Stanowczy protest ministra Gabriela i kanclerz Merkel przeciwko próbom zdejmowania z Niemców „winy (odpowiedzialności) za Holocaust”

0

Do gorącej medialno-politycznej debaty, jaka toczy się wokół – sprzecznej z fundamentalną zasadą wolności słowa – nowelizacji ustawy o IPN włączyli się minister spraw zagranicznych Niemiec Sigmar Gabriel oraz kanclerz Angela Merkel. Gabriel w oświadczeniu dla prasy stanowczo opowiedział się za pełną odpowiedzialnością Niemców za zbrodnie narodowego socjalizmu. Były to – podkreślił minister – zbrodnie popełnione przez Niemców i przez Niemcy. To Niemcy, i nikt inny, zamordowali miliony Żydów i fakt ten nie może podlegać żadnej relatywizacji. Minister oświadczył, że każdy rodzaj fałszowania historii jak np. używanie pojęcia „polskie obozy koncentracyjne” będzie przez Niemców jednoznacznie odrzucone i ostro potępione. Po Gabrielu z odpowiednimi zapewnieniami pospieszyła Angela Merkel: „Jako niemiecka kanclerz chciałabym całkowicie jasno powiedzieć: to my jesteśmy jako Niemcy odpowiedzialni za rzeczy, które zdarzyły się podczas Holocaustu, Szoa, narodowego socjalizmu. Były obozy koncentracyjne, za które Niemcy są odpowiedzialne i ta odpowiedzialność trwa nadal. (…) I tylko na tej podstawie możemy kształtować dobrą i wspólną przyszłość z Polską, ale także w całej Europie i na świecie”. Deklaracje czołowych niemieckich polityków zostały odebrane z zadowoleniem przez tych polskich polityków i dziennikarzy, którzy alarmowali, że Niemcy chcą zrzucić z siebie odpowiedzialność za „Holocaust” i dlatego popularyzują określenie „polskie obozy śmierci” a swoich ze swoich przodków robią beznarodowych „nazistów”.

Oświadczenie Gabriela i Merkel nie odbiegają w niczym od wypowiedzi i przemówień wygłaszanych przez niemieckich polityków wszystkich szczebli przy różnych okazjach, a szczególnie 27 stycznia, czyli w dniu uznanym ustawowo za dzień pamięci o ofiarach, przede wszystkim żydowskich, narodowego socjalizmu. A także od niezliczonych wypowiedzi historyków, pedagogów, dziennikarzy, duchownych, muzealników, socjologów, psychologów, politologów – całej ogromnej rzeszy pracowników tzw. przemysłu rozliczania się z przeszłością. Po 1989 roku pojawiły się nawet propozycje, aby przyznanie się do odpowiedzialności za „Holocaust” zawrzeć w traktacie zjednoczeniowym, a nawet w konstytucji. Do tego ostatecznie nie doszło, ale w zamian za to w centrum Berlina postawiono pomnik mający rządzącym i wszystkim innym Niemcom przypominać o dawnych zbrodniach i ich ofiarach.

Znany polityk niemiecki Josef „Joschka” Fischer stwierdził swego czasu, że rację stanu Niemieckiej Republiki Federalnej musi określać odpowiedzialność za Auschwitz. Innym razem oświadczył: „Wszystkie demokracje mają swoją podstawę, swoje ugruntowanie. Dla Francji to jest rok 1789. Dla USA – Deklaracja Niepodległości. Dla Hiszpanii – hiszpańska wojna domowa. Dla Niemiec jest to Auschwitz. To może być tylko Auschwitz. Pamiętanie o Auschwitz, «nigdy-więcej-Auschwitz», może być w moich oczach jedynym fundamentem nowej Republiki Berlińskiej”. W różnych wariantach powtarzano w Niemczech tezę, że „Auschwitz” jest „centralnym mitem założycielskim naszej republiki” (drugim takim mitem jest uznanie – ustalonej w procesie norymberskim – wyłącznej winy Niemiec za wywołanie II wojny światowej [1]). „Wina (odpowiedzialność) za Holocaust” awansowała do rangi oficjalnej doktryny państwowej RFN-u. Kto tę winę (odpowiedzialność) – obojętnie w jaki sposób, z jakich pozycji, w jakich intencjach i w jakim zakresie – z Niemców zdejmuje, ten (zacytujmy niemieckich polityków i dziennikarzy) „wstrząsa filarami, na których spoczywa tożsamość społeczeństwa niemieckiego”, „niszczy fundamenty, na których zbudowana została Republika Federalna Niemiec”, „kwestionuje prawowitość Republiki Federalnej”, „wyważa z zawiasów naszą państwowość”, „rozkrusza moralny fundament niemieckiej republiki”. Pewna organizacja społeczna wykluczając jednego ze swoich członków uzasadniła to tak: „Holocaust i przyznanie się doń jest normatywną podwaliną naszej konstytucji. Prawowitość konstytucji odnosi się do uznania zbrodni narodowosocjalistycznych, których ofiarą poprzez techniczne zniszczenie padli masowo Żydzi. Kto tego nie akceptuje, ten kwestionuje zarazem normatywny konsensus, na którym opiera się nasza konstytucja”. Zatem ten, kto odmawia wzięcia na siebie „winy (odpowiedzialności) za Holocaust”, ten odrzuca wolnościowo-demokratyczny ład tak jak ów ład określa konstytucja – czyli jest „wrogiem konstytucji”, podważającym legitymizację obecnej niemieckiej klasy panującej.

Należy zawsze pamiętać o tym, że Republika Federalna Niemiec była metamorfozą alianckich stref okupacyjnych, a ludzie, którzy po 1945 roku objęli tam władzę, zostali wyselekcjonowani przez zwycięzców według odpowiednich kryteriów polityczno-ideologicznych. Nowa niemiecka elita powstawała pod ścisłą, wojskową, polityczną i ideologiczną, kuratelą zwycięzców, przede wszystkim Amerykanów.  Wszystkie najważniejsze gazety niemieckie powstały dzięki koncesjom udzielanym przez zwycięzców po spełnieniu przez wydawców i redaktorów odpowiednich kryteriów. Cały system polityczno-medialny Niemiec był tworem zwycięzców i ich generalne wytyczne w zakresie polityki historycznej ustalone w Norymberdze obowiązują do dziś. Elita RFN musiała przejąć perspektywę zwycięzców w postrzeganiu i ocenie przeszłości.

Politolog Josef Schüsslburner uważa, że w Niemczech nawet rządząca koalicja jest w istocie opozycją wobec, nadal pozostającego u władzy, rządu kanclerza Hitlera, mającego status „demona”. Dlatego system polityczny Niemiec to w istocie rzeczy „demonokracja”. Konserwatywny publicysta Johannes Pauli napisał, że „obecny system polityczny w Niemczech jest przykuty do narodowego socjalizmu, stanowi komplementarne uzupełnienie tamtych 12 lat, nie jest więc oddzielony od Trzeciej Rzeszy, ale wręcz stanowi z nią jedność”. Należy to rozumieć w ten sposób, że RFN czerpie swoją legitymizację ze stałego przezwyciężania i rozliczania okresu 1933-45. Dlatego też „każda zmiana ustalonego historycznie obrazu okresu Trzeciej Rzeszy uważana jest za atak na, zakrzepłą jako jej zwierciadlane odbicie, ideę naszego współczesnego państwa” i „godzi w prawowitość panującego w RFN porządku” (Klaus Kunze). Tym samym, w prawowitość tę godzi mówienie o „polskich obozach zagłady” – stąd stanowcze reakcje Gabriela i Merkel.

Przyjęcie na siebie „winy (odpowiedzialności) za Holocaust” ma więc, po pierwsze, zewnętrzne źródła polityczne – po klęsce 1945 roku zwyciężonym narzucono pewne ogólne, paradygmaty myślenia o przeszłości, w ramach których wolno im się poruszać się, jeśli nie chcą, aby zwycięzcy potraktowali ich jako buntowników podważających układ sił powstały po II wojnie światowej. Po drugie, ma też źródła wewnętrzne: „wina (odpowiedzialność) za Holocaust” jest instrumentem rządzenia, narzędziem władzy ideologicznej, kulturalnej i psychopolitycznej, metodą marginalizowania prawicowej opozycji, poprzez kojarzenie wszystkiego co prawicowe z „prawicowym” narodowym socjalizmem i jego zbrodniczymi postępkami (tzw. maczuga oświęcimska – Auschwiztkeule). Wreszcie po trzecie, poczucie „winy (odpowiedzialności) za Holocaust” zostało zinternalizowane przez wielu Niemców, przede wszystkim tych należących do elity, którzy przeszli pomyślnie proces „reedukacji”, i stało się – zwłaszcza po 1968 roku – konstytutywnym elementem niemieckiej tożsamości narodowej i historycznej samoświadomości.

Wspomniany wielki pomnik w Berlinie ku czci Żydów pomordowanych przez narodowych socjalistów oznacza – według najwybitniejszej niemieckiej badaczki „Pamięci” Aleidy Assmann – „uznanie monstrualnej niemieckiej winy” [2], jak również „uczynienie zobowiązania do pamiętania o Holocauście niemożliwym do usunięcia elementem autodefinicji Niemców”. Socjolog Ulrich Beck mówił o „Auschwitz jako niemieckiej tożsamości”. Znany dziennikarz Gunter Hofmann poszukując „zasadniczego narodowego tworzywa” stwierdził, że to co łączy Niemców to w pierwszej kolejności poczucie odpowiedzialności za własną historię, zwłaszcza za tą dziejącą się w latach 1933-1945.

27 stycznia 2015 roku w mowie wygłoszonej w Bundestagu z okazji Dnia Pamięci Ofiar Narodowego Socjalizmu prezydent Joachim Gauck powiedział, że: „pamięć o ofiarach narodowego socjalizmu stała się nienaruszalnym elementem naszej samoświadomości”; „Republika Federalna Niemiec uczyniła konfrontowanie się ze zbrodniami z przeszłości rdzeniem swojej narracji historycznej”; „Nie ma niemieckiej tożsamości bez Auschwitz”; „Wspominanie Holocaustu pozostaje sprawą wszystkich obywateli, którzy żyją w Niemczech. Należy on do historii naszego kraju”; „Jak długo będę żył, będę cierpiał z tego powodu, że naród niemiecki z jego godną szacunku kulturą zdolny był do najstraszliwszej zbrodni przeciwko ludzkości; „To straszliwe załamanie kultury jest wplecione w teksturę naszej narodowej tożsamości”.

W cytowanym wyżej oświadczeniu Sigmara Gabriela [3] czytamy: „Świadomość tej historycznej winy [za masowy mord popełniony na Żydach] jest częścią współczesnej niemieckiej tożsamości w naszym demokratycznym państwie i zasadniczym konsensusem wszystkich demokratycznych sił w naszym kraju”. Swojemu zwierzchnikowi zawtórował ambasador RFN w Polsce Rolf Nikel, zapewniając solennie, że „przyjęcie odpowiedzialności za Holocaust jest częścią naszej współczesnej niemieckiej tożsamości” („Rzeczpospolita z 12 lutego 2018 r.) Gdyby ktoś nieopatrznie zdjął z ministra i ambasadora „winę (odpowiedzialność) za Holocaust”, to utraciliby oni bardzo istotny, może najistotniejszy, składnik swojej narodowej tożsamości; być może nawet przestaliby być Niemcami. Mówiąc inaczej: Niemiec ma prawo wyrzec się wszystkich składników swojej tożsamości narodowej oprócz „winy (odpowiedzialności) za Holocaust”.

Wzięcie na siebie „winy (odpowiedzialności) za Holocaust” nie jest więc skutkiem wyłącznie zewnętrznego nacisku politycznego oraz interesu politycznego niemieckiej klasy rządzącej, zostało ono rzeczywiście uwewnętrznione, co można interpretować jako formę masochizmu. Masochizm ten w swej głębszej warstwie jest przejawem „dumy z grzechu” (Hermann Lübbe), pragnienia bycia „Atlasem dźwigającym grzechy świata” (Gottfried Dietze), manifestacją „mesjanizmu winy” (Günter Maschke), czyli „negatywnego wybraństwa”, które choć negatywne, pozostaje jednak „wybraństwem”. Znany niemiecki konserwatysta Armin Mohler zauważył, że to „negatywne wybraństwo” stanowi zwierciadlane odbicie politycznego mesjanizmu Trzeciej Rzeszy. Polityczno-moralno-medialna elita niemiecka zdaje się mówić: „My Niemcy jesteśmy winni”, potem „Tylko my Niemcy jesteśmy winni”, potem „Tylko my Niemcy jesteśmy wszystkiemu winni” a w końcu „Nikt na świecie nie jest tak winny jak my”. Jak określił to prawnik Josef Isensee: „Przynajmniej w swoich zbrodniach chcą Niemcy pozostać niezrównani. Mania wielkości ze znakiem ujemnym”.

Niemiec odgrywa dramatyczną, pełną patosu rolę największego w dziejach świata grzesznika, tego, kto bierze na siebie całą winę „zbawiając” w ten sposób świat. Religia „Holocaustu” [4], w której „Holocaust” nie jest wydarzeniem historycznym, lecz meta-historycznym, posiadającym metafizyczno-teologiczny wymiar, absolutnie wyjątkowym i z niczym nieporównywalnym, daje wielu Niemcom wielu  poczucie, że nie są zwykłym narodem, dokonali bowiem jedynego w swojej absolutnej wyjątkowości czynu, dlatego i wina niemiecka jest absolutna, z niczym nieporównywalna, całkowicie wyjątkowa, którą, z natury rzeczy, nie można się  podzielić z innymi (dodajmy, że obciążenie dodatkowo kogoś innego współodpowiedzialnością za „Holocaust” w żaden sposób nie zmniejsza winy Niemców – zasób metafizycznej winy jest bowiem „niewyczerpalny”). Masochistyczna akceptacja stanu „teologicznego poniżenia”, przyjęcie na siebie roli „największego zbrodniarza wszechczasów”, który mordując członków „narodu wybranego” dokonał „zamachu na Boga” (Bogobójstwa) i „aktu Przeciwodkupienia”, polega na totalnym samopotępieniu będącym jednocześnie aktem swoistego moralnego wyniesienia ponad inne narody – „teologiczne poniżenie” zostaje przekształcone w negatywne „teologiczne wywyższenie”, co można interpretować jako przejaw najbardziej skrajnego germanocentryzmu.

Istnieje też hipoteza, że „wina (odpowiedzialność) za Holocaust” zaspokaja podświadome pragnienie wielu Niemców, aby jakoś wyjaśnić totalną klęskę i katastrofę Niemiec w 1945 roku. Niemieckiej duszy, zawsze głęboko religijnej, nie wystarcza racjonalne wyjaśnienie, że klęska spowodowana była po prostu przewagą wrogów. Religia „Holocaustu” zaspokaja głód metafizycznego wyjaśnienia klęski: „my Niemcy nie zabijaliśmy zwyczajnych ludzi, ale naród wybrany, dotknęliśmy źrenicy Boga, dlatego spadła na nas kara Boża. Musimy bezustannie kajać się i błagać o przebaczenie, aby odzyskać łaskę Boga lub jako skruszeni grzesznicy cieszyć się na przebaczenie”. Dlatego Niemiec czepia się pomordowanych Żydów jak zbawienia duszy, gdyż bez tego „metafizycznego wyjaśnienia” niemiecka totalna (kartagińska) katastrofa – ponad 9 milionów ofiar wojny, rozbiór kraju, zniszczenia miast etc. – nie miała żadnego głębszego sensu i trudniej dawała się znieść.

Pisarz Maxim Biller w artykule „Święty Holocaust” napisał, że Niemcy modlą się do swojego boga „Holocaustu”. „Holocaust” stał się, według niego, matką wreszcie odnalezionej niemieckiej tożsamości narodowej. Ten niesłychany czyn – a także wojna światowa jakiej jeszcze nie było – ofiarowuje podzielonemu od stuleci geograficznie, duchowo i mentalnie, zawsze niegotowemu narodowi niemieckiemu wielki narodowy topos, kluczowe pojęcie, które łączy wszystkich, lewicę i prawicę, Bawarczyków i Fryzów, romantyków i oświeceniowców z takim impetem i siłą jak nic wcześniej. Dlatego tylu Niemców tak kocha „Holocaust”, dlatego stale, z płonącymi oczyma typowymi dla członków sekty, celebrują oni kolejną rocznicę Nocy Kryształowej [5].

Publicysta Sven K.Knebel przypomniał , że „Auschwitz”, albo, jak przyjęło się w Niemczech mówić od czasu holywoodzkiego serialu, „Holocaust” jest, jak wiadomo, dla żydowskiej tożsamości pośród diaspory i w Izraelu surogatem Objawienia na górze Synaj. [6] Na zasadzie dokładnej symetrii również Niemcy żywią się „Auschwitzem”. Można postawić tezę, że ta „obywatelska religia” nie jest niczym innym jak recydywą reformacji przyswojonej pod narodowym znakiem. Jest (po latach 1817-1933/34) drugim wydaniem „protestanckiego posłannictwa Niemiec”. W 1817 roku, w trzechsetną rocznicę Reformacji, wyruszano z Wartburgu pod czarno-czerwono-złotymi barwami i z antyżydowskimi tyradami. W narodowym socjalizmie nastąpiła kulminacja zmajstrowanej w narodowo-liberalnym wieku XIX. fantasmagorycznej wizji germańskiego chrześcijaństwa, kontra Żydzi i jezuici. Hitler jako Luter redivivus. Ta pierwsza próba przyswojenia reformacji zakończyła się w 1945 roku. Nie mogła ona zresztą w podzielonych konfesyjnie Niemczech stać się obowiązującą wszystkich religią obywatelską. W zmienionych ramach wyznaniowych Republiki Bońskiej mit reformacji zdawał się odejść do lamusa narodowych symboli. Jednak rzeczy potoczyły się inaczej. Nastąpiło drugie podejście, w którym pamiętanie i przyzywanie „Holocaustu” stało się – jak chce Biller – matką wreszcie odnalezionej świadomości narodowej Niemców. Ustanowiono tabu nie podlegające historycznej relatywizacji i zagłada Żydów stała się podstawą niemieckiej tożsamości (jest to tzw. „negatywna symbioza żydowsko-niemiecka”). Niemcy, którzy nie „wypierają” „Holocaustu”, lecz przyjmują na siebie „niemiecką pierworodną winę”, opowiadają się tym samym za „oświeconym społeczeństwem obywatelskim” i „oświeconą demokracją”.

Jeśli, jak sądzi Biller, Niemcy ciągle na nowo, w ekshibicjonistyczny sposób, upajają się tym, co dla każdego innego narodu byłoby tak wstydliwe, że chciałby o tym jak najszybciej zapomnieć, to jest to dokładny opis protestanckiego podejścia do grzechu pierworodnego. Obstając zazdrośnie przy stałym uobecnianiu swojej hańby, Niemcy manifestują kolektywną chrześcijańską egzystencję. Pośród wszystkich narodów są jedynym, który konstytuuje swój byt nie na sposób „pogański” tzn. poprzez narodowe akty polityczne, rewolucje etc., ale poprzez Akcję „Znak Pokuty”, poprzez przyjętą na siebie winę. Tutaj nie ma miejsca na „łaskę późnych narodzin”. Szczery protestant takiej „łaski” wcale nie łaknie. Protestancka motywacja całego „przemysłu rozrachunku z przeszłością” jest, mimo iż konieczne byłyby pewne zastrzeżenia, oczywista. Także niemieccy katolicy ją zaakceptowali.

Na inny aspekt sprawy zwrócił uwagę filozof społeczny Peter Furth w książce Troja nie przestaje płonąć (Troja hört nicht auf zu brennen, Berlin 2006): aby zneutralizować nihilistyczny impet hedonistycznego „społeczeństwa fajnej zabawy”, dąży się do stworzenia autorytarno-ascetycznej „wspólnoty winy”, propaguje zrytualizowane powtarzanie zbiorowej hańby. Zdaniem Furtha niszczenie po 1968 roku cnót obywatelskich i etycznych samoograniczeń, zużycie socjalnych i moralnych zasobów, którymi rządzący pasożytniczo się karmią, przyniosło zniszczenie poczucia obywatelskości i wprowadziło powszechny relatywizm etyczny. A przecież jakoś trzeba zorganizować struktury ładu politycznego i władzy, a do tego potrzeba nowego „sacrum”. Dlatego, uważa Furth, wstawia się niemiecką „zbrodnię nad zbrodniami” w symboliczne centrum społeczeństwa jako świętość, wyrastającą ponad wszystkie „kryzysy sensu i ruiny sensu w XX wieku”, ponad „nihilizm postmoderny”. Wina za „największą zbrodnię w dziejach ludzkości” stanowi ostatnią szansę zsekularyzowanej demokracji na to, aby znaleźć dla siebie „transcendentalne odniesienie”; jest ona quasi-religijnym, obłożonym tabu sakralnym jądrem tożsamości narodu i fundamentem, opartej na negatywnej tożsamości narodowej, „nowej religii obywatelskiej”. Jednak w dłuższej perspektywie ta „nowa religia obywatelska” skazana jest, zdaniem Furtha, na fiasko, właśnie ze względu na swój „negatywny” charakter.

Jak w świetle powyższych ustaleń interpretować można wzniesienie w Berlinie gigantycznego pomnika ku czci Żydów, którzy zginęli z rąk narodowych socjalistów? Pomnik ów, umiejscowiony w sercu dawnej stolicy Rzeszy Niemieckiej, w dzisiejszej stolicy Republiki Federalnej Niemiec, niedaleko Bramy Brandenburskiej, wkomponowany w historyczną przestrzeń instytucji parlamentu i rządu, ambasad, instytucji kulturalnych i biznesowych, zajął centralne miejsce w sferze państwowo-publicznej reprezentacji, stając się najwyższym ucieleśnieniem niemieckiej polityki historycznej, polityki pamięci i rozrachunku z przeszłością, widomym znakiem uwieczniającym niemiecką hańbę i winę, świadectwem, że pamięć o „sakralnej zbrodni” i jej  ofiarach stale i niezmiennie zajmują centralne miejsce w publicznym dyskursie Niemiec. Byłby też wyrazem moralnej, ba, metafizycznej przewagi potomków ofiar nad potomkami sprawców, a także potwierdzeniem politycznego tryumfu zwycięzców II wojny światowej.

Z jednej strony pomnik ma wskazywać na Niemców jako „wiecznych sprawców”, jako „Niemców-wiecznych nazistów” [7], dlatego ulokowano go w bezpośrednim sąsiedztwie narodowego symbolu Niemców – Bramy Brandenburskiej, która stała się przez to bramą cmentarną prowadzącą na cmentarz, gdzie pochowany został dawny naród niemiecki (ten sprzed 1945 roku) – nastąpiło przemieszczenie znaków: obok pomnika dawnego narodowego posłannictwa i tryumfu, które doprowadziło do Auschwitz, stanął pomnik (mający w sobie coś z monumentalizmu i gigantomanii III Rzeszy) będący wyrazem nowego niemieckiego „mesjanizmu” – „nowe poczucie narodowe nie wyklucza Holocaustu, lecz dumne z jego rzekomo tak katartycznego, wychowawczego oddziaływania, mistyfikuje go w mit założycielski, w założycielską ofiarę nowego niemieckiego posłannictwa” (Hanno Loevy). Niemiecka polityczno-medialno-kulturalna klasa rządząca wzniosła zatem pomnik samej sobie, czyniąc go butną manifestacją jej „tryumfalizmu winy i widomym, gigantycznym symbolem „nowego niemieckiego posłannictwa”, które, jak wolno przewidywać, zakończy się dokładnie tak samo jak poprzednie.

Tomasz Gabiś

Przypisy

[1] W 1960 roku na łamach tygodnika „Die Zeit“ jeden z założycieli niemieckiej powojennej politologii i rektor uniwersytetu w Tybindze prof. Teodor Eschenburg oznajmił kategorycznie (kierując się ustaleniami sędziów w Norymberdze): „W pytaniu o winę za wywołanie drugiej wojny światowej, na które naukowo można bardzo szybko i jednoznacznie odpowiedzieć, nie chodzi o specjalistyczną kwestię z dziedziny historiografii. Uznanie niepodlegającej dyskusji i wyłącznej winy Hitlera jest fundamentem polityki Republiki Federalnej”.

[2] W kontekście niemieckim pełne potwierdzenie znajduje pogląd Jamesa Burnhama: „Potrzeba odczuwania winy jest u liberała niezaspokajalna. Według swojego własnego sądu zasługuje on na to, aby być kopanym, bitym i opluwanym za swoje nieskończone grzechy i zbrodnie” (Begeht der Westen Selbstmord? Düsseldorf 1965, str.222 – oryginalne wydanie amerykańskie ukazało się jako Suicide of the West, New York 1964).

[3] Warto nadmienić, że ojciec Gabriela Walter Gabriel do śmierci należał do sympatyków niemieckiej prawicy „patriotyczno-niepodległościowej” i miał zupełnie odmienny niż syn ogląd na historię Niemiec. Ostatnie kilka lat życia spędził w domu starców. Zmarł w 2012 roku w wieku 91 lat.

[4] Zob. na ten temat Tomasz Gabiś Religia „Holocaustu” (część I), „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 29 (1996), tenże, Religia „Holocaustu” (część II), „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 30 (1997).

[5] To tego typu zachowania i gesty, obecne także w innych krajach, miał zapewne na myśli żydowski pisarz Rafael Seligmann, kiedy pisał o „ekshibicjonistycznym show odgrywanym przez żądnych pokuty przyjaciół Żydów”. Peter Furth podkreśla oczywisty fakt, że autentyzm indywidualnej pamięci o dawnych przewinach można jedynie fingować, co prowadzi do panowania obłudy, do udawania, że się naprawdę przeżywa dawne cierpienia i zbrodnie. Jeśli więc mówi się niekiedy złośliwie o „orgazmie winy”, to w wielu przypadkach jest to symulowany orgazm.

[6] Zob. na ten temat Gabiś, op.cit.

[7] Dlatego też przedstawiciele antysystemowej, „patriotyczno-niepodległościowej” opozycji jak Björn Höcke z Alternatywy dla Niemiec domagają się usunięcia pomnika ofiar „Holocaustu” z centrum Berlina i zerwania z dotychczasową polityka historyczną. Rosnąca popularność Alternatywy dla Niemiec świadczy o tym, że coraz więcej Niemców ma dość wpajania im „winy (odpowiedzialności) za Holocaust” i pragnie inaczej, niż życzyłaby sobie elita, definiować swoją tożsamość.

Poprzedni artykułPatrzeć na Rosję taką, jaką jest
Następny artykułNadzieja w Europie Wschodniej. Czy stary zimnowojenny podział uratuje kontynent?
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/