Bernard Mandeville O zawiści

0

Zawiść jest tą podłą właściwością naszej natury, która każe nam martwić się i gryźć tym, co uważamy za szczęście innych. Nie sądzę, aby istniała na świecie istota ludzka, która będąc przy zdrowych zmysłach i doszedłszy do lat dojrzałych, w tej lub owej chwili nie dała się na dobre ponieść tej namiętności. Nie spotkałem wszakże nigdy ani jednego człowieka, który by poważył się przyznać do niej inaczej, niż żartem. Że tak bardzo wstydzimy się tej przywary, to mamy do zawdzięczenia owemu silnemu nawykowi obłudy, przy pomocy którego nauczyliśmy się od kolebki skrywać nawet przed samymi sobą ogrom naszego samolubstwa i wszystkich jego rozlicznych odgałęzień. Niemożliwe jest, aby człowiek życzył innemu lepiej niż sobie, chyba że uważa za niepodobieństwo samemu osiągnąć urzeczywistnienie tych życzeń. Stąd też możemy z łatwością się dowiedzieć, jakim sposobem namiętność ta w nas się budzi. W tym celu zważyć musimy, po pierwsze, że o ile o sobie myślimy dobrze, o tyle o bliźnich często źle, przy czym oba te sądy są jednakowo niesłuszne. Gdy zaś domyślamy się, że inni cieszą się lub cieszyć będą czymś, na co według nas nie zasługują, wówczas martwi nas to i sprawia, że złościmy się na przyczynę tego zmartwienia.

Zważyć trzeba, po wtóre, że bezustannie życzymy samym sobie dobrze, każdy według swego uznania i skłonności, i kiedy widzimy w cudzym posiadaniu coś, co nam się podoba a czego jesteśmy pozbawieni, budzi to w nas przede wszystkim żal, że nie mamy tego, co nam się podoba. Żal ten jest nieuleczalny dopóty, dopóki trwamy w przywiązywaniu wartości do upragnionej rzeczy. Ale instynkt samoobrony jest wiecznie czynny i nigdy nie pozwala nam pozostawić niewypróbowanym żadnego środka, który by zło jak najdalej i jak najgruntowniej mógł od nas odsunąć. Doświadczenie zaś uczy nas, że nic w naturze lepiej nie koi owego żalu niż gniew na tych, którzy posiadają rzecz przez nas cenioną i upragnioną. Tę ostatnią namiętność cenimy sobie zatem i kultywujemy po to, aby uwolnić się całkowicie lub przynajmniej częściowo od przykrości, którą odczuwaliśmy w pierwszej chwili.

Zawiść jest tedy mieszaniną zmartwienia i gniewu. Stopień nasilenia tej namiętności zależy w głównej mierze od bliskości lub oddalenia przedmiotu zawiści, jeżeli idzie o jego możliwości finansowe. Gdy ktoś, kto zmuszony jest chodzić piechotą, zazdrości wielkiemu panu poszóstnej karocy, uczucie to nigdy nie będzie tak gwałtowne i przykre jak u człowieka, który sam trzyma pojazd, lecz może sobie pozwolić tylko na czwórkę koni. Objawy zawiści są tak samo rozmaite i trudne do opisania jak objawy morowej zarazy; czasem występuje ona w jednej postaci, kiedy indziej zaś w innej, zupełnie odmiennej. Wśród płci pięknej choroba ta jest bardzo rozpowszechniona, a jej oznaki bardzo łatwo dostrzec w opiniach i krytykach, które kobiety wypowiadają jedna o drugiej. U kobiet pięknych i młodych zdolność ta bywa często wysoce rozwinięta; nierzadko zdarza im się znienawidzić śmiertelnie jedna drugą od pierwszego wejrzenia bez innego powodu, jak tylko z zawiści. Jeżeli więc nie są doskonałymi aktorkami i nie posiadły dobrze sztuki maskowania się, można im z samej tylko twarzy tę wzgardę i nierozumny wstręt wyczytać.

U ludzi nie ogładzonych i bez wykształcenia namiętność ta jest bardzo widoczna, zwłaszcza kiedy zazdroszczą innym dóbr materialnych. Szydzą ze stojących wyżej od siebie, nicują ich wady i dokładają wszelkich starań, by fałszywie zinterpretować ich najbardziej chwalebne postępki. Szemrzą na Opatrzność i skarżą się głośno, że wszystko, co dobre, na tym świecie staje się udziałem tych, co na nie nie zasługują. Najwulgarniejszych spośród takich ludzi wzburza to tak gwałtownie, że gdyby nie powstrzymywała ich obawa przed prawem, poszliby wprost i pobili tych, w których godzi ich zawiść, przy czym jedyną pobudką byłyby tu podszepty tej namiętności.

Ludzie pióra zapadający na tę chorobę zdradzają zgoła inne objawy. Kiedy zazdroszczą komuś talentów i uczoności, główną ich troską jest skrzętne ukrywanie własnej ułomności, co przejawia się zwykle w zaprzeczaniu lub obniżaniu wartości zalet stanowiących przedmiot ich zawiści. Starannie czytają jego dzieła i znajdują usterki w każdym z napotkanych pięknych ustępów; szukają jedynie błędów i niczego bardziej nie pragną, jak znaleźć grube potknięcie, które staje się dla nich istną ucztą. Jako krytycy są równie kapryśni, jak surowi, z igły robią widły i nie darują najmniejszego cienia omyłki, ale najbardziej błahe przeoczenie wyolbrzymiają do rozmiarów kapitalnego błędu.

Zawiść widzimy także u zwierząt. Okazują ją konie usiłując prześcignąć się nawzajem; najbardziej ogniste spośród nich raczej zagonią się na śmieć, niż ścierpią, by je inny wyprzedził. U psów namiętność ta również w widoczny sposób się przejawia: te, które przywykły, by je pieszczono, za nic spokojnie nie zniosą widoku, jak szczęście to spotyka inne. Widziałem pieska pokojowego, który wolał dławić się jadłem, niż zostawić cokolwiek dla rywala tego samego, co on, gatunku. U stworzeń tych możemy często zaobserwować takie samo zachowanie, jakie widzimy co dnia u krnąbrnych małych dzieci, które rozgrymasiły się na skutek nadmiernego wypieszczenia. Gdy dzieci takie czasem przez kaprys odmawiają zjedzenia tego, o co się przedtem dopominały, wystarczy, by udało się nam skłonić je do uwierzenia, że ktoś inny — bodaj kot czy pies – odbierze im kąsek, a ze smakiem dokończą, co trzeba, i to nawet nie mając apetytu.

Gdyby zawiść nie była głęboko zakorzeniona w naturze ludzkiej, nie występowałaby tak nagminnie u dzieci i młodzież nie ulegałaby tak powszechnie bodźcowi współzawodnictwa. Ci, którzy chcieliby wywieść z dobrych pobudek wszystko, co przynosi pożytek społeczeństwu, przypisują objawy współzawodnictwa u uczniów szkolnych jakowejś cnocie ducha: skoro wymaga to trudu i starań, więc oczywiste jest, że ci, którzy idą za tym pędem, spełniają akt samozaparcia. Jeśli jednak przyjrzymy się temu bacznie, przekonamy się, że ta ofiara z wygody i przyjemności złożona jest na ołtarzu zawiści oraz umiłowania chwały. Gdyby owa rzekoma cnota nie miała przymieszki czegoś bardzo zbliżonego do wymienionej namiętności, nie można by było wzbudzać jej i wzmagać tymi samymi środkami, które wzniecają zazdrość. Chłopiec, który otrzymuje nagrodę za lepsze od innych postępy, zdaje sobie sprawę, jak byłoby mu przykro, gdyby mu ją zdmuchnięto sprzed nosa. Ta myśl pobudza go do wysiłku, aby nie dać się prześcignąć tym, na których obecnie patrzy jako na gorszych od siebie. A im większa jego duma, tym więcej samozaparcia potrafi z siebie wykrzesać, by utrzymać się przy swym zwycięstwie. Inny chłopiec, który mimo zadanego sobie trudu nagrody nie zdobył,  jest zmartwiony i co za tym idzie gniewny na tego, w którym upatrywać musi przyczynę swego zmartwienia. Jednakże okazanie tego gniewu byłoby śmieszne i bezcelowe; musi zatem albo pogodzić się z myślą, że go cenią mniej niż tamtego chłopca, albo też ponowiwszy usiłowania wykazać się lepszymi wynikami. I postawić można dziesięć do jednego, że bezinteresowny, dobroduszny i skromny chłopaczek wybierze pierwszą drogę i w ten sposób stanie się gnuśny i bezczynny, podczas gdy chłopak chciwy, obraźliwy i kłótliwy zada sobie niesłychany trud i sam z kolei zostanie zwycięzcą.

Wśród malarzy zawiść jest bardzo rozpowszechniona i służy im wielką pomocą w doskonaleniu się. Nie chcę przez to powiedzieć, że ladajacy pacykarze zazdroszczą wielkim mistrzom, ale że większość spośród nich skalana jest tym występkiem w stosunku do stojących tuż ponad nimi. Jeżeli uczeń sławnego artysty obdarzony jest wielkimi zdolnościami i niepospolitą pilnością, z początku uwielbia swego mistrza, lecz w miarę rozwoju własnych umiejętności zaczyna niepostrzeżenie zazdrościć mu tego, co wprzódy podziwiał. Aby poznać naturę tej namiętności i stwierdzić, że polega ona na tym, co wymieniłem, wystarczy zauważyć, że jeśli malarzowi uda się drogą wysiłku nie tylko dorównać człowiekowi, który był przedmiotem jego zawiści, ale go prześcignąć, wówczas zmartwienie jego mija, a wszystek gniew zostaje rozbrojony; i jeśli przedtem nienawidził, teraz chętnie wejdzie z nim w przyjacielskie stosunki, o ile tylko tamten na to przystanie.

Mężatki ulegające zawiści – a niewiele jest takich, co jej nie ulegają – stale usiłują wzbudzić tę samą namiętność u swych małżonków. A ilekroć im się to udaje, zawiść i współzawodnictwo utrzymują w karbach więcej mężczyzn i zawracają więcej nicponiów z drogi nieróbstwa, pijaństwa i innych złych nałogów, niż wszystkie kazania, jakie wygłoszono od czasów apostolskich.

Ponieważ każdy chciałby być szczęśliwy, zażywać uciech i o ile tylko możliwe uniknąć cierpienia, przeto samolubstwo każe nam spoglądać na wszelką istotę, która wydaje się zadowolona, jako na rywala w pogoni za szczęściem. Zadowolenie zaś, jakie odczuwamy widząc zakłócenie cudzej szczęśliwości, choć nie mamy stąd żadnego pożytku prócz tego, jaki wypływa z przyjemności oglądania tego widoku – zwie się radością z cudzego nieszczęścia jako takiego. Pobudka tej słabości naszej, złośliwość, jest jeszcze jedną latoroślą tego samego pnia; gdyby bowiem nie było zawiści, nie byłoby i złośliwości. Kiedy namiętności drzemią utajone, nie zdajemy sobie z nich sprawy i ludzie częstokroć myślą, że w naturze ich nie ma takich ułomności, ponieważ w danej chwili nie dają się im one we znaki.

Dobrze ubrany pan, który wypadkiem zostanie obryzgany błotem przez przejeżdżający powóz lub wózek, budzi śmiech, i to w niższych od siebie znacznie więcej niż w równych, bo ci pierwsi bardziej mu zazdroszczą. Wiedzą, że go to rozzłościło, a ponieważ wyobrażają sobie, że jest on od nich szczęśliwszy, cieszą się widząc, że jego z kolei spotykają przykrości. Młoda dama natomiast, jeżeli jest nastrojona serio, nie śmieje się, lecz lituje nad nim, albowiem czysty mężczyzna jest dla niej widokiem bardzo przyjemnym, a do zawiści nie ma tu powodu. Z katastrof albo się śmiejemy, albo też litujemy się nad tymi, którym się one wydarzyły, zależnie od tego, jaki mamy w sobie zasób złośliwości czy też współczucia. Jeżeli ktoś upadnie lub uderzy się tak lekko, że nie budzi to współczucia – śmiejemy się, a litość i złośliwość wstrząsają nami na zmianę. „Doprawdy, panie, bardzo mi przykro, żeś się potłukł, przepraszam cię za mój śmiech, jestem najgłupszym stworzeniem pod słońcem”, a potem śmiejemy się znowu, i znów: „Doprawdy jest mi bardzo przykro” i tak dalej. Niektórzy bywają tak złośliwi, że śmieliby się nawet widząc, że ktoś złamał nogę; inni zaś tak pełni współczucia, że potrafią litować się z całego serca nad człowiekiem z powodu maleńkiej plamki na jego ubraniu. Nikt wszakże nie jest tak zły, aby współczucie nigdy nie mogło nim zawładnąć, ani tak dobry, by nigdy nie ulec uczuciu złośliwej uciechy.

W jakże dziwny sposób rządzą nami namiętności! Zazdrościmy komuś bogactwa i gruntownie go nienawidzimy; lecz jeśli się zdarzy, że się z nim zrównamy, uspokajamy się i najmniejszy objaw przychylności z jego strony czyni z nas przyjaciół. Jeżeli zaś staniemy wyraźnie wyżej od niego, zdolni jesteśmy litować się nad jego niedolami. Przyczyna, dla której ludzie prawdziwie rozumni zazdroszczą mniej od innych, tkwi w tym, że podziwiają samych siebie z mniejszym wahaniem niż głupcy i ludzie niemądrzy. Chociaż bowiem nie zdradzają się z tym przed innymi, to jednak zdolność do rzetelnego myślenia daje im przekonanie o swej istotnej wartości, którego ludzie słabego umysłu nigdy w głębi duszy nie żywią, mimo iż nieraz je udają.

Ostracyzm u Greków był ofiarą z wartościowych ludzi składaną na ołtarzu epidemicznej zawiści. Stosowano go często jako niezawodne lekarstwo i środek zapobiegawczy przeciwko złym skutkom masowego niezadowolenia i rozgoryczenia. Skazanie przez państwo jednego człowieka nieraz uśmierza szemranie całego ludu; późniejsze wieki dziwią się często tego rodzaju barbarzyństwom, choć w podobnych okolicznościach same by je popełniły. Są to ukłony składane złośliwości ludzkiej, która nigdy nie doznaje większego zadowolenia niż na widok wielkiego człowieka w upokorzeniu. Zdaje nam się, że miłujemy sprawiedliwość i widok zasługi nagrodzonej; lecz jeśli ktoś długo piastuje najwyższe stanowiska, połowie z nas się to przykrzy: szukamy w nim błędów, a jeśli ich znaleźć nie możemy, przypuszczamy, że je ukrywa, i dobrze jeżeli większość nie pragnie widzieć go usuniętym. Tej podłej gry najlepsi nawet ludzie powinni zawsze się spodziewać po wszystkich nie będących ich najbliższymi przyjaciółmi i znajomymi, nie ma bowiem dla nas nic przykrzejszego, niż ustawiczna chwalba, z której na nas nic spłynąć nie może.

Przeł. Agnieszka Glinczanka

Źródło: Bernard Mandeville, Bajka o pszczołach, przełożyła Agnieszka Glinczanka, poemat w tłumaczeniu Witolda Chwalewika, opracowanie i wstęp Marii Ossowskiej, Biblioteka Klasyków Filozofii, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1957. Tytuł oryginału The Fable of the Bees ( 1723).

Wybór i opracowanie tekstu: Tomasz Gabiś