O satanistach, dyskursie postkolonialnym, heterotopii Olgi Tokarczuk, polityce pamięci Sławomira Cenckiewicza oraz innych sprawach i osobach

1

W królestwie zwierząt zasada jest jedna: zjadasz albo jesteś jedzony, w królestwie ludzi inna: definiujesz albo jesteś definiowany. (Thomas Szasz)

***

Doszły mnie słuchy, że rosną szeregi zwolenników teorii płaskiej Ziemi. Gorąco kibicuję temu ruchowi, ludzie wreszcie zaczynają wierzyć w to, co widzą na własne oczy, a nie w to, co im na temat otaczającego świata wkładają do głowy rzecznicy rządów i telewizyjni dziennikarze. Osobiście zawsze podejrzewałem, że Ziemia jest płaska, więc bardzo mnie cieszy, że inni ludzie przejrzeli na oczy odrzucając obrazy podsuwane im przez menedżerów percepcji. Wyznawcy teorii płaskiej Ziemi, a właściwie nie teorii, lecz empirii („Jaka jest Ziemia, każdy widzi”) łączcie się! Walka przeciwko tym, którzy zaprzeczają na-ocz-nym oczy-wistościom trwa!

***

Powinno się wybaczać swoim wrogom, jednak nie wcześniej nim zostaną powieszeni. (Heinrich Heine)

***

Główny cel praktycznej polityki to utrzymywanie ludności w strachu (aby móc hałaśliwie zapewniać jej bezpieczeństwo) strasząc ją niezliczonymi potworami, które wszystkie są wymyślone. (H. L. Mencken)

***

Moje życie nie polega na tym, żeby być wrogiem czegoś. Moje życie polega na tym, by być przyjacielem czegoś innego. Moja miłość jest większa niż moja odraza. (Joachim Fernau)

Żyjcie tak, jakby wasza osobista prawość mogła powstrzymać chaos. (Joachim Fernau)

Nawet w tak spodlałym świecie jak nasz można prowadzić życie warte życia. Wystarczy, że człowiek myśli, że się nie sprzedaje, upiera się przy swojej godności i nie podaje nawet najmniejszego palca człowiekowi niegodnemu – także temu spośród ofiar. (Joachim Fernau)

***

Stary kanclerz Bismarck miał stwierdzić, iż gdyby wiedział, że świat niedługo się skończy, to by się przeniósł do Meklemburgii, bo tam wszystko dzieje się ze stuletnim opóźnieniem.

***

Przedstawiciele naszej lewicy co pewien czas podnoszą sprawę dawnego ucisku pańszczyźnianego podkreślając, że „nie mówi się jak straszne rzeczy robiono naszym przodkom” powołują się m.in. na historyka Daniela Beauvois, który „spojrzał na polski folwark oczami kogoś z zewnątrz i doznał szoku. Szlachta była grupą społeczną żyjącą z brutalnego wyzysku niewolników”. To, co opisuje Beauvois, „przypomina brutalne sceny z południowych stanów USA, które Polacy kojarzą z popularnych seriali o niewolnictwie typu «Korzenie». Skala przemocy i okrucieństwa, której w ogóle nie dopuszczamy do świadomości”. Cytowany wyżej Andrzej Leder powołuje się na to, iż „w dyskursie postkolonialnym współczesnego Zachodu mówi się, że jeśli jesteś potomkiem plantatorów z południa USA, to musisz wziąć na siebie ciężar przeszłości. I tutaj jest podobnie”.

Nie wiadomo, z jakiego systemu aksjologicznego Andrzej Leder zaczerpnął moralny nakaz „brania na siebie ciężaru przeszłości” przez tych, którzy w żadnych niegodnych czynach udziału nie mają. Ponadto, „dyskurs postkolonialny” wcale nie obciąża konkretnych, genealogicznie możliwych do „wytropienia”, potomków plantatorów. Sytuacja w Stanach wyglądała tak, że na Południu w okolicach roku 1860 indywidualni, prawni właściciele niewolników stanowili nieco ponad 5% białej populacji, zaś jeśli wliczyć wszystkich członków ich rodzin to ok. 25%. Kiedy liczby te odnieść do całej ówczesnej białej ludności w USA, to indywidualnych właścicieli niewolników było ok. 1,6%, a wraz z rodzinami ok. 8%. Dzisiaj – tak zadecydował Pan Dyskurs Postkolonialny – cała populacja Białych jako grupa rasowa ma wziąć na siebie „ciężar przeszłości”. To oni jako całość mają „brać na siebie ciężar przeszłości”, co konkretnym jednostkom i grupom pilnującym, aby żaden Biały się od tego nie wykręcił, służy jako instrument realizacji ich materialnych, politycznych, ideologicznych, moralnych i symbolicznych interesów. O tym, czy ktoś zostanie zakwalifikowany do „wzięcia na siebie ciężaru przeszłości”, decyduje kryterium rasowe, ponieważ obecni Biali są ze względu na kolor skóry podobni do właścicieli niewolników, a obecni Czarni wyglądają identycznie jak czarni niewolnicy.  Podobnie jest w przypadku zarówno mieszkańców dawnych krajów kolonialnych, których potomkowie są identyfikowani na podstawie koloru skóry, jak i potomków białych kolonizatorów – za „kolonializm i wyzysk” odpowiedzialni są wszyscy żyjący dziś biali Francuzi czy Brytyjczycy. Przy takich założeniach dyskurs postkolonialny jest funkcjonalny jako narzędzie moralnego szantażu i zdobywania moralnej przewagi przekuwanej potem no konkretne korzyści. W Polsce natomiast jest on całkowicie nieprzydatny, skoro do czasu zniesienia pańszczyzny ludność wiejska stanowiła prawie 80% ogółu mieszkańców kraju, a szlacheckich „plantatorów” było najwyżej 10%.

Gdyby w USA w 1860 roku Biali stanowili 10% całej populacji a czarni niewolnicy – 80% to cały dyskurs postkolonialny byłby absurdalny i politycznie do niczego by się nie nadawał. W ogóle nie mógłby się pojawić. Leder i jego koledzy chcą naśladować swoich ideowych pobratymców w USA i Europie Zachodniej, aby tak jak oni móc produkować a potem stać na straży dyskursu postkolonialnego, i zaspokajać dzięki temu swoje interesy ideologiczne i materialne. Niestety, ponieważ my w Polsce wszyscy jesteśmy potomkami niewolników, a nie szlacheckich plantatorów, ten prosty i skuteczny manewr nie może się udać. Po prostu nie istnieje zbiorowy adresat apeli o „wzięcie na siebie ciężaru przeszłości” i „zadośćuczynienie” za dawne krzywdy. „Musisz wziąć na siebie ciężar przeszłości” – w Polsce to wezwanie skierowane jest w próżnię.

Nie oznacza to, że nadwiślański „dyskurs postkolonialny” nie ma żadnego ideologiczno-politycznego sensu. Otóż ma, ponieważ jego polemiczne ostrze wymierzone jest w obóz prawicy idealizujący I RP – odpowiednik „głębokiego Południa”, i promujący „szlacheckie” wartości, czyli wartości wyznawane przez szlacheckich „właścicieli niewolników”. Jakiś pożytek może więc lewica z tego wyciągnąć, ale raczej niewielki.

***

Setki tysięcy Białych z Północy (pod koniec wojny armia Unii liczyła ponad milion ludzi) walczyło o zniesienie niewolnictwa i wyzwolenie Czarnych. Zginęło ich w walce i zmarło z innych przyczyn ponad 350 000, a ponad 275 000 zostało rannych. Czarni niewolnicy nie wyzwolili się sami, to Biali ich wyzwolili, płacąc za to ogromną daninę krwi. Jednak ich potomkowie są – ze względu na swoją rasę – zaliczani w dyskursie postkolonialnym do „potomków właścicieli niewolników”. Jednocześnie potomkowie czarnych właścicieli niewolników, bo i tacy byli, są – ze względu na swoją rasę – zaliczani przez dyskurs postkolonialny do potomków niewolników.

***

Jakimi metodami dokonuje się psychologiczno-moralnej obróbki Europejczyków, aby bez protestu poddali się hegemonii dyskursu postkolonialnego, dowiedzieć się możemy z relacji Witolda Mrozka o wydarzeniach scenicznych dziejących się w monachijskim teatrze Kammerspiele. („Gazeta Wyborcza”, 14. II. 2018).

„Pochodzący z Wybrzeża Kości Słoniowej perfomer Gotta Depri mówi o porażce dekolonizacji i uzależnieniu Afryki od europejskich wzorców i rynku”. Jednym słowem Europejczycy ponoszą winę za kolonializm, za nieudaną dekolonizację a także za obecny stan Afryki. Wieczna, nieusuwalna wina Europejczyków.

„Z kolei tancerz Gadoukou la Star [Wybrzeże Kości Słoniowej] opowiada, jak stał się ofiarą rasizmu francuskiej policji”. Dziadkowie tancerza jak i jego rodzice z pewnością byli ofiarami rasizmu Francuzów, teraz on sam cierpi z rąk francuskich rasistów. Wieczny rasizm, wieczne ofiary.

Gadoukou la Star razem z aktorem Hauke Heumannem „zalecają widzom metodę anonimowych alkoholików – codzienne uświadomienie sobie własnego statusu, czyli tego, że jako Europejczycy są odpowiedzialni za kolonializm. I cała sala Niemców powtarza za artystami raz i drugi: «Jestem i zawsze będę ludobójczym potworem»”. Wieczne europejskie „ludobójcze potwory” – „oto kim jesteście i za co musicie nam zadośćuczynić, o formach tego zadośćuczynienie my zadecydujemy”, mówią producenci postkolonialnego dyskursu. A co pozostaje konsumentom: chyba tylko „lubieżny masochizm” i „orgazm winy”.

***

„Kto pośród was jest bez grzechu, niechaj pierwszy rzuci kamieniem!” – to byłby koniec prawa i sprawiedliwości. (Johannes Gross)

***

Na portalu „Krytyki Politycznej” Tomasz „Tomek” Steifer, absolwent filozofii i członek partii Razem zajął się satanistami. Przypomniał sprawę z 2012 roku, kiedy dwóch narzeczonych, Charlie Craig i David Mullins, próbowało zamówić weselny tort w jednej z cukierni w Denver. Właściciel cukierni Jack Phillips odmówił przyjęcia zamówienia powołując się na swoistą cukierniczą klauzulę sumienia – wykonanie tortu dla gejowskiej pary byłoby sprzeczne z jego poglądami. Dotarło to chyba do Sądu Najwyższego; na jego wyrok nie chciał czekać Lucien Greaves, który wpadł na prosty pomysł. Założył on mianowicie satanistyczną wspólnotę z siedzibą w Salem w stanie Massachusetts. Rozumował tak: „Nie chcą zrobić tortu dla narzeczonych-gejów? Dobra, ale każemy im zrobić tort ku czci samego księcia Ciemności, Lucyfera. W końcu to nasza religia. Pierwsza poprawka, pamiętacie?” Czy Greaves to dawny polski szlachcic a cukiernik Phillips chłop pańszczyźniany, któremu ten pierwszy rozkazuje oraz rozporządza jego osobą i pracą? A jak cukiernik pańszczyźniany nie posłucha swojego pana, to co wtedy? Jeśli odmówi, dostanie grzywnę, jeśli odmówi zapłacenia grzywny, wlepią mu jeszcze większą grzywnę, jeśli odmówi jej zapłacenia, wsadzą go do więzienia. Kiedy będzie próbował stamtąd uciec, strażnik więzienny go zastrzeli. Czyli za odmowę zrobienia tortu w imię wierności poglądom: kara śmierci! Czy tego chciałby członek partii Razem?

Graeves mówi: „słuchajcie, to się po prostu nie trzyma kupy. Albo pozwólmy dyskryminować w równym stopniu i lesbijki, i ewangelickich fundamentalistów, albo zabrońmy obu form dyskryminacji”. Dlaczegóż to mielibyśmy zabraniać „obu form dyskryminacji”? Swoboda dyskryminowania jest wszak jednym z, coraz mocniej naruszanych, filarów wolnego społeczeństwa? Czy nie czas, by ponownie rzucić, nabierające dziś niepokojącej aktualności, hasło „zabrania się zabraniać”? Dlatego wzywam Tomasza „Tomka” Steifera, żeby stanął z nami, manarchistami ramię w ramię w walce o wolność! Bądźmy konsekwentni, ale nie w zabranianiu, ale w rozszerzaniu zakresu wolności. Oto chrześcijański fundamentalista przychodzi do cukierni, której właścicielką jest lesbijka-satanistka, i zamawia tort. Właścicielka uprzejmie odmawia. I odwrotna sytuacja: lesbijka-satanistka zamawia tort u cukiernika chrześcijańskiego fundamentalisty, on uprzejmie odmawia. Ani chrześcijański fundamentalista, ani lesbijka-satanistka nie muszą się przed nikim tłumaczyć ze swojego postępowania, nie muszą powoływać się pierwszą poprawkę, na śmieszną „cukierniczą klauzulę sumienia”, na sprzeczność z ich poglądami, na wolność wyrażania poglądów (religijnych), po prostu odmawiają, a ich prawo do odmowy wynika stąd, że cukiernie należą do nich i że nie muszą pracować dla kogoś, dla kogo – obojętnie z jakich powodów– pracować nie chcą.

***

Ponieważ w naszych czasach ześwieczczona figurą Szatana jest Adolf Hitler, to prawdziwymi satanistami są owi młodzi ludzie spod Wodzisławia. Z tym zastrzeżeniem, że – jak wiele nurtów satanistycznych – dokonują oni pozytywnej reinterpretacji Lucyfera z Braunau.

***

W poprzednich Zapiskach pisałem, że zastrzelony w zamachu minister spraw zagranicznych Niemiec Walter Rathenau wierzył w istnienie Rady Trzystu kierującej sprawami Europy – według brytyjskiego publicysty śledczego Johna Colemana Rathenau się nie mylił, a dowodem na to jest fakt, że to właśnie Komitet Trzystu zlecił agentom Secret Intelligence Service jego zabójstwo (Boże święty! Czyżby Ernst von Salomon został zwerbowany przez Angoli?). Coleman utrzymuje, że nad Radą Trzystu jest Rada Trzydziestu Trzech, nad nią Rada Trzynastu, najwyżej zaś zasiada Trybunał Trzech, który ma bezpośredni kontakt z Lucyferem. Czyżby więc sataniści naprawdę rządzili światem? Tę dramatyczną i wielce żywotną kwestię może chyba rozstrzygnąć najlepszy w Polsce znawca teorii spiskowych Marcin Napiórkowski (zob. http://mitologiawspolczesna.pl/teorie-spiskowe).

***

Przypominam dewizę manarchistów: „Miej serce i dla satanisty!”

***

Po zapoznaniu się ze staroświeckim satanizmem Tomasza „Tomka” Steifera, który przy bliższym oglądzie ujawnił ukryty pod powierzchnią „dyskursu” potencjał zamordyzmu, postanowiłem poszukać na lewicy jakiegoś bardziej wolnościowego projektu społecznego.  Sięgnąłem więc po Moment niedźwiedzia (Krytyka Polityczna, Warszawa 2012) Olgi Tokarczuk. Niektóre kawałki całkiem sympatyczne i inteligentne, inne raczej średnie. Najbardziej zaciekawił mnie swego rodzaju manifest „Jak wymyślić heterotopię – gra towarzyska”, a w nim pomysł jak ułożyć najlepiej współżycie różnych grup zwanych przez Tokarczuk „społecznościami” opartymi na wspólnych ideałach, ideach, pasjach, przekonaniach, na podobnym myśleniu. Społeczności pielęgnują swoje wizje życia, jedne na przykład realizują ideały chrześcijańskie, inne są wspólnotami, które postanowiły żyć na wzór średniowiecznych beginek. Może na przykład istnieć miasto, gdzie mieszkają ludzie, którzy mają świetny słuch muzyczny i tamtejsze życie kręci się głownie wokół muzyki.

Wielka to radość, w czasach coraz większego zamordyzmu usłyszeć tak czysty głos w obronie wolnego społeczeństwa! Niestety, nasza radość trwała tylko krótką chwilę, ponieważ zaraz obok czytamy: „Społeczności tworzą koordynującą je unię, która będąc systemem nadrzędnym egzekwuje wspomnianą już podstawową konstytucyjną zasadę – wolności przemieszczania się. Jak wiadomo artykuł 1 unijnej konstytucji stanowi, że istota ludzka ma absolutne i niezbywalne prawo do przemieszczania się i wolnego wyboru miejsca osiedlenia”. W „lepszym świecie” zaprojektowanym przez Tokarczuk „nikt nie może być przymuszany do pozostawania w układzie, który nie spełnia jego oczekiwań”. Jednak dziwnym trafem autorka projektu heterotopii zapomniała o innej komplementarnej zasadzie, tej mianowicie, że „żaden układ”, czyli żadna społeczność nie może być przymuszana do zaakceptowania wejścia do niej kogoś, kto nie spełnia jej oczekiwań czy norm (obojętnie jakiej natury). Wniosek płynie z tego taki, że w koncepcji Tokarczuk społeczność żyjąca zgodnie z ideałami chrześcijańskimi musi się zgodzić na osiedlenie się pośród niej np. libertynów, satanistów czy neopogan. A jeśli się nie zgodzi, to centralna władza, egzekwując artykuł 1 konstytucji, może ją do tego przymusić, aby zagwarantować absolutne i niezbywalne prawo libertynów, satanistów i neopogan do wolnego wyboru miejsca osiedlenia. I tak oto wolnościowa heterotopia Olgi Tokarczuk okazuje się dość konwencjonalną utopią, do której urzeczywistnienia niezbędna jest zamordystyczna władza. Smutne. Bardzo smutne.

***

W socjalizmie problemem jest socjalizm. W kapitalizmie problemem są kapitaliści. (Willi Schlamm)

***

Wydawnictwo Krytyki Politycznej wydało książkę Europejska wojna domowa niemieckiej autorki Ulrike Guérot (inna jej opublikowana w Polsce książka to Dlaczego Europa musi stać się republiką! Utopia polityczna). Zacząłem ją czytać i zaraz na wstępie natknąłem się na następujący fragment: „Leopold von Ranke uważał, że każda epoka ma swój własny stosunek do Boga. W tym rozumieniu europejska historia lat 1914–1945 jest niepowtarzalna. Niczego, co wtedy się wydarzyło, nie można na serio porównać z dzisiejszą sytuacją w UE – ani struktury społecznej, ani gospodarczej czy politycznej, inny jest także kontekst historyczny czy globalny”. Ktoś tu coś pokręcił, ponieważ sens wypowiedzi Rankego jest dokładnie odwrotny: nie dana epoka ma swój własny stosunek do Boga, ale Bóg do każdej epoki ma taki sam stosunek. W wykładzie z września 1854 roku powiedział Ranke, że „każda epoka jest równie bliska Bogu”, czyli mówiąc nie-teologicznie, nie jest stopniem czy etapem na drodze do „nowej” epoki, nie jest wstępem do czegoś innego. Każda epoka jest niepowtarzalna, ponieważ każda w samej sobie zawiera swój sens i wartość: „jej wartość polega nie na tym, co jest jej następstwem, ale w samej jej egzystencji, w tym co jest jej właściwe i własne”. Mądre i warte zapamiętania słowa jednego z najwybitniejszych europejskich historyków XIX wieku zostały przekręcone tak – nie wiem przez autorkę czy przez tłumacza –że wyszedł na człowieka mało rozgarniętego. Dalej lektury nie kontynuowałem. Zresztą lewica i tak nie ma żadnego pomysłu na jedność europejską, niczego więc nie straciłem.

***

Dyrektor Wojskowego Biura Historycznego Sławomir Cenckiewicz pochwalił sam siebie: „Ściągając w 2016 r. dzięki MON do kraju szczątki doczesne płk. Ignacego Matuszewskiego i mjr. Henryka Rajchmana – dwóch ministrów II RP i wybitnych wojskowych, chciałem wskazać pewien kierunek dla polityki pamięci państwa. Niestety, ten przykład zignorowano”. Co za androny ten Cenckiewicz wygaduje? Co to za dziwaczny, by nie powiedzieć absurdalny, pomysł, żeby rozproszone po całym świecie szczątki zasłużonych Polaków ściągać do kraju? To ma być „polityka pamięci”, z której Cenckiewicz jest wielce (samo)zadowolony?  Przecież te groby powinny być elementem polskiej „polityki pamięci” skierowanej do obywateli tamtych państw, do naszych rodaków na obczyźnie. W kraju mamy na cmentarzach wystarczająco wielu zasłużonych Polaków. Podejrzewam zatem, że chodziło przede wszystkim o to, aby Cenckiewicz mógł sobie po świecie pojeździć, sfotografować się przy grobach a potem w Warszawie zorganizować odpowiednie uroczystości z udziałem jego szefa-ministra, zaprosić media i polityków i trochę się polansować. Zamiast tak nieudolnie brać się za samodzielne kształtowanie polityki pamięci a do tego gdzieś z boku, na kościach przodków, gotować sobie małą prywatną polityczną zupkę, niech się lepiej Cenckiewicz skupi na badaniu historii, bo w tej dziedzinie zdarza mu się coś ciekawego odkryć.

***

Powieściopisarz a z poglądów politycznych nacjonalanarchista, Louis-Ferdinand Céline w 1960 roku powiedział, że za skromny sukces swojego życia uznaje to, iż udał mu się wyczyn polegający na wytworzeniu na chwilę zgodności wśród wszystkich – prawicy, lewicy, centrum, zakrystii, lóż i komitetów; wszyscy mianowicie zgodnie uznali, że jest największym żyjącym nikczemnikiem. Nic w tym dziwnego, wszak grubo po wojnie był w stanie epatować publiczność takim oto twierdzeniem: „…upadek Stalingradu był końcem Europy. Tam był kataklizm. Jego epicentrum był Stalingrad. Po czymś takim można powiedzieć, że biała cywilizacja zakończyła się, dosłownie została wymazana”.

***

Niedawno w Nigrze zginęło czterech amerykańskich żołnierzy z formacji Zielone Berety. Kiedy senator Lindsey Graham (Republikanie, Południowa Karolina) się o tym dowiedział, wielce zdziwiony wyznał: „Nie wiedziałem, że mamy tysiąc żołnierzy w Nigrze”. I dodał: „Dokładnie nie wiemy, gdzie jesteśmy obecni na świecie wojskowo, i co tam robimy”. Godna pochwały szczerość członka elity imperium światowego.

***

Jeśli integrację europejską wyobrazimy sobie jako zgodnie podjęty system reparacji wojennych, to świadczenia Niemiec odpowiadają mniej więcej tym, które nałożono na nie traktatem wersalskim. (Niall Ferguson)

***

Terapeuta seksualny – alfons albo stręczyciel z klinicznymi referencjami (Thomas Szasz)

Tradycyjnie mężczyźni używali władzy dla zdobycia seksu, a kobiety używały seksu dla zdobycia władzy. Nowa etyka równości kobiet i mężczyzn sprawi jedną z dwóch rzeczy: albo, jak mają nadzieję idealiści, ani mężczyźni, ani kobiety nie będą używali władzy, aby zdobyć seks, albo też, jak przewidują realiści, zarówno mężczyźni, jak i kobiety będą używać władzy, aby zdobyć seks, i używać seksu, aby zdobyć władzę. (Thomas Szasz)

Tomasz Gabiś

Jeśli spodobał ci się ten artykuł, podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Poprzedni artykułKonfrontacja między Zachodem i Rosją: opowieść o współśrodkowych okręgach
Następny artykułIluzja wyborów – wybór „iluzji”
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

1 KOMENTARZ

  1. Niestety, nie udało mi się skomentować opowiadania jako pierwsza, ale spoilery się liczą, prawda? Świetna część ❤

Comments are closed.