie zaprosiłby do swego domu podsędek, pisarz sądowy, rejent, burmistrz, kasjer, żadnemu nie oddaliby oni za żonę swej córki – taką była duma tych wydrwionych przez Szczepanowskiego, szczęśliwych spożywców 300–400 rubli rocznie. Ojcowie synów, nie wiedzący, co z nimi począć, usłuchajcie Glogera: „Symboliczne znaczenie dawnego oręża spłynęło dziś na pług, łokieć i pióro autorskie. Dla szlachcica wstydzić się dziś szermierki na tym polu byłoby równie niezaszczytnym, jak dla rycerza uchodzić z pola bitwy… Jeśli masz, ziemianinie, kilku synów, spełnisz swój obowiązek względem kraju zaszczytnie, gdy każdemu z nich dasz inne wykształcenie fachowe, gdy w pojęcia tych odrośli twoich wszczepisz zamiłowanie pracy, oszczędności i wytrwałości.” Ale dlaczego upominać tą radą tylko ziemianina?

Aleksander Świętochowski (1849-1913) – pisarz, publicysta.

Źródło: Aleksander Świętochowski, Liberum veto, t.1, wyboru dokonał i wstępem opatrzył Samuel Sandler, komentarze opracowała Maria Brykalska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976. Tom zawiera felietony drukowane na łamach „Prawdy” w latach 1881-1888.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Przypisy

[1] Szczęśliwej podróży życzymy najuprzejmiej, panie hrabio.

[2] Anton Eduard Wollheim da Fonseca, Neue Indiscretionen, Erinnerungen aus geheimen Diplomatie der letzten dreissig Jahren, t. 1–2, Berlin 1884.

[3] Émile Sauret (1852—1920) koncertował w Warszawie w styczniu 1886 r. O braku zainteresowania publiczności, która natomiast tłumnie odwiedzała operetkę, pisano: „Warszawa złożyła wczoraj jeden więcej dowód swojej muzykalności. Sauret grał powtórnie w pustej sali. Było coś w tych pustkach upokarzającego. […] Sauret grał tak, jak gdyby sala była przepełniona, jak gdyby tłumy go słuchały” (Z teatru i muzyki, Wiadomości bieżące, „Kurier Warszawski” 1886, nr 12a).

[4] Operetkę Karola Millöckera (1842–1899) Gasparone (1884) z librettem K. Walzela i R. Genéego grał zespół Teksla w teatrzyku „Belle Vue”, latem 1885 r.

[5] Emerich Ranzoni (1823–1898), pisarz i krytyk austriacki, współpracownik „Neue Freie Presse”, przyjechał do Krakowa z okazji wystawy sztuki polskiej, otwartej w październiku tego roku [1887].

[6] Aluzja do przemówienia Bismarcka w sejmie pruskim, wygłoszonego 28 stycznia 1886 w związku z wnioskiem o uchwalenie funduszu na wykup ziemi polskiej zaborze pruskim: „…część tych panów byłaby może bardzo zadowolona, gdyby za otrzymane pieniądze zakupić mogła majątki ziemskie w Galicji lub po drugiej stronie rosyjskiej granicy, gdzie czują się bardziej między sobą; wielu z nich będzie wolało z uzyskanym w ten sposób majątkiem udać się na zachód, do Paryża lub Monako” (J. Feldman, Bismarck a Polska, wyd. II, Warszawa 1947, s. 347).

[7] Stanisław Szczepanowski (1846–1900), Nędza Galicji w cyfrach i program energicznego rozwoju gospodarstwa krajowego, Lwów 1888, ss. XXI, 218.

 

Komentarze

Komentarze

1 KOMENTARZ

  1. Jestem zdziwiony, że taki akurat tekst zamieszczony został tutaj, bo przecież biją z niego frazesy typowe dla 19-wiecznego scjentyzmu i nominalnego racjonalizmu. Polak wywodzi narodowość z Watykanu, a (lepszy) Anglik i Francuz z kolei popełniali zbrodnie na kolonizowanych ludach, co długofalowo przyprawiło ich o wielkie poczucie winy, nie mówiąc o Niemcach. Kto wyszedł na tym wszystkim lepiej? Trudno powiedzieć, ale nie powiedziałbym, że Polacy są na straconej pozycji. Polacy przechowali pojęcia anachroniczne? A jakie są lepsze? Jakiś Kant? Jakiś John Stuart Mill? Jakiś Nietzsche? Jakiś Marks? Niemcy poszukiwali „nowoczesnych” pojęć i słabo się to udało. Głupi tekst mało przenikliwego autora

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here